Pętla Boryszyńska
będąca częścią dużego założenia pn. Międzyrzecki Rejon Umocniony
Jadący z północy na południe mogą już w miejscowości Kaława skręcić na światłach w prawo kierując się na Pniewo, Wysoką i docelowo Boryszyn (droga S3 / E65).















Australijska pokrzywa
To jedna z najbardziej bolesnych w kontakcie roślin świata. Dotknięcie liścia powoduje tak silny ból, że nawet najtwardsi faceci potrafią wyć jak małe dzieci. Co gorsza, w odróżnieniu od zwykłej pokrzywy, efekty działania pokrzywy australijskiej mogą trwać tygodniami a nawet miesiącami. Były przypadki iż człowiek, który, zupełnie przypadkowo przechodząc obok niej w lesie, dotknął liścia – jego ręka została sparaliżowana tymczasowo, zaś ból odczuwał przez kilka tygodni. Istnieją opowieści że w zaroślach pełnych tej pokrzywy można spotkać masę szkieletów jaszczurek, które nieopatrznie się jej dotknęły a nawet szkielety większych zwierząt jak wallaby, roślina potrafi zabić… dorosłego konia. Nie istnieje żadna odtrutka na jad tej rośliny – tak naprawdę, jego struktura nie jest nawet dobrze poznana przez naukowców.
Na pocieszenie można dodać, że człowieka nie zabija. Ale boli tak, że chce się umrzeć. Szczęśliwie też, roślina nie powoduje żadnych uszkodzeń narządów, powoduje jedynie ból, bez żadnych innych objawów.
I co najgorsze w tym wszystkim – to że mało kto wie, że taka roślina w ogóle istnieje. Poza Australią wszyscy mówią o pająkach, wężach i rekinach, nikt nigdy nie wspomniał zaś o tej pokrzywie. No, w końcu to tylko pokrzywa… (na zdjęciu poniżej młody krzew o wysokości ok. 50cm, choć rozmaite jego odmiany wyrastają nawet do 20 metrów)

Mala Mujer (Cnidoscolus angustidens)
Mala Mujer, co tłumaczy się jako 'złe’ lub 'złe kobiety’- w języku hiszpańskim. Występuje na skalistych zboczach do 1500m n.p.m w południowej Arizonie. Można tę roślinę rozpoznać po ciemnozielonych, klonowatych liściach z małymi, białymi kropkami (nasada włosków). Cała roślina pokryta jest ostrymi włoskami, które w kontakcie mogą powodować poważne zapalenie skóry. Mala Mujer to jedna z najbardziej bolesnych roślin tego typu, ból może trwać kilka godzin, a wysypka kilka dni (czerwone, purpurowe lub brązowe zabarwienie skóry)

Belladonna – pokrzyk wilcza jagoda (Atropa belladonna L)

Modilgroszek pospolity (Abrus precatorius)
Tojad (Aconitum L.)


Bligia pospolita, aka (Blighia sapida)

Durian właściwy (Durio zibethinus)

Maniok jadalny (Manihot esculenta)
Alokazja amazońska (Alocasia ×amazonica nom. inv. Alocasia ×mortfontanensis André)

Gelsemium sempervirens

Actaea pachypoda (Doll’s-eyes, White Baneberry)

Oleander (Nerium L.)

Roślina groźna dla owadów, popularnie nazywana rosiczką:

Rośliny popularne w Polsce:
Barszcz Sosnowskiego
Więcej informacji: http://www.klubpodroznikow.com/aktualnosci/61-inne/1384-uwaaj-na-barszcz-sosnowskiego-rolin-ktora-parzy
Bieluń dziędzierzawa (Datura stramonium L.)
Pochodzi z Meksyku, rozprzestrzenił się w wielu regionach świata. Obecnie występuje w całej Eurazji i Ameryce Północnej. W Polsce występujący pospolicie. Roślina jest silnie trującym chwastem ruderalnym (wszystkie części rośliny po spożyciu są niebezpieczne). Zatrucia przypadkowe zdarzają się niekiedy u dzieci, nierzadko u młodzieży eksperymentującej ze środkami odurzającymi. Dla kilkuletniego dziecka spożycie, i zwykle rozgryzienie 5-10 nasion jest w stanie zakończyć się śmiercią. Dla dorosłego człowieka staje się niebezpieczne spożycie 15-25 nasion. Mimo silnych halucynacji efekty są nieprzyjemne z powodu znacznych efektów ubocznych. Eksperymenty z rośliną kończą się zwykle na jednej lub kilku próbach. Bywa, że spożyta zostaje zbyt silna dawka, co prowadzi do hospitalizacji lub śmierci.

Blekot pospolity (Aethusa cynapium L.)

![]()
Cis pospolity (Taxus baccata L.)

Glistnik jaskółcze ziele (Chelidonium majus L.)
Śnieguliczka (Symphoricarpos Duhamel)


Kalina koralowa (Viburnum opulus L.)
Ligustr pospolity (Ligustrum vulgare L.)
Muzyczna Zohylina 2012
Muzyczna Zohylina zaprasza na spotkanie z muzyką niebanalną, ze światem wzruszeń i wyjątkowych wrażeń…W dniach 23-25 sierpnia 2012 r. tradycyjnie już na pożegnanie lata Fundacja Harcerstwa Polskiego Schronisko Głodówka oraz ludzie wokół niej skupieni organizują festiwal Muzyczna Zohylina. W projekt zaangażowani są artyści, którzy mieli okazję odwiedzić to magiczne miejsce, jakim niewątpliwie jest Schronisko na Głodówce.
Dzięki współpracy z muzykami, poetami, plastykami Muzyczna Zohylina, czyli Otwarte Spotkania Artystyczne, z roku na rok staje się przedsięwzięciem dojrzalszym, a jej program poszerza się o kolejne dziedziny sztuki, odkrywając przed uczestnikami Zohyliny różne rodzaje muzyki, poezji, promując jednocześnie dokonania młodych twórców. W poprzednich edycjach festiwalu na scenie Głodówki wystąpili m. in.: Czerwony Tulipan, Lao Che, Basia Stępniak-Wilk, Carrantuohill, Harlem, Federacja, Psio Crew, Pustki, Armia, Ankh i wielu, wielu innych.
Festiwalowi towarzyszy Konkurs Piosenki Różnej, skierowany do młodych muzyków, którzy mogą zaprezentować swoje utwory przed profesjonalnym Jury i poszukać szansy na rozpoczęcie muzycznej kariery. A szansa będzie realna, gdyż wśród nagród znajdzie się nagranie i wydanie płyty.
„Zohylina” to w gwarze góralskiej miejsce osłonięte od wiatru, gdzie można się schronić, znaleźć dla siebie azyl, przeczekać zły czas. Muzyczna Zohylina to taki właśnie projekt; to azyl dla sztuki prawdziwej, niekomercyjnej, gdzie artyści i odbiorcy mogą realizować swe pasje, niekoniecznie dopasowując je do aktualnych trendów, wymogów finansowych i oczekiwań mas. Jednocześnie, realizując kolejne edycje festiwalu, organizatorzy pragną nawiązywać do najlepszych tradycji Podhala, w które wpisują się dokonania: Witkacego, Kasprowicza, Karłowicza i wielu innych. A to wszystko w przepięknej scenerii Głodówki gdzie na wysokości 1138 m można podziwiać najpiękniejszą panoramę tatrzańską.
Nazwa Muzycznej Zohyliny na stałe już wpisała się w krajobraz kulturalny regionu, przyciągając także miłośników muzyki z odległych nawet zakątków kraju, a nawet Europy. Jednak tegoroczna, 5. już edycja festiwalu będzie mieć wyjątkowy, urodzinowy charakter; m. in. gwiazdą tegorocznej Zohyliny będzie zespół Raz, Dwa, Trzy.
22.08.2012 Środa
Godz. 19.30 – Hotel Stamary – inauguracja Festiwalu – spektakl Sceny A2: Napis Geralda Sibleyras’a
23.08.2012 Czwartek
Godz. 19:00 – Pod Wiatr
Godz. 21:00 – Perły i Łotry
Godz. 23:00 – Angela Gaber
24.08.2012 Piątek
Godz. 9:00-16:00 – Konkurs Piosenki Różnej
Godz. 17:00-19:00 – Koncert laureatów Konkursu Piosenki Różnej 2012
Godz. 19:00 – Elżbieta Adamiak
Godz. 21:00 – Zakaz W
Ok. Godz. 23:00 – „Pobijamy rekord” – tańce integracyjne
Godz. 23.30 – Hanka Wójciak
25.08.2012 Sobota
Godz. 18:00 – Bez Jacka
Godz. 19:30 – Fonetyka
Godz. 21:00 – Raz, Dwa, Trzy
Godz. 23.00 – Fireshow
Strona projektu: www.zohylina.glodowka.com.pl
BIURO ORGANIZACYJNE:
Schronisko Głodówka
Polana Głodówka
34-530 Bukowina Tatrzańska
e-mail: [email protected]
BENEVITA
MIĘDZYNARODOWE
MISTRZOSTWA POLSKI
NORDIC WALKING
ZŁOTORYJA 2012
Stolica Polskiego Złota w Krainie Wygasłych Wulkanów
Największa impreza Nordic Walking w Polsce
CEL: Popularyzacja Nordic Walking – nowoczesnych form ruchu oraz promocja aktywności fizycznej i sportu dla wszystkich wśród ludzi w różnym wieku z różnych środowisk społecznych
TERMIN: 25.08.2012 – 26.08.2012r.
a) 25.08.2012 (sobota):
– od g. 9.00 – rywalizacja sportowa NW na 4 dystansach, ul. Lubelska,
Złotoryja:
250 m – DZIECI – START godz. 9.00
Dekoracja dzieci: ok.9.15
4 km w poszczególnych kategoriach wiekowych(+ Drużyna – Rodzina, + Niepełnosprawni)- załącznik nr 3 – START godz. 9.30
8 km w poszczególnych kategoriach wiekowych (+ Służby Mundurowe) – START -godz. 10.30
16 km w poszczególnych kategoriach wiekowych – START godz. 12.00
Dekoracja zwycięzców z dyst. 4 km, 8 km, 16 km odbędzie się ok. godziny 14.00
– g. 19.00 – 22.00- ognisko z nauką płukania złota przy pochodniach, Kopalnia Złota AURELIA, Złotoryja
b) 26.08.2012 (niedziela):
-g. 11.00 – 13.00 – Po złoto marsz! – rekreacyjny marsz ze zwiedzaniem zabytków Złotoryi
Regulamin– http://www.mmpnw.pl/index.php?k=1
25.08.2012 (sobota)
BIURO ZAWODÓW CZYNNE: od 6.00 – 8.30
ul. Lubelska, Złotoryja (stadion, miejsce zawodów)

Co roku zwiększa się liczba osób poszkodowanych przez Barszcz Sosnowskiego. Jest to jedno z największych zagrożeń czyhających na turystów i osoby, które pojadą na działkę, nad morze, nad jezioro, w góry albo po prostu pójdą na spacer na grzyby. W ostatnich tygodniach jego okazy napotykałam na łąkach, w lasach, a nawet przy wejściach na szlaki turystyczne. Oparzenia, blizny i wizyta na intensywnej terapii to z pewnością nie najlepsza pamiątka z wakacji…
Zagrożenie dla ludzi
Zawarte w wodnistym soku oraz w wydzielinie włosków gruczołowych furanokumaryny stanowią zagrożenie dla zdrowia ludzi. Związki te w kontakcie ze skórą i w obecności światła słonecznego, w szczególności ultrafioletu, powodują oparzenia II i III stopnia. Objawy pojawiają się przy naświetleniu promieniowaniem ultrafioletowym już po kilkunastu minutach od kontaktu, przy czym największa wrażliwość i natężenie pojawiania się objawów następuje w ciągu od 30 minut do 2 godzin od kontaktu z rośliną. Ponieważ zanim pojawią się objawy oparzeń, mija długi czas, przy nieświadomości ryzyka ofiary oparzeń nierzadko intensywnie i długo mają do czynienia z rośliną (narażone są zwłaszcza dzieci, pracownicy zajmujący się utrzymaniem zieleni, rolnicy). Na siłę reakcji wpływ ma osobista wrażliwość poszczególnych osób, a poza tym zwiększa się ona w wysokich temperaturach i przy dużej wilgotności powietrza, w tym także w przypadku silnego spocenia się. W ciągu 24 godzin nasilają się objawy w postaci zaczerwienienia skóry (erythema) i pęcherzy z surowiczym płynem (oedema). Stan zapalny utrzymuje się przez około 3 dni. Po tygodniu miejsca podrażnione ciemnieją (następuje hiperpigmentacja) i stan taki może utrzymywać się przez kilka miesięcy. Miejsca podrażnione na skórze zachowują wrażliwość na światło ultrafioletowe nawet przez kilka lat. Dodatkowo odkryto także działanie kancerogenne i teratogenne niektórych furanokumaryn wytwarzanych przez ten gatunek.

UWAGA!
Tekst na podstawie: wikipedia.pl
Zdjęcia: wikipedia.pl
„Świętosława zwana STORRADĄ. Matka królów.”
03 – 05. 08.2012


17.00 – Konkurs na najdostojniejszą brodę wikińską oraz warkocz kobiecy.
Jest to konkurs otwarty, w którym mogą wziąć udział zarówno uczestnicy jak i turyści. Oceniana jest długość, kolor, uczesanie i inne ozdoby brody, a Jury będzie się składać wyłącznie z Pań zwiedzających Festiwal

http://www.jomsborg-vineta.com
film z Festiwalu
{youtube}9GG-_89I35k{/youtube}
fotorelacja z poprzednich festiwali
http://www.klubpodroznikow.com/spotkania-i-zloty-podronikow/966-festiwal-wikingow
http://www.klubpodroznikow.com/spotkania-i-zloty-podronikow/713-zlot-wikingow#AVPlayerID_71e11a94
Klub Podróżników Śródziemie
z wielką przyjemnością zaprasza
na wieczór autorski
Po blisko rocznej współpracy Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego ze światowej sławy fotografem Tomaszem Tomaszewskim, przejechaniu wzdłuż i wszerz terenu województwa, powstał wyjątkowy fotoreportaż, którego ideą jest pokazanie różnorodności kulturowej i przyrodniczej Podlaskiego.
Tomasz Tomaszewski jest cenionym fotografem pracuje między innymi dla „National Geographic. Do pracy nad wystawą został zaproszony przez Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego
„Zapewnia się atmosferę życzliwości” tworzą 61 wybrane fotografie, które w sposób wyjątkowy przybliżają piękno i charakter tego regionu. To kraina spotkań, w której kultury nie ulegają zderzeniu, ale mieszają się tworząc przedziwny, tajemniczy i energetyzujący tygiel. Poprzez swoją zagadkowość jest to miejsce inspirujące, którego bogactwo różnorodności poszerza horyzonty, stając się motorem napędowym dla osób, które je odnajdują. Takiego spotkania różnych światów, które w sposób zaskakujący czerpią inspirację z Podlaskiego będzie można doświadczyć podczas prezentacji wystawy w Katowicach, Krakowie i Warszawie.

Członek Związku Polskich Artystów Fotografików, agencji Visum Archiv w Hamburgu, agencji Image Collection w Waszyngtonie oraz American Society of Magazine Photographers. Zajmuje się fotografią prasową, publikował swoje zdjęcia zarówno w najważniejszych pismach polskich jak i w największych magazynach zagranicznych, między innymi: Stern, Paris Match, GEO, New York Times, Time, Fortune, Vogue, Die Zeit, Elle. Wydał kilka książek autorskich: OSTATNI – Współcześni Żydzi Polscy (tekst Małgorzata Niezabitowska), W poszukiwaniu Ameryki (tekst Małgorzata Niezabitowska), Cyganie Polscy (tekst Jerzy Ficowski), W Centrum, Niezwykła Hiszpania, Rzut Beretem oraz ilustrował swoimi pracami kilkanaście prac zbiorowych. Autor wielu wystaw indywidualnych w USA, Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Izraelu, Japonii, Holandii, Włoszech, Irlandii, Niemczech, Polsce i na Madagaskarze. Laureat polskich oraz międzynarodowych nagród fotograficznych. Od dwudziestu lat współpracuje z magazynem National Geographic, w którym opublikował 18. esejów fotograficznych, a od roku 1999 jest głównym konsultantem jego polskiej edycji. Uczy fotografii w Polsce, USA, Niemczech i we Włoszech.
Kraków, 12.08.2012 (niedziela)
Plac przy Centrum Obsługi Ruchu Turystycznego
Dance&Fashion. Podlaskie zaprasza.
Otwarcie wystawy fotografii prezentującej piękno Podlasia
http://www.wrotapodlasia.pl



Islandia…kraj tyleż groźny, co beznamiętnie piękny i czarujący. Z liczbą grubo ponad stu wulkanów, stanowi istny przedsionek piekieł, jednak w słoneczne dni potrafi onieśmielić każdego, intensywnością prezentowanych barw. Położone w jej granicach lodowce dzierżą miano jednych z największych i najniebezpieczniejszych na świecie. Wzmożona aktywność wulkaniczna powoduje w ich rejonie ogromne powodzie, które w niczym nie przypominają tych corocznie nawiedzających Polskę.
Wnętrze wyspy jest jedną wielką lawową pustynią, zaś okalająca ją droga łączy w jedną całość jedynie kilka przyklejonych do wybrzeża niewielkich miasteczek. Jej mieszkańcy zajadają się baranimi jądrami, a dobre piwo można kupić w sklepach jedynie między godziną 13, a 18.
To wyspa, którą szczególnie upodobali sobie nasi rodacy, którzy dziś tworzą najliczniejszą na niej mniejszość narodową, a tak powszechny w naszym kraju wafelek Prince Polo, jest przez Islandczyków, obok Coca Coli, najbardziej lubianym importowym przysmakiem.
Islandia to kraj, w którym mityczne elfy wytyczają bieg dróg, a wszędobylskie trolle potrafią postraszyć niejednego podróżnego. Tu pogoda zmienia się szybciej niż w kalejdoskopie, a wiejący nieprzerwanie od setek lat wiatr, panuje niepodzielnie na jej terenach. Jej powierzchnia tak bardzo przypomina księżycowy krajobraz, że to właśnie Islandię upodobali sobie przygotowujący się do wyprawy na Księżyc astronauci z NASA.
Dziś mało kto wie, że to na Islandii obradował najstarszy parlament w dziejach nowożytnego świata, a mieszkańcy tej wyspy odkryli Amerykę na długo przed Kolumbem.
Tylko tutaj stanąć można jedną nogą w Ameryce, a drugą w Europie i tylko tutaj dostrzec można „na żywo” geologiczne procesy, które w innych częściach globu zachodzą przez miliony lat.
Ta wyspa jednych zachwyca, dla innych stanowi jedynie mało gościnne środowisko. Jedno jest jednak pewne…W sercu każdego odciska piętno i nikogo nie pozostawia obojętnym.
O Islandii oraz o swej samotnej wyprawie rowerowej dookoła tej wyspy opowie Wojtek Ziemnicki.
http://www.szewskapasja.type.pl/islandia/galeria.html
Samą podróż udało mi się opisać w książce pt.: „Islandia – czasem zielona wyspa” ( w przygotowaniu)
fragment ksiązki :
Rozdział IV
Islandia…czasem zielona wyspa.
Moje myśli dawno już zdominowały marzenia o noclegu w ciepłym i suchym śpiworze. Pędzony bardziej siłą woli, aniżeli własnych mięśni, coraz słabiej naciskałem rowerowe pedały. Podmiejska okolica prezentowała się iście wybornie. Wszystko zdawało się ociekać sokiem barw, tak bardzo przykurzonych na pokonanej niedawno lawowej pustyni. Pełen zachwytu nad cudem natury, jakim bez wątpienia była okolica Kirkjubæjarklaustur, co chwilę sięgałem po trzymany pod ręką aparat. Do tej chwili podziwiane przeze mnie islandzkie kolory niczym nie różniły się od barw deszczowej Szkocji, czy mglistego Londynu. Wystarczyło jednak kilka promieni słońca, by krajobraz przerodził się w iście baśniową scenerię.
Islandia…czasem zielona wyspa…chciałoby się powiedzieć.
Kirkjubæjarklaustur stanowił swego rodzaju półmetek dla podróżujących południowym wybrzeżem wyspy. Dla mnie miasto to zapoczątkowywało ponad dwudniową jazdę u stóp największego europejskiego lodowca Vatnajökull, którego długość wynosi około 200 km, a szerokość ponad 100 km, przy jednoczesnej ponad kilometrowej wysokości pokrywy lodowej. Nim jednak przyszło mi zmierzyć się z tym spędzającym sen z powiek gigantem, z ogromną przyjemnością wyciągnąłem znajdujące się w pokrowcu namiotowe śledzie i czym prędzej postawiłem namiot. Możliwość schowania się w jego wnętrzu, była najlepszą nagrodą, jaka mogła mnie spotkać po całodziennym pedałowaniu. Temperatura w jego wnętrzu zazwyczaj niewiele tylko przekraczała tę odnotowywaną na zewnątrz, jednak osłona przed zimnym wiatrem rekompensowała wszystko, aż nadto. Poza tym na ogromnej otwartej przestrzeni, namiot był jedynym miejscem, w którym mogłem poczuć odrobinę prywatności i spokoju. W ten wyjątkowo słoneczny islandzki wieczór, długo jeszcze siedziałem na progu namiotu spoglądając na rozpromienioną słońcem okolicę, ciesząc się nadzwyczaj piękną, jak na Islandię pogodą.
Kirkjubæjarklaustur często nazywane jest przez miejscowych po prostu Kirk
-ja. Będąca w powszechnym użyciu krótsza nazwa szczególnie podoba się odwiedzającym wyspę cudzoziemcom, którzy nierzadko łamią sobie język, próbując wymówić trudne islandzkie słowa. Miasto to początkowo było małą celtycką osadą monastyczną, jednak z powodu nietolerancji sąsiadujących z mnichami wikingów, osada ta została przez mnichów opuszczona. Rzucona przy tym klątwa, miała na wieki odstraszać żądnych nowych ziem wikingów. Mimo tego kolejni pionierzy osiedlili się w zielonej oazie południa wyspy. Wśród nich był pewien samotnik imieniem Ketill, który porzucając wiarę w skandynawskie bóstwa, postanowił w tym miejscu zacząć nowe, nie-pogańskie życie. Każdy jednak inny z jego pobratymców, chcąc osiedlić się na tym terenie, przypłacić to musiał życiem.
Dalsza historia miasteczka w mniejszym lub większym stopniu związana była z coraz bardziej dominującym wśród miejscowej ludności chrześcijaństwem, jednak najważniejsze karty w dziejach miasta, zapisał leżący nieopodal wulkan Laki. Podczas pamiętnej erupcji w roku 1783, niemal wszyscy mieszkańcy osady zginęli, podobnie zresztą, jak ich hodowlane zwierzęta. Gdy wydobywająca się z wulkanu i płynąca w stronę miasta ogromna fala lawy niszczyła wszystko na swojej drodze, ludzie bezradnie rozkładali ręce. Wtedy to miejscowy kaznodzieja Jón Steingrímsson, w obecności wszystkich mieszkańców miasteczka, wygłosił cudowne kazanie w stojącym na drodze rozpędzonej lawy kościele. Widok zmieniającej swój nurt i opływającej kościółek, rozgrzanej do czerwoności fali, poczytany został przez mieszkańców za cud. Na pamiątkę tego wydarzenia postawiona została pamiątkowa tablica, by nigdy nie zapomniano o tzw. Ogniach Skaftá.
Dziś miasteczko liczy sobie zaledwie kilkuset stałych mieszkańców, jednak pomimo tak małej liczby ludności, jest jedną z większych osad na południu wyspy. Pozostałe umieszczone na mapach w tej części wyspy nazwy, oznaczają w rzeczywistości nierzadko pojedyncze gospodarstwa rolne, czy też ich niewielkie skupiska. Warto zatem pamiętać, planując wyjazd na wyspę, że to co dla europejczyka z kontynentu bywa nazywane miasteczkiem, tu rozumiane jest zupełnie inaczej. Senna atmosfera Kirk-ja, wtapia się w ogólny bieg czasu na Islandii. Niespieszne tempo życia mieszkańców, doskonale współgra ze skłaniającą do lenistwa pogodą. Obserwując z wolna mijający na Islandii czas, ma się wrażenie, że jedynie pojawiające się często na niebie chmury, pędzą tutaj jak szalone.
Dla mnie jednak dzień powoli się kończył i za żadne skarby świata, nie miałem ochoty się spieszyć. Postawienie namiotu było zaś istną nagrodą za całodzienny morderczy wysiłek. Kupione w przydrożnej stacji benzynowej piwo (w wersji light) smakowało nader wybornie, a pogoda zachęcała do spędzenia choćby kilku chwil przed rozstawionym kilka minut wcześniej namiotem.
Sącząc powoli nad wyraz chłodne (zapewne na rozgrzewkę…) piwo, spoglądałem teraz na oddalone o kilkaset metrów budynki Kirk
-ja. Smak piwa odprężał mnie nadzwyczaj skutecznie, jednak jeszcze dwadzieścia lat wcześniej, jego spożycie było na wyspie absolutnie zakazane. Nawet dziś ten złocisty trunek sprzedawany jest w sklepach, jedynie od godziny 13 do 18. W pozostałym czasie możliwe jest tylko nabycie piwa w wersji light. Przez niemal cały XX wiek islandzki rząd silną ręką pilnował wprowadzonej na początku stulecia (w 1915 r.) prohibicji, jednak zapotrzebowanie na mocniejsze doznania w nadzwyczaj depresyjnym klimacie spowodowało, że 1 marca 1989 roku zezwolono na sprzedaż piwa. O randze tego wydarzenia niech świadczy fakt, że głosowanie w parlamencie nad dopuszczeniem trunku do sprzedaży, oglądała przed telewizorami rekordowa liczba widzów. Od tego pamiętnego wydarzenia co roku na Islandii 1 marca obchodzony jest przez wszystkich bardzo hucznie, jako Dzień Piwa. Słynący z nocnego życia Reykjavik przyciąga wtedy rzesze turystów z innych krajów, w szczególności z Wielkiej Brytanii. Piwo leje się hektolitrami, a zabawa trwa do białego rana we wszystkich islandzkich barach.
Tak czy inaczej nawet niewielka ilość alkoholu (wersja light zawiera go zaledwie 2,25 %) skutecznie uśmierzyła ból nadwyrężonych mięśni i szybko wprawiła mnie w głęboki sen. Była sobota 19 czerwca, a rowerowy licznik wskazywał już 256 pokonanych kilometrów. Do założonych prawie 1500 było jeszcze daleko, ale i tak nie spodziewałem się nocować w sobotę tak daleko od stolicy.
Silny wiatr gwizdał na zewnątrz tak głośno, że obudziłem się tego dnia nad wyraz wcześnie. Świecące jasno słońce zachęcało skutecznie do wcześniejszego niż zwykle opuszczenia namiotu. Tak też uczyniłem nie zastanawiając się nad tym zbyt długo. Mam wrażenie, że gdyby za każdym razem w nowym dniu Islandia witała mnie w blasku słońca, oświetlającego soczyście zielone zbocza okolicznych wzgórz, śmiało mógłbym nazwać tę wyspę rajem na Ziemi. Niestety częściej wyspa okryta jest turbanem z chmur i sprawia raczej mało optymistyczne wrażenie. Tym razem jednak pogoda postanowiła dać mi nieco odpocząć od często padającego do tej pory deszczu. Cieszyłem się na to słonko podwójnie, gdyż czekał mnie właśnie najmniej bezpieczny, jak mi się zdawało, odcinek drogi. Zbliżałem się bowiem nieuchronnie do potężnego lodowca Vatnajökull, który sam w sobie nie stanowił co prawda żadnego niebezpieczeństwa, jednak kilka naprawdę groźnych wulkanów umiejscowionych pod jego lodową czapą, mogło w każdej chwili wywołać nie lada powódź na południowym wybrzeżu. Co prawda komunikaty sejsmologiczne milczały w tej kwestii, jednak biorąc pod uwagę nieprzewidywalność islandzkiej natury, moja wyobraźnia wręcz szalała…
Niedzielne słoneczne przedpołudnie wypędziło z domów na łono natury chyba wszystkich Islandczyków. Mijające mnie, często zapakowane po brzegi autokary oraz bardziej rodzinne kampery, potwierdzały jedynie moje przypuszczenia o turystycznym nalocie, na co ciekawsze miejsca w okolicy. Już za pierwszymi górami okalającymi miasto, krajobraz szybko się zmienił. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, otaczające drogę skały, znów przybrały bladozieloną barwę, a wiejący teraz na otwartej przestrzeni zimny wiatr znad lodowca, szybko ostudził mój zapał do dalszej jazdy.
Daleko na horyzoncie dostrzec wreszcie mogłem zarysy ogromnej bryły lodu. Wiejący z kierunku lodowca wiatr, niósł ze sobą lodowate powietrze. Walka z jego silnymi podmuchami była z natury rzeczy nierówna, jednak mimo przeciwności losu, uparcie podążałem przed siebie. Rozwiewany na wszystkie strony pył wgryzał się w każdy zakamarek bagażu, jak i mojego ciała. Czasem jakiś pojedynczy podmuch spowalniał osiąganą przeze mnie prędkość do zera. Nie miałem siły, a każdy metr był wyzwaniem dla coraz bardziej zmęczonych nóg. Wtedy zrozumiałem po raz kolejny, że psychika w tej walce jest równie ważna, a może i ważniejsza, od najlepszego nawet przygotowania fizycznego.
Lodowiec z wolna zajmował coraz więcej miejsca na horyzoncie. Widoczne z odległości wielu kilometrów, schodzące w stronę oceanu, ogromne lodowe jęzory, jak choćby Skeiđarárjökull czy Skaftafellsjökull, zwiastowały początek zupełnie innego świata. Przez ostatnie dni często zastanawiałem się nad jego wyglądem i teraz mogłem wreszcie zweryfikować wcześniejsze wyobrażenia z rzeczywistością. Pomimo majestatycznego piękna tego lodowca, chciałem mimo wszystko, jak najszybciej mieć za sobą ten, źle wpływający na moją psychikę, odcinek drogi.
Powierzchnia Vatnajökull wraz z pozostałymi islandzkimi lodowcami, takimi jak choćby Hofsjökull, Langjökull, czy pozostawiony w daleko w tyle Mýrdalsjökull, stanowi ponad 11% powierzchni całej wyspy. I mimo, że nie uważa się ich dziś za pozostałość dawnego lądolodu, jaki występował przez tysiąclecia na wyspie, sprawiają one wrażenie pamiętających początki wyspy. Fantazyjne rzeźby stworzone na ich powierzchni przez naturę, zachwycają swym bezgranicznym pięknem. Wespół z wulkanami, stanowią jednak one iście wybuchową mieszankę. Skrywane przez wieki pod ich powierzchnią ogromne wulkany, co jakiś czas przypominają o swym istnieniu, powodując ogromne powodzie (hlaupjökull). Jeszcze przed wyjazdem spędzały mi one sen z powiek. Co prawda aktywność sejsmiczna na wyspie oraz stan infrastruktury drogowej jest nieustannie monitorowany, jednak wszelkie alarmy i informacje o powodziach, kierowane są raczej do zmotoryzowanej części użytkowników dróg. Dla mnie, z rowerem przy boku, jakiekolwiek doniesienia o powstałej z nagła fali powodziowej i tak nie miałyby żadnego znaczenia. Pokonując drogę ze średnią prędkością 15 km/h, nie uciekłbym bowiem zbyt daleko przed żywiołem.
Położone na południe od lodowca tereny Skeiđarársandur są zupełnie niezamieszkałe. Znajduje się tam jedynie szara, kamienista ziemia, poprzecinana dziesiątkami mniejszych i większych rzek, spływających z lodowca wprost do oceanu. Jeszcze nie tak dawno, przed wybudowaniem obwodnicy spajającej wszystkie najodleglejsze islandzkie miejscowości w jedną całość, ten fragment drogi można było pokonać jedynie konno z pomocą któregoś z mieszkańców Núpsstađur, doskonale znających te niegościnne tereny. Dziś drogę w tym miejscu urozmaicają solidnej konstrukcji mosty, które jednak, jak bywało choćby w 1996 roku w wyniku ogromnej powodzi, mogą w każdej chwili zniknąć z powierzchni ziemi. Częste piaskowe burze w tym rejonie Islandii, potwierdzają jedynie piekielny charakter tego odcinka drogi.
W rejonie lodowca Vatnajökull znajdują się przyciągające rzesze turystów ogromne tereny rekreacyjne. Utworzony w 1967 roku Park Narodowy Skaftafell rozciąga się na powierzchni ponad półtora tysiąca kilometrów kwadratowych. Organizowane na szeroką skalę off-roadowe samochodowe wyprawy, czy choćby piesze wędrówki po lodowcu stanowią nie lada gratkę dla najbardziej nawet wybrednych , szukających mocnych wrażeń turystów.
Skupiając się na drodze i odmierzając kolejne pokonywane z mozołem kilometry, nie bardzo jednak miałem ochotę na dodatkową dawkę adrenaliny. Mijane kolejno żółte przydrożne słupki, przykuwały moją uwagę, skutecznie pozwalając zapomnieć o otaczającej mnie skalnej pustyni. Pokonywane co kilka kilometrów mosty uświadamiały z kolei potęgę i siłę, z jaką z wysokich gór spływała tędy woda. Pokonanie tego odcinka drogi rowerem, bez asfaltowej wstęgi, jeszcze niedawno w ogóle nie było możliwe. Byłem zatem urodzonym w odpowiednim czasie szczęśliwcem, któremu nowoczesna myśl inżynieryjna, pozwalała zrealizować tlące się od dawna w głowie szalone marzenie.
Tego dnia udało mi się minąć kolejne lodowcowe jęzory Skeiđarárjökull, Skaftafellsjökull i Svinafellsjökull. Zbliżałem się powoli do największego z nich Öræfajökull. To nad jego powierzchnią wznosi się najwyższy islandzki szczyt, mierzący 2119 m n.p.m. Hvannadalshnúkur, który jak przystało na Islandię, jest jednocześnie wulkanem. Okalająca go droga, pokierowała mnie najpierw w stronę południowego wschodu, by na wysokości wierzchołka góry zmienić kierunek na północno-wschodni. W mniejszej niż dotychczas odległości od oceanu miała mnie teraz zaprowadzić, aż do oddalonego o ponad sto kilometrów miasta Höfn. Nim to jednak nastąpiło, czekał mnie nocleg u podnóża pobliskiego Hvannadalshnúkur.
Teren w jego okolicy był nieco bardziej zielony, niż jeszcze kilkadziesiąt kilometrów wcześniej. Nadawał się więc idealnie do rozbicia namiotu. Słoneczna pogoda zachęcała mimo wiejącego silnie wiatru, do krótkiego choćby odpoczynku na zewnątrz, w cieniu namiotu. Oddalony o kilka kilometrów i schowany pod lodową czapą najwyższy islandzki szczyt wyglądał nader spokojnie i nic nie wskazywało na jego wulkaniczne pochodzenie. Ja zaś cieszyłem się niezmiernie, że mimo tak trudnych warunków udało mi się dołożyć kolejnych 91 km.
Inny świat
Piękne świątynie a obok slumsy, zamiast mleka krewetki, niezliczona ilość transseksualistów w najbardziej schrystianizowanym państwie Azji. Naiwność, niepunktualność, serdeczność, radość. O życiu w państwie wyspiarskim położonym w południowo-wschodniej Azji opowiada nie-tubylec i nie-turysta – Agnieszka Doberschuetz, która na Filipinach spędziła z rodziną blisko trzy lata.
Karolina Gołda: Kilka lat temu Twój mąż dostał propozycję pracy na Filipinach. Dużo czasu minęło, zanim zgodziłaś się na ten wyjazd?
Agnieszka Doberschuetz: Przez długi czas mieszkaliśmy osobno. Mąż gdzie indziej, ja z dziećmi gdzie indziej. Męczyło nas to dojeżdżanie do siebie, więc chcieliśmy coś zmienić. A jednocześnie nie chcieliśmy jeszcze wracać do Polski. Kiedyś przyjechał w środku nocy i powiedział, że możemy jechać na Filipiny. Od razu się zgodziłam.
Co wiedziałaś o Filipinach?
Niewiele. Jestem słaba z geografii, więc musiałam sprawdzić, gdzie dokładnie leżą. Mąż miał wcześniej kontakt z Filipińczykami, dlatego trochę mi o nich opowiedział. Przez znajomych dowiedzieliśmy jak wygląda kwestia szpitali, lekarzy i szkół. Okazało się, że wszystko jest na całkiem dobrym, cywilizowanym poziomie. Szkołom podstawowym nie można nic zarzucić. Prywatne szpitale nie są drogie, dlatego założyliśmy, że możemy sobie na to pozwolić, zaryzykować i pojechać.
Jak Wasze dzieci zareagowały na tak daleką przeprowadzkę?
Starsza córka przeżyła wyjazd emocjonalnie. Wyrwanie pięciolatki z jej kontekstu socjalnego to dla niej szok. Na początku w ogóle nie mówiła po angielsku, ale potem coś w niej pękło i zżyła się. Młodsza tam zaczęła stawiać pierwsze kroki i wypowiadać pierwsze słowa. Do dziś pyta kiedy wrócimy do domu.
Przyjechaliście wtedy na miejsce i…
I od razu zaskoczenie. Przyjechaliśmy do Cebu o pierwszej w nocy, a tam czekała na nas kobieta, którą przysłali nasi znajomi. Na Filipinach posiadanie służby to norma, nam nie mieściło się to w głowie. Nie chcieliśmy mieć kogoś takiego, ale ponieważ nie ma tam żłobków, później musieliśmy się zdecydować na nianię z powodu pracy. I czyjaś niania przyszła wtedy w środku nocy, żeby nas przywitać i pokazać nam dom. Poprosiliśmy wtedy o mleko dla młodszej córki, a tam wielkie zdziwienie – mleka nie ma.
A co jest?
Są krewetki, jest ryż. I tak roczny dzieciak, chcąc nie chcąc, musiał wcinać krewetki. Zajada je do dzisiaj, a przy tym jest zdrowa i odporna. Ma trochę naleciałości filipińskich – jak nie musi jeść widelcem to woli palcami albo zdejmuje buty na dworze, niezależnie od pogody.
Jak wygląda życie mieszkańców Cebu?
Ludzie żyją tam na dużo wolniejszych obrotach. Prawie w ogóle nie chodzą, a jeśli już to jak ślimaki. Jak ktoś ze mną miał gdzieś iść to się modlił, bo wiedział, że będzie truchtał za mną. Oni wszystko robią wolniej ze względów ekonomicznych. Im szybciej, tym więcej energii się traci, zwłaszcza kiedy jest gorąco. Tamtejsze temperatury lubi się na wakacjach, ale do życia i do ciężkiej pracy są zabójcze. Stąd Filipińczycy chodzą wolno, pracują wolno, są mało produktywni i śpią zawsze w południe. Nie chcę ich nazwać leniwymi, ale bardzo wolno płynie im czas. I nie znają takiego pojęcia jak punktualność.
Coś tam szokuje obcokrajowców?
Nas zszokowała ilość transseksualistów i fakt, że ludzie są niezwykle otwarci na nich. To niesłychanie chrześcijański kraj, a przypuszczam, że w Polsce to nie miałoby racji bytu. Tam liczy się wierna duszyczka. Nieważne kto, ważne, że jest.
Jest coś, co zaskoczyło Cię tam wyjątkowo pozytywnie?
Serdeczność wobec nas i szacunek, jakim nas darzono. Chcieliśmy, żeby mówiono do nas po imieniu, ale zawsze byliśmy panią i panem.
A negatywnie?
Na Filipiny przyjeżdża mnóstwo obcokrajowców na emeryturze. Znajdują sobie młodociane kochanki albo żony, a potem źle je traktują. To jest po prostu niesmaczne.
Jacy są Filipińczycy?
Niestety dość naiwni. Żyją w takim zaufaniu Bogu, że wszystko będzie dobrze i nie trzeba nic odkładać na jutro. Zdarzało się, że już następnego dnia po wypłacie przychodzili po zaliczkę, bo wszystko wydali. Często we wnioskach do urzędów skarbowych albo ubezpieczeniowych wpisywali na utrzymaniu dzieci rodzeństwa. Nie mogliśmy im wytłumaczyć, że ulgi przysługują tylko na własne dzieci. Ktoś odpowiadał, że nie ma własnych, ale utrzymuje dzieci siostry, brata, kuzyna, itd. Nieraz dziesiątkami osób opiekuje się jedna.
Czego Polacy mogliby się od nich nauczyć?
Pozytywnego spojrzenia na świat. Radości z tego co jest, a nie marudzenia, że czegoś nie ma albo coś mogłoby być lepsze. Są niezwykle pogodni i nie zrażają się tym, że mają naprawdę ciężko. Takiej biedy jak tam, nie widziałam nigdzie. I jednocześnie bogactwa, które niektórzy posiadają.
Czyli Filipiny to kraj kontrastów?
Mega kontrastów.
Gdzie je można zobaczyć?
Np. idąc ulicą widzimy śliczne, wygłaskane świątynie chińskie albo nowoczesne centra handlowe, a zaraz obok slumsy. Tam ludzie nie dbają o środowisko i chyba nie wiedzą, do czego ta niedbałość może doprowadzić.
Co dla Filipińczyków jest najważniejsze?
Bóg, honor, ojczyzna. Przede wszystkim Bóg, Jezus – młodzi ludzie noszą na rękach kolorowe gumeczki z napisem „Jezu, kocham Ciebie”. Nie wstydzą się tej miłości. Chodzą do kościoła przede wszystkim dlatego, że chcą i wierzą, a nie dlatego, że rodzice im kazali. Poza tym państwo, flaga, prezydent – świętość. Nieważne czy to prezydent na którego głosowałam, czy nie – teraz przewodzi mojemu państwu, więc należą mu się honory i szacunek. Nie można śpiewać hymnu w innym rytmie czy aranżacji, niż jest to konstytucyjnie uznane, bo można pójść do więzienia.
Mają jakieś nietypowe zwyczaje?
Mają bardzo dużo zabobonów. Biała pani w domu albo zjawa bez głowy na motorze. Są niezwykle przesądni. Z jednej strony wierzą w jedynego Boga, a z drugiej opowiadają takie bzdury i w nie też wierzą. Jest np. taka wyspa „chirurgów”, Siquijor, gdzie szamani podobno wycinają wyrostki nie używając narzędzi i nie spada przy tym kropla krwi. To oczywiście show, które bardzo chciałam zobaczyć, ale żaden Filipińczyk nie zgodził się tam ze mną pojechać. Boją się jechać na tę wyspę!
Jak się bawią na Filipinach?
Spotykają się od rana i śpiewają. A przy tym piją paskudne piwo ze spirytusem, wino z kokosa lub z liści palmowych, albo tani, pyszny rum. Ale się nie upijają!
„To są Filipiny” – wytłumaczenie na wszystko?
Do ostatniego dnia zdarzały się momenty, w których opadały nam szczęki. Krótkie wytłumaczenie – po prostu Filipiny. Tam widzieliśmy ciężarówkę bez żadnej plandeki, stojącą w korku i wiozącą gigantyczną kostkę lodu spożywczego. Tam rodzą się dzieci w ambulansach, które nie mogą przecisnąć się przez zakorkowane ulice. Najróżniejsze „cuda wianki” – Filipiny.
Nie-tubylec, nie-turysta – kto bardziej?
Jestem kimś pomiędzy. Pod koniec pobytu moi przyjaciele fotografowie powiedzieli mi, że mówili na mnie „balans bieli”, „biała pani” albo „puti”. „Puti” to też biała. Byłam obca, ale jednocześnie swoja. Dostawaliśmy zaproszenia na typowe imprezy, gdzie np. zabijano dla nas kaczkę. Zostaliśmy też rodzicami chrzestnymi. Ludzie byli dla nas niesamowicie serdeczni, a jednocześnie traktowali nas, jakbyśmy byli kimś lepszym. Często nie wiedzieliśmy czy oni naprawdę nas lubią czy tylko czegoś oczekują.
Dlaczego?
Wydawaliśmy dużo rzeczy. Oddawaliśmy ubrania, z których dzieci wyrosły, a kiedy ktoś przyszedł zawsze dostał jedzenie. Naszą nianię traktowaliśmy jak członka rodziny, a nie jak służbę. Ludzie uważali nas za dziwolągów, bo nie zachowywaliśmy się, jak reszta obcokrajowców.
Prawie 3 lata w tak odległym kraju – tęsknisz?
Tak. Nie mieszkałam w Polsce przez 17 lat. Jeździłam z miejsca na miejsce. Nagle wróciłam tutaj i po roku jeszcze nie czuję się jak w domu. Tam już dawno byłam u siebie.
Czego Ci najbardziej brakuje?
Czasami mówię, że słońca. Choć tam był to faktor, który mnie zniechęcał. Brakuje mi też owoców i morza. Wody, spokoju oraz bezpiecznej odległości od krewnych i znajomych. Tam byłam sama ze sobą i ze swoją najbliższą rodziną.
Filipiny jednym słowem?
Inny świat…

Galeria prac nadesłanych na konkurs
http://www.klubpodroznikow.com/galeria/najpiekniejsza-gora-swiata4
Alpy Julijskie – przewodnik
Nowy przewodnik dla koneserów po górach najpiękniejszych – oczywiście, poza Tatrami.
Wszystkich miłośników Gór > Alp >> Alp Wschodnich >>> Alp Julijskich zachęcamy do zapoznania się z nowym wydaniem przewodnika po Julijcach.
Przewodnik zawiera opisy tras na najwyższe szczyty Alp Julijskich, w tym via ferraty i łatwe wycieczki.
Przewodnik składa się z:
– części monograficznej: m.in. informacje na temat geologii i morfologii, hydrografii, klimatu, przyrody i jej ochrony, historii odkrywania i zdobywania gór, o Polakach w Alpach Julijskich, zagospodarowaniu turystycznym i zachowaniu bezpieczeństwa na górskich szlakach, niezbędnym wyposażeniu i sprzęcie;
– części szczegółowej: dokładny opis 33 tras górskich (1-3 dniowych, z wariantami), m. in. na Triglav (2864), Jôf di Montasio (2753), Škrlaticę (2740), Mangart (2679), Jôf Fuart (2666), Jalovec (2645), Prisojnik (2547), Malą Mojstrovkę (2332), Rombon (2208), wśród nich via ferraty oraz zwiedzanie wspaniałej Doliny Soczy;
– informacji praktycznych: m.in. adresy i telefony do schronisk, adresy i strony internetowe;
– skorowidza nazw z obszaru Alp Julijskich.
Możliwość nabycia go – bezpośrednio w Krakowie lub poprzez wysyłkę pocztą – więcej informacji: [email protected] lub tel. 502 398 727.
Przewodnik „Alpy Julijskie (Słowenia – Włochy)” to: 271 stron (o 80 stron więcej niż w wyd. I), 150 kolorowych fotografii, mapki szkicowe tras; format kieszonkowy, papier kredowy, oprawa trwała – szyta i klejona.
Jacek Płonczyński
Filipiny to kraj, o którym przeciętny zjadacz chleba niewiele wie. Wydają się
odległe, obce, egzotyczne, ale nie dość interesujące, by stać się popularnym celem
turystycznym. Wbrew pozorom, wiele jednak łączy Polskę i Filipiny, które są najbardziej
schrystianizowanym państwem Azji. Mentalność Filipińczyków, tak odmienna od
europejskiej, jest zarazem swojska, sprzyjająca asymilacji. Przede wszystkim Filipiny
zaskakują jednak sprzecznościami, kontrastami, paradoksami.
Agnieszka Doberschuetz, która na Filipinach spędziła wraz z rodziną blisko trzy lata,
opowie o swoich doświadczeniach (fascynacjach, tęsknotach i dylematach) z trudnej
pozycji nie-tubylca, ale i nie-turysty oraz zaprezentuje swoje fotografie.
Zapraszamy!

Filipiny – inny swiat

Amunicja i papierosy dostepne na sztuki
JPII wielki bohater i na Filipinach

Przyplyw spokoju

Samotnosc w sieci

Sinulog – wielkie swieto Jezuska

Usmiech ponad wszystko

Wielkanocna szopka
foto: Agnieszka Doberschuetz
Klub Podróżników Śródziemie
Ogólnopolski portal podróżniczy poświęcony odkrywaniu Polski i świata. Od znanych miast i zabytków, przez górskie szlaki i podziemia, po miejsca nieoczywiste i zapomniane.
Rzetelne relacje, autorskie przewodniki oraz praktyczne wskazówki dla turystów, pasjonatów historii i miłośników aktywnego podróżowania.
Odkrywaj świat z nami – świadomie, krok po kroku i z pasją.