…czyli w 3 tygodnie przez Anatolię, Eufrat, syryjskie rubieże i lasy cedrowe. Bliski Wschód – kolebka starożytynych cywilizacji i trzech największych religii, rejon konfliktów zbrojnych, a jednocześnie miejsce, gdzie gościnność przyjmuje swoje prawdziwe oblicze.
Ponad 5000 kilometrów przemierzonych od Krakowa, przez Stambuł, Damaszek aż do Bejrutu – miasta kontrastów, które budzi się do życia po latach wojny domowej. W poszukiwaniu przygód, niezwykłych ludzi i miejsc, które pamiętają czasy Jezusa i Mahometa. Wśród ruin starożytnej Palmiry, uliczek zatłoczonego Damaszku, na tropie krzyżowców oraz w wodach Morza Lewantyńskiego.
Jak złapać stopa o północy w centrum Ankary? Jak się śpi na pasie ziemi niczyjej między Syrią a Turcją? Gdzie najlepiej smakuje falafel? Jak porozumieć się z syryjskim taksówkarzem znając trzy słowa po arabsku? Co można znaleźć na wyspie Arwad? Na te i inne pytania postaramy się znaleźć odpowiedzi 20 grudnia o godz.19:00. Serdecznie zapraszamy!
Autorami pokazu są: Emilia Kurdziel, Katarzyna Rodacka, Beata Blitek, Paulina Sojka, Paweł Słoń oraz Kamil Stopa.

pod patronatem Klubu Podróżników Śródziemie
Inauguracja festiwalu cyklu wykładów „Buddyzm a Nauka” – Uniwersytet Ekonomiczny
Ukończyła studia ekonomiczne (AE w Krakowie) i studia filozoficzne (UJ), doktorat z filozofii, habilitacja z zakresu etyki biznesu, od lat pracuje w Katedrze Filozofii UEK w Krakowie. Główne obszary zainteresowań w etyce biznesu to etyczne aspekty zarządzania oraz wolność i odpowiedzialność w działalności gospodarczej.
Doktor habilitowany nauk prawnych, Kierownik Katedry Socjologii Prawa Wydziału Prawa i Administracji UJ. W kręgu jego zainteresowań naukowych znajdują się takie dyscypliny jak: teoria państwa i prawa, socjologia instytucji prawnych i politycznych, socjologia prawa, metodologia nauk społecznych, filozofia polityki, teoria władzy politycznej oraz ustroje polityczne.
Absolwent Uniwersytetu w Tubingen, dyplom w 1999 roku z retoryki, fizyki i filologii germańskiej. Skończył kursy z zakresu psychologii zorientowanej na proces, lean management, Theory U. Pracował jako trener i konsultant zarządzania dla dużych koncernów międzynarodowych (m.in. Allianz, IBM, DaimlerChrysler, Bosch). Jego obecne zainteresowania koncentrują się wokół complexity leadership.
Wykładowca w School of Natural Sciences and Psychology na Uniwersytecie Johna Moora w Liverpoolu. W 2001 uzyskał stopień doktora psychologii na Uniwersytecie w Konstanz ( Niemcy). Jego zainteresowania badawcze koncentrują się obecnie na neurobiologii poznawczej (zwłaszcza na poznawczych i psychologicznych aspektach selektywnej uwagi wzrokowej) oraz na psychologicznych i fizjologicznych efektach regularnego praktykowania medytacji buddyjskiej.
Absolwent matematyki i fizyki na Uniwersytecie Wiedeńskim. Trzy lata pracował w grupie badawczej profesora Antona Zeilingera, biorąc udział w badaniach podstaw fizyki kwantowej i stanów splątanych. Obecnie pracuje w Niemczech i Austrii jako niezależny konsultant ds. komunikacji w drugim i trzecim sektorze.
Pracuje w Hridaya Research and Development Center w Sofii. Stopień doktora uzyskał na podstawie pracy „Measurement Methods, Solid-state Generators and Models of Bioogical Effectsof milimeter Elektromagnetic Wawes.” Obecnie zajmuje się relatywistyczną teorią kwantową i jej implikacjami w biologii i medycynie. Bierze udział w badaniach nad przebiegiem pobudzania w systemach biologicznych i jego zastosowaniem w mikrofalowej terapii rezonansowej.
Pracuje w Katedrze Historii Filozofii na Uniwersytecie Łódzkim. Tłumacz (przekładał m.in. de Quincey’a, Lovejoya, de Mana) , otrzymał wyróżnienie Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich. Stypendysta Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej. Autor książek „Buddyjska filozofia pustki” oraz „Pustka Jest Radością Czyli Filozofia Buddyjska z Przymrużeniem (Trzeciego) Oka”
Doktorantka na Wydziale Badań Azji Środkowej na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie oraz wykładowca w International Institute for Tibetan and Asian Studies (Malaga). Nauczycielka buddyzmu. Od 1994 roku uczennica Lamy Ole i Hannah Nydahl, mistrzów tybetańskiej szkoły Karma Kagyu. Wielokrotnie podróżowała po Azji, a w samym Tybecie Wschodnim spędziła pół roku, poświęcając się badaniom nad przetrwałymi tam tradycjami medytacyjnymi.
Absolwent Psychologii Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obył staż naukowy na berlińskim Freie Universitat. Jego zainteresowania naukowe koncentrują się wokół wpływu medytacji na funkcjonowanie i strukturę układu nerwowego oraz pracę i życie codzienne człowieka. Przeprowadził badania na grupie kilkuset praktykujących buddyzm w Polsce.
Absolwentka psychologii, doktorantka w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Łódzkiego, studentka Programu Licencyjnego Instytutu Psychologii Procesu; interesuje się psychologią pozytywną oraz związkami między psychologią a buddyzmem.
W 1986 roku ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Od 1980 roku uczeń Lamy Ole Nydahla, od 1987 roku tłumacz jego książek i wykładów, Od 1992 roku podróżuje wykładając buddyzm Diamentowej Drogi. Redaktor naczelny magazynu Diamentowa Droga.
Absolwent Wydziału Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, polski nauczyciel buddyjski Diamentowej Drogi. Wieloletni przewodniczący Związku Buddyjskiego Karma Kagyu (od 2005 Buddyjskiego Związku Diamentowej Drogi Linii Karma Kagyu).
Jest z pochodzenia Słowakiem, od 2007 uczy się i podróżuje z Denzongiem Norbu z Sikkimu w Indiach – mistrzem tradycyjnej sztuki tybetańskiej stylu malarskiego Karma Gadri. Pracuje z nim przy różnych projektach we Francji, Danii, Niemczech, Czechach, na Ukrainie, w Rosji i Indiach. Bierze udział w zakładaniu Szkoły Tradycyjnej Sztuki Tybetańskiej.
Od 2007 roku uczy się wypełniania i malowania posążków oraz malowania w tradycji Karma Gadri. Przez kilka miesięcy w roku podróżuje z Denzongiem Norbu – osobistym malarzem XVI Karmapy Rangdziung Rigpi Dorje oraz głównym nauczycielem Karma Gardi – realizując projekty malarskie w ośrodkach europejskich Diamentowej Drogi Linii Karma Kagyu i w Karmapa International Buddhist Institute w Delhi.
Reżyser filmowy i telewizyjny, autor zdjęć i scenariuszy, absolwent Wydziału Operatorskiego Łódzkiej Szkoły Filmowej. W 2001 roku zdobył Grand Prix Międzynarodowego Festiwalu Filmów Górskich w Graz (Austria) za zdjęcia do dokumentalnego filmu „Geronimo” (reż. Leszek Dawid). W 2002 roku za teledysk do piosenki Sistars był nominowany na festiwalu Yach Film Festiwal. Za film dokumentalny z serii „Polskie Himalaje” dostał w 2009 roku aż dwie nagrody – na Festiwalu Filmów Górskich w Peru oraz w na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Alpinistycznych w Teplicach (Czechy).
Operator filmowy, pracuje przy filmach, reklamach, wideoklipach.
Fotograficzka, podróżniczka, terapeutka tradycyjnego masażu Jivaka, organizatorka i fotoedytorka międzynarodowego buddyjskiego archiwum fotograficznego. Stale współpracuje z magazynem „Diamentowa Droga”.
„Sto pięćdziesiąt kilometrów pokonuje się w dziewięć godzin, cały czas na krawędzi.
Na początku wielka radości – mimo wysokiej gorączki, która na szczęście zbliżała się ku
końcowi.
W dole niekończąca się przepaść, a wokół najpiękniejsze góry świata – Himalaje…
Po piątej godzinie w umyśle pojawiło się poczucie braku komfortu , świadomość kolejnych
czterech godzin była mało inspirująca . Nagle wokół już przestało być tak pięknie …
Wtedy Megi z jej niezwykłą intuicyjną mądrością powiedziała :
” To samą drogę przebył konno XVI Karmapa , kiedy miał siedemnaście lat , zajęło mu to
kilka tygodni.”….
XVI Karmapa Rangdziung Rigpe Dordże (1924-1981) był jednym z największych mistrzów
medytacji zeszłego stulecia. W 1952 roku opuścił on Tybet z powodu chińskiej agresji.
Kilkakrotnie odwiedzał Zachód udzielając nauk w wielu krajach.
W 1944 roku na zaproszenie króla Bhutanu Karmapa odwiedził rejon Bumtang na północy
kraju.
Aby przejechać przez Bhutan, trzeba wykazać się nie lada mocnymi nerwami. „Niebiański
trakt stu tysięcy zakrętów” to 600 km nieustannych, ostrych zakrętów, nawrotów, przez cały
czas na krawędzi głębokich przepaści….
Warunki geograficzne a także polityka władców Bhutanu sprawiła że długo nie był on
poddany wpływom innych kultur, dlatego zachował swoją wyjątkową kulturę w nietkniętym od
wieków stanie.
Zainspirowani osobą XVI Karmapy i tajemniczym górzystym krajem prawie odciętym od
cywilizacji Jen oraz Peri odbyli podróż śladami tybetańskich mistrzów medytacji i kilkusetletniej historii buddyzmu.
Jen Sheroky – reżyser filmowy i telewizyjny, autor zdjęć i scenariuszy, absolwent Wydziału Operatorskiego Łódzkiej Szkoły Filmowej.
2001 – autor zdjęć filmu dokumentalnego “Geronimo”, reż. Leszek Dawid, Grand Prix na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Górskich w Graz w Austrii
2001 – Nagroda w kategorii “Największe Odkrycie i Nadzieje” festiwalu Slamdance Poland
2001 – nagroda druga i nagroda specjalna na studenckim Festiwalu Filmów Reklamowych KODAK za film reklamowy „W domu bywa różnie” dla Commercial Union
2002 – nagroda druga główna i pierwsza za scenariusz za film pt: ”Plac Konstytucji”, Festiwal Filmów Reklamowych KODAK
2002 – 2010 – realizacja filmów reklamowych dla takich marek jak :
McDonlad’s, Pepsi, Snickers, Lays, Burn, Eurobank, Citroen
Za filmy dokumentalne
z serii „Polskie Himalaje” dostał w 2009 i 2010 roku aż pięć nagród:
4 International Mountain Film Festival
Domzale, Slovenia 2010
Jury Award
58 Trento Film Festival
Trento , Italy 2010
Award University of Trento and Innsbruck Student’s Prize
9 International Film Festival for Mountains,
Extreme Sports and Adventures
Bansko, Bulgaria 2009
Best film in Alpinism Exploration and Adventure category
5 Inkafest Mountain Film
Huaraz, Peru 2009
Best film in Alpinism category
26 International Mountaineering Film Festival
Teplice , Czech Republic – 2009
Peri – Sebastian Perchel – operator filmowy, pracuje przy filmach, reklamach, wideoklipach.
Filmy Jen’a:
http://www.facebook.com/video/video.php?v=461547570597&oid=162550190427806&comments
http://www.facebook.com/video/video.php?v=435783700597&oid=162550190427806&comments
http://www.facebook.com/video/video.php?v=434219475597&oid=162550190427806&comments
wieczór – niespodzianka 🙂 a że to przy okazji Mikołaj ….
to już było
http://www.klubpodroznikow.com/slajdy
Naszymi gośćmi byli m.in. Leszek Cichy, Marek Kamiński, Tomek Michniewicz, Jasiek Mela i wielu innych
a w przyszłości będzie Beata Pawlikowska, Martyna Wojciechowska, Kinga Baranowska i …
czekamy na Wasze sugestie i propozycje kogo chcielibyście zobaczyć i wysłuchać w naszym klubie.
po godz. 20.00
gościnnie
Zbych Gałęza
„Afryka Nowaka”
Stalowy pokład nie pozwala na wygodny sen. Coś nie gra, bo nie słychać dźwięku silników. Krzyżujemy wzrok. Kto bardziej się boi? Nastoletni żołnierz z przewieszonym karabinem, dla którego talata haładzia kompletnie nie pasują do znanego obrazu towarowej barki czy My, którzy zrozumieli, że wpływają na obszar Sudanu Południowego, gdzie ze wspomnieniami wojny dalej się nie oswojono.
Takiego dylematu nie miał Kazimierz Nowak, który płynął tędy w latach 30-tych XX wieku podczas swojej pięcioletniej samotnej podróży rowerem i pieszo przez Czarny Ląd.
Sztafeta rowerowa śladami Kazimierza Nowaka wystartowała ponad rok temu. 2 lata, 24 etapy i około setka zaangażowanych osób podąża trasą niezwykłego zapomnianego polskiego podróżnika. Od zwrotnika do równika pchaliśmy rowery przez piachy Sahary, odganialiśmy się od komarów i much Tse-tse oraz błądziliśmy po lesie tropikalnym.
Harpagan 15-17 października 2010
Od dawna chciałam wziąć udział w kolejnym biegu na orientację. Miałam za
sobą niezbyt fortunny udział w Kieracie, gdzie zgubiliśmy się „na amen” i nie dotarliśmy
przed wyznaczonym czasem do kolejnego punktu kontrolnego. Zrobiliśmy wtedy niemalże
połowę trasy, a faktycznie ponad 60km. Chciałam więc dowiedzieć się, czy przez ostatnie pół
roku coś się zmieniło. I wtedy zobaczyłam go. 40sty Harpagan w Kościerzynie.
Nie pamiętam czy wieczór jest ładny, czy też leje jak z cebra. Wiem tylko, że po
pracy nerwowo dopakowuję ostatnie ciuchy, usiłuję wypić wrzącą, miętową herbatę i już lecę
na dworzec stresując się, że może kolejka będzie za długa, a może pociąg się spóźni. Myśląc o
Harpaganie odczuwam niepokojące ssanie w żołądku i podniecenie. Co tam 100km! Przecież
przejdę to w „trymiga”. Byle utrzymywać się w dobrym nastroju i nie łamać psychicznie! Psycha to
podstawa.
Kiedyś, w trakcie wycieczki rowerowej dookoła Tczewa moja przyjaciółka Colleen
powiedziała, że oprócz Kieratu istnieją inne maratony ekstremalne i to nawet tu, na Pomorzu. Z
tą też myślą przeszukiwałam internet. Kiedy wreszcie znalazłam Harpa, chwyciłam za telefon i w
chwilę później wiedziałam już, że nie będę „drzeć” przez kaszubskie lasy sama.
Siedzimy z kolegą Mateuszem w pociągu. Po cichu liczyłam na to, że w środku
tygodnia niewielu ludzi będzie podróżować koleją. Niestety nadzieje okazują się płonne i jedziemy
w prawie pełnym przedziale. No świetnie po prostu. Jak mamy się chociaż trochę przespać, żeby na
rajdzie być w pełni sił? Nie jest zbyt dobrze, ale trzeba zrobić dobrą minę do złej gry. Kimamy w
dziwnych pozycjach. Tak też mijają kolejne godziny w przecudownym przedziale marki Intercity,
które ceni szybkość i do Tczewa dojeżdża w minimum dwanaście godzin.
Zapisaliśmy się na rajd, na stronie Harpa już we wrześniu. Bardzo podobało mi
się miejsce, w którym maraton miał się odbyć. Kościerzyna jest nie dość, że sercem Kaszub, to
jeszcze naokoło niej można znaleźć mnóstwo pięknych jezior. Dodatkowym jej atutem jest to, że leży
zaledwie 60km od Tczewa, mojego rodzinnego miasta.
W końcu o dziesiątej dnia następnego docieramy na Pomorze. Wytoczamy się z
pociągu i „dziarskim” krokiem maszerujemy do mojego domu, żeby zjeść śniadanie, wykąpać się
i przespać. Autobus do Kościerzyny, jedyny zresztą z Tczewa w ciągu doby mamy po szesnastej.
Dobre śniadanie, krótki prysznic i już leżymy w śpiworach. Tylko jakoś sen nie chce do mnie
przyjść. Wiercę się, zmieniam pozycje, kulę się, robię poduszkę z mojego kota i nic. WTF? Dopiero
koło trzynastej udaje mi się zamknąć oczy, ale o drugiej trzeba wstać, zrobić obiad, przepakować
się.
Niemałym problemem było dla nas wybrać nazwę zespołu. Propozycje były przeróżne,
a oglądając stronę Harpagana i twórczość innych teamów, zrywaliśmy boki ze śmiechu. W końcu
stanęło na Sznurówkach Włóczykija.
Stoimy na dworcu autobusowym w Tczewie. Coś ten PKS relacji Olsztyn- Bytów
nie nadjeżdża. Pytamy okolicznych kierowców. Dlaczego nikt nic nie wie o tym połączeniu?
Czyżbyśmy wtopili i ono nie istnieje? Dzwonię do Bytowa. Okazuje się, że autobus jest dopiero w
Malborku. No to stoimy i marzniemy.
Skoro byliśmy zapisani to trzeba było też coś poćwiczyć przed Harpem. No to
biegałam, biegaliśmy, biegałam na Błoniach. W swojej głupocie postanowiłam też przebiec
półmaraton, ot tak dla siebie, co skończyło się zapaleniem ścięgna Achillesa i tygodniową przerwą
w bieganiu.
Jesteśmy wreszcie w Kościerzynie. Znajdujemy szkołę, w której mamy bazę.
Bierzemy nasz bloczek startowy, szybki przepak, wrzucam multiwitaminę do mineralnej i już
jesteśmy ubrani i gotowi do drogi. Mamy jeszcze trochę czasu, więc rozgrzewam się trochę –
jakieś przysiady, skłony, czytam regulamin rajdu i nie uszczęśliwia mnie fakt, że mapy dostaniemy
dosłownie na dwie minuty przed startem, bo moja nędzna orientacja w terenie z pewnością nie
poradzi sobie z tym wyzwaniem. Zwalam więc prowadzenie i orientowanie się na kolegę Mateusza.
Kontempluję jeszcze czy dobrze robię, że biorę adidasy zamiast treków, ale ostatecznie decyduję, że
im lżej tym lepiej.
W ramach treningu pojechałam także łazić po Tatrach, a raczej użyłam Harpagana
jako pretekstu, żeby trochę posiedzieć w moich górach. No bo przecież jak się ma wędrówka po
lekko pagórkowatym terenie, do pokonywania przewyższeń rzędu tysiąca metrów. Przeziębiłam się
też trochę, ale to nic. Wiedziałam, że mogę się czołgać, ale nie powstrzyma mnie to przed wyjazdem
na Harpa.
Stoimy na kościerzyńskim Rynku. Jest nas około sześciuset. Ktoś coś mówi, ktoś
objaśnia, przed zebranymi pojawiają się kolejne osoby. Szczerze mówiąc kompletnie nie słucham
tego co , bo jestem zbyt podekscytowana. Wyłapuję tylko coś o mapach i zaraz stoję w kolejce
po swoją. Przypominam też sobie o tym, że muszę mieć mocną psychę, nie zniszczyć karty z
zapisanymi punktami kontrolnymi i że nie powinnam używać swoich umiejętności nawigacyjnych.
Przeglądałam przedharpagańskie prognozy pogody. Przeraziły mnie obfitością
deszczu jaką niosły. Dlatego też, na przekór wszystkiemu oświadczyłam, że skoro jadę na Pomorze,
to pogoda musi być ładna! Ot co!
Ruszamy wreszcie, wszyscy przebierają nóżkami, by znaleźć się jak najbardziej
z przodu. Biegacze od razu wyrywają się do przodu. Maszerujemy żwawo, zbiegamy z górki.
Szczerze mówiąc odczuwam głęboką niechęć do tego, żeby iść gdziekolwiek. Po prostu chce mi
się spać i chwilowo jestem bardzo znużona. Pierwszy punkt osiągamy po 49minutach. Wszędzie
dookoła tłum. Sześć kilometrów za nami. No to z górki?
Do punktu drugiego idziemy przez drogi boczne i polne, obok jakiegoś gospodarstwa,
przez chwilę medytujemy w którą stronę skręcić, ale ostatecznie znajdujemy pośród nocy właściwą
ścieżkę. W końcu dochodzimy do asfaltu. Mijają nas ludzie, którzy odhaczyli już punkt drugi
i kierują się na trójkę. Troszkę mnie to stresuje, bo chciałabym już być dalej! W 1h14minut
przemierzamy osiem kilometrów. No nie jest źle, a nawet jest super jak dla mnie.
Za plecami mamy mnóstwo ludzi. Czołówki tak pięknie świecą w zmroku. Idziemy
i idziemy aż nagle znajdujemy się w PK3. Jest mi troszkę zimno, więc na dosłownie pięć minut
siadamy przy ognisku i zaraz ruszamy, żeby nie marnować czasu. Póki mamy dobre tempo nic nas
nie boli warto drzeć do przodu. Podbiegamy też trochę, by pozwolić na chwilę odpocząć innym
partiom mięśni. Mateusz w międzyczasie mówi, że nie bardzo można ufać mojemu kompasowi, bo
różnie wskazuje. Taka troszkę kicha.
Potem właściwie zdaję się na prowadzenie Mateusza, przed trzydziestym kilometrem
wyciągam tylko kije trekkingowe, bo mimo, że mój plecak do najcięższych nie należy, wyraźnie
czuję prądy biegające pomiędzy kręgosłupem, a nogami. Stresuję się nieco, bo wychodzi na to że
nie potrafię chodzić, skoro już mi kręgosłup włazi w nogi. Gdy tylko biorę kije do ręki i prostuje
plecy, czuję, że moje wszystkie wątpliwości związane z plecami znikną. Mateusz gna do przodu. Jak
dla mnie to za szybkie tempo, ale nie uskarżam się na nie, bo im szybciej przejdziemy Harpa, tym
szybciej będziemy odpoczywać. Dopiero potem dowiem się, że jest to optymalne dla mnie tempo,
przy którym nie męczę się zbytnio. Szybko przechodzimy przez czwarty punkt. Po drodze zajadamy
się chipsami bananowymi, tak na uzupełnienie energii.
Szybko też znajdujemy niedaleko PK5. Jeszcze kawałek obok torów i już schodzimy
w dół. Niełatwo jest zejść ze śliskiej górki, by odhaczyć się. Nie robimy postoju i idziemy dalej.
Trochę dezorientujemy się w lesie, więc postanawiamy iść za jakąś grupą. Robimy przecinkę
prosto przez las. Nie cieszy mnie to zbytnio, bo ściółka jest wilgotna przez co moje buty też szybko
nabierają wilgoci. Najbardziej przeraża mnie jednak moment, gdy nagle wpadam w jakąś dziurę i
zębami zahaczam o gałąź. Dzięki. Nie chcę już więcej przecinek, bo kto drogi skraca, ten do domu
nie wraca. Na Kieracie tak sobie drogi skracaliśmy, że zgubiliśmy się na amen. Docieramy do
szóstki i wtedy zaczyna się nasz dramat.
Przyłączają się tam do nas dwaj goście, z którymi konsultujemy możliwości przejścia
do siódemki. Widzimy w świetle lampek drogę przeznaczoną dla ruchu kołowego. Idziemy
nią, tylko, że jakimś dziwnym niewiadomym sposobem poszliśmy w drugą stronę i zamiast w
pobliżu Sycowej Huty znajdujemy się w miejscowości Płocice. Błogo nieświadomi swojego błędu
próbujemy zorientować się po mapie i kapliczce, ale nic z tego. Coś ciągle nie zgadza się! I na
dodatek wydaje mi się, że leciutko prószy śnieg. A kogo zapytać o drogę o czwartej nad ranem?!
Jakaś masakra.
Mamy niewątpliwe szczęście. Nagle widzimy, że ktoś biegnie. To jeden z
zawodników. Zatrzymujemy go i pytamy o drogę. Dowiadujemy się, że zamiast w drodze do
PK7 znajdujemy się bardzo blisko PK10. I na dodatek, co za gość! Jest około 4nad ranem, a on
jest już prawie na dziesiątce! Szacun! Poinstruowani ruszamy, by za następnym zakrętem znowu
mieć wątpliwości. Chłopaki chcą iść na Grzybowo, ja uważam, że bez sensu nadrabiać drogi i
proponuję ruszyć od razu na Sycową Hutę przez ścieżynkę w lesie. Pomysł zostaje kupiony i za
chwile maszerujemy przez las pogrążony w ciszy. W końcu też wychodzimy pod krzyż skąd szosą
mkniemy w pobliżu jezior i za chwilę jesteśmy już na punkcie. 6km plus oczywisty dodatek szliśmy
2h08min. Toż to jakaś masakra!
Na szczęście idziemy teraz już na przepak prostą, krajową drogą aż do samej
Kościerzyny, więc nie ma się gdzie zgubić. Tylko tak trochę twardo mam pod stopami. Wyraźnie
czuję pierwsze oznaki zmęczenia. Po drodze robi się całkiem jasno. W głowie rodzi mi się
też „wystukiwanka”, którą będę powtarzać aż do końca rajdu. Tup,tup, drep, drep. I tak w kółko.
Wreszcie doczłapujemy się do szkoły. Jest już siódma. Tam pakuję, wypakowuję,
wygodnie moszczę się na swoim śpiworze. Zjadam lekki posiłek i nagle okazuje się, że minęło
już pół godziny. Zdecydowanie czas się zbierać. To nie jest dobra wiadomość i nie budzi
mojego wyraźnego szczęścia. Zaczyna mi się włączać czarny humor w stylu: „A może już mi
starczy?”, „Mateusz idź, ja zostaję”. W końcu jednak biorę nogi za pas, zarzucam plecak i czuję, że
moje mięśnie całkowicie już zesztywniały. No nic. Robię dobrą minę do złej gry.
Do punktu dziewiątego idziemy ta samą drogą krajową, co z PK7 do Kościerzyny.
Uśmiecham się promiennie do mijających nas zawodników. Jeden z nich niesie małego czarnego
kotka, którego widziałam wcześniej na punkcie. Ach! Ja też chcę. Skręcamy w leśną drogę w
poszukiwaniu dziewiątki. Tyle, że jest już jasno i w lesie nie widać ani dymu, ani ognia, więc
mijamy punkt nie zauważywszy go. Tylko dzięki jakiemuś dziwnemu przeczuciu odwracam się i
widzę, że za nami w krzakach siedzą sędziny Harpa. Podbijamy karty i teraz czeka nas długa droga
do dziesiątki.
Początkowo planujemy nadkładać trasy i iść szosą, by nie zgubić się, jednak
ostatecznie przecinamy las, spotykamy ludzi szukających siódemki i już z Sycowej Huty pędzimy
na Płocice. O ile to co dzieje się ze mną można nazwać pędzeniem. Chce mi się spać i las mieni
mi się przed oczami. Robię się też nieco marudna. Nie jest zbyt dobrze. W końcu jednak osiągamy
PK10 i ruszamy dalej. Wyraźnie też tracimy tempo. Z PK11 pamiętam tyle, że było, jednakże od
tego momentu kryzys już mnie nie opuszcza. Robi mi się zimno, zakładam więc na siebie wszystko
co mam, poprawiając rękawiczkami. Zaczynam też kaszleć coraz mocniej. Nie pomaga nawet
czekolada w ilościach hurtowych.
Na PK12 idziemy przecinką. Droga przez las tak dłuży mi się, że w końcu nie
wytrzymuję i zaczynam płakać. Chwilami mam wrażenie, że mój Harpagan już się kończy i tylko
przypominanie sobie, że jestem bardzo uparta, pomaga mi w poruszaniu się do przodu. W końcu
osiągamy dwunastkę. Punkt jest całkiem dobrze ukryty nad jeziorem.
Teraz czeka nas największy killer – czyli droga z PK12 do PK 13 – czyli 12km
po drogach polnych i lasach. Teraz zostajemy już tylko we dwie. Moja psychika i ja. Mateusz to
jakiś odrębny, nieznany świat dla mnie. Biorę zatem psychę pod ramię i wędrujemy. Raz po raz
powtarzam sobie, że muszę być twarda, że ten chłopak za mną przecież kuśtyka, podczas gdy mi
tak naprawdę nic nie jest. Staram się nie mazać, jednak średnio mi to wychodzi. Śpiewam różne
piosenki pod nosem, byle tylko nie myśleć o tym, że ciągle idę. Słońce świeci, a ja jestem cała
zmarznięta. A droga ciągnie się i dłuży i punkt nie chce się pojawić. To jakiś koszmar chyba. Po
co ja w ogóle tu jestem. Znowu chwytam psychikę pod rękę i łagodnie staram się z nią rozmawiać.
W końcu skręcamy i nareszcie dochodzimy do trzynastki. Ładuję w siebie chipsy bananowe w
ilościach znacznych, czekoladę, trochę wody i pora ruszać dalej. No way po prostu. Teraz już nic nie
może stanąć nam na przeszkodzie, by ukończyć Harpagana. Nagle wszyscy, z którymi wędrujemy,
tracą tempo i wszyscy zgodnie wleczemy się.
Po drodze mijamy PK14, a potem od razu kierujemy się na tory. Nie będziemy
przecież nadrabiali drogi idąc szosą. Długi sznur zawodników ciągnie się na torach, wszędzie
kamienie, obolałe stopy nie mogą zaznać odpoczynku. Ze dwa razy musimy zejść do rowu, by
pociąg mógł przejechać.
Jesteśmy już blisko piętnastki, ale jakoś nigdzie jej nie widać. Snujemy się po
krzakach, czuć gdzieś dymem, ale punkt jest dobrze ukryty w lesie. W końcu po wspólnych
poszukiwaniach trafiamy na PK15, odhaczamy się i niewiele myśląc udajemy się w ostatni odcinek
trasy. Moim jedynym marzeniem jest wyjść wreszcie z tego lasu. Po drodze zaczyna się ściemniać.
A ja zaczynam mieć halucynacje. Widzę budynki w lesie, których nie ma, słyszę ludzi, którzy tak
naprawdę nie idą i mam wrażenie jakby cały czas ktoś świecił mi czołówką za plecami. Wyjść z
lasu! Wszystko za wyjście z niego! Tak!
Trafiamy na szosę. Dostaję ogromnego przyśpieszenia, jakbym nagle odzyskała
utracone siły, ale ja po prostu chcę dojść, chcę już to skończyć. Natychmiast! I chcę do domu, do
Tczewa, do ciepłego łóżka.
Gnamy i gnamy, a mety jak nie było tak nie ma. Ogarnia mnie zniecierpliwienie, a
wulgaryzmy same cisną się na usta. Ja cię kręcę!
W końcu wchodzimy na kościerzyński rynek i oddajemy nasze karty. 21godzin 56
minut. Jesteśmy Harpaganami! Udało się!
A teraz szybkie pakowanie i do domu! Kuśtykamy i człapiemy do szkoły, skąd
taksówką podjeżdżamy na dworzec PKS. Potem jest już tylko spanie w autobusie do Gdańska
i podróż do Tczewa. Czeka tam na nas mój tata, który na widok naszych nieporadnych ruchów
wybucha śmiechem. Nie dziwię mu się. Czuję się jakbym miała co najmniej sześćdziesiąt lat
więcej. A potem tylko kolacja, myć i spać. A rano budzę się jak nowo narodzona! I nareszcie w
pełni zadowolona, że udało mi się zrobić Harpagana! 100 km plus niewątpliwy dodatek jest nasz! I
znalazłam się w tej trzynastce kobiet, które osiągnęły metę J
Ania Piechowska






















więcej zdjęć
http://rwm.org.pl/relacje/?&mode=galeria&id=2171&uid=1370
organizator
http://www.harpagan.pl/rajd/
Hit jesieni !!!
Poznaj tajemnice Gór Sowich owjane legendami z II Wojny Światowej.
Jedyne takie slajdowisko w Krakowie.
Autor książki, zawodowy żołnierz i uczestnik oficjalnych badań podziemnych kompleksów Gór Sowich przedstawia efekty swoich prac w terenie, rozmów ze świadkami i poszukiwań w archiwach. Poważne potraktowanie tematu i naukowe podejście autora umożliwiło powstanie solidnego źródła wiedzy na temat tego, co naprawdę kryją tajemnicze podziemia i które z hipotez znajdują naukowe potwierdzenie.


Syberyjska przygoda przy przechodzeniu „Ural Polarny” oraz ABC zimowych wędrówek
to tematy poniedziałkowego slajdowiska Klubu Podróżników Śródziemie w Piwnicy pod Baranami z udziałem
Jerzego Bogusława Nowaka i Kajetana Domagały – Rolewicza
Jerzy Bogusław Nowak
„Wraz ze Zbigniewem Bieniem dotarliśmy do rzeki Ob na Syberii za kołem Polarnym i przeszliśmy ją na rakietach śnieżnych w pobliżu ujścia do Oceanu Arktycznego.
Byłem w górach Chamar-Daban na Syberii. Odwiedziłem polską wioskę Wierszyna w syberyjskiej tajdze oraz miejsca zsyłki na Syberii m.in. J.Piłsudskiego, R.Kalinowskiego, E.Dybowskiego, J.Czerskiego i A.Czekanowskiego. Wybrałem się na największą wyspę Bajkału – Olchonie.”
Europejski przewodnik górski. Podróżnik, fotograf, autor wystaw i prelegent. Uczestnik wypraw górskich w Himalaje, Andy, Taurus, Dolomity, Dachstein, Riłę Gorgany, Czarnohorę, Olimp, Synaj, Chamar-Daban, Golce Tunkijskie, Maramorosze, Alpy Rodniańskie, Fogarasze, Ałtaj Gobijski, Changaj, Atlas, Ural Polarny. Nauczyciel kultury fizycznej w gimnazjum nr 27 w Krakowie.



Kajetan Domagała – Rolewicz – Propagator zimowych wędrówek na rakietach śnieżnych. Dziennikarz, organizator śnieżnych eventów i rajdów extremalnych. Twórca znanych i popularnych szlaków rakietowych, których ciągle przybywa w polskich górach. Pasjonat, który od wielu lat zaraża rodaków wędrówkami zimowa porą. Opowie o tym, dlaczego rakiety są najlepszym sposobem na poruszanie się po śniegu, przedstawi ich historię, dokonania pierwszych traperów i udowodni, że to wynalazek starszy niż koło. W trakcie prelekcji będzie można przymierzyć i przetestować najnowsze modele rakiet śnieżnych, dowiedzieć się więcej o miejscach, które warto odwiedzić właśnie na rakietach a także…wejść do 6 metrowego Tipi, które stanie w Piwnicy pod Baranami! Po pokazie Kajetan zaprosi wszystkich na jedyną w swoim rodzaju przygodę w górach: www.tipievent.pl

Zapraszamy na pokaz slajdów i porady dotyczące wypraw zimowych na rakietach śnieżnych.
Prezentacja rakiet śnieżnych oraz prawdziwe „Tipi”

Gdański Festiwal Przygody AVENTUREROS jest okazją do spotkania i bezpośredniej rozmowy z najbardziej znanymi ludźmi, dla których przygoda jest pasją życia. Z tymi, którzy większość swego życia spędzają w podróży, odkrywaniu świata, pokonywaniu ludzkich ograniczeń. Ich doświadczenie, wiedza i praktyczne wskazówki mogą być dla wielu inspiracją do nowych wyzwań, ale też chwilą refleksji nad bezpiecznym powrotem do domu.
Nasi goście chętnie opowiedzą o swoich wyczynach i przygodach. O chwilach radosnego triumfu, ale i gorzkim smaku porażki. Będą zachęcać do życia pełnego przygód, ale także przestrzegać przed brawurą i nonszalancją.
Festiwal Przygody jest miejscem dla wszystkich miłośników przygody przez małe i duże „p”. Doceniamy bowiem ich wysiłek i konsekwencję w dążeniu do realizacji własnych pasji. I to niezależnie od tego czy są uczestnikami wielkich i spektakularnych wyzwań, czy też amatorami, którzy ze starym plecakiem i garścią dolarów poznają zakamarki świata.
Dlaczego AVENTUREROS? To w języku hiszpańskim, języku wielkich odkrywców i żeglarzy, których znakomita część odkrywała świat pod banderą hiszpańską, oznacza poszukiwaczy przygód.
Pomysł na Festiwal Przygody powstał już dawno. Jednak liczne obowiązki zawodowe skutecznie przesuwały jego narodziny. Wreszcie w jednym miejscu i czasie udało się połączyć wszystkie elementy i efektem tego stał się 1. Gdański Festiwal Przygody AVENTUREROS.
Festiwal Przygody nie wyczerpuje wszystkich naszych pomysłów. Rozpoczyna także większy projekt – comiesięcznych spotkań z ludźmi przygody i sportu, którzy w każdą drugą środę miesiąca będą opowiadać o swojej profesji i jej tajemnicach. Ale o tym już wkrótce…
Zapraszamy na 1. Gdański Festiwal Przygody AVENTUREROS!
Goście festiwalu
Piotr Pustelnik
himalaista, podróżnik
zdobywca
Korony Himalajów
Romuald Koperski
podróżnik, pisarz, dziennikarz
pianista
rekordzista Guinnessa
Michał Kochańczyk
podróżnik, afrykanista
polarnik, alpinista
żeglarz, fotograf
Piotr Opacian
podróżnik, kajakarz
fotograf
program
dzień 1 – piątek, 26 listopada 2010 r.
17.00 – rozpoczęcie festiwalu
17.10 – Małgorzata Pryśko
Indie i Sri Lanka dla początkujących
18.00 – Michał Kochańczyk
Barwy Ziemi
19.15 – konferencja prasowa z udziałem Romualda Koperskiego i Michała Kochańczyka
(tylko dla prasy)
19.00 – Artur Niewiadomy, Paweł Baszanowski
No Experience Expedition
20.00 – Romuald Koperski
Syberia wzdłuż i wszerz
dzień 2 – sobota, 27 listopada 2010 r.
13.00 – rozpoczęcie festiwalu
13.10 – pokaz filmów Dariusza Załuskiego
Bieg Kukuczki (2009)
Shisha in winter (2005)
Annapurna na lekko (2008)
14.00 – konferencja prasowa z udziałem Piotra Pustelnika i Piotra Opaciana
(tylko dla prasy)
15.00 – Łukasz Szolc-Nartowski
Pakistan – śladem Jedwabnego Szlaku
16.00 – Marcin Mironiuk
Perły południowej Azji
17.00 – Michał Witkiewicz
Haiti – dwa światy
18.00 – Piotr Opacian
Xingu – rzeka wolnych Indian
19.00 – Robert Szymczak
Moja przygoda z górami wysokimi, medycyną i nauką
20.00 – Piotr Pustelnik
Góry: pasja, przygoda, wyzwanie
http://festiwalprzygody.pl/index.html
O co tak naprawdę chodzi?
O Pasma Sierra Nevada do kurortu Pradollano, a następnie najwyżej położoną drogą w Europie na szczyt Veleta 3394 m n.p.m. – drugi co do wielkości w paśmie Sierra Nevada i czwarty na ziemiach hiszpańskich. Kolejnym i w zasadzie głównym etapem podróży jest dalsze przejście granią pasma w celu zdobycia najwyższego szczytu kontynentalnej części Hiszpanii – Mulhacén (3479 m n.p.m.). Następnym krokiem będzie konsekwentny trawers grani i zdobycie w trakcie wyprawy co najmniej dziesięciu trzytysięczników.
Czynnikami utrudniającymi osiągnięcie wyżej wymienionych założeń będą na pewno dobowe amplitudy temperatur sięgające 20°, palące słońce, brak wyznaczonych szlaków, mocno ograniczony, a może nawet całkowity brak wody oraz porywisty wiatr szalejący na bezkresnej górskiej pustyni.
Wyjazd w najwyższe pasmo Gór Betyckich rozpoczął się od lądowania na lotnisku El Prat w słonecznej Barcelonie. Projekt jaki założyliśmy, obejmował długi trekking grzbietem masywu wraz z realizacją celu głównego – zdobycia jak największej ilości trzytysięczników. Dzięki budowie gór umożliwiającej przejście grani bez użycia sprzętu wspinaczkowego i wydawać by się mogło stabilnej wrześniowej pogodzie ? było to zadanie absolutnie wykonalne. Niestety pech zaczął nam towarzyszyć od samego początku.
W stolicy Katalonii okazało się, że nie ma miejsc na pociąg do Granady, co zmusza nas do przymusowego noclegu. Niedaleko dworca Barcelona ? Nord odnajdujemy przyjemny hostel w kolonialnym stylu a wieczór upływa nam na spacerze po nabrzeżu oraz kultowym deptaku Las Ramblas. Podziwiamy m.in. Plaça de Catalunya oraz kolumnę Krzysztofa Kolumba.
Następnego dnia decydujemy się na całodniową podróż autobusem na południe. W tym przypadku nie ma kłopotów z biletami, chociaż rzekomo kupujemy ostatnie. Podróż umilamy znajomością z japonką z miasta Toyota i szwajcarem z polskimi korzeniami. W trakcie godzinnej przerwy w Walencji, niestety udaje nam się zobaczyć jedynie okolice dworca. Kiedy docieramy na miejsce dowiadujemy się o nadciągającym froncie i załamaniu pogody. Tego dnia po raz pierwszy widzimy ośnieżone szczyty Sierra Nevady, co jest swoistym ewenementem o tej porze roku. Z mediów dowiadujemy się iż zamiast oczekiwanych dodatnich temperatur, na grani i w dolinach dominują zamiecie śnieżne i absolutny brak widoczności. W konsekwencji przewodnicy górscy decydują się na zawracanie grup z trasy. Wisienką na torcie jest informacja o trąbie powietrznej i lawinach błotnych. Nad Granadą królują chmury a do tego zaczyna grzmieć. Pozostaje czekanie na lepsze warunki pogodowe, które umilamy sobie zwiedzaniem Alhambry czyli słynnego zespołu pałacowego ? pozostałości po dynastii Nasrydów. Miejsce to jest swoistym mostem pomiędzy Europą i Afryką, gdzie dwie, wydawać by się mogło odmienne kultury i religie, po dziś dzień żyją w idealnej symbiozie. Wszędzie wokoło czuć atmosferę orientu i mauretańskich wpływów. Wędrujemy po malowniczych ogrodach Generalife i po potężnych murach Alcazaby, z niepokojem wpatrując się w okryty czarnymi kłębami masyw.
Kolejny dzień przynosi chorobę w zespole, która objawia się kaszlem, katarem i wysoką temperaturą. Mimo wszystko zapada decyzja o wyjeździe w góry. Wedle prognoz na najbliższe okno pogodowe musimy poczekać co końca tygodnia. Wiemy już, że czeka nas zmiana planów z racji bardzo niskich temperatur uniemożliwiających nocleg w górach. Kiedy próbujemy zasięgnąć języka w tej sprawie u miejscowych, wszyscy odpowiadają zgodnie, iż nigdy doświadczyli takich warunków o tej porze roku. Cóż, średnie wieloletnie, na których bazowaliśmy sugerują zupełnie co innego. Pierwszy śnieg pojawia się w późnym listopadzie a we wrześniu występuje do 6 dni deszczowych. Tego lata zanosi się na solidną weryfikacje prognoz. Warto w tym miejscu dodać iż w ciągu 16 dni ekspedycji, 14 stanowiły właśnie deszczowe.
Na pierwszy obóz obieramy malownicze pueblo o nazwie Güejar Sierra, położone około 1200 m n.p.m. Mała miejscowość urzeka swoim pięknem i spokojnym trybem życia mieszkańców. Przy domostwach suszą się papryczki i mięso. Psy bezpańsko monitorują każdy zakamarek. Poprzez uliczki wiję się zapach skał, traw i koni. W pobliżu sklepu, lokalnego centrum życia towarzyskiego, słychać nieustające krzyki dyskutujących kobiet. Mężczyźni w spokoju delektują się cygarami odpoczywając na przykościelnych ławach. Cała energia okolicy ulatnia się przez dzieci, z pasją kopiące piłkę pod górę. Ręcznie zdobione skrzynki pocztowe, drewniane drzwi chałup i niebieskie donice nadają kolorytu wąskim uliczkom. To jedno z tych miejsc gdzie klisza nie zatrzymuje czasu lecz wprawia w ruch otaczającą materię.
Mimo wciąż niesprzyjających warunków pogodowych decydujemy się na wyjścia na okoliczne szczyty oraz trekkingi w dolinach. Poznajemy między innymi ponad 20 kilometrową trasę ?Vereda de la Estrella?, która uważana jest za najbardziej malowniczą w całym masywie. Początkowo prowadzi wzdłuż starych torów tramwajowych, które niegdyś obsługiwały nieczynne już kopalnie. Po paru kilometrach ścieżka wdziera się w góry prowadząc zboczem doliny rzeki Genil. W trakcie wędrówki towarzyszą nam konie ? prawdziwe bogactwo tej ziemi a wraz z nimi jeźdźcy, którzy na rumakach dostojnie pilnują swojego bydła. Przyodziani niczym kowboje, zawsze ze strzelbami, sprawiają wrażenie prawdziwych strażników tych gór. Trasa zaczyna trawersować strome zbocza, wyprowadzając nas pod strome ściany Alcazaby (3371 m n.p.m.) trzeciego co do wysokości szczytu Sierra Nevady. Od tej strony jej nie zdobędziemy. Jak zwykle po południu pojawiają się grzmoty, wiatr i deszcz. Szkoda widoków, szkoda gór i szkoda warunków. Zdanie to powoli staje się naszym mottem przewodnim. Gdyby były one lepsze, pech po raz kolejny przypomniałby o sobie. Przed nami pojawia się tabliczka informująca o zamknięciu szlaku w związku z trwającymi pracami na zboczach. Na pogodę wpływać potrafią jedynie Chińczycy, a na rozmiary nieszczęścia, póki co chyba nikt. Pokornie więc wracamy do namiotu, który za sprawą trwającej kilka godzin ulewy, wymaga naprawy. Cała prowincja zmaga się z falą powodziową a w górach niezmienne pada śnieg.
Wieczorem ulewy chwilowo ustają a wioska gości nas plenerowym festynem gdzie mamy okazję obcować z nieodzownym elementem andaluzyjskiej kultury. Oryginalne flamenco, zmysłowy kolaż tańca i śpiewu okraszony wprawiającymi w trans dźwiękami gitary. Wszystko naturalne i prawdziwe, płynące prosto z serca. Nic pod turystów, nic na pokaz, zjawiskowa uczta dla duszy. Stukot kopyt i oklaski nie pozwalają nam zasnąć. Rodząca się bezsenność wywołana przez flamenco, to jedno z tych małych szczęść, które doświadczamy w Hiszpanii.
Kolejny poranek, do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić, znów weryfikuje nasze plany. Podczas wyjścia w góry Łukasz łamie rękę. Niestety prawą, lewa jest stłuczona. Dla niego wyprawa kończy się w tym miejscu. Hospitalizacja trwa blisko dwie doby, podczas których załatwiamy niezbędne formalności, raz po raz dojeżdżając do Granady.
Następne dni spędzamy trawersując dzikie zbocza okolicznych szczytów. Odnajdujemy m.in. opustoszałe bunkry z czasów wojny domowej zlokalizowane na szczycie Los Parapetos. Bydło swobodnie przemierza przełęcze, położone 2 tyś. metrów n.p.m. W około spalone sierpniowym słońcem rośliny, jałowa gleba i skały przyodziane w krzyże dobrze widoczne z wiosek. Okazjonalnie natrafiamy na wąskie ścieżki, które w trakcie opadów zamieniają się w rwące kanały wodne. Przy odrobinie szczęścia ukazuje się nam otaczające Granadę od północy, pasmo Sierra de Huétor. W podziwianiu majestatu trzytysięczników po raz kolejny przeszkadzają chmury.
Razem z Piotrem, osłabieni chorobą decydujemy się na wyjście powyżej 3000 m n.p.m. w sobotę. Monitorując kilka serwisów pogodowych dochodzimy do wniosku, że jest to jedyny dzień, który gwarantuje kilka godzin bezchmurnego nieba. W tym celu udajemy się do miejscowości Pradollano. Znajduje się tu ogromny kompleks narciarski, o zagospodarowaniu którego niechaj świadczy fakt, iż w 1996 roku rozegrano tu Mistrzostwa Świata w Alpejskim Narciarstwie Zjazdowym. Na nasze szczęście, o tej porze roku i o tak wczesnej godzinie miejscowość świeci pustkami. Autokar z Granady dzielnie radzi sobie z serpentynami wywożąc nas na niespełna 2500 metrów n.p.m. W ciągu 45 minut osiągnęliśmy poziom najwyższego szczytu w Polsce. Profilaktycznie zażywamy polopirynę, która rozrzedzając krew uchroni nas przed chorobą wysokościową. Miejsce to figuruje na mapie jako Hoya de la Mora, stanowiąc jednocześnie najwyższy punkt dostępny prywatnym samochodem. O dziwo, w budynku położonym na takiej wysokości, dostępne są wszystkie znane cywilizacji udogodnienia. Dla chętnych zimne piwo, telewizja, wygodne kanapy i schludna toaleta. Towarzystwo międzynarodowe, raczej z gatunku zamożnych, od rana delektuje się widokami. Po chmurach ani śladu, dzięki czemu wdzięcznie pręży się przed naszymi oczyma stromy Pico del Veleta (3396 m n.p.m.). Aby go zdobyć potrzebujemy dwóch godzin na podejście. W związku z naszym stanem (i tak podrasowanym polopiryną) tym razem korzystamy z usług komunikacji zbiorowej. Wehikuł w barwach Parku Narodowego wywozi nas najwyżej położoną drogą Europy (asfalt !) na Posiciones del Veleta (3100 m n.p.m.). Nasi współpodróżni z zawrotami głowy odpoczywają na skałach, a my smagani promieniami słońca ruszamy w kierunku szczytu. Serce pracuje niepewnie ale w ciągu godziny meldujemy się na drugiej co do wysokości górze w paśmie Sierra Nevada. Głazy na północnym stoku, sowicie oblodzone, szklą się pod stopami. Dookoła rumosz skalny aż po horyzont. Doprawdy trudno uwierzyć, że to wciąż ta sama planeta. Za sprawą potężnych podmuchów wiatru na szczycie spędzamy jedynie kilka minut. Odczuwalna temperatura oscyluje wokół ? 20°C. Widoki niesamowite. Mulhacén (3478 m n.p.m.) ? najwyższy szczyt pasma jest dosłownie na wyciągnięcie ręki. Tym razem pozostanie dla nas niezdobyty. W takich warunkach potrzebowalibyśmy drugiego dnia. Na południu pojawiają się ogromne chmury zwiastujące zbliżający się znad morza ogromny front. Wracamy obok pozostałości po nieczynnej stacji narciarskiej. Obiekt całkowicie skuty lodem grozi zawaleniem. Szybko docieramy do schronu ? Refugio La Carihuela (3229 m n.p.m.), w którym zastajemy łopatkę, zmiotkę i puste drewniane ławy przeznaczone na nocleg, z którego jak widać w takich warunkach nikt nie korzysta. Schodzimy zatem w na południe, osłonięci od porywistego wiatru, w kierunku oświetlonej słońcem tafli jeziorka Laguna de Aguas Verdes. Tuż obok spotykamy kozicę górską, której najwyraźniej przeszkodziliśmy w piciu. Po krótkim odpoczynku kierujemy się po skalach wprost na Pico del Sabinal (2966 m n.p.m.). Przed nami miejsce poza ubitymi szlakami. Oto podziwiamy przedgórza – La Alpujarra ? rozległy teren, który łączy Sierra Nevadę z morzem. Poprzez tradycyjne tarasy rolne, specyficzną architekturę po legendarną górską szynkę Jamon Serrano, kraina ta stanowi prawdziwe serce Andaluzji. Nasza wyobraźnia pracuje by dostrzec jesienne barwy pokrywające ogrom wszechobecnych zagłębień. W końcu nie na darmo nazwa Alpujarra wywodzi się od arabskiego al Busherat oznaczającego ?trawiastą krainę?.
Późne popołudnie zmusza nas do powrotu na stronę północną. Kiedy wracamy na grań główną, dogania nas ogromna masa powietrza ograniczając widoczność do niespełna metra. Dzięki ubitej drodze, pewnie wracamy do Posiciones. Góry wysokie rozbudziły nasze zmysły, broniąc skutecznie dostępu do swojego wnętrza. Z pokorą musimy przyjąć ich wybór czekając na drugą szansę w przyszłości. Wiemy, że na pewno tu wrócimy, kiedy nasze zdrowie, i warunki wrócą do prawowitego porządku. Tymczasem, być morze dzięki losowi, cało i bezpiecznie wrócimy do Polski.
Ostatnie trzy dni postanawiamy spędzić w miejscu gdzie potężny masyw styka się z wodami śródziemnomorza. U podnóży strzelistych gór rozpościera się malownicze wybrzeże Costa Tropical. Perspektywa palm, temperatur wyższych niż dotychczasowe nastraja nas niezwykle optymistycznie. Los po raz kolejny daj o sobie znać. Kiedy wysiadamy w wydawać by się mogło sporym kurorcie Castell de Ferro, zaskakuje nas absolutna pustka, deszczowe chmury (a jakże!), powybijane szyby w zamkniętych sklepach oraz wszechobecni Romowie. Jest jeszcze jedna kwestia. Gdyby wcześniej ktoś powiedział mi, że na takiej szerokości geograficznej nie wejdę do wody bo będzie za zimna, postawiłbym każde pieniądze. Cóż, człowiek uczy się całe życie. Od przyjezdnych Romów ciężko uzyskać jakąkolwiek informację o polu namiotowym. Co więcej po spojrzeniach wnioskuje, że mają nas za konkurencję we wszechbranży imigranckiej. To nie rokuje dobrze jeżeli chodzi o nasze bezpieczeństwo. Kiedy odnajdujemy kemping, na skorodowanej bramie zastajemy kłódkę. Paradoksalnie, dzięki temu, że jest zardzewiała dostajemy się do środka. Na ogrodzonym terenie mnóstwo roślin, kotów i?kombi na krakowskich rejestracjach. Już nas nic nie zdziwi. Rodacy tłumaczą nam zaistniała sytuację kryzysem i napływem sezonowych pracowników z Rumunii. Nie ubolewamy nad taką sytuacją, gdyż dzięki temu mamy skrawek morza śródziemnego niemal na wyłączność.
Poranki spędzamy na plaży delektując się wschodami słońca, chłonąc zapach płynący z kutrów rybackich. W ciągu dnia wędrujemy po pobliskich wzgórzach zwiedzając ruiny romańskiego zamku. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie kolejne spotkania z górskimi kozicami, tym razem nad morzem, około 200 m n.p.m. Doprawdy podróże kształcą! Burze w dalszym ciągu dają znać o sobie, tym razem jednak parędziesiąt km na wschód tuż nad miejscowością Adra.
Powrót to całonocna podróż pociągiem z powrotem do Barcelony. Na miejscu przez cały dzień podziwiamy dzieła Gaudiego a także fenomenalną wystawę fotografii Roberta Capy w Narodowym Muzeum Sztuki Katalońskiej. Samolotem wracamy do ojczyzny, która wita nas (o naturo złośliwa!) polską złotą jesienią. Co by było gdyby nie choroba, złamana ręka, lawiny błotne, śnieżno-deszczowa jesień, którą Hiszpanie będą wspominać przez dekady i drobnostki takie jak brak miejsc w pociągu? Bez wątpienia byłyby to przewidywalne, sztampowe i zaplanowane wakacje do miejsca, w którym zobaczyliśmy wszystko co można zobaczyć. Dzięki przewrotnemu losowi wróciliśmy cali i zdrowi z bagażem doświadczeń i wspomnień, ze wspaniałej ekspedycji, snując kolejne plany na przyszły rok.

http://www.michalparwa.webs.com/


















































# patronujemy wyprawy sympatyków Klubu Podróżników Śródziemie,
# promujemy wyprawy i ekspedycje,
# organizujemy po wyprawowe wystawy zdjęć,
# organizujemy wspólne wyjazdy i wyprawy,
# pomagamy w nawiązywaniu kontaktów ze sponsorami i patronami dla osób, które mają fajny pomysł na wyprawę,
# służymy poradami i wskazówkami dla planujących podróże i wyprawy nawet w najdalsze zakątki świata,
Ty także możesz być autorem poniedziałkowego slajdowiska.
Napisz do nas i prześlij propozycję swojej prezentacji. Opisz w kilku zdaniach cel i przebieg wyjazdu/wyprawy i dołącz kilka zdjęć.
Możesz zostać redaktorem naszego serwisu pisząc o podróżach. Inni już do nas dołączyli.