Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Slajdowiska
    • Spotkania autorskie
  • Relacje
    • Europa
      • Albania
      • Austria
      • Bułgaria
      • Chorwacja
      • Czarnogóra
      • Czechy
      • Dania
      • Francja
      • Hiszpania
      • Holandia
      • Kosowo
      • Litwa
      • Luksemburg
      • Macedonia
      • Malta
      • Niemcy
      • Norwegia
      • Portugalia
      • Rosja
      • Rumunia
      • Serbia
      • Slowacja
      • Slowenia
      • Szwajcaria
      • Ukraina
      • Wegry
      • Wielka Brytania
      • Włochy
    • Polska informacje i fotorelacje
      • Forty i twierdze
      • Góry
      • Kolej
        • Parowozownie
      • Miasta
      • Miejsca wyjątkowe
      • Muzea
      • Podziemia
      • Polska na weekend
      • Skanseny w Polsce
      • Woda
      • Województwa
        • Dolny Śląsk
        • Kujawsko-pomorskie
        • Łódzkie
        • Lubelskie
        • Lubuskie
        • Małopolskie
        • Mazowieckie
        • Opolskie
        • Podkarpackie
        • Podlaskie
        • Pomorskie
        • Śląskie
        • Świętokrzyskie
        • Warmińsko-mazurskie
        • Wielkopolskie
        • Zachodniopomorskie
      • Zabytki sakralne
      • Zamki i pałace
    • Świat
      • Afryka
      • Ameryka Południowa
      • Ameryka Północna
      • Ameryka Środkowa i Karaiby
      • Antarktyda
      • Australia i Oceania
      • Azja
    • Schroniska Górskie
  • Filmy
  • Sprzęt
    • Polecamy
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Autorzy
    • Albin Marciniak
    • Karolina Zięba-Kulawik
    • Redakcja
  • Forum
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Kontakt
czwartek, 26 marca, 2026
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Slajdowiska
    • Spotkania autorskie
  • Relacje
    • Europa
      • Albania
      • Austria
      • Bułgaria
      • Chorwacja
      • Czarnogóra
      • Czechy
      • Dania
      • Francja
      • Hiszpania
      • Holandia
      • Kosowo
      • Litwa
      • Luksemburg
      • Macedonia
      • Malta
      • Niemcy
      • Norwegia
      • Portugalia
      • Rosja
      • Rumunia
      • Serbia
      • Slowacja
      • Slowenia
      • Szwajcaria
      • Ukraina
      • Wegry
      • Wielka Brytania
      • Włochy
    • Polska informacje i fotorelacje
      • Forty i twierdze
      • Góry
      • Kolej
        • Parowozownie
      • Miasta
      • Miejsca wyjątkowe
      • Muzea
      • Podziemia
      • Polska na weekend
      • Skanseny w Polsce
      • Woda
      • Województwa
        • Dolny Śląsk
        • Kujawsko-pomorskie
        • Łódzkie
        • Lubelskie
        • Lubuskie
        • Małopolskie
        • Mazowieckie
        • Opolskie
        • Podkarpackie
        • Podlaskie
        • Pomorskie
        • Śląskie
        • Świętokrzyskie
        • Warmińsko-mazurskie
        • Wielkopolskie
        • Zachodniopomorskie
      • Zabytki sakralne
      • Zamki i pałace
    • Świat
      • Afryka
      • Ameryka Południowa
      • Ameryka Północna
      • Ameryka Środkowa i Karaiby
      • Antarktyda
      • Australia i Oceania
      • Azja
    • Schroniska Górskie
  • Filmy
  • Sprzęt
    • Polecamy
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Autorzy
    • Albin Marciniak
    • Karolina Zięba-Kulawik
    • Redakcja
  • Forum
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Kontakt
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Forum
  • Relacje
    • Europa
    • Polska
    • Świat
  • Sprzęt
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Książka
  • Kontakt
Copyright 2025 - All Right Reserved
Cykliczne Spotkania Podróżników

Birma

przez Albin Marciniak 2012-04-08
Napisane przez Albin Marciniak
23.04.2012 godz. 19:00
Klub Podróżników „Śródziemie”
Kraków Piwnica pod Baranami
Michał Lubina, Roman Husarski
Wieczór Birmański
Michał Lubina, Roman Husarski
o Birmie  Roman Husarski
obecną sytuację w Birmie nakresli specjalista Michał Lubina.

Malaryczna dżungla, brak sanepidu, problemy z transportem, wszechobecna bieda, …, ale i życzliwi ludzie, niesamowite widoki i przestrzeń nieskażona masowa turystyką – o realiach podróży przez Birmę opowie miłośnik Azji Południowo Wschodniej, student UJ, Roman Husarski.

W drugiej części wieczoru, doktorant UJ, ekspert CSPA (Centrum Studiów Polska – Azja), pierwszy analityk w kraju, który użył określenia „odwilż birmańska”: Michał Lubina, który niedawno wrócił z Birmy, opowie nam o zmianach, odwilży, wyborach i aktualnym obrazie tego niesamowitego kraju.


foto: Roman Husarski

2012-04-08 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Cykliczne Spotkania Podróżników

Pedagogical Universty World Tour

przez Albin Marciniak 2012-04-06
Napisane przez Albin Marciniak
16.04.2012 godz. 19:00
Klub Podróżników „Śródziemie”
Kraków Piwnica pod Baranami
Pedagogical Universty Word Tour
Michał Apollo i Marek Żołądek,


Pedagogical Universty World Tour 2010/11 – PODSUMOWANIE

Opis projektu:

PUWT 2010/11 to niezmiernie różnorodne przedsięwzięcie dwóch młodych podróżników,
doktorantów Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. W ciągu niespełna półtorej roku
na pokładzie samolotów przemierzyli ponad 135 tys. km (0,35 drogi na księżyc), 32 tys.
km lądem we wszystkich strefach klimatycznych, kilkaset km pieszo – od upalnych złotych
plaż po mroźne lodowce oraz kilka km w pionie w górach i skałach sześciu kontynentów.
W trakcie podróży osiągnęli wiele zamierzonych celów od wytyczenia dwóch nowych dróg
wspinaczkowych w Andach przez realizacje kilku projektów badawczych po prelekcje z
zakresu glacjologii i ochrony środowiska m.in. w Ambasadach Rzeczpospolitej Polskiej w
Limie oraz Kuala Lumpur.

Projekt składał się z V etapów:

I – UP El Carnicero DSCC Expedition 2010

II – UP Aoraki DSCC New Zealand Expedition 2011

III – UP South Africa Journey 2011

IV – UP Thai-Malay Peninsula Journey 2011

V – UP Ring Of The Fire Expedition 2011

Podczas pokazu autorzy podsumują PUWT 2010/11 oraz dokładniej opowiedzą o
finalizujących projekt dwóch ostatnich wyprawach. Przeniesiemy się zatem do Singapuru,
Malezji oraz Japonii.

Prelegentami będą Michał Apollo i Marek Żołądek, doktoranci Uniwersytetu Pedagogicznego
w Krakowie, członkowie Klubu Wysokogórskiego Warszawa oraz Polskiego Towarzystwa
Geograficznego. Od 2004 roku wspólnie zorganizowali 11 ekspedycji sportowo – naukowych
w najdalsze zakątki naszego globu oraz kilkanaście wyjazdów na „Starym Kontynencie”.
Wspinali się w różnych rejonach świata, wliczając Himalaje, Andy, Kaukaz, Alpy
Południowe, Alpy Japońskie, Góry Skaliste, góry Alaski, Appalachy, Kilimandżaro, Góry
Smocze, Góry Przylądkowe, Wielkie Góry Wododziałowe, Alpy, Góry Betyckie, Karpaty.
Odwiedzili blisko 50 krajów na sześciu kontynentach. Zapaleni podróżnicy, pasjonaci
fotografii, autorzy kilkudziesięciu artykułów o tematyce popularnonaukowej oraz kilkunastu
publikacji naukowych. Swe dokonania prezentowali na największych festiwalach o tematyce
podróżniczej w Polsce, oraz na prelekcjach w Stanach Zjednoczonych, Peru, Malezji i RPA.
Na wyjazdach prócz wspinaczki zajmują się badaniami z dziedziny ochrony środowiska i
glacjologii (opieka merytoryczna prof. Jan Lach, prof. Roman Malarz). Autorzy kilku nowych
dróg wspinaczkowych w górach świata, m.in. zdobywcy dziewiczego szczytu Himalajach
– Masala Peak 5650 m n.p.m., za który zostali nominowany do prestiżowej nagrody
Polskiego Związku Alpinizmu „Jedynka”. Od 2008 r. współpracują z Pismem Uniwersytetu
Pedagogicznego „Konspekt”, od 2011 r. z Pismem Samorządu Studentów Uniwersytetu
Pedagogicznego Studens Scribit. Uczestnicy są w grupie testowej namiotów Marabut, teamie
Tatra Trade Zakopane oraz ekspertami sprzętowymi ogólnopolskiego portalu ceneria.pl.

www.masalapeak.com


Michał Apollo i Marek Żołądek na Kengamine Peak – Fuji-san, fot. MasalaPeak.com


Na kalderze wulkanu Ngaurohoe, Nowa Zelandia, fot MasalaPeak.com

RPA Michal na jednej z drog obok Simon’s Town, fot. Zoladek M. MasalaPeak.com

2012-04-06 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Malta

Gozo – wyspa archipelagu Wysp Maltańskich

przez Karolina Zięba-Kulawik 2012-04-06
Napisane przez Karolina Zięba-Kulawik
Gozo

Gozo – wyspa archipelagu Wysp Maltańskich

Għawdex

Druga co do wielkości wyspa archipelagu Wysp Maltańskich, położona 6 km na północny zachód od Malty.

 

   Ktoś powiedział że Malta – to ogromne muzeum pod otwartym niebem, a Gozo jest tego najlepszym przykładem. Ta wyspa wciąga, uzależnia, jeszcze jedno miasteczko, jeszcze jedna historia, jeszcze jeden krok, jeszcze, jeszcze…
Gozo to druga największa wyspa Malty, na którą udaliśmy się z portu Cirkewwa promem morskim. W uszach szum fal, oczy przymrużone od słońca rozmywały krajobraz, pod skórą rozproszona sensualność, a wokół małe wysepki, fortece, wieże, m.in. miejsce gdzie pojmano hrabiego Monte Christo, prom przebijał czyste i niebieskie morze, a morska bryza chłodziła… chłodziła zmysły i ciało.

 

.

Przybiliśmy do portu Mgrr Harbour, malownicze miasteczko, nowoczesny dworzec promowy, port i marina, sklepiki i trasy wylotowe w głąb wyspy.

.

.

.

.

Powierzchnia Gozo to 67 km2, na krajobraz składają się głównie skaliste klify, małe zatoczki, typowa roślinność to oleandry, a wystające z morza skały tworzą oryginalne figury i groty. Udajemy się do Dwejra Bay, dzikiej skalistej zatoki z monolitycznych skał, tu natura wyrzeźbiła niesamowite figury i groty skalne, którymi zawładnęło morze i wiatr. Rozpoznawalną skałą kojarzoną z Gozo jest tzw. „Lazurowe okno” (Azure Window), wyrzeźbiona przez naturę skała z wrotami przez które widzimy morską otchłań i inne skalne posągi.
Przyciągają równie piękne: „Fungus Rock”, „Ta’ Cenc Cliffs”, urzekają zatoczka Mgar ix-Xini. Białe skały wapienne z niebieskim morzem tworzą bajeczną scenografię także dla nurków, bowiem jest tu raj dla nurkowania, podwodne skały, groty, kominy, czeluście pełne tajemnic i uroku przyciągają. Historia mówi że na wyspie Gozo przebywał siedem lat Odyseusz którego więziła nimfa Calipso.

.

.
Dwejra, kaplica
.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

Lazurowe Okno. Ta monumentalna wapienna arkada, znajdująca się nieopodal przylądka Dwerja, powstała na skutek erozji działającej przez wiele tysięcy lat.

.

.

.

.

.

We wrześniu temperatura wody wynosi 26 stopni na 40 m głębokości, a jej przejrzystość przekracza 40m w poziomie. Na miejscu czekają fantastyczne jaskinie, wraki oraz nurkowanie przy klifach o wysokości ponad wodą blisko 100m.
.

.

.

.

.

Inną z atrakcji wyspy są świątynie Ggantija Temple wzniesione ok. 3000 lat p.n.e. Jak mówi starożytna legenda świątynię wybudowała w jedną noc kobieta gigant o imieniu Sunsuna, budowla była poświęcona Wielkiej Matce Ziemi, bogini płodności. Neolityczna monumentalna architektura i jej prehistoryczne pochodzenie zostały wpisane na listę Świątyń dziedzictwa UNESCO. Dodam że jest to najstarsza budowla na świecie, starsza od egipskich piramid i Stonehenge, miejsce pielgrzymek starożytnych mieszkańców Malty.

.

.

Następnie Victoria albo Rabat stolica wyspy Gozo. Victoria jest głównym miastem wyspy i jeżeli cokolwiek się na niej dzieje to w 90 procentach jedynie tutaj, na reszcie wyspy panuje taki spokój, którego można wyspom pozazdrościć. Jej nazwę mieszkańcy zawdzięczają prośbie biskupa skierowanej do rządu brytyjskiego, aby największe miasto wyspy Gozo uzyskało nazwę na cześć 50 rocznicy koronacji królowej Wiktorii. Nazwę z Rabat, która jest nadal nieoficjalnie używana zmieniono w 1887 roku na Victoria.

.

.

Zabytkowa i monumentalna budowla na wyspie Gozo to Citadel (The Gran Castello), która wsławiła się udaną obroną przed oblężeniem tureckim w 1565. Warto wiedzieć, że Ministerstwo Kultury Malty organizuje w lipcu i sierpniu 2010 r. imprezę „Gran Castello Summer Nights 2010 – Cittadella, Gozo” w programie tej imprezy przewidziane są: wieczory muzyczne pod gwiazdami, opery, operetki i musicale także pokazywane na dużych ekranach, wieczór muzyki neapolitańskiej, festiwal wina organizowany przez Marsovin, interaktywne gry przedstawiające historię średniowiecza, impreza „Sweet Music” (opera i musicale), teatr grecki, degustacje i pokazy kulinarne kuchni lokalnej przy muzyce folklorystycznej i pokazach sztucznych ogni. To w największym skrócie. Wracam do omawiania obiektu, na terenie Cytadeli znajdujemy Katedrę z dobudowanymi ostatnio pomnikami papieży którzy odwiedzili to miejsce w tym Ojca Św. Jana Pawła II. Katedra zaprojektowana przez Lorenzo Gafa wybudowana w 1697 r. i rozbudowana w 1711 r., wew. w kopule piękny obraz trompe l’oeil Antonio Manuele. Wewnątrz Cytadeli Muzeum Katedralne w nim bezcenne szaty, przedmioty ze srebra, złota, używane w świętej posłudze. Dzisiejsza cytadela to małe miasto, w którym nadal zamieszkują ludzie, a życie toczy się swoim rytmem.

.

.
Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Victorii – główna świątynia diecezji Gozo na Malcie
.

.

Na schodach przed wejściem do katedry stoi pomnik Polaka Papieża Jana Pawła II
.

.

Potężne umocnienia twierdzy stojacej na spłaszczonym szczycie wzgórza dominują nad centalną częścią wyspy. Mury obronne, otaczające również katedrę i kilka muzeów, pochodzą z początku XVII w. Wzniósł je król hiszpański Filip II wraz z mieszkańcami Gozo. Joannicci wzmocnili mury i korzystali ze schronienia w twierdzy podczas ataków Turków i piratów. Twierdza mogła pomieścić wówczas wszystkich mieszkńców Gozo. Trzęsienie ziemi w 1693 r. zamieniło dużą część twierdzy w rumowisko. Obecnie mury obronne są odrestaurowywane.

Życie Victorii koncentruje się głównie wokół placów, gdzie mieszkańcy wraz z turystami mogą zasiąść pod parasolkami ogródków kawiarnianych i restauracji. Jednym z takich placów jest Pjazza Indipendenza (Plac Niepodległości), gdzie rozstawione były stoliki restauracyjne, a czas umilała miejscowa kapela złożona z sędziwych już wiekiem członków, grających lokalne melodie.

.

.

.

.

.

Monumentalny budynek bazyliki św. Jerzego góruje nad placykiem It-Tokk. Wzniesiomo ją w 1673 r. Wielokrotnie powiększana i upiększana, zyskała nazwę „złotej”, gdyż wnętrze jest obficie zdobione złoceniami.
.

.

Fasada jednego z kościołów

.

.

Fontanna na placyku przed kościołem

.

.

Religijne ozdoby przy wejściu do domów

.

.

.

Pozostałością po kolonizacji brytyjskiej są czerwone budki telefoniczne, ruch lewostronny i znajomość angielskiego, po angielsku porozumiewają się prawie wszyscy obywatele Malty.
.

.

.

Tymi uliczkami można chodzić całymi dniami
.

.

Worki śmieci
.

.

.


 

Transport

Po wyspie można poruszać się pieszo (obszar wszystkich maltańskich wysp – 316 km2 – jest niemal tysiąckrotnie mniejszy niż obszar Polski). Na wszystkich maltańskich wysepkach sprawnie funkcjonuje sieć autobusów i busów. Główny terminal autobusowy znajduje się przy Main Gate St., a w małych miasteczkach przystanek autobusowy znajduje się zawsze w pobliżu placu przy kościele. Popularnym środkiem transportu są tu również zabytkowe dorożki. Obowiązuje ruch lewostronny, nie ma sieci kolejowej.

Na granicy

Wraz z momentem wejścia Malty do Unii Europejskiej (1 maja 2004 r.) Polacy mogą wjechać na Maltę na podstawie paszportu lub dowodu osobistego (zarówno starego, ważnego maksymalnie do 31 grudnia 2007 r., jak i nowego typu). Obowiązek posiadania wizy został całkowicie zniesiony.

Opieka medyczna
Wybierając się na Gozo nie potrzebujemy specjalnych szczepień, nie ma tu żadnych zagrożeń epidemiologicznych. Opieka medyczna jest dobrze rozwinięta, szpitale są nowoczesne i dobrze wyposażone.

MIEJSCA NURKOWE – GOZO

Coral Cave
Płynąc przez obszar zwany ogrodami możemy dotrzeć do niewielkiego klinowatego pęknięcia w ścianie skalnego występu opadającego 25 metrów w głąb błękitu. Podążając w dół i w lewo, na głębokości 18 metrów natrafimy na ogromną szczelinę otwierającą Koralową Jaskinię. Sufit jaskini posiada znakomite okazy twardych korali oraz koników morskich często poszukujących schronienia w tym miejscu.

Inland Sea
Wystarczy chwilę popłynąć przez tak zwane morze śródlądowe, aby za chwilę delikatnie zanurkować na maksymalną głębokość 25 metrów w okolice jaskini. Płynąc przez ogromny tunel wapiennego klifu, głęboko błękitny kolor pod sam koniec oprawiony jest skalnymi pęknięciami. Trasa wyprowadza nas na otwarte morze oraz pięć dziesięciometrowy uskok. Eksploracja zarówno prawej jak i lewej ściany oferuje fantastyczne życie morskie, co niesie satysfakcję każdemu nurkowi.
Crocodile Rock
Obserwowana z lądu ta przybrzeżna skała kształtem przypomina krokodyla. Nurkowanie może być wykonywane z brzegu, ale częściej odbywa się z łodzi. Zanurzenie zaczyna się od płytkiej od 6 do 8 metrów pod wodą laguny. zaledwie po kilku metrach wpływamy nad stromy uskok o głębokości wynoszącej do 45 metrów. Nurkując wzdłuż ściany możemy cieszyć się towarzystwem grouperów, ławic salemy, serioli i tuńczyka.

Ta’Cenc Cliffs
Miejsce znajduje się pod najwyższym klifem w Gozo. Lawirując pomiędzy rozsianymi po morzu głazami możemy napotkać homary i wiele barwnych ślimaków.

Blue Hole
Znana na całym świecie Błękitna Jama położona jest na zachodnim brzegu Gozo w miejscu zwanym Dwejra. Wejście do laguny oferuje nurkom różnorodne możliwości osobom prezentującym każdy poziom umiejętności. Oszałamiające jaskinie, fantastyczne ściany i krystalicznie czyste lazurowe wody zasłużenie zdobyły opinie jednego z najlepszych miejsc do nurkowania na świecie.

Xwejni
Struktura kilku pozostałych tradycyjnych solnych basenów przypominająca mozaikę stanowi jedynie preludium dla wrażeń pochodzących z tego miejsca. W czasie nurkowania, klucząc wzdłuż kanałów możemy cieszyć się z obserwacji różnorodnego życia morskiego, między innymi węgorzy, ośmiornic, rozgwiazd, muren czy jeżowców.

Double Arch Reef
Nurkowanie z brzegu warte jest każdego ruchu płetwą. Nazwa tego spektakularnego miejsca pochodzi od unikalnej geologicznej formacji, gdzie dwa łuki, jeden nad drugim, przeszywają przybrzeżną rafę. Ze względu na swoje położenie, obfituje w tysiące dascylusów oraz ławice przeróżnych leszczy. Często, przy odpowiednich prądach mamy szansę natknąć się na ogromne ławice polujących barakud.

Catherdral Cave (The Blue Dome)
Dana jaskinia znajduje się w dolinie Ghasri. Nurkowanie może odbywać się z brzegu aczkolwiek wymaga przejścia kilku wykutych w skale stromych stopni. U wylotu doliny, na głębokości 18 metrów znajdziemy duże wejście prowadzące do kopulastego sklepienia zwanego Katedrą. Wewnątrz znajdują się głazy pokryte kolorową gąbką i miękkim koralem. W trakcie nurkowania mamy sposobność wynurzenia się bezpośrednio pod kopułą, gdzie będziemy otoczeni elektryzującym, niebieskim światłem pochodzącym z podwodnego przejścia. Jest to miejsce zdecydowanie godne wysiłku.

Reqqa Reef
Nurkowanie odbywa się wzdłuż głębokiej na 40 metrów ściany. Dalszy ciąg ma na rafie występującej na stałym lądzie, której najpłytsza część znajduje się 18 metrów pod powierzchnią wody. Ogromne głazy opierające się o ścianę klifu sprawiają wrażenie umieszczonych tam umyślnie. Stanowią doskonałe schronienie dla grouperów,
denteksów, ośmiornic i skrzydlic.

Billinghurst Cave
Jaskinia Billinghurst znajduje się na północnej stronie wyspy. Szczyt wejścia do jaskini znajduje się zaledwie kilka metrów pod powierzchnią, a jego dno jest na 27 metrach. Wystarczy jeden odważny krok ze szczytu klifu nad jaskinią i już możemy płynąć przez pięć dziesięciometrową jaskinię podziwiając mnóstwo wielobarwnych gąbek, miękkiego koralu czy virgin lace coral. Możliwe jest wynurzenie się w końcowej części tunelu aczkolwiek tak głęboką eksplorację zaleca się jedynie doświadczonym nurkom z odpowiednim ekwipunkiem.

Xlendi Bay
Xlendi jest jednym z ośrodków turystycznych Gozo. Zatoka znajduje się na końcu długiego wąskiego wcięcia osłoniętego od północy stromym klifem. Południowa część obfituje w bary, kawiarnie, restauracje i hotele. Tunel przebiega przez klify i prowadzi do otwartego morza. Nurkowanie zaczyna się w zatoce na głębokości 9 metrów. Płynąc przez tunel mający wspaniałe wejście, możemy spotkać barweny i kolorowe kabryle
żywiące się z posadzki tunelu licznymi garbikami i neonami. Koniec tunelu zwabi nas intensywnie błękitnym światłem pochodzącym z wyjścia. Na zewnątrz natkniemy się na głazy i rafę o kształcie piramidy obfitujące w barakudy.

Fessej Rock
Ogromny szczyt wznosi się z głębokości sześćdziesięciu metrów. Nurkując z łodzi, nabieramy głębokości okrążając skałę w towarzystwie barakud i wszechobecnych grouperów.
Xlendi Wreck
Jest to dawny prom MV Xlendi, kóry został zatopiony i umieszczony na głębokości 40m. Jego wielkość jest imponująca, a fakt, iż wylądował do góry dnem może zaskoczyć nie jednego nurka. Przebywając na takiej głębokości należy wziąć pod uwagę możliwość wystąpienia efektu narkozy azotowej.

.

2012-04-06 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Australia i Oceania

Przystanek w drodze na północ

przez Karolina Zięba-Kulawik 2012-04-06
Napisane przez Karolina Zięba-Kulawik
Pod patronatem Klubu Podróżników Śródziemie
TransOceania eXpedition 2012 to wyprawa rowerowa rozpoczynająca się na północy Nowej Zelandii, a kończąca na północy Australii.
Wyprawa rozpoczęłą się w lutym i zakończy w kwietniu 2012 roku. W czasie przemierzania tych dwóch krajów podróżnicy pokonają ponad 6000 km.

Relacja z kolejnego etapu podróży:

Przystanek w drodze na północ.

Do domu zajeżdżamy od strony garażu, zamkniętego na ulicę, jednak otwartego na wewnętrzny trawnik, gdzie pod wiatą stoi stolik i duże BBQ. W koło soczyście zielonego, miękkiego trawnika rosną gęste krzewy, otaczające też werandę przez którą wchodzi się do dużego pokoju z niewielkim barem.
Małgosia, która ugościła nas na czas naszego pobytu w Adejajdzie, krząta się po domu szykując obiad, każąc nas odpocząć i poczekać na strawę. Żyjąca tutaj od przeszło trzydziestu lat, na dobre już zapuściła korzenie w australijskiej ziemi, pozostając cały czas w pełni polską będącą dla naszych rodaków mieszkających w Adelajdzie wielką pomocą, oraz ambasadorem polskości wśród tych, którzy już powoli z kolejnym pokoleniem zapominają o swoim pochodzeniu.
Dla nas czas spędzony w Adelajdzie, to przede wszystkim skupienie się na przygotowaniach do długiej podróży przez outback. Musimy zakupić wszystko to co może nam się przydać w przeciągu najbliższych kilkudziesięciu dni. Priorytetem są opony, nowa pompka, gaz oraz mapy. Dzisiaj i tak już nie uda nam się załatwić tego, bo w czasie przejazdu przez miasto zawitaliśmy do dwóch sklepów, ale albo nie było potrzebnych nam rzeczy albo ceny powalały nas na kolana. Dlatego też wieczór pozostawiamy na odpoczynek i naładowanie baterii po ostatnich kilometrach, na następną drogę. – Pojeździe do Glenelg, to podobnie jak w Melbourne, St Kilda. – namawia nas Gosia – To 10 minut drogi stąd. Może z cztery kilometry.
– Dla nas będzie to troszkę więcej niż dziesięć minut, jeżeli pojedziemy rowerami. – lekko się uśmiechamy.
– Stąd to bardzo prosta droga, z domy wyjeżdżacie na główna ulicę, skręcacie i jedziecie cały czas prosto, aż skończy się droga. Skręcacie w lewo i do samego końca. Nie da się zabłądzić.
Droga rzeczywiście prosta, jednak kilometry nie do końca się zgadzały, ale na pustych rowerach bez bagażu, jedzie się szybko i w sumie inaczej. Tak jakby rowery były nie stabilne. Kierownica się kiwa, z początku nie trzymając dokładnie kierunku, a sam rower podskakuje na każdej nie równości. – Zdecydowanie lepiej jeździ się z bagażem. Mimo, iż ciężej. – zauważa Gosia, kręcąc kierownicą i starając się złapać równowagę bez obciążonego przedniego koła, gdzie zwykle wiszą ciężkie wypchane jedzeniem sakwy.
Prosta jak strzała Anzac Road prowadzi nas prosto do nadmorskiej dzielnicy miasta, bo samo centrum Adelajdy oddalone jest od morza i leży na planie dawnego wojskowego garnizonu, mając dokładnie wymiary kwadratu o bokach mila, na milę. Wjeżdżając do portu, gdzie ulica kończy się nie zastaniesz zbyt wielu łodzi. Stoją tylko nieliczne jachty motorowe, a żaglowe łodzie to tutaj wyjątek, raczej nie zapuszczający się w tak ekskluzywne towarzystwo.
Od portu wiedzie nas promenada, na której liczni mieszkańcy starają się złapać chodź oddech po męczącym dniu, a to spacerując, a to jeżdżąc rowerem, czy też po prostu siedząc na ławkach wpatrując się w opadające do morza krwisto czerwone słońce.
Tutaj jednak nie znajdziesz serca nadmorskiej dzielnicy. Jest nią odchodząca od morza arteria, skąd prócz przechodzącego z szerokiego deptaku w ruchliwy asfalt, zaczynają lub też kończą się tory tramwaju, zwożącego z innych dzielnic kolejnych ludzi chcących się, a to pójść nad morze, a to zasiąść w tętniących życiem licznych pubach i restauracjach.
– Za pierwszą połowę! – wznoszę szklankę pełną chłodnego lokalnego piwa.
– Za pierwszą połowę!
– Teraz przed nami ta trudniejsza część i zdaje się, że będzie zupełnie inna niż dotychczasowe dni. – sami do końca nie wiemy czego możemy spodziewać się. Z jednej strony w nogach mamy już ponad 2 800 kilometrów, a z drugiej przed nami dokładnie tyle samo. Z tym, że znowu z jednej strony nie będzie już takich podjazdów jak do tej pory, bo i droga w środkowej Australii jest płaska jak dno naszych menażek, a z drugiej temperatury będą o wiele wyższe, do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni, a z trzeciej jeszcze strony zapasy wody i jedzenia jakie będziemy musieli dźwigać ze sobą, znacznie zmienią nasze dotychczasowe przyzwyczajenia. – Żebyśmy dojechali do Darwin! – wznosi tym razem toast Gosia. I tak siedząc w pełnym głosów i muzyki pubie, zastanawiamy się jak będzie się to różniło od dotychczasowych kilometrów, na ile nasze doświadczenie zdobyte do tej pory będziemy mogli zastosować, czy zupełnie nas to zaskoczy, jak pierwsze dni w Nowej Zelandii, kiedy musieliśmy przyzwyczaić się, że nie tak jak w innych krajach każda kropka na mapie z nazwą to miasto, a jedynie kilka farm oddalonych od siebie o wiele kilometrów.
– Zaraz w centrum niedaleko dworca autobusowego jest wielki targ. Musicie się pospieszyć, by jeszcze tam ktoś był. Naprawdę warto tam pójść, prócz kilku innych rzeczy, bo i tak wszystko znajdziecie w ścisłym centrum. – dostaliśmy dokładne instrukcje gdzie i co warto zobaczyć. Po długim śnie w wygodnym łóżku, dzisiaj wiele punktów do odhaczenia na naszej długiej liście.
Schowany w niepozornych niskich budynkach, tętni życiem gdzie każdy stara się znaleźć coś dla siebie i na swój stół. Liczne stoiska z których wylewają się najróżniejsze produkty z całego świata. W równych alejkach znajdziesz soczyste owoce, przyprawy ulepione w ostre stożki jak na azjatyckich bazarach, prawdzie wędliny nie spotykane w zwykłych supermarketach gdzie króluje stek, salami i serdelki ze znikoma zawartością mięsa. Każdy kontynent, każda narodowość ma tutaj swoje przedstawicielstwo, będące niewielką namiastką oddalonego o tysiące kilometrów domowego smaku.
I nagle pośród najróżniejszych smaków i niezliczonych kolorów kolejnych straganów rzuca się w oczy coś czego od dawna nie widzieliśmy. Polskie zupki minutki, posiłek tak często spotykany w naszej menażkowej kuchni w czasie wyjazdów o wiele bliższych. Zaraz obok polski kisiel, szynka konserwowa, dżemy, draże, czekoladki, i prawdziwe polskie kiełbasy. A z niewielkiego przesmyku pomiędzy ścianą produktów uśmiecha się do nas młoda dziewczyna.
– Z polskie? – zadaje pytanie po polsku – Turystycznie, czy mieszkacie tutaj? – Coś do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni. Zwykle zawsze ludzie zadają nam pytania po angielsku, a jeżeli już słyszeliśmy polski, to albo nasz własny, lub też wiedzieliśmy że spotkamy Polaków. Po chwili lekkiego zaskoczenia, w końcu odpowiadamy na zadane pytania. – Z Polski – uśmiecha się Gosia – i turystycznie.
– To rzadko tutaj spotykane. Zwykle albo ktoś tu mieszka albo właśnie się przeprowadził.
– Właśnie. Jak do tej pory nie spotkaliśmy podróżujących Polaków zbyt wielu. Jedynie na Nowej Zelandii jedną grupę, ale to już było dawno temu. Dużo Polaków tutaj przychodzi?
– Zwykle te same osoby – w między czasie wyłania się druga kobieta. – ale coraz mniej. Ci co tutaj mieszkają od lat regularnie przychodzą. Młodzi wolą już inne jedzenie, też nie znają do końca tych smaków.
– Jest prawdziwa kiełbasa. – wpatrzony w bogatą wystawę, aż nie mogę oprzeć się widokowi i już wyobrażanemu sobie zapachowi i smakowi kiełbasy śląskiej, podwawelskiej czy suchej. – Wszystko sprowadzacie z Polski?
– Tak, jednak poza wędlinami. Te produkujemy tutaj i nawet jeden ze sposobów produkcji został przeniesiony do Polski.
– To ja poproszę taki ładny kawałek kiełbasy. Którą Pani poleca? Może Podwawelska?
– Ta jest lepsza. – młoda dziewczyna wskazuje na gruby kawałek leżącej obok Śląskiej.
– To poproszę, jedno pętko.
Jeszcze przez chwilę rozmawialiśmy o powoli starzejącej się emigracji i zanikającym młodym pokoleniu. Cały czas zastanawiamy się, w którym pokoleniu ktoś wywodzący się z emigracji zaczyna uważać się za Australijczyka. Nie znajdując tutaj odpowiedzi, z niewielka namiastką polskiego smaku w ręku, zawiniętego jak przystało w szary papier, ruszamy dalej wnikać w gwar kolorowych, pachnących straganów.
Powoli wnikamy w sobotni rytm miasta, odrywającego się od tygodniowego zabiegania. Ludzie włóczą się po ulicach odwiedzając kolejne sklepy na głównych handlowych ulicach, bo te gdzie zwykle w tygodniu pełno jest ludzi w garniturach i krawatach opustoszały, będąc teraz wyschniętymi korytami rzek. Niewielkie kawiarenki, lodziarnie, restauracje i bary wypełnione po brzegi, wymieniają co jakiś czas kolejnych chętnych, dla których przyszedł czas na przerwę w zakupach. Jednak cały czas masz wrażenie, że ludzie nie zwalniają. Pędzą pomimo, iż nie muszą. Jakby starali się pozałatwiać te rzeczy, które w tygodniu im umknęły, czy też nie mieli na nie czasu. Nawet powoli kończący się festiwal, nie przyciąga tak ludzi jak otwarte witryny sklepów z odzieżą, czy sieci komórkowych. Gdzieś w tym wszystkim odnajdziesz tych dla których czas płynie zupełnie inaczej. Czy to studenci, czy bezdomni, czy Ci którzy starają się zarobić w tym czasie grając czy stojąc nieruchomo godzinami, gdzieś są pomijani przez pędzący tłum. Aż trudno się zatrzymać i spojrzeć na to z boku, bo i trudno znaleźć miejsce gdzie można usiąść. Ale wystarczy chwilę poczekać, i zaraz się coś znajdzie.
I tak przemierzamy kolejne ulice, kolejne skrzyżowania, kolejne sklepy z jednej strony starając się wypełnić nasza listę, a z drugiej trochę oderwać się od tego tłumu. Dopiero przekraczając schowanego za bramą ogrodu botanicznego, wszystko zwalnia. Ludzie odpuszczają, zdejmują nogę z gazu i pośród nieregularnych uliczek z dziką roślinnością, siadają na zielonej soczystej trawie i wraz z innymi spokojnie delektują się przyniesionymi ze sobą a to kanapkami, owocami, napojami. Tutaj w przepięknej scenerii każdy ma chwilę dla siebie. Nawet młoda para postanowiła właśnie tutaj powiedzieć TAK, otaczając się rodziną i przyjaciółmi, oraz wysokimi dającymi przyjemny cień drzewami. I my znajdujemy kawałek cichego miejsca, gdzie możemy odpocząć, po przedpołudniowej gonitwie. To co chcieliśmy mamy, a noszenie dwóch opon i plecaka z butlami gazowymi, nie należy do najprzyjemniejszych szczególnie, jeżeli chcesz jeszcze trochę przyjrzeć się miastu.
Wieczorna kolacja przygotowana przez Małgosię i Ray-a, to uczta o bujnych i soczystych smakach. Koloryt pieczonych na ruszcie mięs, to wręcz przekrój tego co kraj ten oferuje. – Jedliście już kangura? – znienacka zadaje pytanie Ray. – Jeszcze nie. – I w tym momencie naszych talerzach ląduje spory, soczysty, ciemno brązowy kawałek mięsa.
– Tutaj macie jeszcze konfiturę produkcji mojej mamy. A tutaj sos do mięsa. Spróbujcie koniecznie parówek cielęcych. Ray, które to są?
Cały wieczór jest jak wielka biblioteka. Co chwilę każde z nas zadaje kolejne pytania nurtujące go, jednocześnie będąc samemu książką, która zna odpowiedź na zupełnie inny temat nurtujący rozmówcę z drugiego krańca stołu. Dla nas jest to jedna z tych okazji, kiedy możemy dowiedzieć się wiele o Australii z perspektywy ludzi nie tylko tu migrujących, ale też rdzennych Australijczyków, bo też Ray pochodzi z jednego z miast, które niedługo będzie na naszej drodze i nie jest już tylko napotkaną osobą, która myśli iż jesteśmy Niemcami czy francuzami. – Ale nie wyglądacie jak Polacy. Może dlatego Was mylą. – dodaje kiedy wspominamy o tym jak za prawie każdym razem ludzie pytają się nas skąd jesteśmy. Do tej pory nie wiedzieliśmy dlaczego, odpowiadając sobie że rzadko zdarza się, żeby Polacy właśnie w taki sposób podróżowali po Australii, zwykle są to właśnie Niemcy, których spotykamy wielu.
– Jesteście pewni tego co Was czeka na północy? – wtrąca nagle Ray. – Sam widziałem jak na plecach mojej n siedziało tyle much, że zajmowały dosłownie połowę jej koszuli. Ale kiedyś jak jechaliśmy do Uluru, w naszym samochodzie pękło coś i koła się prawie zapadły do środka. Staliśmy w środku niczego i nie było nawet jak wezwać pomocy. Dlatego czkaliśmy, aż ktoś będzie przejeżdżał. Nagle pojawił się kamper, a w nim Niemiec. Kiedy się zatrzymał i otworzył swój bagażnik, miał tam dosłownie wszystko. Cos tu przykręcił, tam coś zrobił i w końcu naprawił auto. To było niesamowite. Więc na pewno jak coś to możecie liczyć na życzliwość ludzi. – Ray wspomina nam jeszcze o wielu innych przydatnych dla nasz rzeczach. Małgosia, cały czas podkreśla byśmy melodowali się jak tylko będziemy mieli dostęp do Internetu, czy zasięg telefonów komórkowych. I tak powoli ze stołu znikają kolejne smakołyki, kieliszki zamieniają się w suche zbiorniki, jak sadzawki na pustyni, a senność wita na twarzy każdego z nas. Jutro przed nami zupełnie nowy etap tej podróży, do którego jak wskazują wszystkie znaki na niebie i ziemi, jesteśmy już przygotowani. Teraz tylko trzeba zacząć.

 

2012-04-06 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Zabytki sakralne

kolegiata św Marcina w Opatowie

przez Albin Marciniak 2012-04-05
Napisane przez Albin Marciniak

Kolegiata św. Marcina w Opatowie

 

Romański kościół parafialny pw. Świętego Marcina z Tours ulokowany w Opatowie, w województwie świętokrzyskim. Jest to najcenniejszy zabytek Opatowa. Posiada status kolegiaty – pierwsza wzmianka o kanonikach opatowskich pochodzi z roku 1206. Zaginęły ślady, kto był rzeczywistym fundatorem tej świątyni: jedni za Długoszem twierdzą, że syn Bolesława Krzywoustego książę Henryk Sandomierski, krzyżowiec, wybudował tu klasztor dla sprowadzonych z Jerozolimy templariuszy. Inni przypisują kościół cystersom lub benedyktynom. Wybudowana w stylu romańskim świątynia zawiera wiele elementów gotyku oraz późniejsze renesansowe i barokowe szczegóły.

Kolegiata św. Marcina w Opatowie

 
 
Od strony zachodniej są dwie wieże, z których południowa, romańska wykonana z kamiennych ciosów, wyróżnia się romańskimi okienkami. Druga wieża, wybudowana później, ma prostszą formę. Między wieżami znajduje się portal główny, romański z osadzonym na nim gotyckim portalem. Obok ślady zamurowanego niegdyś, trójarkadowego wejścia. Romański portal zachował się również w kruchcie północnej, do której wejście prowadzi przez ostrołukowy portal gotycko-renesansowy z 1514 roku. Został on ozdobiony motywami roślinnymi, w które wkomponowano herby Łabędź i Odrowąż. W nawach bocznych kolegiaty są osłonięte dawne romańskie okienka.
 
Nawa główna budowli pochodzi prawdopodobnie z XVI wieku. Pokryta jest późnogotyckim sklepieniem kolebkowym. Zastąpiło ono pierwotny drewniany strop. Wnętrze kościoła pokryte jest polichromią barokową z XVIII wieku. Na ścianach prezbiterium widnieją malowidła historyczno-batalistyczne. Z prawej strony znajduje się obraz przedstawiający „Bitwę na Psim Polu”; w której Bolesław Krzywousty w roku 1109 odniósł zwycięstwo nad Henrykiem V – cesarzem Niemiec. Po stronie lewej znajduje się malowidło ukazujące „Bitwę pod Grunwaldem” w 1410 roku i triumf wojsk Władysława Jagiełły.

 
 
 

WAŻNIEJSZE DATY Z HISTORII KOLEGIATY (za prof. Zygmuntem Świechowskim):

 
1206 – wymienieni kanonicy opatowscy (Monumenta Poloniae Paleographica, Kraków 1907, tabl. 38).
1212 – wymieniony dziekan kapituły opatowskiej, Stefan (Korpus Dyplomatyczny Małopolski, I, s. 9).
1236 – opat cysterski Gerard zostaje pierwszym biskupem Rusi z siedzibą w Opatowie (Monumenta Poloniae Historica, II, s. 556).
1237 – książę Henryk Brodaty przekazuje uprawnienia biskupa ruskiego wraz z uposażeniem opatowskim w ręce biskupa lubuskiego (Monumenta Poloniae Historica, II, s. 553, 573).
2 poł. XV wieku – wg ówczesnej tradycji budowla była inkastelowana i w czasie wojen uległa wielokrotnej dewastacji oraz pożarom (Długosz, Liber beneficiorum…, I, s. 576).
3 ćw. XV wieku – Rafał z Brzezia herbu Leliwa, dziekan opatowski, utrącił głowy posągom portalu zachodniego „w stroju templariuszy” (Długosz, Liber beneficiorum…, I, s. 576).
3 ćw. XV wieku – Jan Bronikowski z Bodzentyna dobudowuje od strony północnej zakrystię, kostnicę i wprowadza posadzkę kamienną (Długosz, Liber beneficiorum…, I, s. 580, 591).
1502 – spalenie kościoła przez Tatarów (Monumenta Poloniae Historica, V, s. 101).
1595 – wizytator kardynał Jerzy Radziwiłł zaleca wyrównanie posadzki i otoczenie opieką budynku (Archiwum Kapituły Opatowskiej, Statuta ecclesiae collegiatae oppatoviensis, s. 103-104).
1777 – biskup krakowski K.I. Sołtyk nadaje kapitule opatowskiej przywilej m.in. za zasługi położone przy zabezpieczaniu budynku kolegiaty i „przyozdobieniu go rozliczna dekoracją, tak we wnętrzu, jak i na zewnątrz” (Archiwum Kapituły Opatowskiej, przywilej biskupa K.I. Sołtyka).
1911 – wobec wyburzenia międzywieżowej fasady zachodniej grożącej zawaleniem, dokonano zabiegu polegającego na przełożeniu części ciosów w górnej partii i osadzeniu ich na zaprawie cementowej. Przełożone zostały także kamienne okładziny krawędzi szczytu. Przy okazji odsłonięto i odczyszczono fryz z motywami zwierzęcymi (Archiwum Kapituły Opatowskiej, akta od 1822 r., s. 251-253).
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

https://lh4.googleusercontent.com/-Zmhy-RPcAXc/WBRbGKMFg7I/AAAAAAABu-Y/15YYBx2pWwwX-6N1ifOSUV7rUkFVpNSJACL0B/w569-h853-no/Kolegiata%2Bw%2BOpatowie%2B%2B%252813%2529.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 
2012-04-05 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Malta

Malta- tajemnicze wyspy

przez Karolina Zięba-Kulawik 2012-04-05
Napisane przez Karolina Zięba-Kulawik

  Malta, skalny okruch rzucony na błękitne wody Morza Śródziemnego w strategicznym miejscu pomiędzy Sycylią a Afryką przez tysiąclecia swojej historii był „obiektem pożądania” licznych najeźdźców, którzy pozostawili ślady w architekturze, kulturze i języku.

Wyobraźcie sobie noc… gdy na bezchmurnym niebie panuje księżyc rzucający szeroką poświatę na morze, wtedy wyspy migoczą portowymi światłami, a powietrze jest przesycone zapachem tajemnicy…

Tych kilka wysp nosi w sobie dziedzictwo cywilizacji starszej niż egipska, to co należy do zwykłej starożytności nie zaskakuje nikogo, nie mówiąc o nowożytnych dziejach wypełnionych arabskim panowaniem, rycerzami maltańskimi i angielskimi garnizonami. Największymi skarbami wyspy są udostępniane dzisiaj i to dosyć niechętnie tajemnicze podziemne budowle datowane na ok. 5000 lat przed naszą erą.

 
 
 
Wielka tajemnica – Hypogeum Hal Saflieni. Neolityczne świątynie na Malcie są nieporównywalne z niczym innym w basenie morza śródziemnego. Okoliczności odkrycia Hypogeum są dosyć tajemnicze. Gdy w 1899 Brytyjczycy rozbudowywali bazę marynarki wojennej natrafiono w czasie budowy domów dla stoczniowców na tajemnicze podziemne budowle. Odkrycie świątyni było trzymane w tajemnicy do 1902 roku (aż do zakończenia budowy domów) znaczenie tego wydarzenia było tak wielkie, że zmieniło ono podejście do prehistorii Europy. Do połowy XIX uważano, że świątynie były pozostałością po mitycznej rasie gigantów. Całkiem możliwe, że maltańskie świątynie (tak naprawdę nikt nie wie do czego służyły te budowle) są dziedzictwem pozostawionym przez Atlantów – istot, które ocalały po gigantycznej katastrofie jaką było zatonięcie Atlantydy i przeniosły się wraz ze swoją tajemnicą w różne zakątki świata. Wskazują na to niewytłumaczalne podobieństwa pomiędzy zabytkami kultury materialnej w Egipcie, Ameryce Południowej i w Azji południowo-wschodniej oraz technologia użyta do ich budowy.
 
 
Cywilizacja, która przed tysiącleciami wzniosła Hypogeum nie była podobna do żadnej innej w basenie Morza Śródziemnego i jest to kolejna zagadka nie dająca spokoju archeologom. Cywilizacyjny przełom miał nastąpić 3600 p.n.e kiedy to rolniczy lud zamieszkujący Maltę zamienił się nagle w zaawansowanych technologicznie budowniczych świątyń i miejsc pochówkowych. Hypogeum stało się grobowcem dla ok. 7000 osób chowanych tam przez 1000 lat, ale pełniła również funkcje świątyni dla żyjących. Znalezione w podziemnych salach artefakty w postaci statuetek „grubych kobiet” i „śpiących pan” mogą świadczyć o tym, że świątynia pełniła również role ogniwa pomiędzy światem żywych i umarłych. Niezwykła cywilizacja, która wzniosła Hypogeum nagle przestała istnieć około 2500 p.n.e. W równie w tajemniczy sposób kończy się historia badacza Hypogeum Emmanuela Magri bowiem kiedy prace wykopaliskowe nabrały rozmachu został nagle wezwany do Sfax w Tunezji gdzie w niewyjaśnionych okolicznościach zginął w 1907 roku, a wraz z nim jego zapiski stanowiące do dzisiaj najbardziej poszukiwaną część tajemnicy Hypogeum. W 1980 roku podziemny kompleks został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Po wyjątkowo długo trwających „pracach konserwatorskich” ochranianych przez policje 24h na dobę udostępniono Hypogeum do zwiedzania od sierpnia 2000. Wizyty trwają ok. 30 minut. Niestety bilety należy zamawiać co najmniej na 7 dni przed przybyciem na wyspę.

Centralne rejony Malty, od umocnień Victoria po konurbację Valletty, zajmują łagodne wzgórza, tarasowo opadające pola i gospodarstwa rolne, a także kilka rozrastających się miast.

Na południe od umocnień Victoria Lines leży Mdina, klejnot w maltańskiej koronie. Kopuła katedry i potężne mury byłej stolicy Malty są dominującymi elementami panoramy płaskowyżu.

 
Ciekawym obiektem jest katedra św. Pawła, wewnątrz której można zobaczyć obraz przedstawiający Najświętszą Maryję Pannę, a którego autorstwo przypisuje się św. Łukaszowi. Warto rzucić okiem na dwa zegary umieszczone na wieżach kościoła. Jeden z nich wskazuje godziny i minuty, drugi – dni i miesiące.
 
 
 

Wielkie trzęsienie ziemi w 1693 r. prawie całkowicie zniszczyło katedrę w Mdinie pochodzącą z XIII w. Niecałe 10 lat po katastrofie w tym samym miejscu stanęła nowa świątynia w stylu barokowym. Fasada o harmonijnych proporcjach i potężna kopuła sprawiają, że jest to najbardziej udane dzieło architekta Lorenzo Gafy. Wnętrze robi duże wrażenie. Złocone ornamenty rzeźbiarskie, boczne kaplice oraz malowidła na sklepieniu, w apsydzie i kaplicach zapadają głęboko w pamięć. Wiele malowideł i rzeźb przedstawia sceny z życia św. Pawła.
Miasto, leżące na szczycie wzgórza, otaczają średniowieczne fortyfikacje. Obecnie w Mdinie mieszka zaledwie 400 osób, z których większość najchętniej przebywa w swoich domach. Tylko stałym mieszkańcom wolno wjeżdżać do maista samochodem, dlatego ulice są przeważnie puste. Nie bez powodu więc Mdina nazywana jest „miastem ciszy”. Jest to miasto zacisznych alei, pięknych pałaców i ciekawych muzeów. Należy do nielicznych atrakcji architektonicznych Malty, w których powstaniu nie mieli udziału joannici.

 
 

Mdina to dawna stolica Malty. Jej charakterystyczne, wąskie uliczki, wijące się między ścianami szlachetnych domów, są po prostu piękne i aż proszą się o to, by nimi spacerować. Ciężko tu natrafić na jakikolwiek cień nowoczesności, a wieczory rozjaśnione światłem lamp wydają się wręcz abstrakcyjne. Wśród atrakcji szczególnie wartych zobaczenia w Mdinie można wymienić…. ok. tysiąca miejsc. Mdina jest jak Malta w pigułce.

 
Brama do miasta

 

 
Museum of Natural History – mieści się w Palazzo Vilhena, wzniesionym w XVIII w. w stylu francuskim. Poszczególne działy muzeum poświęcone są minerałom, skamieniałościom, rybom, owadom, ptakom i ssakom.

 
Wąskie uliczki w Mdinie

 
 

Nie znajdziemy tu co prawda klasycznych zabytków do zwiedzania, ale można śmiało stwierdzić, że samo miasto jest jednym wielkim pomnikiem historycznym. Mdina jest spokojna, cicha, nawet przybywający tu turyści nie czynią zbyt wiele hałasu…

 
 
 
 
 
 
Cathedral Museum – Skarby ocalone z katedry zburzonej podczas trzęsienia ziemi znajdują się teraz we wspaniałym barokowym pałacu, w którym kiedyś mieściło się seminarium diecezjalne. W kolekcji wyróżniają się drzeworyty Albrechta Durera, grafiki Rembrandta i XIV-wieczny poliptyk, niegdyś zdobiący ołtarz w starej katedrze.

Innym ważnym miastem Środkowej Malty jest Mosta z katedrą, której charakterystyczna kopuła widoczna jest niemal z każdego punktu widokowego na wyspie.

 
 
 
Kościół – rotunda pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP, ufundowany przez mieszkańców, którzy także fizycznie pracowali przy budowie. Świątynia wzniesiona w latach 1833 – 1860, ma neoklasycystyczny portal wzorowany na rzymskim panteonie. Potężna kopuła – czwarta co do wielkości w Europie, po bazylice św. Piotra, katedrze św. Pawła w Londynie i kościele farnym na Gozo – ma zewnętrzną średnicę 54 m i wysokość ponad 60m. Obiekt zbudowano z wapienia prawie bez zaprawy murarskiej.
 

Północna Malta ma wyjątkowo urozmaiconą linie brzegową. Przed przyjazdem brytyjczyków tereny te były niezamieszkane. Częste napaści od strony morza zmusiły mieszkańców wyspy do osiedlenia się w głębi lądu, a jedynymi budowlami w tej okolicy stały się wieże strażnicze joannitów.
Miasto w którym nocowaliśmy to St. Julian’s, leży nad zatoką Spinola Bay i było pierwotnie niewielką osadą rybacką. Od lat 30. XX wieku następował jednak zwiększony napływ ludności, co przyczyniło się do zmiany charakteru St. Julian’s. Obecnie miejscowość ma typowo miejski charakter ze zwartą zabudową. Wciąż znajduje się tu jednak niewielka przystań, a zatoka Spinola Bay znana jest jako miejsce licznie cumujących tu łodzi rybackich.

 

 
Pomnik rybaka
 

 
 
 
 
 
 

Najsłynniejszą dzielnicą St. Julian’s jest jednak Paceville, znana z setek barów, dyskotek i restauracji, dzięki czemu jest to główny ośrodek życia nocnego wyspy. Zlokalizowano tu też kilka luksusowych hoteli.

 
 

Południowa Malta obejmuje obszar od Zabbar po Zurrieq. Linia brzegowa w tym rejonie jest bardzo urozmaicona. Oprócz niezliczonych zatok i zatoczek, jaskiń i grot, wiele jest także ciekawych budowli, takich jak świątynie i wieże.

 

Zespół miejski ciągnący się na południe i południowy wschód od Valletty w końcu ustępuje miejsca terenom rolniczym. Na południu, gdzie na nadbrzeżnych klifach kończą się doliny wyschniętych rzek, największą atrakcją jest Błękitna Grota (Blue Grotto). Rybacy z wioski Wied iż-Żurrieq chętnie obwożą turystów łodziami wzdłuż poszarpanej linii brzegowej pełnej grot.

 
 
Jeśli trafi się na sprzyjającą pogodę, spokojne morze i uczciwego przewoźnika, wycieczka łodzią wzdłuż malowniczych klifów południowego wybrzeża z pewnością będzie najatrakcyjniejszym punktem wycieczki po wyspie. Jedną z łodzi wypływających codziennie z Wied iż-Żurrieq można popłynąć na 25-minutową przejażdżkę wzdłuż klifów.
 
 

Łódź mija skały o fantazyjnych kształtach i przepływa przez inne groty. Woda jest krystalicznie czysta, a padające promienie tworzą ciekawe efekty

 

 
 
 
 
 
 

Aby dotrzeć do Błękitnej Groty (nazwanej tak ze względu na intensywny kolor znajdującej się w niej wody!), łódź przepływa przez monumentalną skalną arkadę, przypominającą łuk oporowy. Stąd wpływa się do groty, której głębokość sięga 45 m. Najlepiej wyruszyć rano, przed 11, gdy słońce jest jeszcze dostatecznie nisko, aby promienie wpadały do grot.
 
 
 
 

Bugibba – wielu przyjezdnych chętnie się tu zatrzymuje ze względu na dobrą bazę turystyczną i niskie ceny. Przy ruchliwej promenadzie znajdują się kąpieliska i miejsca do uprawiana sportów wodnych. Latem, wieczorami ulice tętnią życiem, a z do późna otwartych barów dochodzi muzyka. Z Bugibby można popłynąć statkiem na Comino lub Gozo. Popularne są również podwodne safari – przejażdżki statkiem po Zatoce Świętego Pawła, podczas których przez iluminatory na najniższym pokładzie można oglądać podwodną florę i faunę.

 
 
 
Golden Bay – złote piaski, lazurowe morze i łatwy dojazd sprzyjają dużej popularności tego miejsca, zwłaszcza latem, gdy na Maltę przyjeżdżają turyści z całego świata. Można tu uprawiać windsurfing, jazdę na nartach wodnych, nadmuchiwanym bananie, odbyć konną przejażdżkę do Popeye Village albo wybrać się statkiem lub motorówką na Błękitną Lagunę na wyspie Comino. Płytka, czysta woda jest bezpieczna dla amatorów morskich kąpieli.

 

Podsumowanie:

-Przelot 240 zł

 

-Zakwaterowanie 10 eur – 3 noce w apartamencie 😉

-Noc na lotnisku – 0 eur , ból szyi

 
-Transport na miejscu – autobusy 2,60 eur (bilet całodniowy)

 
Mapka autobusów

-Samochodem
Ruch jest lewostronny.
Polakom jazda lewą stroną może przysparzać kłopoty. Jeżeli jednak ktoś zamierza jeździć samochodem, to dobrze jest się przygotować trenując na bardzo wąskich uliczkach.
Mieszkańcy wyspy jeżdżą ryzykownie, może się zatem zdarzyć wypadek na skrzyżowaniach o ruchu okrężnym.
Na wyspie nie ma autostrad i dróg szybkiego ruchu.
Ograniczenie prędkości na teranie zabudowanym to 50 km/h, a poza tym terenem to 80 km/h.
Drogi są kontrolowane przez liczne patrole policyjne i kamery.
W wielu miejscach jeździ się „na słuch”, tzn. trzeba trąbić przed skrzyżowaniem ponieważ za domów czy murów otaczających pola nic nie widać.
Niektóre drogi wyglądają jak nasze polne (ubity piach).

-Butelka wody 2l – 0.8eur
-Chleb – 0.8eur
-Arbuz/melon – 0.6 eur kg
-Wino maltańskie – 2 eur

-Obiad w knajpie 10-15 eur

-Prom na wyspę Gozo – 4,65 eur

-Łódka do Blue Grotto – 7 eur

-Wstęp do świątyń, podziemi etc.- od 3 do 7 eur

 

STOLICA MALTY- VALLETTA

 
WYSPA GOZO

(03.2012r.)
opracowanie i zdjecia: Karolina Zięba
2012-04-05 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Australia i Oceania

Great Ocean Road

przez Karolina Zięba-Kulawik 2012-04-03
Napisane przez Karolina Zięba-Kulawik

Great Ocean Road

TransOceania eXpedition 2012 to wyprawa rowerowa rozpoczynająca się na północy Nowej Zelandii, a kończąca na północy Australii. Wyprawa rozpoczęłą się w lutym i zakończy w kwietniu 2012 roku. W czasie przemierzania tych dwóch krajów podróżnicy pokonają ponad 6000 km.

 
Relacja z kolejnego etapu podróży:

Great Ocean Road

Biegnąca przez przeszło 200 kilometrów, od Geelong aż do Warrnambool, droga wybudowana została ponad sto lat temu, tworzący tym samym początek wielkiego rozwoju na skalistym i górzystym kawałku południowego wybrzeża Australii. Wijąca się między stromymi górami, a oceanem, a to schodzi dosłownie pod same białe jęzory pędzących z dalekiego południa fal, by za chwilę wzbić się i wdrapać na zbocza zielonych porośniętych gęstym deszczowym las gór, będących zapora dla wilgotnego słonego wiatru zdmuchiwanego z czubków fal. Raj dla surferów, idealne miejsce do odpoczynku dla mieszkańców pobliskich miast oraz obowiązkowy punkt na mapie rzeczy, które należy zobaczyć na południu Australii.

 

 

My trafiamy na przedłużony weekend. Ciągnące ze wschodu długie nitki karawanów, co chwilę zwalniają by nas wyprzedzić. W miastach leżących przy drodze samochody tworzą korki, ludzie w sklepach, kawiarniach, barach, pubach, aż wylewają się ze środka siedząc nawet na chłodnym przedpołudniowym wietrze, bo jakże mogłoby być inaczej. Tam gdzie my, tam i chłód, deszcze, mżawki i szare niebo. Dobrze, że nikt nie wie że to nasza zasługa, bo teraz zamiast siedzieć w wodze, szaleć na wysokich falach rozbijających się o brzeg, szukają miejsca w lokalach, by zagospodarować ten jeden z trzech kolejnych dni.
Z każdym kilometrem coraz bardziej wnikamy w magie tej drogi. Kolejne miejsca są jak spacer po krainie gdzie czas powoli, ale sumiennie formował brzeg będący, tworząc najprzeróżniejsze formy w twardych, lub też delikatnych skałach. Morska woda wdzierająca się co chwilę na brzeg, dzień i noc pracuje nam tym by stojąc na brzegu, kilka metrów powyżej nie móc oderwać wzroku od form i kształtów jakie zostały stworzone.
A to rudobrązowa skała podziurawiona jak Szwajcarki ser, wygląda jak ugniecione ciasto nad którym jeszcze chwilę temu pracowała kobieta. A to wysokie czerwone brzegi, co chwilę podcinane są u podnóża, jak drwal siekiera wybija w rytmie kolejne otręby wielkiego drzewa. U stóp mając tylko delikatne miałkie resztki tego co pozostało z ciężkiej pracy. A to, najróżniejsze zastygłe stwory wychodzą z wody, chcąc wdrapać się na brzeg. Woda, nie szczędzi, i konsekwentnie, ale powoli pracuje, tworząc nawet niewielkie mosty, czy jeziora, w czasie gdy wraz z kolejnym odpływem ustępuje z wyższych partii przybrzeżnych tarasów.
Skały wyglądające jak wyciągnięte z wody, obumarłe rafy koralowe, które przez lata budowały swoje królestwo na zatopionych okrętach, dzisiaj na niewielkim cyplu stanowią piękny park w około którego, miliony małych małż, przylepiło się do zalewanego falami olbrzymiego tarasu.
Każdy kolejny kilometr to kolejne zakręty, wijące się po zalesionym nabrzeżu, w gałęziach którego małe papugi o czerwonych podbrzuszach przelatują z drzewa na drzewo, jak tylko zobaczą nas iż się zbliżamy, trajkocząc wtedy między sobą i znikając w kolejnych koronach drzew.
Nad brzegiem liczni wędkarze, stoją zaraz obok rozbijających się fal, zarzucając co chwilę długimi bambusami daleko w wodę. Jeden koło drugiego, część z siedzeniami, część poubierana w sztormiaki, a to żółte, a to czerwone, a część zupełnie spokojnie w krótkich spodenkach, bluzach i czapkach z daszkiem stoją na kilku metrowych skalnych urwiskach.
Życie tutaj kręci się w około popularnego sporu, składającego się z całej kultury, nie ma znaczenia czy młody czy stary, ale każdy ma swoją deskę, na której może poślizgać się po falach. Dzisiaj niestety fale są niewielkie, ale długi weekend ściągnąć na Great Ocean Road, tłumy ludzi. Wiatr z nad morza zapowiada jednak iż w niedługim czasie fale przyjdą. Tym czasem, na obleganych kempingach, ludzie siedzą w wygodnych rozkładanych fotelach, przed swoimi przyczepami, samochodami i namiotami, smażąc kolejne steki, i popijając najróżniejsze napoje. Jest ich tak dużo, że trudno jest znaleźć jakikolwiek wolny kąt. Każdy jeden nadmorski trawnik zajęty jest przez całe rodziny. Szum fal, lekko przyćmiewa gwar jaki jest na polu, jednak nikomu to zupełnie nie przeszkadza.
– Mamy jeszcze wolne miejsca na namiot. 39 dolarów za miejsce. – oznajmia nam lekko hipisowska młoda kobieta prowadząca ten prawie zajazd, bo zaraz przy wjeździe jest spory bar, gdzie głównie przebywają dzieci, kupując kolejne gumy, czy napoje, lub też oglądając film odtwarzany na telewizorze przy barze. Cóż nie ma co, trzeba się zdecydować na poznanie jak to Australijczycy spędzają wolny weekend. – Jaki jest numer samochodu?
– My jesteśmy na rowerach. – uśmiechamy się lekko.
– A to spokojnie się zmieścicie. Niewielkie, bo niewielkie, ale pole jest zaraz przy wyjściu, o tutaj – zakreśla pomarańczowym mazakiem, na setny raz kserowanej mapie kempingu. – tutaj są toalety, tu kuchnia i pralnia, a tu zaraz obok waszych namiotów BBQ.
Na niewielkim pasie trawnika, podniesionym ponad poziom zero, stoi jeszcze jeden namiot, dokładnie na samym środku, tak że trudno nam się wcisnąć, a to z lewej a to z prawej strony. W poprzek nie postawimy się, bo za dłudzy jesteśmy, a w szerz zaczynamy zahaczać o drzewo. Ale w końcu jakoś się dało. Lekko fikuśnie, Gosi namiot z jednej strony paska zieleni, mój z drugiej i niewielkie przejście pomiędzy przedsionkami. W czasie jak my dopracowujemy do perfekcji sztukę stawiania namiotów, grupy dzieci bacznie nas obserwując, ale nie pokazując tego po sobie, kołysze się na linie zawieszonej na drzewie przy którym, lub też częściowo pod którym rozstawiliśmy namioty.
Rodzice w tym czasie, siedzą sobie spokojnie w fotelach, jedna rodzina przed swoją przyczepą, druga przed swoja, a pomiędzy nimi wielki baldachim, pod którym mieszczą się i oni, ale też stolik z jedzeniem, dwa oparte o przyczepę rowery dzieciaków, niewielka przenośna lodówka, rozkładane BBQ, z butlą gazową, oraz przepołowiona na pół z góry na dół, beczka zdaje się że po oleju, do której przyspawano nóżki i teraz robi za ognisko. Jest ich tutaj na polu kilka, tak też zdaje się, że tak właścicielka rozwiązała kwestię niewielkich jakie czasem można spotkać na innych polach.
Wszyscy siedzą tutaj i nikt nie wychyla nosa poza ogrodzenie, bo tam wiatr z każdą minutą szaleje coraz bardziej, urywając każdemu głowę kto wychyli się poza kępę krzaków, chroniących cały przybrzeżny pas kempingu. Tylko nieliczni, jeszcze walczą na wodzie starając się chodź by przez chwilę utrzymać na niewielkich falach, pchanych przez wiatr z dalekiego południa.
Przez całą noc szum fal nie nikt, nawet można było odnieść wrażenie że są one zaraz za namiotem, i z każdą kolejną nocną pobudką, są coraz bliżej. A widok porannych białych grzywiastych potworów, załamujących się kilkadziesiąt metrów od brzegu powoduje, że przystajesz i jak oczarowany, osłupiały wpatrujesz się w kolejne śnieżnobiałe fale, wydające głęboki tubalny dźwięk za każdym razem, gdy tylko przekroczą magiczny punkt, kiedy czubek rosnącej fali załamuje się i spada w hukiem w dół, podnosząc tumany białej mgły zdmuchiwanej następnie na ląd.
Teraz dopiero można zobaczyć władców fal, ludzi którzy tutaj koczują, żyją, przybywają by ujarzmić kolejne potwory atakujące biały piaskowy brzeg. Wyczekują spokojnie daleko od brzegu, czekając aż nadejdzie ten właściwy, wystarczająco duży i wysoki, by z jego szczytu zacząć zsuwać się po pędzącym zboczu. Uciekając przed załamującym się i spadającym z góry szczytem potwora przecinają go, pozostawiają po sobie na zielonkawej morskiej ścianie, ostrą jak brzytwa deską, niewielką linie za która zaraz pędzi już biała piana załamanej fali.
Nie dla każdego walka ta kończy się sukcesem. Część z surferów przegrywa albo tracąc równowagę albo popełniając błąd, czy też zostają wystrzeleni pod falę, by każdy z nich wpadł pod rozpędzoną wodę i został tak należycie wytarmoszonym.
Mimo, iż woda i dzień nie napawają do kąpieli, Ci jednak poubierani w grube ochronne pianki, nie zwracają uwagi na warunki pogodowe. Przy plaży, na parkingach widać podjeżdżające kolejne samochody, z którym wysiadają w samym slipach ludzie, by za chwile przebrać się, z dachu ściągnąć lekką deskę i ruszyć na falę.
Droga z czasem zaczyna odbiegać od wybrzeża i zaraz za Apollo Bay spokojnym długim podjazdem wznosi się w kierunku Lavers Hill, niewielkiego rozjazdu, skąd można odbić z Great Ocean Road bardziej w głąb lądu. Zanim jednak się tam dotrze pokonać należy strome i wysokie góry. Do tego jeszcze ciąg samochodów nie sprawia, by zadanie to było przyjemne. Wszystko rekompensuje długi, z pięknymi widokami i chłodny zjazd, który prowadzi nas do jeszcze jednego rozjazdu. Nowa droga, zaraz za niewielkim mostem biegnie dalej po zboczach pagórków, a stara odbija nad rzekę. Szutrowa, schowana i przylepiona do niewielkiej rzeki stara droga, niewielkimi zakolami wije się pomiędzy otulającymi ją drzewami. Stada papug przelatują co chwila nad naszymi głowami. Niczego nie spodziewające się bydło na pastwiskach wprawiamy w osłupienie, a część nawet straszymy. Rudy list w popłochu ucieka przed nami, biegnąc na przełaj przez wielkie pastwisko. Spokój, cisza, i brak jakichkolwiek samochodów, to po całym dniu rekompensuje cały wcześniejszy trud, a zwieńczeniem całego dnia jest pasące się zaraz przy wielkim polu namiotowym stado kangurów. Spokojnie żerujące zaraz za płotem, bacznie obserwują czy aby na pewno nie zbliżasz się za bardzo. Jak przekroczysz magiczną, niewidzialną linię, w długich sprężystych podskokach uciekają na pewna odległość, by zatrzymać się i spoglądając na Ciebie ocenić, czy trzeba dalej skakać czy też można tu zostać i dalej wyszukiwać jedzenia w wysokiej do łydek trawie.
Zaraz za Pricetown, niewielkiego miasteczka położnego za wielkim klifem w głębi lądu, od którego w nocy echem niosły się odgłosy rozbijających się o jego brzegi fal, ruszamy do 12 Apostołów. Wielkich skalnych kolosów stojących w oceanie, i wyrastających na kilkadziesiąt metrów ponad lustro bijącego o ich podnóża oceanu.
Masywne, jasnobrązowe o najróżniejszych kształtach, a to grubych owalnych klocków, czy spiczastych grotów strzał, lub też popiersia skierowane w stronę lądu zadartym nosem, rozciągnięte są na wiele kilometrów wzdłuż stromego klifu, wznoszącego się kilkadziesiąt metrów nad wąski pas złocistej plaży. Każdy jeden jednak pomimo innego kształtu, zbudowany jest z tego samego dokładnie tak samo poukładanego materiału. Pomalowany każdy jest na cole ciemno brązową farbą, by następnie rozjaśniła się ona i poziomymi pasami, o najróżniejszych odcieniach jasnego brązu, rudego i szarego koloru, kolejnymi przeplatanymi kolorowymi pasami malować każdego Apostoła, by na samym końcu zwieńczyć całość niewielką zielonkawą czapką, z nadmorskich gęstych krzaków, odpornych na wieczne wiatry.
Pomimo, iż dzisiaj zadziwiają i fascynują wielu przybywających tu, są jedynie mgnieniem dzisiejszych czasów. Delikatna, krucha i łatwo ulegająca ciężkim masywnym falom skała rozpada się, zmieniając mitycznych apostołów, i sprawiając iż nie dość że warto tutaj przybyć dzisiaj, by oglądać piękno tych kształtów, to warto tu przybyć w następnej czy też kolejnej dekadzie, by zobaczyć jak skalne kolosy zmieniają się pod wpływem oceanu.
Sława Apostołów oraz ich położenie na Great Ocean Road, sprawiają iż prócz milionów turystów przechadzających się betonowymi alejkami, każdy może wsiąść w latający pojazd i obejrzeć kolosy od strony morza. Kolejne helikoptery przelatują nad naszymi głowami dosłownie co chwilę, krążąc w jedną i drugą stronę. Starając się też wypatrzeć wieloryby, czy delfiny. Te pierwsze o wiele trudniej znaleźć, ale delfiny zawsze na swoich stanowiskach i tym razem nie zawiodły. Stado kilkunastu przepływa kilkadziesiąt metrów od Apostołów, wyłaniając swoje górne płetwy, lub też co jakiś czas wyskakując z wody, podnosząc tym samym globalny alarm wśród zwiedzających, którzy zamiast podziwiać skalne twory, kierują swoje aparaty w morze, starając się uchwycić chodź by jednego z nich.
Przez kolejne kilometry dosłownie co chwilę zjeżdżamy z głównej drogi. Nawet nie zdążymy rozgrzać naszych mięśni, kiedy przed nami staje kolejny znak, by skręcić w lewo.
A to malownicza zatoka wcinająca się ostro w brzeg, by na końcu swym udostępnić piękny piasek, a wcześniej wytłumić groźne fale, które rozbijają się o wysokie brzegi klifu, wycinając w nim pułki. Zaraz obok, stoi niewielki skalny most pod którego filarami, fale pienią się, starając się wedrzeć jak dalej zalewając zacienioną przestrzeń pod mostem. Niedaleko, długi wąski i spiczasty jak nóż skalny twór przecina fale wystając samotnie daleko w głąb oceanu.
Nieopodal też słynny London Bridge, będący właśnie przykładem jak szybko zmienia się tutaj krajobraz, kiedyś szeroki, masywny, z dwoma przęsłami, niespełna 20 lat temu, zawalił się. A dokładniej część łącząca go z lądem. Dzisiaj stoi samotnie w morzu, powoli znikając w turkusowych falach oceanu.
Niespełna pół dnia, naszej drogi w stronę zatoki wysp, zasiadamy przy jednym ze sprawdzonych już BBQ, przygotowując strawę. Zaraz obok nas swoją przygotowuje trzy osobowa rodzina – Ona, On i Mama. Oni na pięknych przywiezionym przez siebie frillu, my w naszych menażkach i kawału umytego przez nas elektrycznego grilla.
On, kucharz, dogląda co chwilę rozmaitości podpiekanych na ruszcie. My staramy się nie pogubić torebek i torebeczek na wietrze, ciągnącym od morza. – Skąd jesteście? – pyta on.
– Z Polski. – Odpowiadamy spokojnie.
– Z daleka jedziecie? – zadaje dalej pytania.
– Właściwie z Nowej Zelandii, ale byliśmy jeszcze na Tasmanii, a teraz jedziemy w stronę Adelajdy, potem do Alice Springs i Darwin.
– I cały czas na rowerach?
– Poza częścią morską, i samolotami, to właściwie tak. – nie zagłębiamy się w więcej szczegółów, bo i po co. W tym czasie przychodzi Ona – żona.
– Skąd jesteście? – pyta ona.
– Z Polski. – Odpowiadamy spokojnie.
– I z daleka jedziecie? – zadaje dalej pytania, mimo, iż mąż już prawie starał się sam opowiedzieć czego się dowiedział.
– Właściwie z Nowej Zelandii, ale byliśmy jeszcze na Tasmanii, a teraz jedziemy w stronę Adelajdy, potem do Alice Springs i Darwin. – uśmiechamy się między sobą.
– I cały czas na rowerach? – zadaje pytanie, ale przychodzi Babcia, zdaje się że teściowa, tzn mama żony.
– Skąd jesteście? – pyta Babcia. On i Ona, patrzą się na siebie i na nas, i też się śmieją.
– Z Polski. – Odpowiadamy spokojnie.
– Skąd? – dopytuje się, że nie zawsze Poland, dobrze wypowiadamy i wychodzi prawie jak Holland.
– Z Polski. – tym razem wyraźniej mówimy.
– Są z Polski, Mamo, i byli już w Nowej Zelandii i na Tasmanii i wszystko rowerami, – chwali się Ona.
– Znałam dużo Polaków. – nasza podróż jednak mniej ją interesuje. – dużo ich przybyło po wojnie. Bardzo mili ludzie, pracowici, ale bardzo skrycie w sobie. Wielu z nich było w obozach koncentracyjnych, i potem tutaj przyjechali. Wielu miało numery, o tutaj – podwinęła rękaw i pokazała nadgarstek. – ale nie pokazywali tego. Ja zawsze bawiła się z ich dziećmi. One były bardzo miłe i sympatyczne. Ale starsi, czasem w ogóle nie wychodzili z domu, to smutne, co wojna robi z ludźmi. No ale to było kiedyś – nagle jakby przebudziła się, chwyciła talerz który podał On – to samczego i dobrej drogi.
– Dziękujemy. – z uśmiechem odpowiadamy i też zasiadamy do naszej strawy, będącej dzisiaj powtórką z przepysznej karbonary jaką jedliśmy u Marcinów. Zasiedliśmy na ławce nad brzegiem rzeki wpadającej do morza, i w promieniach słońca wpatrujemy się w pelikany i dzieci bawiące się latawcami na plaży.

 

 

Kilkanaście kilometrów za naszą przerwa przy plaży, dojeżdżamy do Zatoki Wysp. Kolejnego malowniczego miejsca, gdzie rudy pomarańcz skalistych klifów ściera się z morskim błękitem oceanicznych fal. Już nie tak duże, jednak cały czas piękne skaliste wyspy urzekają nas, a migawki aparatów aż grzeją się od częstotliwości otwierania się, za każdym razem by złapać kolejny widok.

Część z wysp została starta i zapadła się, pozostawiając tylko płaskie talerze dokładnie na wysokości lustra oceanu, nad którego krawędziami rozbijając się kolejne popołudniowe fale.
Tutaj też droga na wiele kilometrów odchodzi od wybrzeża, kierując się dalej na zachód w stronę niejakiego miasta Warrnambool, do którego wiedzie przez kwadratowe farmy, dokładnie objeżdżając po kwadracie każdą z nich. Wiatr pcha nas, a liczniki pokazują że w ciągu godziny pokonujemy prawie trzydzieści kilometrów, dokonując tylko skrętów o dziewięćdziesiąt stopni.
Pod sam wieczór docieramy do miasta, gdzie zaraz przy plaży z wysokiego punktu widokowego staramy się znaleźć wieloryby, które często tutaj przybywają. Słony wiatr od morza osiada na naszych zmęczonych twarzach i po dłużej chwili wpatrywania się w daleką wodę, ruszamy na nocleg.
Dokładne 44 dni temu wylądowaliśmy w Auckland na Nowej Zelandii. Kolejne kilometry przybywają na naszym koncie, zbliżając się powoli do okrągłych 3 000. Siedząc przed namiotem pijemy kawę wspominając ostatnie dni, bo czas powoli zaciera się i sami już nie wiemy, jaki jest dzień tygodnia czy miesiąca. Całe stada białych papug kakadu w brzasku zachodzącego słońca lecąc przypominają płynące po niebie białe kwiaty z żółtymi pręcikami, i jazgotliwie debatują między sobą, Gdzieś z pomiędzy drzew wydobywa się chichot Kokabury umilając nam ten wieczór. Mieniące się krwawymi kolorami chmury oblewają całą okolicę swoją poświatą, a my tylko rozprawiamy ile to już wydarzyło się do tej pory na naszej drodze.
Dzisiaj poranek wydaje się być idealnym. Szybko pokonujemy pierwszy odcinek. W mieście w jednym ze sklepów rowerowych zakupiliśmy smary do łańcuchów i dostaliśmy od właściciela płyn, który sam zalepia dziury kiedy w czasie drogi, najedziesz na jakiś ostry przedmiot. Ostatnie kilka dni owocowały w liczne gumy, wymiany i pompowania, a Gosia stawała się rekordzistką. Teraz jak wlaliśmy w jej dętki magicznego płynu, to zapewne nie trzeba będzie tracić czasu na kolejne wymiany dętek. Jednak w mojej tylnej oponie po wczorajszym najechaniu na szkło, zrobiła się duża dziura, która zaczęła powoli pękać. Mająca zaledwie może z dwa milimetry jeszcze wczoraj, dzisiaj już powiększyła się dwukrotnie, a do tego jeszcze zaczęła rozchodzić się w trzech kierunkach jak trójramienna gwiazda na przodzie maski mercedesa.
Opony mają za sobą już ostatnią wyprawę do Peru i powoli są to ostatnie ich kilometry, ale przy naszych mocno obciążonych rowerach, trzeba przełożyć oponę na przód i szukać już nowych. Na pewno nie nadadzą się na outback.
– Adam, coś mi chyba obciera z przodu? – podjeżdżając do mnie, mówi lekko zaniepokojona Gosia – Może to znowu hamulec?
Ani to przód, ani też hamulec. Z tyłu zrobił się wielki balon. Opona tak jak długi balon dla dzieci, z którego klaun robi najróżniejsze zwierzęta, po naciśnięciu w jednym miejscu pęcznieje, tak tutaj napęczniała i wybiła się zarówno w lewą, jak i prawą stronę, obcierając o tylni widelec ramy. I mamy teraz bardzo duży kłopot.
Zapasowych opon nie mamy. Zakładaliśmy, że wymienimy opony, ale chcieliśmy zrobić to dopiero w Adelajdzie. Teraz w środku niczego, prawie 30 kilometrów za Portland. Do tego jeszcze w bocznej drodze, którą specjalnie pojechaliśmy by odciąć się od głównego nurtu pędzących samochodów, stoimy w pełnym słońcu.
Cóż, tak jak i moje opony i te przełożymy. Operacja znana i nie pierwsza, ale moja pompka niestety nie staje na wysokości zadania. Nagrzewa się od ilości kolejnych machnięć, a i tak nie jesteśmy wstanie dopompować do takiego ciśnienia by przynajmniej połowa wymaganego ciśnienia była. A nikt kogo zatrzymujemy po drodze nie ma pompek.
Jeden z kierowców wskazuje, że kilkaset metrów dalej jest farma, może tam mają kompresor. I rzeczywiście jest, ale nikogo w otwartej hali nie ma. Wszystko pozostawione, ale jak go podłączyć, zresztą nie wypada. Kilka metrów dalej stoi dom, a przed nim auto. Możliwe że to dom właściciela.
Stojący w cieniu wysokich eukaliptusów dom, przypomina bardziej ruderę. Zakurzone okna, przyschnięta trawa, dookoła walają się najróżniejsze pordzewiałe rzeczy. Stojące przed szopą auto, też dawno nie było używane. Na werandzie kilka foteli, z rozdartą skórą, na których wylegują się psy, od razu podnoszące jazgot, jak tylko wkraczam w zasięg ich wzroku.
– Ciszej, siadajcie! Zostawcie Pana. – krzyczy ze środka mężczyzna. Kiedy tylko kilka razy zawołałem, by zorientować się czy ktoś jest w środku. Zza drzwi z moskitierą wyłania się zwalisty, tęgi i brodaty mężczyzna. Albo jeszcze chwilę temu spał albo oglądał telewizję, bo widać iż wyraźnie wyrwałem go z popołudniowego odpoczynku.
– Dzień dobry! Przepraszam, że przeszkadzam ale mam małą prośbę. Jesteśmy na rowerach i niestety, ale szukamy pompki, bo nasza nie działa. Takiej rowerowej pompki.
– Pompkę rowerową mam. Gdzie stoicie?
– Tutaj zaraz za domem.
Psy, z obronnych zamieniły się w mgnieniu oka w milusińskie, nie odstępując nas na krok. A brodaty mężczyzna po chwili przynosi dużą, nazywaną tutaj „floor pomp”. – A co się stało? – dopytuje się podając mi nasze wybawienie.
– Opona rozeszła się, i do końca nie wiemy dlaczego. Może ze zmęczenia materiału, a może z gorąca. Podkleiliśmy ją i przełożyliśmy na przód, ale o tą moją małą pompką, trudno się pompuje.
– Może chcecie potrzebujecie nowej opony? Mogę zawieźć Was do miasta, tam jest sklep rowerowy.
– Tak wiemy, dziękujemy. Byliśmy już tam i niestety nie mają takich opon jakie nam są potrzebne. – rzeczywiście rano sprawdzaliśmy czy może coś by nam pasowało, ale tylko albo typowo górskie opony, albo szosowe. Do tego ceny też skutecznie zmotywowały nas do poszukania w większym mieście.
– Chodź poczekajcie, jakie macie opony?
– 26 cali.
– Mam coś w szopie. Moje chłopaki jeżdżą, i cały czas coś wymieniają. Coś tam leży, poczekajcie. – dosłownie po kilku minutach wraca z dwoma kołami. Jedno i drugie mocno zdezelowane, w jednym nawet popękane szprychy, ale opony całkiem dobre. Po obejrzeniu jedna nadaje się idealnie, druga ma pęknięcie z boku.
– Ta jest dobra. Idealnie się nadaje.
– Weźcie ją.
– Naprawdę możemy? – z lekkim niedowierzaniem patrzymy się na brodacza i na siebie.
– Wam jest ona teraz bardziej potrzebna niż mi.
I tym oto sposobem rozwiązał się na jakich czas nasz problem. Nie jest to nowa opona, i trochę inny ma bieżnik, ale spokojnie dojedzie do najbliższego większego sklepu w Mt Gampier, gdzie powinny być sklepy i tam zakupimy już nowe ogumienie.
Po raz kolejny ludzie zadziwiają nas. Kiedy tylko potrzebujesz pomocy, zrobią wszystko by Ci pomóc. Zawiozą do miasta, nawet jak im nie po drodze, oddadzą to co Ci akurat potrzebne, by tylko pomóc. To jest niesamowite w tym kraju.
Kilkadziesiąt kilometrów dalej, siedząc gdzieś na poboczu, odpoczywając i zastanawiając się czy uda nam się dojechać do Nelson, bo i godzina już późna, a droga nie łatwa, czy też po prostu zanocować na jednym z przydrożnych pól namiotowych, zatrzymuje się przy nas samochód z dwójką starszych ludzi. Pierwsze pytanie jakie nam zadają, to czy nie potrzebujemy wody, a następnie dokąd zmierzamy – Zostało wam tylko 16k do Nelson, a tam jest bardzo miły caravan park. – Na licznikach mamy już ponad 80, ale może się uda. Z 16 tak naprawdę zrobiło się 20, a kiedy już docieramy to wszystko jest zamknięte, nawet stacja benzynowa. A ja po drodze w ciągu dnia znowu złapałem gumę. Tym razem dętka po prostu rozeszła się i znowu na tylnie koło było nie dopompowane. Nagle znikąd pojawiają się nasi znajomi. Otwiera się okno samochodu, a siedzący na miejscu pasażera starszy Pan uśmiecha się do nas.
– Dobry macie czas. Może chcecie zimną puszkę? Z cukrem czy bez cukru?
Jakby dokładnie wiedzieli o czym marzyliśmy przez ostatnie kilometry. Zimna puszka z bąbelkami, to jest to co trzymało nas przy życiu na ostatnich kilometrach drogi. Jednak nie spodziewaliśmy się że nasze marzenia spełnią się w taki sposób. – Zapewne jesteście zmęczeni, więc coś dla Was, a camping, jest tutaj zaraz za rogiem. Jeszcze raz gratulujemy i dobrej nocy.
Po raz pierwszy stykamy się z czyś takim. Widać było, że jechali w naszą stronę, tylko zapewne spodziewali się nas jeszcze przed miastem. Ale kto by pomyślał, że po około 2 godzinach od spotkania, specjalnie skierują się w nasza stronę by podarować nam dwie puszki zimnych napoi.

 

2012-04-03 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Spotkania, zloty, imprezy podróżników

22 Krakowski Salon Turystyczny

przez admin 2012-03-27
Napisane przez admin

lajkonik_web

„Pod patronatem Klubu Podróżników Śródziemie”

 

22 Krakowski Salon Turystyczny już w najbliższy piętek i sobotę !

30-31 marca 2012 w godzinach 10:00 – 18:00, Galeria Bunkier Sztuki po raz kolejny gościć będzie polską i zagraniczną branżę turystyczną, przedstawicieli regionów oraz wspaniałych podróżników.

Tak jak w roku poprzednim elementem towarzyszącym targom będą „Seminaria Podróżnicze” pod patronatem Klubu Podróżników Śródziemie. W programie:

 

Piątek 30 marca 2012

10:00 – Otwarcie Krakowskiego Salonu Turystycznego

11:00 – 13:00 POŁUDNIK CAFE – BRUNEI – SINGAPUR Potęga Małych Światów –  Zapraszają Elżbieta i Andrzej Lisowscy

13:00 – 14:30 Filmowy Pokaz Specjalny

15:00 – 16:30 Filmowy Pokaz Specjalny

17:00 – 17:45 Barki-Nicols.pl – Wakacje na barce we Francji bez patentu

Sobota 31 marca 2012

pod patronatem Klubu Podróżników Śródziemie – w przerwach konkursy w których do wygrania bilety na lot balonem HiFlyer

10:00 – 11:30 Basia i Andrzej Pasławscy – Albania i Czarnogóra

12:00 – Konferencja Prasowa największej akcji sprzątania Tatr „ Czyste Tary”

13:00 – 13:45 Patryk Świątek i Bartek Szaro – Paragon z podróży(nagroda Blog Roku)

14:00 – 14:45 Marek Żołądek   & Michał Apollo – UP Aoraki DSCC New Zealand Expedition 2011,

15:00 – 15:45 Tadeusz „Mazeno” Dzięgielewski & Małgorzata Dzięgielewska  – Hamada el-Tfal

16:00 – 16:45 Radosław Tafliński – Indie i Nepal

17:00 – 17:45 Aleksander Światek & Paweł Bartnik   –   Autostopem ku wolności

 

Wszystkie prezentacje odbędą się w sali seminaryjnej (poziom -1) Galerii Bunkier Sztuki

 

Więcej informacji na www.kst.com.pl

Zapraszamy

2012-03-27 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Newsy

Alpinus Testing Team – Anna i Thomas Alboth

przez Karolina Zięba-Kulawik 2012-03-22
Napisane przez Karolina Zięba-Kulawik


Goście Klubu Podróżników Śródziemie

Członkowie Alpinus Testing Team – Anna i Thomas Alboth nominowani do nagrody TRAVELERY 2011

Członkowie Alpinus Testing Team realizują wyróżniony w I edycji Memoriału im. Piotra Morawskiego Miej odwagę! projekt „Można z dzieckiem? Kurcze można!”. Rodzina Bez Granic, czyli Anna i Thomas Alboth razem z dwoma córeczkami – dwuletnią Hanią i ośmiomiesięczną Milą wyruszyli w listopadzie w sześciomiesięczną podróż do Ameryki Środkowej. Swoje podróże relacjonują na blogu thefamilywithoutborders.com, nominowanym do nagrody TRAVELERY 2011 w kategorii BLOG TRAVELEROWCA.

Wyprawa „Pomiędzy oceanami” to trasa od Meksyku do Panamy, przez Gwatemalę, Belize, Salwador, Honduras, Nikaraguę i Kostarykę. Wszystko na przekór powszechnej opinii, że kiedy pojawia się dziecko, świat się kończy. Na początek, w Meksyku, przywitał ich huragan Rina
i zamieszanie z nim związane. Szczęśliwie żywioł okazał się łaskawy i mogli ruszyć w dalszą podróż, którą na bieżąco relacjonują na swoim blogu http://thefamilywithoutborders.com/. Zainteresowanie wyprawą i blogiem przerosło ich oczekiwania i jak piszą „Zupełnie nagle zdaliśmy sobie sprawę, że musieliśmy przez przypadek i nieplanowanie wypełnić jakąś lukę, której ludziom brakowało: to połączenie życia młodego, zaangażowanego podróżnika z odpowiedzialnym, ale ciekawym świata rodzicem. Bo my wierzymy, że chcieć to móc. I że dziecko tylko poszerza życie, nie ogranicza. Tak samo jak podróżowanie”. Anna, polska dziennikarka, zamieszcza na blogu wpisy będące nie tylko opisem ich podróży, ale również relacją bacznego, wrażliwego na piękno i ludzkie losy obserwatora. Zaś Thomas, niemiecki fotograf, dba o barwną fotograficzną relację wyprawy. Razem z córeczkami tworzą ciekawą, inspirującą i niekonwencjonalną rodzinę, której losy śledzi na blogu tysiące osób.

Podróż Rodziny Bez Granic nadal trwa, zatem na blogu thefamilywithoutborders.com oraz na stronie Memoriału Miej odwagę! http://www.alpinus-miejodwage.pl/ można śledzić ich losy, poznawać spostrzeżenia i oglądać fascynujące zdjęcia. Ci, którym blog Albothów przypadnie do gustu mogą na niego zagłosować w konkursie TRAVELERY 2011, organizowanym przez magazyn National Geographic Traveler. Głosy można oddawać za pośrednictwem SMS do 27 marca 2012 r. Wszystkie niezbędne informacje o konkursie dostępne są na stronie: http://travelery2011.national-geographic.pl/.

* * * * *
Alpinus Testing Team to grupa miłośników podróży i sportów ekstremalnych, wyłonionych podczas I edycji Memoriału im. Piotra Morawskiego, której zadaniem jest testowanie i opiniowanie produktów marki Alpinus. Działalność grupy ma pomóc w udoskonalaniu kolekcji, tak aby jeszcze lepiej mogła służyć potrzebom wymagających odbiorców, zarówno amatorów jak i profesjonalistów.

 

2012-03-22 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Wywiady

Jarosław Kret i Danuta Sztuba – wywiad

przez admin 2012-03-22
Napisane przez admin
kret
kret

Danuta Sztuba rozmawia z  Jarosławem Kretem

Specjalnie dla Klubu Podróżników Śródziemie

 

kret

,,Świat to nie tylko przyroda i ludzie, od tak po postu. To jest aż przyroda i aż ludzie…”

D. Sz.: Jadąc w podróż, dokądkolwiek, jedzie Pan z nastawieniem dziennikarskim? Znaleźć coś niesamowitego w danym miejscu, czy raczej podróżniczym: opisując wszystko co Pan napotkał, nie zmieniając niczego, nie ingerując w rzeczywistość tego miejsca?

J. Kret.: Jeżeli jadę w podróż to przede wszystkim jako dziennikarz. Dawno już nie zdarzyło mi się jechać gdzieś tylko dla odpoczynku, bo dla mnie to żadna podróż. Jestem reporterem, tak przynajmniej uważam. Jestem dziennikarzem, który opisuje świat. Jeżeli mam go opisywać to nie mogę w niego ingerować – to jest podstawa. Jadę opisać jakieś fenomeny, zachowania ludzi, czasem także jakieś ciekawostki przyrodnicze. W podróż jeżdżę z różnymi narzędziami: czasem z kamerą, bardzo często z aparatem fotograficznym i oczywiście z notesem. To wszystko zależy, czy mam zamiar zrobić z tego program telewizyjny czy napisać książkę, reportaż czy też fotoreportaż. Raz zdarzyło mi się pracować tylko i wyłącznie nad albumem fotograficznym. Kilka razy oczywiście zdarzyło mi się ,,popełnić” jakiś album, ale tylko jeden raz taki przyzwoity – moim zdaniem. Był to album o Ziemi Świętej. To jest tak, że jadę z nastawieniem by opisywać ten świat, Staram się zawsze wiedzieć coś o tym miejscu w które jadę. Chyba, że coś się nagle zmieniło. Całkiem niedawno byłem na krótkim reporterskim wyjeździe do Tunezji, żeby zobaczyć co się tam dzieje w rok po rewolucji. To oczywiście było aranżowane. Jeśli się jedzie w takie miejsce trzeba skorzystać z pewnych organizacji, które pomogą się dostać w pewne miejsca, jeśli jesteśmy ograniczeni z czasem. Wiedziałem jednak po co tam jadę, ale nie wiedziałem, co zobaczę i na co się natknę. Reporter, dziennikarz jadąc gdzieś powinien mieć świadomość dokąd jedzie, ale nigdy nie ma do końca świadomości tego co tam zobaczy, spotka. Na tym też polega nasza praca, żebyśmy przyglądali się temu światu, a potem w refleksyjny i analityczny sposób przekazali dalej.

D. Sz.: Stwierdził Pan kiedyś w jednym z wywiadów, że świat już został odkryty. Dlaczego więc jeździ Pan np. na Madagaskar tyle razy? Nie nudzi to miejsce? Przecież jest już zdobyty.

J. Kret: Salman Rushdie kiedyś powiedział: „Jak można było odkryć Indie, skoro nikt ich wcześniej nie przykrył” – to było powiedziane o Brytyjczykach. Dość sarkastyczne powiedzenie, ale tak to wygląda, że Brytyjczycy myśleli, że odkryli Indie – A oni tylko odnaleźli drogę do nich. Natomiast jest to tak stara cywilizacja, że mogłaby powiedzieć, że to ona odnalazła Brytyjczyków. Dlaczego ja jeżdżę tyle razy na Madagaskar? Ponieważ chcę go opisać. Muszę mieć jakieś ciekawe wątki do opisania, też i ciekawe przygody. Moje pisanie polega na tym, że pod taką lekką, cienką kołderką faktów, czy przygód można znaleźć poważniejsze problemy, analizę tego co się dzieje wokół nas. Jeżeli pojechałbym raz na Madagaskar, spędził tam 3 tygodnie i napisał książkę o tym – nie chciałbym, żeby ktokolwiek ją kupił. Człowiek opisujący takie miejsce po tak krótkim pobycie tam jest niewiarygodny.
Jeśli napisałem książkę o Indiach czy Egipcie to jest efekt moich kilkunastu lat obcowania z tymi miejscami . Wtedy to można dopiero skłonić się do wielu refleksji i wielu porównań, ponieważ widzę ten świat z perspektywy czasowej. Takie pisanie traktuję jako odrobinę głębsze niż prowadzenie blogu z podróży. Teraz każdego stać na napisanie blogu i każdy może to zrobić. Jeżeli chcę zaistnieć z książką i opatruję ją swoim nazwiskiem i zdjęciem to musi być to odrobinę „głębsze” niż blog.

D. Sz.: Można wiec odkrywać świat, dane miejsce na nowo, co rusz odnajdywać jego inne piękne elementy?

J. Kret: Nie chcę iść z uporem maniaka za Salmanem Rushdie i mówić o odkrywaniu świata, wolę mówić o jego poznawaniu . Jasne, że tak ! Cały czas na nowo poznaje Madagaskar – różne jego aspekty i to będę opisywał. Świat to nie tylko przyroda i ludzie, to tak po postu. To jest aż przyroda i aż ludzie, bo za tym stoi mnóstwo elementów tej rzeczywistości, w której to wszystko się znajduje. To jest, to moje opisywanie świata.

D. Sz.: Czym jest dla pana pojecie pięknego miejsca na świecie, bo dla każdego to pojęcie ma inne znaczenie. Ale jakie to miejsce musi być.. Jakie cechy posiadać?

J. Kret: Miejsca są piękne na dwa sposoby: piękna naturalnego, gdy nosi w sobie piękno, które my możemy bardzo indywidualnie odebrać i opisać. Jedni kochają morze inni pustynie i oni odnajdują tam swoje piękno. W miejscu naturalnym, nienaruszonym przez cywilizację możemy odnaleźć piękno indywidualnie, każdy na swój sposób. Nie narzucam nikomu tej interpretacji piękna, bo każdy odbiera je na swój sposób. Jeśli natomiast mamy miejsca stworzone przez ludzi, są już ,,muśnięte pędzlem cywilizacji” to myślę, że piękno tych miejsc zasadza się w ludziach, którzy to miejsce tworzą. Jest takie pojęcie: genius loci – geniusz miejsca, duch, który jest duchem miejsca. Były przecież duchy domowe w różnych starożytnych wierzeniach – rzymskich, greckich – np. lary, penaty, które siedziały w domu i pilnowały go. Myślę, że ten duch miejsca, genius loci, siedzi w ludziach, którzy to miejsce tworzą. Są miejsca, które oczarowują nas architekturą, położeniem (np. w górach), ale jeśli to miejsce będzie puste to zabraknie atmosfery, którą tworzą ludzie, bo wygnała ich np. zaraza albo po prostu wyjechali, to wtedy to miejsce traci swój urok i piękno. Tak jest właśnie z Paryżem. Kiedy pojedziemy tam latem, możemy się nim zachwycać podczas wakacji: jego architekturą, Sekwaną, łódkami. Tak naprawdę widzimy tam jedynie ludzi, którzy zajmują się obsługą turystów. Paryż jest wtedy nudny!
Do niczego. Pojedźmy tam jesienią, wiosną kiedy budzi się do życia, a nawet zimą, żeby spędzić tam Nowy Rok. To jest zupełnie inne miasto, inne ponieważ w lipcu i sierpniu wszyscy Paryżanie wyjeżdżają z miasta. Też nie można tego tak generalizować, ale to tak jest, mniej więcej. Dlatego też twierdzę, że o pięknie miejsc stanowią ludzie, którzy należą do niego. Natomiast, żeby trafić do tych ludzi należy otworzyć się na nich i oczywiście: uśmiech za przewodnika !

D. Sz.: Tytuły Pana książek: ,,Moje Indie”, ,,Mój Egipt” czy tytuł albumu ze zdjęciami ,,Moja Ziemia Święta” sugerują na pierwszy rzut oka, że zdobyła Pan te państwa, zdobył w sensie poznania. Czuje Pan, że poznał Orient dogłębnie?

J. Kret: ,,Moje Indie” czy ,,Mój Egipt” to jest tylko i wyłącznie moja asekuracja. To jest tylko i wyłącznie moje spojrzenie, bardzo ograniczone do mojej osoby. Niewiele przecież wiem na temat Indii, czy Egiptu. Jeśli napisałbym książkę po prostu: ,,Egipt” to byłoby to straszne rozpasanie ! Jeśli chciałbym taką książkę popełnić, to musiałbym napisać ze 150 tomów. Jeśli piszę książkę ,,Mój Egipt” to ogranicza się ona do mojego indywidualnego spojrzenia, refleksji i przeżyć. Pokazuję czytelnikowi istotę tego miejsca tak, jak ja to widzę. To jest więc tylko i wyłącznie moje spojrzenie, ale z drugiej strony nie ograniczam nikogo, by patrzył tylko moimi oczyma. Wręcz przeciwnie: zobaczcie jak ja to wiedzę, otwórzcie oczy, budujcie sobie refleksje na temat tego miejsca, powiedzcie czy się z tym zgadzacie czy też nie.

D. Sz.: Skoro jesteśmy przy Egipcie…. Jak on smakuje? Ma pan może jakiś charakterystyczny smak, który kojarzy się z nim, z jakimiś wspomnieniami z tamtego miejsca?

J. Kret: Tak, w ogóle wspomnienia, które zapisują się w naszej świadomości związane są ze smakiem i zapachem. Mój smak, podstawowy z Egiptu, to są dwie potrawy: koshari – to potrwa dla biedoty – makaron z ryżem, soczewicą, ostrym sosem shastą i prażoną cebulą. Ma to tak niezwykły i niepowtarzalny smak, że za każdym razem gdy jestem w Egipcie jem ją. Przypomina mi ona czasy studenckie – wtedy też ją jadałem. Kiedy ją jem wracają wspomnienia i świat od razu nabiera różowych kolorów. Na drugim miejscu są słodycze arabskie – o rany, tutaj można zapomnieć o odchudzaniu! ( śmiech )

D. Sz.: Orient z dziennikarskiego punktu widzenia to jaki świat? Zatłoczony, biedny, brudny? Czy kolorowy, bogaty w smaki?

J. Kret: Może zdefiniujmy najpierw Orient: to nie tylko Syria, Jordania, Turcja, to także Indie, Persja, Afganistan. Jeśli patrzymy w ten sposób to można powiedzieć, że Orient to jest pół świata i pół jego historii. On właśnie ze swoja tradycją, wielkością, historią i różnorodnością jest równoważny Europie, czy może nawet Europie i całemu światu zachodniemu. Nie możemy wyszczególniać jego aspektów, bo jest to gigantyczny konglomerat: kultur, tradycji, religii, różnych grup etnicznych. Jest to tak szerokie pojęcie niosące ze sobą także refleksje, nie jest tak jednolity religijnie jak świat zachodni. Ścierają się tam bardzo różne religie i tradycje – np. religie „księgi” z religiami azjatyckimi, prastarymi opierającymi się na zupełnie innych zasadach niż Islam, Judaizm czy Chrześcijaństwo. To jest właśnie ścieranie się tych religii: z jednej strony umiejętność współżycia, z drugiej zaś potworne konflikty na
bazie tej różnorodności religijnej. To jest wielki kawał świata.

D. Sz.: Przebywając w Indiach mieszkał Pan u rodziny hinduskiej. Jak się żyje katolikowi wśród tak odmiennej wiary? Nie czuł się Pan zagrożony? Nie pojawiały się dyskusje na temat wiary?

J. Kret: Tam nie ma to znaczenia. Indie to kraj, w którym tolerancja religijna jest na wysokim poziomie. Jeśli słyszeliśmy, że np. ktoś spalił tam kościół to, wcale nie znaczy , że codziennie odgrywają się tam pogromy Chrześcijan . Na boga, przecież to jest miliardowy kraj, może się wszystko zdarzyć. Nie raz zdarzyło się, że hindusi spalili meczet, a muzułmanie – hinduską świątynię. Z drugiej strony w tak dużym kraju, gdzie ściera się tak dużo prądów religijnych, poglądów ludzie często nie zwracają na to uwagi. Częściej zdarza się, że hindusi zwracają między sobą uwagę na różnice kastowe, niż na mnie, jako chrześcijanina. W Indiach w wielu przypadkach można zauważyć, że np. żyje rodzina, wyznaje swoją religię, ale w ogóle się z tym nie afiszują. Czasem nawet nie wiemy czy są oni bardzo religijni, bo nigdy nie wymagają od nas byśmy się religijnie zachowywali. Kiedy mieszkałem w Indiach, u indyjskiej rodzinie, w naszych relacjach nigdy nie było kwestii religijnych. To jest piękne, bo świadczy o ogromnej dojrzałości. Ta dojrzałość wypracowywała się tam przez tysiące lat.

D. Sz.: Nieodłącznym przedmiotem, który zabiera Pan w każdą wyprawę jest?

J. Kret: …..ale mnie pani zaskoczyła! Zazwyczaj mam aparat fotograficzny. Jeżeli, tak naprawdę, jadę w świat to podstawową rzeczą dla mnie są okulary przeciwsłoneczne, dobre!

2012-03-22 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Australia i Oceania

Niebieskie pingwiny z Melbourne

przez Karolina Zięba-Kulawik 2012-03-21
Napisane przez Karolina Zięba-Kulawik
Pod patronatem Klubu Podróżników Śródziemie
TransOceania eXpedition 2012 to wyprawa rowerowa rozpoczynająca się na północy Nowej Zelandii, a kończąca na północy Australii.
Wyprawa rozpoczęłą się w lutym i zakończy w kwietniu 2012 roku. W czasie przemierzania tych dwóch krajów podróżnicy pokonają ponad 6000 km.

Relacja z kolejnego etapu podróży:

Niebieskie pingwiny z Melbourne

Jadąc ulicami nie odczuwasz tego jakobyś był w wielkim centrum, wielkiego miasta, gdzie wieżowce jeden koło drugiego setkami wciskają się pomiędzy siebie, by zając jak najlepsze miejsce w samym centrum miasta. Chodnik i ulica, oddzielone są zielonym pasem, ciągnących się zaraz na skraju chodnika drzew. Gęste, kłębiaste, i delikatnie szumiące, od gubiącego się w uliczkach wiatru liście, sprawiają że nie spoglądasz w górę, by poczuć się niewielką mrówką w wielkim skomplikowanym i pędzącym bez opamiętania mieście. Twój wzrok pozostaje na poziomie do linii drzew, dając zarazem cień, i chłód w porze gorącego popołudnia, ale też odcinają cię od wielkomiejskości. Mimo to ludzie z jednej strony pędzą, ale też z drugiej potrafią się w prawie czteromilionowym mieście zatrzymać. Usiąść, w niewielkim parku koło płynącej z fontanny rzeczki, by wypić kawę, wino, czy po prostu poczytać książkę.
Dla nas po przeszło dziesięciu dniach w drodze, to też czas zatrzymania się na chwilę i poczucia klimatu wielkiego miasta, będącego jednym z największych w czasie naszej podróży.
Jeszcze na lotnisku znaleźliśmy nocleg, i to zaraz w centrum. Cena jak na wielkie miasto przystępna, a lokalizacja jak dla nas idealna. I to wszystko powinno było nas dużo wcześniej zastanowić, zanim jeszcze odebraliśmy klucze od pokoju.
Duża recepcja na trzecim piętrze, przy niej zaraz kuchnia, z ustawionymi jak na studenckiej stołówce stolikami. Przy nich poustawiane na dwóch ścianach kwadratowe szafki, gdzie każdy może zostawić swoje jedzenie. Po drugiej stronie zajęty przez grających rezydentów stół bilardowy, obok miejsce do siedzenia w dużych miękkich sofach, oraz zaciemniony kąt, gdzie widać tylko podświetlone blaskiem monitorów twarze, siedzących przy kontakcie właścicieli małych przenośnych komputerów. I wszystko byłoby niby idealnie, gdyby nie pokój.
Drzwi otwierają się z charakterystycznym dla nie naoliwionych zawiasów piskiem. I stając w drzwiach nie wiesz, czy uciekać, śmiać się, czy płakać?
Duży, przestronny, z oknami na samym końcu pokój, przy każdej ścianie poustawiane ma łóżka, w sumie jest och dwanaście. Każde jedno z rozmemłaną pościelą, z czego w co niektórych są jeszcze nie ruszające się zwłoki właścicieli. Na niektórych prócz białej pościeli, są porozrzucane rzeczy, będąc tak pozostawione w pośpiechu. Zaraz przy drzwiach na podłodze, leży wielka sterta ubrań, wywalonych z chyba dwóch walizek, na której to prócz spodni, bluz, koszul, leżą majtki, skarpetki, kosmetyki. Właściwie wszystko co było w środku zostało wyrzucone na podłogę, a jedynie specjaliści mogliby za pomocą pobranych próbek znaleźć datę tego zdarzenia.
Na środku leży wszystko to, co komuś spadło, wypadło, zostało rzucone, czy też zalega tam od niepamiętnych czasów. szminki, skarpety, kable, jakiś dywanik, co to maił być dekoracyjny, nawet gitara gdzieś przy ścianie leży, karty na lepiącym się stoliku. W otwartych oknach leżą buty, i skarpety, by przypadkiem się skrzydła okien się nie zamknęły, powodując iż unoszący się fetor, pozostałby w zamknięciu. Do tego jeszcze powieszany sufit albo zwisa zaraz nad głową albo został przeniesiony w inne bliżej nie określone miejsce.
I stoimy tak w drzwiach śmiejąc się i starając się znaleźć miejsce gdzie można zrzucić swoje rzeczy, ale też zająć któreś z łóżek, co jest dość karkołomnym zadaniem. – Przepraszam, które łóżka są wolne? – zadaję pytanie wchodzącej właśnie sprzątaczce.

– Możecie sobie wybrać. – odpowiada zaciągając hiszpańskim akcentem niewielkiej postury kobieta w czarnej koszulce polo, trzymająca w ręku odkurzacz.
– Ale nie wiemy, które są wolne. – lekko zdegustowana odpowiada Gosia. – Czy to na przykład jest wolne?
– Chyba tak.
– A jakieś inne, dla mnie? – dopytuję się.
– To chyba jest wolne. – wskazuje zirytowana nasza ilości pytań sprzątaczka.
– No dobrze, ale tutaj jest czyjś but.

I w tym momencie pani podnosi kołdrę, zrzuca lekki damki, niebiesko-biały bucik, zabiera kołdrę i poduszę i mówi – Teraz jest już wolne. – układając nową poduszkę i kołdrę, szkoda tylko że prześcieradło pozostało to samo.
– Pakujemy nasze rzeczy w szafki, zarzucamy coś na te łóżka i uciekamy stąd w miasto. Trudno, to tylko jedna noc. Niema co teraz tracić czasu. Na dole, na pierwszym piętrze jest bar.

Wtapiając się w niewielkie uliczki, często pominięte na mapach i grafach, dopiero teraz odkrywamy urokliwe, tętniące życiem i zapachami zakamarki. Schowane w cieniu wielkich szklanych pułapek, skrywają przeróżne kawiarenki, bary, restauracje, sklepiki, gdzie możesz kupić stare płyty, czy znaleźć zapach mydła do domowej łazienki. Jednak to co przykuwa naszą uwagę, to różnorodność smaków i zapachów, mieszających się i zmieniających z każdym kolejnym krokiem jaki stawiamy przed sobą.
Wietnamskie, indyjskie, włoskie, czy greckie. Wszystko to pomieszane, poplątane, zmiksowane, stanowi jedną całość, będącą integralną częścią serca wielkiej aglomeracji i kontrastuje z poukładanymi, różnymi zadbanymi budowlami, jakie można znaleźć zaraz za rogiem.
Nowoczesne szklane, i marmurowe budynki, mieszają się ze starymi, wykończonymi w typowo europejskim stylu kilku piętrowymi masywnymi budowlami, stanowiąc jedną spójną całość. W niejednym z nich znajdziesz kolejne małe kawiarenki, sklepy i butiki, a jak masz szczęście, to odrywając wzrok od kolejnych witryn, warto spojrzeć na to po czym się chodzi. Bogate, różnorodne, malownicze, urzekające mozaiki ciągną się przez kolejne korytarze, gdzie tłumy zwiedzających i kupujących szusują w poszukiwaniu czegoś dla siebie.
Otaczające prawie z każdej strony centrum rozległe ogrody, parki i rzeki, są jak magnez przyciągający o każdej porze dnia tłumy ludzi. Rano pielgrzymki turystów wysypujących się z podjeżdżających autokarów, już w południe mieszają się z biegającymi w koło każdego zielonego terenu pracownikami szklanych drapaczy. W tym czasie, poubierane w mundurki, czapki i szkolne, jednolite spodenki dzieci, całymi jednokolorowymi grupami ciągną do ogrodów botanicznych, gdzie czekają na nich, strażnicy w kapeluszach w dużymi rondlami, by za chwilę pokazać im to co mogą zobaczyć poza granicami nie tylko miasta, ale też i australijskiego lądu.
Oaza spokoju, i miejsce gdzie można wyrwać się w samym środku miasta, by nie słyszeć warkotu i szumu samochodów, tramwajów, czy samolotów. Starannie wypielęgnowany, z równo przystrzyżona trawą, i najróżniejszymi gatunkami drzew, krzewów, roślin, przypraw ogród, jest domem dla niezliczonej wręcz ilości ptaków. Ćwierkają, skrzeczą, bulgoczą, pikają i śpiewają. Przechadzają się po trawie, dzieląc ją z odwiedzającymi, a w kawiarni leżącej zaraz na wielkim zielonym stawem, po którym pływają trawiaste wyspy, starają się wykorzystując chwilę kiedy odejdą od stołu pozostawiając po sobie niedojedzone resztki, czy oblepione kawałkami ciasta papierki po najróżniejszych ciastach.
Centrum miasta w kilka godzin, po zamknięciu biur pustoszeje. Po ulicach przechadzają się lekko zdezorientowani turyści, i stali mieszkańcy hosteli, a cała krew miejskiej przestrzeni, odpływa na przedmieścia. Dokładnie zaplanowane na przełomie lat 50tych i 60tych arterie, ze staranie przygotowanymi dzielnicami miejskiej sypialni, są miejscem gdzie po zapadnięciu zmroku tętni życie. Ci, którzy w ciągu dnia kręcili się w sercu miasta, teraz zasiadają w pizzeriach, restauracjach, czy bawią się w dyskotekach na przedmieściach, spoglądając na rozświetloną łunę centrum miasta.
Tutaj za wielu turystów nie dociera. Pozostają w swoich pokojach, przygotowując plan na dzień następny. A niespełna półgodziny drogi od serca, leży malownicza dzielnica St. Klida. Niska zabudowa, wypełniona jest życiem do późnych godzin nocnych.
Jednak nie to nas tutaj sprowadza. Przyjaciel, moich przyjaciół, polecił nam miejsce gdzie co noc, zaraz obok ruchliwej ulicy ciągnącej się nad promenadą, można spotkać wśród skał chroniącego port jachtowy falochronu, małe niebieskie pingwiny, dla których jest to dom.
Na końcu długiego molo, na którym przesiadują całe grupy wędkarzy, często nawet ze swoimi rodzinami, znajduje się usypany z kamieni falochron. Mieszkają pomiędzy wielkimi skałami, będąc co wieczór odwiedzanymi przez nielicznych chcących je zobaczyć. Wychodzą z wody, i skrzecząc przeskakują z głazu na głaz, chowając się w niewielkich szczelinach pomiędzy kamieniami. Kilku wolontariuszy czuwa nad ich bezpieczeństwem i upomina każdego, kto chodź trochę naruszył ich bezpieczeństwo, czy też starał się oślepić.
Szukaliśmy prawie codziennie na Tasmanii, widzieliśmy gdzieś daleko w wodzie na Nowej Zelandii, a z bliska zobaczyliśmy je dopiero tutaj w środku wielkiego miasta.
Marcin, przyjaciel mojej przyjaciółki, czeka na nas zaraz przy stacji wiozącego nas z centrum pociągu. Człowiek, którego w życiu nie widzieliśmy, a jedynie dwa razy rozmawialiśmy przez telefon. Ale jak sam napisał – „Przyjaciele naszych przyjaciół, są naszymi przyjaciółmi.” – i tak też nas przyjmuje. Zaraz do zrzuceniu naszych sakw w domu, ruszamy na zakupy. Marzy nam się karbonara, która ciągnie się w naszych myślach od kilku dni, do tego cały czas o niej mówimy i w końcu możemy zrealizować nasze marzenia. Po tygodniach jedzenia puszkowego, i rozpuszczalnego jedzenia, szalejemy w kuchni. Boczek, czosnek, cebula, jaja, mleko i bazylia, mieszają się pierw w miskach, potem na rozgrzanej patelni, by w końcu połączyć się z makaronem, i tracić w ogromnych kopach na nasze talerze. A do tego wszystkiego jeszcze chłodne napoje, spokojnie ubywające i uzupełniane, w trakcie długiej opowieści o naszych dotychczasowych przygodach, przeżyciach, odczuciach i przemyśleniach, które tak zbieżne są z opowieściami Ani, żony Marcina i samego Marcina. Snując długie opowieści, gdzieś niedaleko zmieniającego się dnia pada propozycja – A może ognisko w ogrodzie?
Nam nie wiele trzeba, od tygodni staramy się w końcu usiąść przy ciepłym ogniu nie martwiąc się o poranne wstawanie, czy deszcz wiszący w powietrzu.
Przy murze domowego ogródka, rozpalamy ogień pod rozgwieżdżonym australijskim niebem, dalej snując wspomnienia z naszych podróży dalekich. A to o wspinaczkowych przygodach, a to o wyjazdach służbowych widzianych z różnych stron. My jako odbiorcy, a Marcin jako ten który je organizował.
Czas gdzieś przestał istnieć. Kolejne kawałki drzewa, będące pozostałościami po dotychczasowej podłodze w salonie, miło ogrzewają nas niwelując wieczorny chłód. Cały czas nie możemy wyjść z podziwu, że człowiek który jeszcze kilkanaście miesięcy temu pracował w małopolskiej stolicy, dzisiaj własnymi rękoma remontuje nowy dom po drugiej stronie kuli ziemskiej. A wszystko to łącząc z codzienną pracą.
Poranek dłużył się, a jedynie Ania wstała rano i pojechała do pracy. My z ciężkimi głowami, staramy się złapać uciekający dzień i w końcu coś konstruktywnego zrobić. Marcin zabiera nas do pobliskiego You Yuong National Park, gdzie z wspinamy się na okrągłą i gładką skałę w kształcie wielkiego jajka, skąd rozciąga się niesamowity widok na okolice.
Tworzące zielony dywan, kępy koron eukaliptusowych drzew, wydobywają z sobie piękny dźwięk śpiewających ptaków. Z każdej strony dochodzi melodia, jak długi i szeroki las. A obracając się na pięcie, można pociągnąć równiutką kreskę po linii horyzontu. W końcu będzie płasko, tak długo na to czekaliśmy.
W końcu udaje nam się dotrzeć do miejsca gdzie rozpoczniemy jutro dalszą podróż. Nad brzegiem oceanu, zaraz na początku Great Ocean Road, Marcin odkrywa przed nami fenomen tak popularnego tutaj BBQ. Do tej pory nie mogliśmy zrozumieć, co takiego ludzie w tym widzą. A teraz kiedy soczysty kawał wołowego mięsa, w połączeniu z przypiekaną cebulą oraz pieczarkami połykamy, siedząc przy stoliku i słysząc szum fal rozumiemy ten fenomen.
Elektryczne płyty, umiejscowione bardzo często pod zadaszeniem, obok których są stoliki to idealne rozwiązanie dla całej rodziny. Nie musisz rozpalać ognia, martwić się o drzewo, palenisko etc. Włączasz, obudowaną cegłami płytę i po kilku minutach masz gotowy soczysty stek. Do tego jeszcze każde miejsce jest dostępne za darmo. Obok zawsze jest bieżąca woda, toalety i miejsce do zaparkowania samochodu, plus dodatkowe atrakcje. Stąd też stało się to tak popularne.
Tutaj też żegnamy się z Marcinem, który przyjął nas wraz z Anią, jak w prawdziwym polskim domu. A wczorajsze ognisko „na podłodze” przejdzie do historii. Jutro ruszamy już na zachód w stronę Adelajdy.

PS. ze względów słabego połączenia internetowego zdjęcia można oglądać na naszej stronie w poniższym linku

http://www.facebook.com/media/set/?set=a.394044867272782.103083.225204447490159&type=1

 

2012-03-21 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Spotkania, zloty, imprezy podróżników

X Dni Turystyki- Poznań

przez Karolina Zięba-Kulawik 2012-03-21
Napisane przez Karolina Zięba-Kulawik

To już X edycja festiwalu podróżniczego Dni Turystyki, odbywającego się co roku na Wydziale Nauk Geograficznych i Geologicznych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jest to kilkudniowy cykl prelekcji, warsztatów, wykładów oraz pokazów slajdów na temat podróżowania oraz wszystkiego co z nim związane. Razem z naszymi prelegentami przenosimy się w czasie i przestrzeni, aby odwiedzić najodleglejsze zakątki świata. Wędrujemy po bezkresnych pustkowiach, wspinamy się na najwyższe szczyty, spływamy rwącymi rzekami, przemierzamy lodowe pustynie, zagłębiamy się w gąszcz tropikalnych lasów, poznajemy przyrodę i kulturę w najdalszych zakątkach świata. Cieszymy zmysły zróżnicowaniem barw, kolorów, smaków i dźwięków.
W naszymfestiwalu podróżniczym udział może wziąć każdy, bez względu na płeć, wiek czy zasób portfela (nasze pokazy są całkowicie bezpłatne). Każdego roku zapewniamy wiele atrakcji i niezapomnianych wrażeń, a także konkursy z nagrodami. Spotkacie tu zapalonych podróżników, osoby, które mają niesamowite pomysły i je realizują. Osoby, które zarażają pasją, optymizmem, radością i wiarą w dobrych ludzi, a takich można spotkać wszędzie. Po powrocie do domu pozostaje w głowie tylko jedna myśl – spakować plecak i ruszyć w świat!

PROGRAM X DNI TURYSTYKI:

Poniedziałek, 26 marca
Wykłady
12:00 – dr hab. Małgorzata Mazurek – „Afryka oczami Geografa.”
13.00 – dr hab. Michał Jarnecki – „Ukryty sekret Azji – Birma.”
Wieczór kultury tajskiej
16:00 – 18:00 – w programie:
Pokaz tradycyjnego tańca oraz wykonywanej na żywo muzyki tajskiej
Prezentacja masażu tajskiego
Pokaz narodowego sportu Tajlandii – sztuki walki MuayThai
Pokaz zdjęć z wypraw do Królestwa Tajlandii
Prelekcje podróżników
18:30 – Aleksander Doba – „Kajakiem przez Atlantyk”
20:00 – Tomek Michniewicz – „Krwawa Wojna. Kłusownictwo w Afryce”

Wtorek, 27 marca
Warsztaty
14:00 – Jacek Fabiś – Warsztaty Pilockie
Prelekcje podróżników
16:00 – Tomek Kowalski – „Inspiracje – wyprawa dookoła świata”
17.00 – Kuba Wolski – „Afryka Nowaka – relacja ze sztafety”
18:30 – Marek Tomalik – „Australia, gdzie kwiaty rodzą się z ognia”
20:00 – Mieczysław Bieniek – „Przez Karakorum w marzenia”
Środa, 28 marca
Warsztaty
16:00 – Łukasz Turkowiak – warsztaty wspinaczkowe oraz możliwość skorzystania
z profesjonalnej ścianki wspinaczkowej pod okiem instruktora
17:00 – Krzysztof Petek – warsztaty surwiwalowe
Prelekcje podróżników
18:30 – Alek Adamus i Paweł Bartnik – „Autostopem Ku Wolności”
20:00 – Jacek Pałkiewicz – „Pomnik u źródeł Amazonki”
Uwaga: Z przyczyn niezależnych od Organizatora program może ulec zmianom.

Zapraszamy również do odwiedzenia naszej strony internetowej: www.dniturystyki.pl

Do zobaczenia na festiwalu!

 

2012-03-21 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 250
  • 251
  • 252
  • 253
  • 254
  • …
  • 299

Archiwa

  • marzec 2026
  • luty 2026
  • styczeń 2026
  • grudzień 2025
  • listopad 2025
  • październik 2025
  • wrzesień 2025
  • sierpień 2025
  • lipiec 2025
  • czerwiec 2025
  • maj 2025
  • kwiecień 2025
  • marzec 2025
  • luty 2025
  • styczeń 2025
  • grudzień 2024
  • listopad 2024
  • październik 2024
  • wrzesień 2024
  • sierpień 2024
  • lipiec 2024
  • czerwiec 2024
  • maj 2024
  • kwiecień 2024
  • marzec 2024
  • luty 2024
  • styczeń 2024
  • grudzień 2023
  • listopad 2023
  • październik 2023
  • wrzesień 2023
  • sierpień 2023
  • lipiec 2023
  • czerwiec 2023
  • maj 2023
  • kwiecień 2023
  • marzec 2023
  • luty 2023
  • styczeń 2023
  • grudzień 2022
  • listopad 2022
  • październik 2022
  • wrzesień 2022
  • sierpień 2022
  • lipiec 2022
  • czerwiec 2022
  • maj 2022
  • kwiecień 2022
  • marzec 2022
  • luty 2022
  • styczeń 2022
  • grudzień 2021
  • listopad 2021
  • październik 2021
  • wrzesień 2021
  • sierpień 2021
  • lipiec 2021
  • czerwiec 2021
  • maj 2021
  • kwiecień 2021
  • marzec 2021
  • luty 2021
  • styczeń 2021
  • grudzień 2020
  • listopad 2020
  • październik 2020
  • wrzesień 2020
  • sierpień 2020
  • lipiec 2020
  • czerwiec 2020
  • maj 2020
  • kwiecień 2020
  • marzec 2020
  • luty 2020
  • styczeń 2020
  • grudzień 2019
  • listopad 2019
  • październik 2019
  • wrzesień 2019
  • sierpień 2019
  • lipiec 2019
  • czerwiec 2019
  • maj 2019
  • kwiecień 2019
  • marzec 2019
  • luty 2019
  • styczeń 2019
  • grudzień 2018
  • listopad 2018
  • październik 2018
  • wrzesień 2018
  • sierpień 2018
  • lipiec 2018
  • czerwiec 2018
  • maj 2018
  • kwiecień 2018
  • marzec 2018
  • luty 2018
  • styczeń 2018
  • grudzień 2017
  • listopad 2017
  • październik 2017
  • wrzesień 2017
  • sierpień 2017
  • lipiec 2017
  • czerwiec 2017
  • maj 2017
  • kwiecień 2017
  • marzec 2017
  • luty 2017
  • styczeń 2017
  • grudzień 2016
  • listopad 2016
  • październik 2016
  • wrzesień 2016
  • sierpień 2016
  • lipiec 2016
  • czerwiec 2016
  • maj 2016
  • kwiecień 2016
  • marzec 2016
  • luty 2016
  • styczeń 2016
  • grudzień 2015
  • listopad 2015
  • październik 2015
  • wrzesień 2015
  • sierpień 2015
  • lipiec 2015
  • czerwiec 2015
  • maj 2015
  • kwiecień 2015
  • marzec 2015
  • luty 2015
  • styczeń 2015
  • grudzień 2014
  • listopad 2014
  • październik 2014
  • wrzesień 2014
  • sierpień 2014
  • lipiec 2014
  • czerwiec 2014
  • maj 2014
  • kwiecień 2014
  • marzec 2014
  • luty 2014
  • styczeń 2014
  • grudzień 2013
  • listopad 2013
  • październik 2013
  • wrzesień 2013
  • sierpień 2013
  • lipiec 2013
  • czerwiec 2013
  • maj 2013
  • kwiecień 2013
  • marzec 2013
  • luty 2013
  • styczeń 2013
  • grudzień 2012
  • listopad 2012
  • październik 2012
  • wrzesień 2012
  • sierpień 2012
  • lipiec 2012
  • czerwiec 2012
  • maj 2012
  • kwiecień 2012
  • marzec 2012
  • luty 2012
  • styczeń 2012
  • grudzień 2011
  • listopad 2011
  • październik 2011
  • wrzesień 2011
  • sierpień 2011
  • lipiec 2011
  • czerwiec 2011
  • maj 2011
  • kwiecień 2011
  • marzec 2011
  • luty 2011
  • styczeń 2011
  • grudzień 2010
  • listopad 2010
  • październik 2010
  • wrzesień 2010
  • sierpień 2010
  • lipiec 2010
  • czerwiec 2010
  • maj 2010
  • kwiecień 2010
  • marzec 2010
  • luty 2010
  • styczeń 2010
  • grudzień 2009
  • listopad 2009
  • październik 2009
  • wrzesień 2009
  • sierpień 2009
  • lipiec 2009
  • czerwiec 2009
  • maj 2009
  • kwiecień 2009
  • styczeń 2009
  • listopad 2008
  • październik 2008

Kategorie

  • Administracyjna
  • Afryka
  • Akcje eko
  • Aktualności
  • Aktualności inne
  • Albania
  • Aleja Podróżników
  • Ameryka Północna
  • Ameryka Południowa
  • Ameryka Środkowa i Karaiby
  • Artykuły testowe
  • Australia i Oceania
  • Austria
  • Azja
  • Bez kategorii
  • Biegi
  • BUŁGARIA
  • Chorwacja
  • Ciekawostki
  • Cykliczne Spotkania Podróżników
  • CZARNOGÓRA
  • Czechy
  • Czyste Góry Czyste Szlaki
  • Czyste Tatry
  • Czyste Tatry
  • Dania
  • Dolny Śląsk
  • Europa
  • Festiwale
  • Filmy
  • Francja
  • Góry
  • HISZPANIA
  • HOLANDIA
  • Konkurs Fotograficzny
  • Konkursy
  • Konkursy inne
  • Korona
  • Kościoły i obiekty sakralne
  • KOSOWO
  • Książka
  • Kuchnia
  • Kuchnie świata
  • Kujawsko-pomorskie
  • LITWA
  • Łódzkie
  • Lotniska i powietrze
  • Lubelskie
  • Lubuskie
  • LUKSEMBURG
  • MACEDONIA
  • Małopolskie
  • Malta
  • Materiał zewnętrzny
  • Miasta
  • Miejsca wyjątkowe
  • Muzea
  • Najciekawsze szlaki piesze i rowerowe w Europie
  • Newsy
  • NIEMCY
  • NORWEGIA
  • Opolskie
  • Parowozownie
  • Podkarpackie
  • Podlaskie
  • Podziemia
  • Podziemia
  • Podziemia turystyczne w Europie Underground in Europe
  • Polecamy
  • Polska
  • Pomorskie
  • Portugalia
  • PRACE KONKURSOWE POLSKA
  • PRACE KONKURSOWE ŚWIAT
  • Projekt 4 Pory Roku
  • Projekt Mali Melomani
  • Projekt Mali Melomani II
  • Recenzje sprzętu
  • Reklama
  • Robocze inne
  • ROSJA
  • Rower
  • Różne media
  • Rumunia
  • Schroniska
  • SERBIA
  • Skanseny w Polsce
  • Śląskie
  • Slowacja
  • Slowenia
  • Spływy kajakowe
  • Spotkania autorskie
  • Spotkania, zloty, imprezy podróżników
  • Sprzęt
  • Świat
  • Świętokrzyskie
  • SZWAJCARIA
  • Tanie loty
  • Tatromaniak
  • Testy sprzętu
  • Twierdze i Forty
  • Ukraina
  • unesco
  • Via Adriatica Trail
  • Warmińsko-mazurskie
  • Warsztaty i plenery fotograficzne
  • WĘGRY
  • WIELKA BRYTANIA
  • Wielkopolskie
  • WŁOCHY
  • Woda
  • Wspomnienia z podróży
  • Wystawy
  • Wywiady
  • Zabytki sakralne
  • Zachodniopomorskie
  • Zamki i pałace
  • Zostań w domu nie odwołuj

Obserwuj nas

Top Selling Multipurpose WP Theme

Ostatnie posty

  • Skansen Przemysłu Naftowego Magdalena w Gorlicach

    2026-03-25
  • Skansen Józefa Chełmowskiego w Brusach – artysta z innego świata

    2026-03-24
  • Grota Mechowska – największa osobliwość przyrody na Niżu Europejskim

    2026-03-22
  • Jeziora Plitwickie – fenomen przyrodniczy w Chorwacji

    2026-03-22
  • krokusy w Tatrach – gdzie można podziwiać szafrany spiskie?

    2026-03-22
  • Park Gródek Polskie Malediwy w Jaworznie

    2026-03-21

Kanał społecznościowy

Kanał społecznościowy

Wybór redaktorów

zamek Drakuli w Poenari

2016-01-25

Rezerwat Groapa Ruginoasa, Góry Bihor w Rumunii

2022-08-06

Zamek – Twierdza Rupea w Rumunii

2022-08-09

Rezerwat Cheile Turzii – wąwóz Turda

2024-01-23

Zamek Drakuli w Hunedoarze w Rumunii

2024-03-03

Klub Podróżników Śródziemie

Ogólnopolski portal podróżniczy poświęcony odkrywaniu Polski i świata. Od znanych miast i zabytków, przez górskie szlaki i podziemia, po miejsca nieoczywiste i zapomniane.

Rzetelne relacje, autorskie przewodniki oraz praktyczne wskazówki dla turystów, pasjonatów historii i miłośników aktywnego podróżowania.

Odkrywaj świat z nami – świadomie, krok po kroku i z pasją.

Ciekawe w województwach

    • Dolnośląskie
    • Kujawsko-pomorskie
    • Lubelskie
    • Lubuskie
    • Łódzkie
    • Małopolskie
    • Mazowieckie
    • Opolskie
    • Podkarpackie
    • Podlaskie
    • Pomorskie
    • Śląskie
    • Świętokrzyskie
    • Warmińsko-mazurskie
    • Wielkopolskie
    • Zachodniopomorskie
dhosting

Polecane

Skansen Przemysłu Naftowego Magdalena w Gorlicach
Skansen Józefa Chełmowskiego w Brusach – artysta z innego świata
Grota Mechowska – największa osobliwość przyrody na Niżu Europejskim
Jeziora Plitwickie – fenomen przyrodniczy w Chorwacji

Ostatnio dodane

Skansen Przemysłu Naftowego Magdalena w Gorlicach
Skansen Józefa Chełmowskiego w Brusach – artysta z innego świata
Grota Mechowska – największa osobliwość przyrody na Niżu Europejskim
Jeziora Plitwickie – fenomen przyrodniczy w Chorwacji
Facebook Twitter Youtube Linkedin Envelope Rss

klubpodroznikow.com – Copyright & Copy 2025/26

Created by Konfig.Info

  • Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Forum
  • Relacje
    • Europa
    • Polska
    • Świat
  • Sprzęt
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Książka
  • Kontakt
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Home
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat

Wybór redaktorów

  • Sighișoara miasto w środkowej Rumunii w Siedmiogrodzie

    2026-02-02
  • Góry solne w Rumunii – Muntele de sare

    2026-02-01
  • Droga Transfogaraska w Rumunii

    2025-09-17
  • Wulkany błotne w Rumunii, wyjątkowy rezerwat przyrody

    2024-08-20
  • Jaskinia Meziad, Peşteră

    2024-08-20
  • Kopalnia soli Salina Turda w Rumunii

    2024-08-17
@2021 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu zapewnienia prawidłowego działania serwisu oraz analiz ruchu. Zobacz politykę prywatności .