Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Slajdowiska
    • Spotkania autorskie
  • Relacje
    • Europa
      • Albania
      • Austria
      • Bułgaria
      • Chorwacja
      • Czarnogóra
      • Czechy
      • Dania
      • Francja
      • Hiszpania
      • Holandia
      • Kosowo
      • Litwa
      • Luksemburg
      • Macedonia
      • Malta
      • Niemcy
      • Norwegia
      • Portugalia
      • Rosja
      • Rumunia
      • Serbia
      • Slowacja
      • Slowenia
      • Szwajcaria
      • Ukraina
      • Wegry
      • Wielka Brytania
      • Włochy
    • Polska informacje i fotorelacje
      • Forty i twierdze
      • Góry
      • Kolej
        • Parowozownie
      • Miasta
      • Miejsca wyjątkowe
      • Muzea
      • Podziemia
      • Polska na weekend
      • Skanseny w Polsce
      • Woda
      • Województwa
        • Dolny Śląsk
        • Kujawsko-pomorskie
        • Łódzkie
        • Lubelskie
        • Lubuskie
        • Małopolskie
        • Mazowieckie
        • Opolskie
        • Podkarpackie
        • Podlaskie
        • Pomorskie
        • Śląskie
        • Świętokrzyskie
        • Warmińsko-mazurskie
        • Wielkopolskie
        • Zachodniopomorskie
      • Zabytki sakralne
      • Zamki i pałace
    • Świat
      • Afryka
      • Ameryka Południowa
      • Ameryka Północna
      • Ameryka Środkowa i Karaiby
      • Antarktyda
      • Australia i Oceania
      • Azja
    • Schroniska Górskie
  • Filmy
  • Sprzęt
    • Polecamy
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Autorzy
    • Albin Marciniak
    • Karolina Zięba-Kulawik
    • Redakcja
  • Forum
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Kontakt
wtorek, 24 marca, 2026
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Slajdowiska
    • Spotkania autorskie
  • Relacje
    • Europa
      • Albania
      • Austria
      • Bułgaria
      • Chorwacja
      • Czarnogóra
      • Czechy
      • Dania
      • Francja
      • Hiszpania
      • Holandia
      • Kosowo
      • Litwa
      • Luksemburg
      • Macedonia
      • Malta
      • Niemcy
      • Norwegia
      • Portugalia
      • Rosja
      • Rumunia
      • Serbia
      • Slowacja
      • Slowenia
      • Szwajcaria
      • Ukraina
      • Wegry
      • Wielka Brytania
      • Włochy
    • Polska informacje i fotorelacje
      • Forty i twierdze
      • Góry
      • Kolej
        • Parowozownie
      • Miasta
      • Miejsca wyjątkowe
      • Muzea
      • Podziemia
      • Polska na weekend
      • Skanseny w Polsce
      • Woda
      • Województwa
        • Dolny Śląsk
        • Kujawsko-pomorskie
        • Łódzkie
        • Lubelskie
        • Lubuskie
        • Małopolskie
        • Mazowieckie
        • Opolskie
        • Podkarpackie
        • Podlaskie
        • Pomorskie
        • Śląskie
        • Świętokrzyskie
        • Warmińsko-mazurskie
        • Wielkopolskie
        • Zachodniopomorskie
      • Zabytki sakralne
      • Zamki i pałace
    • Świat
      • Afryka
      • Ameryka Południowa
      • Ameryka Północna
      • Ameryka Środkowa i Karaiby
      • Antarktyda
      • Australia i Oceania
      • Azja
    • Schroniska Górskie
  • Filmy
  • Sprzęt
    • Polecamy
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Autorzy
    • Albin Marciniak
    • Karolina Zięba-Kulawik
    • Redakcja
  • Forum
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Kontakt
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Forum
  • Relacje
    • Europa
    • Polska
    • Świat
  • Sprzęt
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Książka
  • Kontakt
Copyright 2025 - All Right Reserved
Cykliczne Spotkania Podróżników

Gobi rowerami

przez Albin Marciniak 2010-09-20
Napisane przez Albin Marciniak
27.IX godz.19.00
Klub Podróżników „Śródziemie”
Kraków pl. Wszystkich Świętych 8
Wyprawa przez pustynię Gobi
Karol Kleszyk
Piotr Waksmundzki

Rowerami przez pustynię Gobi

Palące słońce, wiejący wiatr, do tego pustynna burza, skorpiony, brak wody i piach, który
zaciera szlak. W takich warunkach przejechaliśmy na rowerach blisko 1.500 kilometrów
jadąc przez pustynię Gobi. Zapraszamy wszystkich, którzy lubią ekstremalne przygody do
klubu podróżników.

Karol Kleszyk
Piotr Waksmundzki

Oknoplast na pustyni Gobii

Kliknij twarz wybranej osoby na zdjęciu, aby dodać znacznik.

http://www.wyprawyrowerem.pl/

 

Rowerem przez pustynię Gobi

Palące słońce, wiejący wiatr, do tego pustynna burza, skorpiony, brak wody i piach, który zacierał szlak. W takich warunkach starachowiczanin Piotr Waksmundzki wraz z towarzyszem podróży Karolem Kleszykiem pokonali na rowerach blisko 1.600 kilometrów jadąc przez pustynię Gobi. Takiego wyczynu dokonali jako pierwsi i jedyni dotąd na świecie. Zajęło im to blisko trzy tygodnie i chociaż łatwo nie było, sprostali wyzwaniu.

Znajomość przez internet

22-letni Piotr Waksmundzki ze Starachowic jest studentem IV roku mechatroniki na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Zamiłowanie do jazdy na rowerze cechowało go od dziecka. Miał pięć lat, kiedy posiadł umiejętność jazdy na dwóch kółkach. Początkowo była to tylko zabawa, przejażdżki z kolegami po osiedlu, najdłuższa trasa prowadziła do Radomia. Nic nie wskazywało na to, że rower stanie się nieodzownym towarzyszem podróży. Aż do dnia pamiętnego zakładu z koleżanką. Piotr był wówczas w szkole średniej.

– Założyłem się z dziewczyną, że dojadę na rowerze do Krakowa. Udało się, chociaż wtedy był to dla mnie straszny wysiłek. Najbardziej bolały mnie kolana, zakwasy dawały się we znaki. Ale tak to się zaczęło. Pomyślałem wtedy, że skoro do Krakowa dałem radę, to dlaczego by np. do Wiednia nie pojechać – wspomina 22-latek.

I tak zaczęło się szperanie w internecie w poszukiwaniu osób tak samo „pozytywnie zakręconych”. Piotr szukał kompana na wspólną wycieczkę rowerową do Wiednia. Wówczas odezwał się 27-letni Karol Kleszyk spod Tarnowa. Trzy lata temu odbyli pierwszą wspólną wyprawę.

Po Wiedniu była Marsylia… też na rowerze. Potem na jakiś czas drogi Piotra i Karola rozeszły się. Piotr przemierzał na rowerze Zachód, Karol uderzył bardziej na Wschód.

Spontaniczna decyzja

Ich drogi zeszły się ponownie w ub. roku. Decyzja o podróży do Mongolii przyszła bardzo spontanicznie.

– Nie widzieliśmy się przez rok. Szukaliśmy jakiegoś nowego wyzwania. Wtedy Karol usłyszał od kogoś o Mongolii, że ciężki teren, że pustynia. Stwierdziliśmy, dlaczego nie – dodaje Piotr.

Przygotowania do nie lada wyprawy trwały od listopada ub. roku. Kompletowanie sprzętu, zbieranie informacji na temat miejsca i klimatu, do którego prowadził cel podróży oraz godziny treningów tak, by ciało nie odmówiło posłuszeństwa przy okazji morderczego wysiłku. W końcu wyjazd. Kierunek – Mongolia. 4 sierpnia br. rządni przygód Polacy wylecieli z warszawskiego lotniska Okęcie do Ułan Bator, stolicy Mongolii. Jedyny bagaż, jaki wzięli ze sobą to rowery. Pozostały bagaż (paczka z jedzeniem i ubraniami) poleciały wcześniej osobno. W Ułan Bator czekał na nich bus, którym dojechali do miejscowości Altay. 7 sierpnia byli gotowi zmierzyć się z wyzwaniem.

Łatwo nie było

Stanęli na stracie, wyposażeni w cztery 240-litrowe baniaki wody, ok. 25 kilogramów jedzenia, które miało wystarczyć na trzy tygodnie, poza tym namiot, cztery butle gazowe, kuchenka do gotowania, ubrania, urządzenie do filtracji wody, telefon satelitarny, leki na odwodnienie i inne przypadłości itp. – każdy miał dodatkowe obciążenie o wadze ok. 60 kg. Słowem, przygotowani na każdą ewentualność.

– Na samej pustyni byliśmy 17 pełnych dni. Przejechaliśmy a czasem przeszliśmy w sumie 1.590 km. Warunki były bardzo trudne. Tamtejszy klimat jest bardzo ostry. Charakteryzuje go bardzo ciepłe lato i zimna zima. Do tego bardzo wietrznie o każdej porze roku. Ze względu na wiatr pojechaliśmy na wschód, bo wiatr miał wiać na wschód. Ale to niestety nie potwierdziło się. Poza tym różne wysokości terenu. Średnia wysokość Mongolii to 1 580 m. n.p.m. Dwa razy byliśmy poniżej 1.000 m, najwyżej byliśmy na wysokości 2.500 m. We znaki dawała się też różnica temperatur. W dzień było ok. 33 st. C, ale ze względu na wiatr w ogóle się tego nie odczuwało. Nocą temperatura spadała do 5 st. C. – mówi P. Waksmundzki.

Oprócz warunków klimatycznych, we znaki dawała się topografia terenu. Chociaż podróżnicy byli wyposażeni w odpowiedni sprzęt i mapy, niekiedy trudno było odnaleźć właściwą drogę.

 Cztery razy zgubiliśmy się. Według kompasu, niby drogi pasowały, ale skrzyżowania rozwidlały się i nie wiadomo było, w którym kierunku jechać. Żadnych drogowskazów – tylko jeden udało nam się zobaczyć na trasie. Poza tym był zamazany, odnawiany przez kogoś odręcznie. Trudno było temu ufać – dodaje.

Niezawodny sprzęt i zdrowie

W trudach podróży nieocenione okazało się zdrowie, które na całe szczęście nie szwankowało u rowerzystów. Niezawodny był sprzęt, kompletowany przez długie miesiące. Rowery były składane, począwszy od szprych po siodełko, które musiało być nad wyraz wygodne. W końcu trzeba było siedzieć na nim całe dnie.

Rowery okazały się bardzo wytrzymałe. Nie mieliśmy z nimi żadnych problemów. Droga miejscami była jak tarka – mulda na muldzie. Bardzo trudno było po tym jechać. Zdarzało się, że musieliśmy tak jechać nawet kilka dni. Średnio pokonywaliśmy dziennie ok. 100 km. Raz udało nam się przejechać nawet 130 km. Ale bywały dni kiedy zamiast jechać, prowadziliśmy rowery przez 40 km po sypkim niczym piasek żwirku, bo inaczej się nie dało – mówi Piotr.

Problemy z wodą

Nieprzewidziane okoliczności na szlaku powodowały problemy z wodą.

 Raz mieliśmy taką sytuację. Nie wiedzieliśmy kompletnie gdzie jesteśmy, współrzędne na mapie w ogóle nie pokrywały się, a woda kończyła się. Rzadko tam można było kogokolwiek spotkać. Widywaliśmy średnio jedną osobę dziennie. Najczęściej był to jakiś pasterz z kozą na motorze. Zdarzyło się, że przez trzy dni nie uświadczyliśmy żywego ducha. Poczuliśmy już lekki niepokój, kiedy zobaczyliśmy skałkę a w niej wodę. Odetchnęliśmy z ulgą. Zrobiliśmy zapas i ruszyliśmy dalej. Dzięki urządzeniu do oczyszczania wody, nadawała się ona do picia – dodaje.

Mongolska gościnność

Choć nasi podróżnicy nie często mieli okazję obcować z tamtejszą ludnością, kilka razy mieli okazję doświadczyć mongolskiej gościnności.

Ludzie są bardzo przyjaźni. Kiedy już udało nam się kogoś spotkać, zawsze nas do siebie zapraszali, częstowali czym mieli, najczęściej wódką, którą mieli zawsze przy sobie pod ubraniem. Dopytywali skąd jesteśmy, co tu robimy i dokąd zmierzamy. Mieliśmy problemy z porozumieniem, ale kilka zdań, zwłaszcza jeśli chodzi o drogę, mieliśmy wyuczonych. Zdarzało się, że kosztowaliśmy ich jedzenia, bo już swojego mieliśmy dość (ile można jeść gotowany makaron z sosem z torebki). Byliśmy jednak ostrożni przed tym, co nieznane. Chociaż zakrapiane alkoholem nie mogło przecież zaszkodzić – mówi z uśmiechem 22-latek. – Z noclegu też niechętnie korzystaliśmy, bo oni chcieli gościć się przez całą noc a my woleliśmy odpocząć. Raz skusiliśmy się jednak na grę w piłkę oraz „kości”. Trudności językowe utrudniały zrozumienie zasad tej gry. Służyła im do tego kość z kolana barana (z każdej strony była inna). Po jakimś czasie załapaliśmy, w czym tkwią różnice.

Niebezpieczne momenty

Do trudów i wysiłku spowodowanych drogą dołączały się sytuacje stresowe. Niepokój przychodził wtedy, kiedy brakowało wody. Zagrożenie powodowały pustynne wiatry, kiedy zwiewały namiot każdej nocy oraz egzotyczne zwierzęta. Najbardziej niebezpieczne były skorpiony. Napotykane po drodze wielbłądy dzikie i hodowlane czy jaszczurki nie były groźne.

– Jest takie powiedzenie: „patrz do buta a będzie skorpion”. Początkowo bagatelizowałem to, ale raz założyłem jednego buta a obok drugiego był skorpion. Na szczęście nie padłem jego ofiarą – mówi Piotr.

Choć tamtejsza ludność jest przyjaźnie nastawiona do obcych, jeszcze w Ułan Bator, Polacy mieli małą utarczkę z Mongołami. Zaczepiali ich, ale obyło się bez większych problemów. O tym, że żyją i mają się dobrze informowali rodzinę średnio co dwa, trzy dni. Służył im do tego telefon satelitarny, który sprawdził się doskonale.

Warto było

Do kraju wrócili 2 września. Zmęczeni i wyczerpani (Piotr schudł 9 a Karol – 7 kg), ale szczęśliwi, że udało się sprostać wyzwaniu.

 Były momenty, że myślałem: po co mi to było. Największe wątpliwości były wtedy, kiedy zamiast jechać, trzeba było pchać rower. Ale cieszę, że podjęliśmy się tej wyprawy. Na pewno tego nie żałuję. Człowiek mógł się sprawdzić w trudnych warunkach, zdany tylko na siebie a każdy dzień był kolejną niewiadomą i nie wiadomo było, co się mogło zdarzyć. Wiem, że kolejne wyprawy jeszcze przede mną. Dokąd? Na razie nie wiem, decyzja zapewne będzie spontaniczna – zapowiada Piotr Waksmundzki.

Ewelina Jamka

2010-09-20 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Artykuły testowe

Artykuł testowy

przez Albin Marciniak 2010-09-20
Napisane przez Albin Marciniak

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Ut id lorem a lacus fermentum rhoncus id ut ligula. Proin id sapien nunc, at facilisis quam. Donec nisl massa, pharetra non convallis et, tristique eget nibh. In aliquam faucibus rutrum. Curabitur quis risus nulla, nec pulvinar diam. Fusce ut dolor vitae nisl gravida eleifend. Mauris quis odio enim, nec ultrices est. Phasellus dapibus imperdiet odio, sed hendrerit orci lacinia eget. Nulla rutrum cursus magna, eu vulputate orci sollicitudin vel. Cras at diam neque, id venenatis risus. Aliquam eros risus, tristique nec dapibus vel, accumsan at orci. Mauris varius dignissim risus non dignissim.

{mosmap width=’440’|height=’400’|lat=’50.06153’|lon=’19.93538’|zoom=’16’|zoomType=’Small’|align=’center’|text=’Klub Podróżników „Śródziemie”
w Piwnicy pod Baranami’}

Nulla vitae tortor turpis, ut feugiat ante. Proin sit amet enim neque. Nullam eget nisl leo, nec tristique dolor. Sed malesuada facilisis ante ac porttitor. Pellentesque dictum placerat diam non adipiscing. Mauris vitae nisi massa, ac fermentum lectus. Duis faucibus pharetra tellus at aliquet. Nullam porttitor lacinia neque ac feugiat. Vestibulum eget enim sed tellus congue tempus. Phasellus posuere, tellus ac lobortis hendrerit, enim odio sagittis nisl, quis feugiat ipsum tortor vitae lectus.

Aenean ullamcorper, sem ut tristique aliquet, nisl arcu vulputate ipsum, ut auctor sem est nec ipsum. Donec quis quam lacus, sed cursus diam. Nunc scelerisque nunc quis justo iaculis quis adipiscing mi bibendum. Phasellus lectus justo, euismod ac interdum sed, volutpat eget justo. Pellentesque hendrerit, libero quis dignissim tincidunt, velit purus facilisis nisi, quis auctor odio quam sed tortor. Vestibulum ante ipsum primis in faucibus orci luctus et ultrices posuere cubilia Curae; Sed porttitor fermentum libero nec accumsan. Ut metus ligula, tempor eu fermentum vel, convallis vitae lorem. Fusce et massa nunc, non consequat mauris. Integer quis est in nulla ullamcorper pulvinar vel sed augue.

2010-09-20 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Artykuły testowe

Artykuł testowy

przez Albin Marciniak 2010-09-20
Napisane przez Albin Marciniak

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Ut id lorem a lacus fermentum rhoncus id ut ligula. Proin id sapien nunc, at facilisis quam. Donec nisl massa, pharetra non convallis et, tristique eget nibh. In aliquam faucibus rutrum. Curabitur quis risus nulla, nec pulvinar diam. Fusce ut dolor vitae nisl gravida eleifend. Mauris quis odio enim, nec ultrices est. Phasellus dapibus imperdiet odio, sed hendrerit orci lacinia eget. Nulla rutrum cursus magna, eu vulputate orci sollicitudin vel. Cras at diam neque, id venenatis risus. Aliquam eros risus, tristique nec dapibus vel, accumsan at orci. Mauris varius dignissim risus non dignissim.

{mosmap width=’440’|height=’400’|lat=’50.06153’|lon=’19.93538’|zoom=’16’|zoomType=’Small’|align=’center’|text=’Klub Podróżników „Śródziemie”
w Piwnicy pod Baranami’}

Nulla vitae tortor turpis, ut feugiat ante. Proin sit amet enim neque. Nullam eget nisl leo, nec tristique dolor. Sed malesuada facilisis ante ac porttitor. Pellentesque dictum placerat diam non adipiscing. Mauris vitae nisi massa, ac fermentum lectus. Duis faucibus pharetra tellus at aliquet. Nullam porttitor lacinia neque ac feugiat. Vestibulum eget enim sed tellus congue tempus. Phasellus posuere, tellus ac lobortis hendrerit, enim odio sagittis nisl, quis feugiat ipsum tortor vitae lectus.

Aenean ullamcorper, sem ut tristique aliquet, nisl arcu vulputate ipsum, ut auctor sem est nec ipsum. Donec quis quam lacus, sed cursus diam. Nunc scelerisque nunc quis justo iaculis quis adipiscing mi bibendum. Phasellus lectus justo, euismod ac interdum sed, volutpat eget justo. Pellentesque hendrerit, libero quis dignissim tincidunt, velit purus facilisis nisi, quis auctor odio quam sed tortor. Vestibulum ante ipsum primis in faucibus orci luctus et ultrices posuere cubilia Curae; Sed porttitor fermentum libero nec accumsan. Ut metus ligula, tempor eu fermentum vel, convallis vitae lorem. Fusce et massa nunc, non consequat mauris. Integer quis est in nulla ullamcorper pulvinar vel sed augue.

2010-09-20 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Ameryka Południowa

Ciudat Bolivar w Wenezueli nad rzeką Orinoko

przez Albin Marciniak 2010-09-15
Napisane przez Albin Marciniak

Ciudat Bolivar w Wenezueli nad rzeką Orinoko

Wojtek i Wiola

 

3 wrzesień 2010r

Wcześnie rano, jeszcze w Maicao wymieniamy olej i filtry, gdyż to już 30.000 przebiegu naszej Toyoty, z czego 25.000 po Ameryce Pd. Przejście drogowe w Paraquachon przekraczamy z marszu w 30 minut, bez najmniejszego problemu. Wymiana waluty czyli $ na bolivares, u miejscowego „konika”, gdyż po informacji uzyskanej od wenezuelskiego celnika, wypisującego kwit odprawy granicznej na auto wiem, że tu funkcjonują dwie wymiany: bankowa 1$ = 2,6 bs i ta czarnorynkowa 1$ = 7,6÷ 7,8 bs, w zależności jak się uda wynegocjować. My zastosowaliśmy oczywiście tę drugą wersję. Nieco przerażeni i czujni, ruszamy na trasę. Droga zrujnowana do stanu tragicznego i do tego poruszają się na niej same „trupiaste”, ledwo trzymające się kupy, auta amerykańskie, których świetność minęła na przełomie 60-tych i 70-tych lat ubiegłego wieku. Wszystkie elementy tych pojazdów, dosłownie przemieszczają się i powodują wrażenie, że za moment się rozpadną, zdarzają się egzemplarze, gdzie widać nogi jadących przez przegniłe poszycia drzwi nadwozia – masakra. Po drodze nr 6 do Maracaibo mijamy wiele posterunków wojska i policji, o dziwo wszystkie kontrole przeprowadzone są uprzejmie, z uśmiechem, delikatnością i emanującą sympatią. W mieście widać i czuć zapach „petrodolarów”, w końcu to naftowa stolica kraju, dostawca dwóch trzecich ropy i trzech czwartych dochodu narodowego. Mamy plan zatankować auto, a tu na stacjach benzynowych kolejki na kilometr, samych starych gruchotów. Przy drogach oferta tankowania z butelek, wężykiem do baku. Na rogatkach Maracaibo, zmiana i zupełnie pusto. Gonitwa myśli, o co tutaj chodzi? Tankujemy i ponowne zaskoczenie, po wlaniu 74 litrów paliwa, dystrybutor wyłączył się, a pan „nalewakowy” oświadczył, że obowiązuje towarzysz limit i tylko tyle można wlać jednorazowo, pobierając od nas 5 bs, podajemy tą sumę słownie; pięć bolivares. Przecierając oczy ze zdziwienia, przeliczamy na zł, przecież 5 bs = 2,10zł, co daje sumę 0,03 zł za jeden litr, nawet gdyby to paliwo było tylko „powietrzem”, to koszty operacyjne zapewne przewyższają taka sumę – szok! Na następnych stacjach dopełniamy nasze zbiorniki do pełnych 240 litrów, myśląc, że chyba to jakaś pomyłka i że lepiej wozić niż później płacić więcej. Wiemy już skąd te ograniczenia, które dotyczą tylko tego regionu, to wpływ prywatnego eksportu paliwa do Kolumbii przez tzw. „mrówki”. Mieliśmy zamiar pozostać w Maracaibo, jednak ks. Karolewski, na którego dostaliśmy jeszcze namiary w Ekwadorze od ks. Arka, a z którym się skontaktowaliśmy tel., ponieważ był zajęty, przejechaliśmy przez to drugie co do wielkości 1,6 mil, nowoczesne miasto w kierunku Coro drogą nr 3, pokonując przesmyk pomiędzy jeziorem Lago de Maracaibo, a Golfo de Venezuela (zatoka wenezuelska), monstrualnej wielkości mostem. To właśnie w tym miejscu, kiedy to hiszpańscy żeglarze ujrzeli nowy ląd, na brzegu którego ukazały im się indiańskie domki na palach(palafitos), nadali nowo odkrytemu miejscu nazwę Venezuela, czyli „Mała Wenecja”. Jesteśmy niezwykle zaskoczeni , gdyż wszędzie ład i porządek, drogi szerokie i wspaniałe. Co tu jest tak naprawdę „grane”? – nie widzimy żadnego zagrożenia, wszystko dokładnie tak jak w innych krajach Ameryki Pd., albo nawet lepiej? Ludzie uczynni, żądni kontaktów, uśmiechnięci i zadowoleni. Stragany i knajpki przy drogach oferują wiele produktów i dań, żadnych kartek i ograniczeń. Zatrzymujemy się na posiłki i poddajemy się kolejnym nowościom, czyli arepas i cachapas, gdzie pierwsze upieczone są z ciasta kukurydzianego z serem, drugie to również placki, ale w wydaniu z mięsem i serem tyle, że podane z osobna. Jako deser ciastka z kokosem o nazwie besitos de coco. Wokół skromnych domków czysto i zadbanie, na innych terenach śmieci i syf, ale to na tym kontynencie jest wszędzie, nie tylko w Wenezueli. Jedno co rzuca się w oczy, jak to bywa w krajach, gdzie obowiązuje kult jednostki, to wizerunek Hugo Chaveza, teatralnie patrzący z niezliczonej liczby, różnej wielkości plakatów i bilbordów. W przydrożnym hotelu zatrzymujemy się na nocleg, pokój 2os. z klimą i łazienką + strzeżony parking (120bs – ok.50zł). Dzisiaj też zmieniliśmy czas i mamy jedną godzinę do przodu, czyli już tylko 6h w stosunku do Polski.

 

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-1a/img_5702.jpg

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-1a/img_5723.jpg

 

4 wrzesień 2010r

Kontynuujemy jazdę brzegiem Morza Karaibskiego, drogą nr 3 na wschód do miejscowości Coro, która to była pierwszą stolicą Wenezueli, założona w 1527r przez Hiszpanów. Zwiedzamy tą kolonialną miejscowość wpisaną na listę UNESCO, która jest najlepiej zachowaną ze wszystkich w tym państwie. Dalej poprzez park Medanos de Coro, będący swoistą Saharą w miniaturze, gdzie za pomnikiem matki Monumento a la Madre, ustawionym przy wejściu, nie ma już nic, tylko piasek w górę i piasek w dół, czyli potężne wydmy. Jedziemy jeszcze na wschód, aż pod Parque Nacional Morrocoy, na riwierę wypoczynkową , gdzie znajdują się chronione piękne osiedla tych najbogatszych oraz slamsy biedoty i budy z blachy, pomiędzy tym wszystkim walają się tony śmieci, w oddali błyszczy wielka rafineria, a z bilbordów patrzy na to wszystko uśmiechnięty Hugo Chavez. Tam też zostajemy na nocleg w pensjonacie przy plaży, w miejscowości Boca de Aroa.

 

 

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2a/img_5760.jpg

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2a/img_5774.jpg

 

W czasie jazdy obserwujemy jak radzi sobie część społeczeństwa z bezrobociem. Tak więc wzdłuż drogi „markety” ustawiają się rzędem i oferują to, co da szansę na przeżycie, od domowych artykułów spożywczych po wszelkie inne dobra, które można stworzyć własnymi rękami. Ponieważ jest tutaj wiele kóz, produkuje się ser, z mleka nasyconego cukrem do granic możliwości, wystawia się różnego typu kombinacje dulce de leche, kapelusze w wielu kolorach i fasonach, z kamieni rzeźbi się figurki, schwytane zwierzęta oraz ryby, wiszą w różnych wersjach, budząc w nas obrzydzenie. No cóż, co kraj to obyczaj, kiedy w państwie panuje wysokie bezrobocie, turyści nie odwiedzają, gdyż jest niebezpiecznie, dochody z nafty już nie takie jak za złotych czasów, mieszkańcy kraju zmanierowani starymi nawykami, a dokładniej w myśl hasła „ropa jest wszystkim”, nawykli do nic nie robienia i taki stan nadal trwa. Pracować nie ma gdzie, bo przecież, aż 95% dochodu narodowego pochodzącego tylko z ropy spowodowało, że nikt nie dbał o inne gałęzie produkcji, rolnictwo praktycznie nie istnieje, wszystko było i jest importowane, nawet żywność – na miejscu nie opłacało się tego wytwarzać.

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2b/img_5862.jpg

Z biednego kraju, jakim była Wenezuela, pomijana niegdyś przez kolonizatorów Hiszpanów, po bumie naftowym spowodowanym odkryciem potężnych złóż ropy w 1914, stała się największym eksporterem tego surowca na świecie, nie potrafiono z tego państwa skutecznie zrobić „El Dorado”, mając świadomość świetnej płynności finansowej, zadłużało się nie wiedzieć po co, kiedy ceny ropy mocno spadły, Wenezuela przejrzała się w pustce. A gdy otworzyła szeroko oczy, do spłacenia było wiele kredytów. Tak skończył się piękny sen o potędze, a raj został utracony, dochody państwa zaniknęły i,aż dziw bierze, że można było na przestrzeni tak niewielu lat zniszczyć to państwo i naród w nim mieszkający?!. Na zadane pytanie „co dalej”?, odpowiadają : „zmiany są bardzo poważne, ale nie wiadomo czy na dobre, czy na gorsze”, ta niewiedza wbija nas w zadziwienie, czyż mamy rozumieć, że ten naród wie, że dzwonią, tylko nie wiadomo w którym kościele? Zapytany przez nas właściciel pensjonatu, tu gdzie śpimy tej nocy, świetnie mówiący po angielsku, skończył niegdyś Colege w Ohayo, co sądzi o obecnej polityce Chaveza i zmianami jakie się dokonują twierdzi:” wszystko CHYBA idzie w dobrym kierunku, ale tak naprawdę to nie wierzy w lepsze czasy, gdyż to niezwykle daleka przyszłość i trudny temat”. Reasumując, mamy niezły pasztet myślowy, ponieważ wielkie hasło rewolucji socjalnej, jest zgadywanką dla narodu, a jeśli nie wiedzą co jest dla nich, a co przeciwko nim, to oznacza, że jak zwykle stara komunistyczna szkoła się sprawdza.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2c/img_5933.jpg

5 wrzesień 2010r

Jedziemy zwiedzić Parque Nacional Morrocoy, z niezliczoną ilością ptactwa, a w szczególności różowych flamingów. Kierujemy się więc do miejscowości Chichiriviche, która jest centralną częścią tego obszaru. Ptactwa rzeczywiście wiele, lecz jeśli to ma być „Park Narodowy”, to tylko w cudzysłowie, gdyż to co tam ujrzeliśmy tej weekendowej niedzieli, przerosło naszą wyobraźnię i poraziło na tyle, że dopiero po kilku chwilach, doszło do nas jak można wypoczywać, gdzie kombinacja ludzkiej masy przemieszana jest z porozrzucanymi dowolnie odpadkami. Kiedy jedni piją alkohol, inni już spoczywają w spokoju, tam gdzie padli upojeni relaksem, a wszystko to w potwornym gorącu, smrodzie i hałasie. Koszmar to bardzo entuzjastyczna forma wyrażenia naszych odczuć, nawet fotki nie dadzą rady tego oddać, to nierealne, to trzeba widzieć i czuć. Uciekamy z „Parku” w kierunku stolicy Wenezueli Caracas, najpierw drogą nr 3 do Morrocoy, później nr.1, aż do tego pięciomilionowego miasta.

 

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3a/img_5941.jpg

 

Późnym wieczorem jesteśmy na miejscu i poszukujemy placówki Polskiej Ambasady. Zajęło nam to ponad dwie godziny i to dodatkowo z wynajętym taksówkarzem. System adresowy w tym mieście, to jakaś totalna łamigłówka pozbawiona sensu, kilka osób brało udział w dochodzeniu, po czym nastąpiła eureka. Jedno jest pewne, miasto Caracas to niezwykle niebezpieczny rejon i tylko w obrębie pewnych dzielnic, w miarę bezpiecznie można się poruszać, to 100% pewne, gdyż wszyscy napotkani po drodze ludzie, dobitnie nam to uzmysławiali, przestrzegając, aby nie wybierać się do centrum miasta. Tam za drobiazg można otrzymać wyrok w trybie natychmiastowym, a zasada jest prosta, kiedy zostanie się napadniętym, należy bez zastanowienia oddać wszystko, a być może oprawcy puszczą wolno. Są miejsca gdzie życie nie ma żadnej wartości, a jedynym obowiązującym prawem, jest siła razy przemoc do potęgi śmierci. Tam pod żadnym pozorem nie wolno się znaleźć, gdyż średnia kul w zwłokach wynosi pięć plus. W jednej z gazet, na tytułowej stronie, pokazano szczegółowo prosektorium, z ofiarami tylko jednego dnia. Dlatego też turyści omijają Caracas szerokim łukiem. A my, wynajmujemy pokój w hotelu, w tej bezpieczniejszej części, za 200 bs – ok 90zł (pok. 2os.łazienka, klima i garaż na auto) – godny polecenia, chociaż po krótkiej obserwacji i zestawieniu kilku faktów, okazało się,że to… hotel na godziny… no cóż, atrakcji nigdy dosyć.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3b/img_6080.jpg

 

6 wrzesień 2010r

Rankiem zabieramy się z pomocą Polskiego Konsulatu za załatwianie wiz do Gujany i Surinamu. Jeszcze przed oficjalnym czasem otwarcia, jesteśmy przy bramie naszego konsulatu, miła pani Ula Siemińska pomaga w pozyskaniu adresów i informacji, dotyczących pracy tych konsulatów. Pod nieobecność pani konsul Anny Pieńkosz, która w tym czasie wyjechała na szkolenie do Polski, niezwykle pomocnym, w sensie wiedzy o państwie, okazał się pierwszy sekretarz Ambasady Tomek Wodzyński, pomaga nam zrozumieć reguły i teorie stosowane w tym kraju. Ponieważ kilka lat przebywał wcześniej na Kubie, będąc pracownikiem dyplomatycznym, jego kompendium wiedzy jest porażające. Przestrzega nas również przed aktualnie panującą tu epidemia gorączki denga (przenoszona przez komary – Ci co skrupulatnie czytali nasze relacje wiedza ze w Buenos Aires opisywaliśmy już ten problem), sam przeszedł ją niedawno, mamy się więc na baczności, „mugga” będzie teraz w użyciu. Ruszamy załatwiać wizy, a ponieważ konsulat Gujany jest dziś zamknięty, zaczynamy od Surinamu. Oczywiście nie może być to łatwizną i prawie by się udało, jednak same wcześniejsze uzgodnienia telefoniczne pomiędzy konsulami nie wystarczyły, potrzeba oficjalnej noty wystawionej przez Polski Konsulat, drugim życzeniem pani z okienka było: „proszę napisać polski adres zamieszkania po angielsku”, a to już dla nas była poważna zagadka. I w tym miejscu Wojtek zastosował cały zestaw oszałamiających próśb do pani, która uległa ich urokowi. Ponowny kurs taxi tam i z powrotem, plus uprzejmość konsula Surinamu, który notę przyjął już poza godzinami pracy, mamy więc pewność, że jutro odbierzemy wizy do tego kraju, a zaczniemy brnąć w papiery dotyczące Gujany. A jak będzie przebiegać proces uzyskania wiz, to już w następnym odcinku.

 

7 wrzesień 2010r

Rano taxi wiezie nas do ambasady Surinamu, jeszcze pół godziny stresu, gdyż wiz nie było o ustalonej godzinie i prędziutko do Ambasady Gujany na drugi koniec Caracas. Tutaj pełne zaskoczenie, ponieważ wizę mamy od ręki i to dodatkowo ze wszystkimi „błogosławieństwami” na drogę, od przesympatycznej pani konsul ubranej w stosowny, elegancki strój narodowy łącznie z nakryciem głowy, przypominający do złudzenia stroje hinduskie. Pozostałą część dnia przeznaczamy na zwiedzanie Caracas. Stolica prezentuje się w formie betonowej, nowoczesnej architektury wzniesionej w latach pięćdziesiątych na ruinach wyburzonej zabudowy kolonialnej z której pozostało tylko kilka ulic i kościołów, z katedrą przy placu Bolivara. Odwiedzamy jeden z nich, który zamieniono po renowacji na Panteon, będący w istocie świątynią pamięci po synu tego narodu, wyzwolicielu, Simonie Bolivarze. Jego wizerunek urasta tu do roli świętego, a trumna z prochami wraz z pomnikiem stoi w nawie głównej, zamiast ołtarza. Ten niewątpliwie wielki człowiek, wódz i strateg, wraz z oddanym sobie młodym, najzdolniejszym, porucznikiem Antoniem Jose de Sucre na przestrzeni kilkunastu lat, oswobodzili prawie całą Amerykę Południową, aż po granice z Argentyną spod okupacji hiszpańskiej. Flagi tych państw ustawione są szpalerem po obu stronach tej „świątyni”. Zamysłem Bolivara było stworzenie wielkiej zjednoczonej republiki na bazie wyzwolonych terenów, w 1819 proklamował już jako wolne państwo Wielką Kolumbię, obejmującą swym obszarem powierzchnię obecnej Wenezueli, Kolumbii i Ekwadoru, pozostałością po tym okresie są do tej pory flagi tych państw, będące w jednakowych barwach, różniące się tylko małymi dodatkami (gwiazdki, herby). Do 1824 r oswobodził ponadto całe Peru i Boliwię, lecz jeszcze przed jego śmiercią w 1830r jego marzenie prysło jak bańka mydlana, zjednoczona Republika Pd. Ameryki nigdy nie powstała, a Wielka Kolumbia rozpadła się na Wenezuelę, Ekwador i Kolumbię. Jednak kult jego postaci, jest w tych wszystkich wyzwolonych państwach niezwykle silny, aż do dzisiaj.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-4a/img_6124.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-4a/img_6136.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-4a/img_6148.jpg

Właśnie do tych tradycji odwołuje się obecny przywódca Wenezueli, jej prezydent Hugo Chavez, budując nurt zwany „rewolucją bolivariańską” i działając jakby w myśl idei Libertadora Bolivara, chce wyzwolić ten rejon od wpływów wielkich światowych kapitałów, marzy i próbuje tworzyć na bazie tych państw, struktury podobne w założeniach jak Unia Europejska. Jego ideowym wzorem przywódcy jest Fidel Castro, choć on sam odżegnuje się od siłowych rozwiązań stawiając na demokrację – socjalizm demokratyczny jak na razie tutaj zwycięża i jest wolą większości narodu. Natomiast naród to 20 mil. elektoratu, z czego garstka to bogacze, również żydzi, skromna warstwa średnia i połowa ludzi żyjąca w skrajnej nędzy, czy tak właśnie ma działać demokracja!? Przecież prezydent jako rzecznik biedoty, krytyk bogatych, kościoła i mediów odżegnuje się od komunizmu, ale czyta Trockiego i chwali Lenina, a do tego jest świetnym mówcą, można go słuchać jak Kobuszewskiego. Jego główną „zasługą” jest polaryzacja społeczeństwa, ale ten bystry mentor neutralizuje to pięknymi misjami. I tak np. Misja „Milagro”, czyli cud, wysyłanie osób chorych na kataraktę na Kubę, by po uzdrowieniu powróciły widzące i szczęśliwe, czemu towarzyszył oszałamiający przekaz telewizyjny. Misja „Barrio a dentro” czyli utworzenie pozycji lekarskich w fawelach. Pomysł Fidela, wykonawstwo Chaveza i poparcie gotowe. A gospodarka od pięciu lat pikuje w dół, bandytyzm kwitnie, a ludzie ubożeją. No cóż, jednak ropa to nie wszystko, należy dbać o wszystkie gałęzie gospodarki, a nie rozdawać powodując, że nikt nie płaci podatków, uprawia leżenie w hamaku i jak przychodzie bieda nie potrafi zapracować, gdyż nie było potrzeby, więc idzie kraść, a tymczasem sprawiedliwość to w tym kraju tak abstrakcyjne słowo jak ekologia. Wzgórza wokół Caracas oklejone są fawelami gdzie mieszkają „barrios”, tam kumuluje się w szerokim rozumieniu patologia, a życie pod hasłem „carpe diem”, jest jak najbardziej prawidłowe, gdyż jutro jest niewiadomą. Tylko jeden weekend daje wynik ok. 40 ofiar śmiertelnych bandytyzmu, będącego poza wszelaką kontrolą i pozostającego zupełnie bezkarnym – to jakiś koszmar, który powoduje, że wartość życia, to żadna wartość!!! Jeszcze tego dnia pożegnawszy się z załogą ambasady, dziękując za okazaną pomoc, uciekamy z Caracas i jedziemy na wschód drogą nr 9 w kierunku Barcelony, tej założonej przez Katalończyków w 1671r. Ponieważ jest późno zbaczamy nieco nad Morze Karaibskie i w Rio Chico wynajmujemy pokój w skromnym hoteliku za 140bs. – jest klima i garaż. Po niewielkiej dawce rumu padliśmy jak „kawka”ze zmęczenia, przemieszanego ze stresem i strachem, jaki towarzyszył nam podczas tego dnia.

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-4b/img_6238.jpg

8 wrzesień 2010r

Tankowanie i nadal tkwi we mnie szok, jak jest możliwe, aby za 2 zł (słownie dwa złote) zatankować auto do pełna??? Tyle samo kosztuje tutaj zerwanie z drzewa kokosa i podanie w postaci cocady czyli, picie przez rurkę jego zawartości tj. wody kokosowej, a nie mleczka kokosowego, jak to się mawia w Polsce, następnie zjedzenie wydłubanego orzecha. Odwiedzamy modne „resorty” usytuowane nad Laguną de Tacarigua, gdzie przy jednym z nich urządzamy krótkie plażowanie, na tyle krótkie, aby nie wdała się nuda. Po godzinie zmykamy już z tego miejsca i jedziemy do Barcelony, oczywiście tej w Ameryce Pd. Miasto przywitało nas koszmarną ulewą, wszak to pora deszczowa, więc, ulice zamieniły się w rzeki, a my w amfibię i płyniemy w zamierzonym kierunku, mijamy powalone drzewa i lawiny błotne. Do Barcelony nie warto wjeżdżać, gdyż nie ma tam nic godnego uwagi, jedynie przy głównym Plaza Boyaca, który wyróżnia go od innych nie tylko nazwą, gdyż dotychczas były to zazwyczaj Simona Bolivara, ponadto stoi tam byłe hospicjum franciszkanów, zachowane w formie trwałej ruiny, będące pomnikiem i zarazem świadkiem masakry 1500 jego mieszkańców, dokonanej przez hiszpańskich rojalistów podczas walk o niepodległość w 1817r. Jedziemy dalej na wschód drogą nr.9 do Parque Nacional Mochima i tam tuż za słynną plażą Colorada, z piaskiem w kolorze pomarańczy, zatrzymujemy się na popas. Na samej plaży wynajmujemy pokój w pensjonacie za 140bs. (klima, łazienka, garaż). Próbujemy się odnaleźć w tym społeczeństwie żyjącym za kratami, gdzie jego obywatele są raz z jednej, a raz z drugiej ich strony. Zamykają się za nimi w swych posesjach i domach, dokonują zakupów poprzez kraty w sklepach, dlaczego ?, bo tak bezpieczniej dla sprzedających i żyjących w tym narodzie – to jakaś paranoja, jesteśmy tym strasznie już zmęczeni, to ciągłe zagrożenie czuć wszędzie, na każdym kroku! Już w ciemnościach, wskakujemy do wody, a wokół cicho i pusto, tylko czasem jakaś motorówka ślizga się po tafli morza.

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-5a/img_6395.jpg

9 wrzesień 2010r

Po przebudzeniu wskakujemy do Morza Karaibskiego i za kilka chwil dalej w trasę. Wiola ma okazję codziennie ćwiczyć nabyte niedawno umiejętności pływackie. Kontynuujemy jazdę na wschód drogą nr.9 do Cumana, pierwszego miasta hiszpańskiego założonego na stałym lądzie kontynentu Południowej Ameryki w 1521r. Miasto choć tak stare, nie zachowało kolonialnego charakteru, gdyż wielokrotnie nawiedzały go trzęsienia ziemi. Wdrapujemy się jedynie na wzgórze, na którym znajduje się kolonialna twierdza wzniesiona 1659r, a która to, choć mocno zniszczona, oparła się tym kataklizmom i wielokrotnym najazdom piratów, a z jej murów roztacza się piękny widok na miasto.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-6a/img_6458.jpg

 

Dalej drogą nr.1 prowadzącą przez dżunglę jedziemy do Caripe, gdzie w pobliżu znajduje się najciekawsza i największa jaskinia Wenezueli, spenetrowana i opisana niegdyś przez wielkiego podróżnika Aleksandra von Humboldta. Jej osobliwością jest, zamieszkujący ją specyficzny gatunek ptaków zwany tłuszczakami, prowadzący wyłącznie nocny tryb życia. Jesteśmy pod jaskinią punktualnie o 18.00, aby nie przeoczyć momentu kiedy po zapadnięciu zmroku, około 18.30, zaobserwować jak te ptaki wylatują z czeluści i groty i odlatują do dżungli na żer. Widok niezwykły, gdyż zamieszkuje ją ok. 18.000 szt tych niecodziennych stworzeń i do tego koncert dźwięków, odbijający się echem z wnętrza jaskini. Będziemy zwiedzać ją dopiero jutro, więc po tym spektaklu wracamy do Caripe i wynajmujemy pokój w pensjonacie (130bs. – garaż, łazienka, klima nie jest koniecznością, gdyż w tym górzystym terenie temp. w okolicy 25ºC).

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-6b/img_6592.jpg

 

10 wrzesień 2010r

Startujemy do jaskini o poranku, wstęp 15bs.(ok. 7zł) od os. i zapuszczamy się w małej 12osobowej grupie, wraz z przewodnikiem w czeluści jaskini Cueva del Guacharo. Do zwiedzenia przewidziane jest tylko 1200m z 10km200m. Przez półtorej godziny z wielkim zainteresowaniem brniemy wytyczonymi ścieżkami, wzdłuż rzeki płynącej jej dnem. Tylko pierwsza komora jaskini tzw. Salon de Humboldt (750 m.dł.) zamieszkała jest przez ptaki guacharo, od których nadano jej nazwę, polska nazwa tłuszczaki. Żywią się wyłącznie nocą owocami pewnych gatunków palm, powracają z dżungli o 4 rano, a teraz gnieżdżą się na skalnych półkach w ciemności, wydając niesamowite, skrzeczące dźwięki. Cała trasa wiedzie wśród stalaktytów i stalagmitów, którym natura nadała przeróżne fantastyczne formy. Ponieważ nie ma tu żadnych lamp i reflektorów, zwiedzanie odbywa się w świetle ręcznej lampy gazowej i latarek, a zdjęcia z fleszem można robić dopiero po wyjściu z salonu, gdzie przebywają te ptaki. Wędrówkę najlepiej odbyć w wysokich butach, gdyż idziemy po mieszaninie wody z odchodami o winnym zapachu, a dodatkiem są niestrawione przez ptaki kiełkujące pestki owoców oraz konające, niechciane, nadwyżkowe pisklęta wyrzucone z gniazd. Dodatkową atrakcją jest możliwość wyniesienia na sobie ptasiej kupy, co oczywiście nie przytrafiło się nikomu innemu, tylko mnie, tak więc po wyjściu czyszczenie butów i pranie bluzki. I jak to mawiają starożytni Indianie, warto być „okupowanym” przez ptaki, bo to niebywałe szczęście przynosi, tak więc czekam na efekty niecierpliwie.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-7a/img_6627.jpg

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-7a/img_6657.jpg

 

Jeszcze przed południem opuszczamy ten rejon i jedziemy w kierunku Delty Orinoko, najpierw przez końcowy fragment północnych Andów drogą nr.1 do Maturin. Już ostatni raz przekraczamy w naszej podróży po Ameryce Pd. to pasmo górskie, na przestrzeni od Ziemi Ognistej z jej „stolicą” Ushuaia, czyli ponad 23 tyś. km mieliśmy ten masyw, raz po jednej, a raz po drugiej stronie. Po zjeździe poruszamy się równinną zielona sawanną, która miejscami przechodzi w coś niezwykłego i dla nas niesamowitego, czyli w regularne lasy sosnowe – tego nigdy sobie nie wyobrażaliśmy, że w tych rejonach tropikalnych i przyrównikowych na wys. tylko 35 m.n.p.m.w ogóle, może taki las występować. Dojechaliśmy do potężnej delty rzeki Orinoko, tuż przed Tucupita i wynajmujemy pokój w motelu przy trasie- 120bs. (klima, łazienka , garaż).

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-7b/img_6718.jpg

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-7b/img_6728.jpg

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-7b/img_6737.jpg

 

 

11÷12 wrzesień 2010r

Rano startujemy do Tucupita i już około 10.00, stoimy u drzwi biura turystycznego Aventura Turistica Delta, tuż obok katedry. Na szczęście obok biura mieszkają jego właściciele i choć dzisiaj sobota podejmują się zorganizować dla nas dwudniową wyprawę, w głąb rozległej delty rzeki Orinoko (zajmuje 360 km linii brzegowej Atlantyku i wcina się w ląd na głębokość 120km). Uzgadniamy cenę i zostaje ona ustalona na 300 € za całość, czyli dojazd autem do La Horqueta, transport łodzią, obsługa przewodnika, pełne wyżywienie, wraz z trunkami i dodatkowe atrakcje na miejscu u Indian Warao. Toyotę pozostawiamy na strzeżonym parkingu i już o 11.30 podjeżdża po nas auto(i tu następuje nadużycie tego słowa), gdyż to liczący ponad trzydzieści lat rozklekotany Chevrolet. Już jest dobrze, Wiola cieszy się jak dziecko, ponieważ już od dawna wykazywała chęć przejechania się takim wynalazkiem, których całe mnóstwo jeździ po drogach Wenezueli. Bujamy się jak na kanapie u babci i z oszałamiającą prędkością autka na baterie, gnamy do celu. Zabawa wspaniała, tylna klapa bagażnika otwiera się i zamyka, nasz przewodnik Juan, śpiewa i zabawia opowiastkami susząc swoją koszulkę na lusterku, kierowca trzyma boczne drzwi, bo głupio by było jechać bez nich. Nasz przewodnik, pomimo, że przecież został wyrwany z sobotniej fiesty, by zająć się nami, ma uśmiech dookoła głowy.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-8a/img_6849.jpg

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-8a/img_6893.jpg

 

Za „kilka chwil” przesiadamy się do łodzi, obok nas mnóstwo żywności, rum, kraby, papuga i paliwo(cała 200 litrowa beczka). Po prostu „awaria”, ale jest niezwykle wesoło. Juan zaczyna wodzić wszystkich na pokuszenie i serwuje drinki „kuba libre”, nie pomijając kapitana, toteż płyniemy coraz bardziej spontanicznie (czas płynięcia to ok. 5 godzin). Po drodze odwiedzamy pół rodziny naszego kolegi, a jest ona dość pokaźna, więc poznajemy bardzo wielu ludzi. Gdy nadszedł czas obiadu, otrzymujemy na łodzi wcześniej przygotowane dania, wszystko bardzo smaczne, do tego soki i owoce.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-8b/img_6914.jpg

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-8b/img_6964.jpg

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-8b/img_700.jpg

 

Po drodze odwiedzamy Indiańskie wioski, gdzie ich mieszkańcy od kilkuset lat , w niezmienionej formie żyją w swych domkach, a raczej wiatach wybudowanych na palach, nad wodami i bagnami porośniętej dżunglą delty rzeki Orinoko. Byłem i odwiedzałem już wiele społeczności indiańskich, ale tak nieskalanej cywilizacją grupy ludzi, jeszcze w życiu nie spotkałem. Aż ciśnie się na usta pytanie, jak wielka jest przepaść pomiędzy ludźmi zamieszkującymi nasz glob?, i kto, w tej przecież naszej wspólnej światowej cywilizacji jest bardziej szczęśliwy? – im mocniej poznaję zakątki naszego świata, tym większe mam przekonanie, że chyba to proste, niezmienione od setek lat życie, daje więcej szczęścia – to widać i czuć będąc i obserwując te społeczności. Jest też druga strona, która mnie niezwykle intryguje widząc baraszkujące i bawiące się dzieci, one już w wieku 12 lat przechodzą w stan dorosłości i mają swoje dzieci – jak szybko mija ich beztroskie dzieciństwo? Dorosłe życie kręci się wokół hamaka, podstawową czynnością jest odpoczywanie i zdobycie pożywienia, które w wielkiej obfitości daje rzeka i dżungla. Płyniemy na północne krańce delty, na odległość 30km od Atlantyku i niespełna 60 km od granicy z Trynidadem.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-8c/img_7062.jpg

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-8c/img_7086.jpg

 

Gdy powitali nas już wszyscy, rodzina i przyjaciele Juana, mamy wreszcie możliwość dotrzeć do naszego apartamentu, będącego również wiatą przykrytą palmowymi liśćmi. Tu około sześciu osób zajęło się przygotowaniem nam kolacji oraz spanka. I tu żarty się skończyły, brak światła(tylko świeczki), spanie w hamakach, a wokół dżungla, kraby spacerują tuż obok, małpy przemieszczają się w pobliżu, pada deszcz, toaleta jest wszędzie, tak jak i komary. Oczywiście wszystko co tylko może pokąsać, ugryźć lub zrobić „kuku” na ubranie, przytrafia się mnie, Wojtek jak zawsze nie tknięty i wolny od takich zdarzeń, wspiera mnie niczym Hioba. Noc mija na wisząco, a ranek wita szybkim śniadaniem, gdyż canoe czeka na nas, by popływać kanałami wśród przyrody i podpatrywać zwierzątka.

 

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-9a/img_7189.jpg

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-9a/img_7234.jpg

 

Robiąc zdjęcia trudno dostrzec w gładkiej toni wody, gdzie kończy się prawdziwy obraz, a gdzie zaczyna jego lustrzane odbicie. Po powrocie następuje zmiana, czyli wskakujemy w wysokie kalosze i maszerujemy zdobywać dżunglę, gdzie fachową opieką otacza nas miejscowy „jungle man”. I zaczęło się dziać. Brniemy bagnami zatrzymując się co jakiś czas, ponieważ Indianin z maczetą pokazuje nam drzewa, gdzie jedne są dziwne( manglare wspierające się mnóstwem wypuszczanych odnóg), a inne pożyteczne( palma z której zjadane jest palmito, temiche z którego owoców wypija się sok o działaniu przeciwgrypowym, cacao , sangrito i inne). Taplając się w tym rudym bagnie, moje zanurzenie osiągnęło dramatyczny poziom, a ponieważ zawiesiłam się na wystających patykach, potargałam spodnie, po czym nasz „maczetowy” podarował mi wspieradło. Szliśmy dzielnie, aż do mety, by zatoczyć koło i znaleźć się w punkcie wyjścia.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-9b/img_7259.jpg

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-9b/img_7281.jpg

 

Po ogarnięciu się co nieco, ruszyliśmy w drogę powrotną do Tucupita, odwiedzając wioskę indiańską Guaranoco i pozostałą część rodziny Juana. Po dopłynięciu do La Horqueta, tym razem przesiadamy się do autobusu, ale nie takiego zwykłego, lecz wesołego. Wszyscy, łącznie z kierowcą pijemy piwo, wodzirejem jest Juan i wszystko jest poza kontrolą. Śmiejemy się, robimy fotki, aż nadszedł czas przerażenia…zabrakło piwa!…zatrzymujemy się przy sklepie, kierowca szybciutko uzupełnia zapas i w dowolnym rytmie jedziemy dalej. Wesoły autobus odstawia nas obok parkingu; gdzie przesiadamy się do naszego autka, by po tysiącu pożegnań, pojechać jeszcze nad brzeg Orinoko i podziwiać zachód słońca nad rzeką. Zostajemy na noc w tym samym skromnym hoteliku z przed dwóch dni, by jutro ponownie ruszyć dalej.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-9c/img_7363.jpg

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-9c/img_7420.jpg

 

13 wrzesień 2010r

Po tych dwóch niesamowitych dniach, nieco ochłonąwszy od nadmiaru wrażeń ruszamy z Tucupita najpierw drogą nr.15, później od Puerto Ordaz nr.19 na pd-zach. do miejscowości Ciudad Boliwar. Kolonialne miasto oddalone od Atlantyku o 420km, założone w 1764r leżące nad Rio Orinoko zawdzięcza swa sławę nie tylko tym, że niegdyś było zwane Angostura – przesmyk, cieśnina w którą wbija się ta wielka rzeka, lecz również tym, że właśnie stąd wyruszył ze swą armią Simon Boliwar w 1817r, aby wyzwolić Amerykę Południową spod okupacji hiszpańskiej. W 1846r, by oddać hołd wyzwolicielowi nadano temu miastu nazwę Ciudad Boliwar. Stara część miasta mieszcząca się na skalistym wzgórzu zachowała swój kolonialny charakter, jest nieźle odrestaurowana i roztacza się stąd piękny widok na tą ogromną rzekę, oraz jedyny w tym mieście most rozpostarty pomiędzy brzegami cieśniny. Przedreptaliśmy miasto dokładnie kilka razy, czysto i schludnie. Jest natomiast jedna wyjątkowa zmiana w stosunku do innych miast i wiosek, które było nam dane odwiedzić w Wenezueli, totalny brak sklepów z żywnością. Jak już znaleźliśmy to pomimo wybrania artykułów do koszyka, odpuściliśmy zakup, gdyż kolejka do kasy była na około dwie godz. – jeszcze w życiu czegoś takiego nie widzieliśmy. Zakwaterowaliśmy się w hotelu przy samym lotnisku, gdyż w biurze turystycznym Turi Express Dorado, C.A. wykupiliśmy na jutro trzydniową wycieczkę do najwyższego wodospadu naszego globu, 979m toczącego 15 razy więcej wody, niż znana wszystkim Niagara. Ponieważ do tego miejsca oddalonego o prawie 500km nie ma żadnej drogi, będziemy lecieć wynajętą awionetką, a później dwa dni łodzią. Koszt to 200€ od osoby z zakwaterowaniem, wyżywieniem, przelotem i przepłynięciem łodzią.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-10a/img_7440.jpg

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-10a/img_7479.jpg

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-10a/img_7485.jpg

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-10a/img_7498.jpg

 

dużo więcej zdjęć z tego etapu podróży:

http://www.wojtektravel.pl/index.php/wyprawy/4-ameryka-pd-etapii/3-wenezuela/

2010-09-15 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
CZARNOGÓRA

Czarnohora z plecakiem

przez Albin Marciniak 2010-09-10
Napisane przez Albin Marciniak

Czarnohora z plecakiem

 

Parszywa trzynastka buszuje na Czarnohorze

 

Pierwszy raz o Czarnohorze usłyszałam kilka lat temu podczas jednej z moich tatrzańskich wędrówek. Góry te jawiły mi się jako tajemnicza i dzika kraina, w której trzeba „drzeć” siedemset metrów pod górę przez lasy, chaszcze i ostępy. Postanowiłam więc wreszcie sprawdzić Czarnohorę i dowiedzieć się na ile można ufać barwnym opowieściom o idealnej głuszy.

 

Parszywa trzynastka gotuje się do akcji

Jako, że na Czarnohorę jedziemy Parszywą trzynastką, wyprawa wymaga wielu przygotowań. Trzeba wykupić zapas jedzenia na tydzień, zorganizować przejazd, apteczkę, poczytać o istocie tych gór, sprawdzić formę uczestników. Prowiant zajmuje pół mojego salonu – są tam kaszki dla dzieci, bogactwo muesli, czekolad, pasztetów, serów, jajek, kiełbas etc. Mądre głowy przygotowują trasę, obmyślają warianty przejść i miejsca noclegowe, uzupełniają listę rzeczy do zabrania. Śpiewnik, modlitewnik, dzienniczki. Zbieramy też czarnohorskie legendy i opowieści od znajomych. Wszystko to fruwa w powietrzu. Ruszamy też na krótką wyprawę integracyjną w Tatry. I w końcu zrobiliśmy to. Wyjazd jest gotowy, a my cali szczęśliwi wyczekujemy początków naszej jak wydaje się ekstremalnej wyprawy.

 

 

12 sierpnia

Sto(s) czekolad!

W dniu zero integrujemy się, organizując wielką ucztę naleśnikową u mnie w domu. Tego wieczoru dzielimy między siebie około sto kilogramów jedzenia, garnki, butle z gazem, podpałki, zapałki i inne akcesoria. Nie obywa się oczywiście bez drobnych sprzeczek typu: Ale po co właściwie nam czosnek? Dlaczego mamy brać tyle papieru toaletowego? Czy nie mamy za dużo namiotów? Nie chcemy cytryn do herbaty! W końcu spakowaliśmy się i nagle okazało się, że zostały nam zaledwie dwie godziny snu. Oj bieda!

13 sierpnia

Ruszamy na wycieczkę, biorąc misia w teczkę

Zrywamy się z łóżek o szóstej rano. O masakro! Jeszcze raz burzliwie przepakowujemy się i połykamy resztki naleśników. Po nerwowym poszukiwaniu moich kluczy od domu (które nie wiadomo jakim trafem wpadły za kanapę), biegniemy na przystanek autobusowy i już za chwilę pędzimy w kierunku płaszowskiego dworca. Po drodze kupujemy jeszcze chleb i nagle znajdujemy się w pociągu. Panuje w nim tak okropny tłok, że nie ma gdzie kijka trekingowego wepchnąć. Na szczęście w połowie drogi pociąg opróżnia się, możemy więc rozłożyć się wygodnie i spać do samego Przemyśla.

Szybko wytaczamy się, spotykamy ostatniego uczestnika naszej wyprawy – Bartka, wymieniamy w kantorze pieniądze i już siedzimy w busie, który zawozi nas do Medyki, na granicę. Wypisujemy oświadczenia i nagle znajdujemy się w Szegini, na Ukrainie. Prędko biegniemy do kolejnego pojazdu, który nie wiadomo po co czeka na nas od 12. Co prawda zapomnieliśmy uwzględnić zmianę czasową, więc mamy godzinne opóźnienie, jednak nie psuje to nam humorów. Bus ma nas zawieźć do Bystreca pod szkołę, byśmy stamtąd mogli łatwo dojść do Chatki u Kuby, gdzie po raz ostatni śpimy w cywilizowanych warunkach.

Pierwsze liźnięcie Ukrainy

Dzięki interesującym rozmowom, podróż mija mi jakby ktoś z bicza strzelił. Podziwiam ukraińskie krajobrazy i dziwne budowle. Po drodze nie omija nas oczywiście przygoda, albo może nawet dwie.

Najpierw nasz bus zatrzymuje ukraińska policja, która pyta kierowcę czy wiezie jakąś mafię. Dobre sobie! Studenci mafią. Następnie łapiemy gumę. Po wprawnych ruchach kierowcy orientujemy się, że dość często zmienia koła na podziurawionych drogach, toteż po krótkim oczekiwaniu ponownie rozsiadamy się w pojeździe. Wkrótce też zatrzymujemy się na chwilę w Iwanofrankiwsku, gdzie kupujemy bilety powrotne z Kwasów do Lwowa. Organizujemy też trochę zimnej coli i kwasu, co bardzo wszystkich cieszy w tym nieznośnym upale.

Za Iwanofrankiwskiem odkrywa się przed nami zakarpacka kraina z mnóstwem wzniesień, gór, malowniczymi liniami kolejowymi. Wszyscy radośnie śpiewają znane szlagiery, jednakże powoli morzy mnie sen. Budzę się nagle. Coś strasznie trzęsie. W życiu jeszcze tak mną nie trzęsło! Jedziemy kamienistą drogą wzdłuż strumienia. Ledwo mieścimy się na niej. I ustawicznie rzuca nami na wszystkie strony. Powoli robi się ciemno. W mroku majaczą małe ogniska z zebranymi dookoła nich ludźmi.

Od początku w szczerym polu

I nagle w egipskich ciemnościach wjeżdżamy do Dzembroni. Czuję lekkie ukłucie niepokoju. Przecież mamy jechać do Bystreca. Może kierowca chce nas zawieźć prosto pod chatkę? Trzeba ufać, że wszystko będzie ok. On jest tutejszy i na pewno wie co robi. Niestety nasze zaufanie zostaje wystawione na próbę.. Nagle busiarz zatrzymuje się i mówi, że to koniec. Na dodatek żąda większej ilości pieniędzy. Robię się zła, tym bardziej, że sami z siebie za spóźnienie dorzucamy 200 hrywien, a nie jesteśmy w miejscu w którym powinniśmy być. Co najlepsze, busiarz nie potrafi określić naszej lokalizacji, więc nie mamy jak zorientować jeszcze nieznanej nam mapy. Wyładowujemy się z busa i wpadamy prosto w krowie łajna! No ładnie.

Jesteśmy niewiadomo gdzie, w ciemnościach, w krowich odchodach, przy blasku milionów gwiazd. Romantyczniej być nie mogło. Dyskutujemy czy szukać Chatki u Kuby czy też zostać i rozbić się. W końcu zapada decyzja, że idziemy. Jednakże nie jesteśmy w stanie ujść daleko. Nie przejdziemy zawalonego mostu po ciemku. Zostajemy więc i na trawie rozkładamy nasze namioty. Po myciu i ugotowaniu herbaty podziwiamy najpiękniejsze niebo na świecie i liczymy kolejne spadające gwiazdy, a także powoli usypiamy.

14 sierpnia

Lenie patentowane

Zapowiedziałam pobudkę na 7.00. jednakże nikt nie potraktował tej godziny serio. Wstajemy więc o 9.00 nie wiadomo tylko, czy czasu polskiego czy ukraińskiego, wyczołgujemy się z namiotów i nagle okazuje się, że znajdujemy się w centrum Dzembroni, a nie w lesie jak się nam zdawało. Na dodatek rozbiliśmy się komuś na podjeździe. Dobrze, że nie ma właścicieli. Jak odmiennie świat wygląda z perspektywy czołówki i gwiazd.

Zabieramy się więc za rozpalenie ogniska, poranną toaletę, wielkie skrobanie jabłek, gotowanie ryżu oraz jabłek z cynamonem. Suma sumarum wszyscy udajemy, że śniadanie bardzo nam smakuje, a w duchu krzywimy się, że jest za słodkie. Potem modlimy się wspólnie i opieszale zwijamy obóz. Spotykamy też pierwszych Polaków, którzy pytają nas o drogę – tylko, że my jeszcze nie znamy drogi!

Nagrodą za lenistwo jest grzmot, który przetacza się gdzieś na niebie. Będzie burza? Przejdzie bokiem? Ja się panicznie boję burzy! Na szczęście chmura znika za horyzontem..

Poszli i zaiste daleko uszli

Wreszcie ruszamy. Idziemy prostą drogą, szukamy kościoła, żeby zapytać o Mszę na piętnastego sierpnia, gdy nagle okazuje się, że zboczyliśmy w stronę prawosławnego monastyru i tak naprawdę to nie mamy pojęcia gdzie jesteśmy. Cóż zrobić? Wraz z Natalią, naszym przewodnikiem (lubi grzebać w mapach, więc niech prowadzi) zostawiamy plecaki i idziemy na rekonesans. Przewodnik Bezdroża, z którego pilnie korzystamy opisuje wejście na szlak, jednak nigdzie nie możemy znaleźć furtki do gospodarstwa przez które ma przebiegać nasza dróżka. Zlikwidowali furtkę? Zlikwidowali szlak?

Spotykamy Ukraińców, którzy chcieliby dzisiaj spać na Pip Iwanie, ale też nie wiedzą jak tam dojść. Cudownie po prostu! W końcu, w pobliżu prawosławnej kapliczki i sklepu odnajdujemy utęskniony szlak. Wracamy do grupy, podrywamy wszystkich i dziarsko maszerujemy aż do pierwszego wzniesienia. O losie! Gdy tylko plecak zaczyna mi ciążyć, żałuję Badeniego, Tolkiena i Krygowskiego, których niosę. Mam też ochotę wyrzucić cały czosnek, połowę ubrań i płyn do mycia naczyń. W tym momencie pozbyłabym się nawet mydła. A już szczególnie tego miodu w słoiku. No nic, wlekę się dalej wkurzając się na moje 25- 27 kg na plecach. Trzeba było słuchać Piotrka i nie brać tylu bluzek.

W końcu po pół godzinie, przetaczamy się przez płot i siadamy. Mateusz litościwie zabiera moje książki i lecimy (o ile drapanie się z plecakami można nazwać biegiem). Po jakimś czasie znowu się zatrzymujemy na niewielkiej Połoninie, gdzie pałaszujemy nasze pierwsze zapasy.

Burza po Huculsku

Ku mojemu przerażeniu w zastraszającym tempie psuje się pogoda. W oddali znowu słychać grzmoty, chmury szybko mkną po niebie. Natalia zauważa na mapie chatę. Musimy tam dotrzeć. Zbieramy się więc i tym razem już naprawdę biegniemy. W oddali, w dolinie podnoszą się chmury, które kotłują się i przybliżają. Niesamowity i przynajmniej dla mnie dość przerażający widok. Nagle, tuż przed chatką zrywa się ogromny deszcz, który przelewa nas na wszystkie strony. Jednakże szczęśliwie docieramy do chatki, gdzie najpierw nie chcą nas wpuścić, ale widząc co się dzieje zapraszają do środka.

Dookoła szaleje burza, w pobliżu chatki walą pioruny, a my w środku wesoło gawędzimy z napotkanymi Polakami (kolejnymi) i Ukraińcami. Kupujemy też super zapychający biały ser za jedyne 22 hrywny za kilogram. Nasz bard Łukasz wyciąga gitarę i zaczynamy śpiewać. Ciekawie też rozglądamy się po wnętrzu chaty. Jest w niej sypialnia z piętrowymi łóżkami, koty, przedsionek w którym stoimy i pomieszczenie z serami. Burza szaleje, krowy się boją, a my siedzimy sobie w ciepłej chacie. Żyć nie umierać! Zdaje się, że niefart został gdzieś na dole.

Po godzinie zaczyna się wypogadzać. Wychodzimy. Chcemy jeszcze dzisiaj dojść na Pip Iwana. Po drodze mijamy źródełko. Woda po deszczu jest żółta, jednakże mamy do wyboru pić ją lub schnąć z pragnienia. Napełniamy więc butelki, wrzucamy super- syf (multiwitamina) w potrójnej dawce i grzejemy do góry. Spotykamy po drodze obóz Ukraińców, którzy głośno oblewają nie wiadomo co. Może koniec burzy, może to że doszli powyżej huculskiej chatynki.

Kolorowo od namiotów

Po drodze spotykamy poznanych wcześniej Polaków oraz kolejnych, którzy schodzą już z grani głównej. Na jednym z obozowisk widzimy mnóstwo namiotów. Gdzie ta pustka i samotnia? W końcu około 19.30 znajdujemy dobre miejsce na biwak, w pobliżu skałki zwanej Żabą, na połoninie Iliuchowej. Niedaleko stąd już do grani – zaledwie pół godziny. Wdrapujemy się oczywiście na Żabę jak i potem na Uchaty Kamiń. Potem rozkładamy namioty i dzielimy się obowiązkami. Część idzie po wodę do oddalonego o piętnaście minut w dół źródełka, część zaczyna gotować żurek z paczki i kaszę gryczaną.

W końcu zbieramy się wszyscy i zajadamy się pyszną ciepłą zupą z kiełbasą podwawelską przywiezioną aż z Krakowa. Małe rzeczy, takie jak dobry posiłek po ciężkim dniu, zaczynają nabierać dużego znaczenia, a jajko, którego nikt nie chciał brać staje się przysmakiem.

Urządzamy sobie wieczorek ze świeczkami, zabawy ze świeczkami, parzenie stóp świeczkami i grzanie się przy świeczkach. Śpiewamy też trochę, a potem rozchodzimy do namiotów.

15 sierpnia

Niech wzejdzie!

Wraz z Anią i Mateuszem postanawiamy dzisiaj zaatakować Pip Iwana znienacka, czyli wyjść na wschód słońca. Budzimy się więc z oporami (przynajmniej ja) po dwóch godzinach snu, otulamy się w nasze polary i kurtki i już jesteśmy na grani. Półprzytomna ciągnę się za plecami Ani po nieznanych nam ścieżkach. Idziemy prosto, skręcamy w lewo, potem znowu w prawo, mijamy jakieś namioty. Mateusz prowadzi, więc zapewne dojdziemy. W końcu, w półmroku, majaczą nad naszymi głowami ruiny obserwatorium na Pip Iwanie. Gwiazdy powoli znikają z nieboskłonu, nawet Orion powoli blednie. Docieramy na szczyt i trafiamy na stare piwnice pełne śmieci i plastikowych butelek. Smutny to widok. Cywilizacja wzięła już we władanie na ponad tysiąc lat (czas rozkładu butelki plastikowej) ten jakże piękny szczyt. Wielka szkoda.

Przewiewa nas porywisty wiatr, zajadamy się więc białą czekoladą w nieprzyzwoitych ilościach i czekamy aż się rozjaśni. Słońce nie chce jednak wzejść, oglądamy więc majestatyczne ruiny obserwatorium od środka (przemilczę ilości śmieci jakie tam znaleźliśmy), obchodzimy je dookoła, witamy się z rannymi ptaszkami, które dźwignęły się ze swoich namiotów i powoli schodzimy, bo przecież w dole czeka śniadanie i ciepła herbata. Dopiero gdzieś w okolicy przełęczy nad Kwadratem widzimy jak słońce ukazuje się. Szybko więc i jak nam się zdaje, innymi ścieżkami schodzimy do obozu.

Leżenie koło złego

Śniadanie czeka już na nas, część ludzi zeszła do źródełka umyć się. Znowu w tempie żółwia zwijamy nasz obóz. Pociesza mnie jedna rzecz. Jak już wyjdziemy na grań główną, grupa pójdzie na lekko na Pip Iwana, a my będziemy odpoczywać. Idziemy więc, wdrapując się po drodze na przydrożne skałki. Nabieramy pysznej wody w źródełku, ochlapujemy się nią i za chwilę już leżymy.

Martwię się trochę o Michała, którego coś ugryzło w wargę. Spuchnięty, nie wygląda zbyt dobrze i nawet duża ilość wapna z clemastinum niewiele pomaga. Jednakże to nie przeszkadza mu w tym, by wyprawić się na szczyt.

Odpoczywamy więc, rozmawiamy, czytamy Krygowskiego i udajemy, że śpimy. Według przewodnika nie powinniśmy przebywać zbyt długo w tym miejscu, dlatego, że tutaj czai się Złe. Jesteśmy w Pohanym misce (złe złowieszcze miejsce), w którym czai się zabity przez piorun pasterz, którego dusza nigdy nie opuscila grani. Niemniej jednak mijają ze trzy godziny zanim idziemy dalej. W tym czasie Złe zdążyło wpędzić mnie w melancholijny, wierszowany nastrój, śpię więc i piszę wśród krzaków pełnych jagód. Wydaje mi się, że nie pokochałam Czarnohory. Jest piękna, owszem, ale to takie połączenie Tatr Zachodnich i Bieszczad. Braknie jej też dzikości, w ostatnich latach porwana została do cywilizacji. Wszędzie ludzie i śmieci, dużo wydeptanych ścieżek, a o darciu pod górę przez krzaki można jedynie pomarzyć.

W końcu ruszamy. Gdzieś nad Dzembronią przechodzi burza. Gnamy cały czas w stronę Munczela. Po śpiewanej przerwie toczymy się szlakiem. Chciałabym jeszcze trochę polenić się wśród traw, jednakże niedaleki grzmot podrywa mnie na równe nogi. Cała melancholia tego dnia ucieka i ulatuje z wiatrem. Pozostaje strach i gonitwa. Munczela mijamy obejściem. Na szczęście wiatr wieje w przeciwną stronę, więc burza znowu mija bokiem.

Jeziorko pełne niespodzianek

Dzisiaj śpimy przy jeziorku Berbenieskim (Tomniackim). Schodzimy więc w dół tylko po to, by przekonać się jak dużo osób nocuje nad stawkiem. Kolorowe namioty powiewają na lekkim wietrzyku. Szybko zrzucam się z siebie bagaż i już kroję ser. Zaraz też zbiera się kilka osób, które tną cebulę, czosnek, przygotowują sos. Dzisiaj święto. Mamy więc świąteczny obiad w postaci spaghetti Napoli. Nikt już nie narzeka, że nie warto nosić czosnku, skoro jest pyszną przyprawą i na dodatek pomaga zwalczać bakterie. Woda wrze na butlach, a nam cieknie ślinka.

W końcu siadamy do długo wyczekiwanego posiłku Makaron z serem i sosem w menażkach wygląda bardzo zachęcająco, tylko jest go tak dużo, że nie da się tego wszystkiego zjeść. Potem jeszcze krótka pogawędka z Natalią po drugiej stronie jeziorka i wracamy do obozu, by umyć się w wodzie, która pamięta jeszcze ciepło słońca.

Nagle zrywa się ogromny wiatr. Wszyscy w ogromnym pośpiechu zwijają naszą kuchnię, chłopacy wbijają głębiej śledzie, by nie porwało naszych namiotów. Wprawdzie świeci nad nami niebo pełne gwiazd, ale za Rebrą błyska się, a wiatr nie traci na sile. Wydaje się, że to nie będzie spokojna noc, a z mycia nici.. Stoję jeszcze z pół godziny przed obozem, wsłuchując się i patrząc na niebo rozbłyskujące raz po raz. Potem pakuję się do namiotu i po chwili nie pamiętam już nic.

16 sierpnia

Zimna woda zdrowia doda!

Z Natalią wyrzucamy się ze śpiworów już koło godziny szóstej. Chcemy się umyć, a w tak rozległym obozowisku ciężko kogoś nie spotkać. Trzęsąc się z zimna, przebieramy się w stroje kąpielowe i powoli schodzimy do jeziorka. Brr! Już po zanurzeniu jednej stopy mam ochotę uciec z wrzaskiem do namiotu i powiedzieć, że dzisiaj woda jest moim wrogiem.. Nie wiadomo jednak kiedy będzie następna okazja, by wykąpać się tak wygodnie. Powoli więc, z miną twardziela, zatykając usta, zanurzam się. Woda jest cudowna, woda jest cudowna – powtarzam w myślach. To co, że zimna. Jest tak przyjemnie, tak ciepło, wręcz gorąco. Dawno bardziej nie oszukiwałam się, ale w końcu czyste i wykąpane wyskakujemy z Natalią na brzeg. W obozie nasze dziewczyny przygotowują już śniadanie. Masło orzechowe, pasztet, szynka konserwowa (mniam) i kanapki z czekoladą( ble!).

Po śniadaniu zauważam skałki. Piękne, dość wysokie skałki, akurat takie na które można wspinać się bez zabezpieczenia. One stoją tu nie od dziś, ale zajęta wczorajszym obiadem nie widziałam nic oprócz makaronu, czosnku i sera. Piszcząc w myślach z uciechy biegnę w ich stronę i za chwilę już podciągam się w małym kominie. Podczas moich harców Ania i Mateusz pilnie poszukują ścieżki, która pozwoli nam wyjść z powrotem na grań, a Bartek, Michał i Piotrek i cała reszta zwijają obóz.

I w drogę!

Za chwilę już toczymy się pod górę. Nasze plecaki są już dużo lżejsze. Jednakże znowu jesteśmy leniwi i omijamy Rebrę. Dzisiaj trzeci dzień – tak zwany kryzysowy. I nawet trochę widać, że kilka osób ma już dość. I mnie nie idzie się zbyt lekko. Dzień szybko mija na pogawędkach i powolnym wędrowaniu w świetle słońca i przy lekkich chmurkach. Holujemy też trochę Karola, który od wczoraj wyraźnie ma dość.

W końcu dochodzimy do Ozero Nesamowyte (Jeziorka Niesamowitego). Jest to najbardziej znane jeziorko na całej Czarnohorze. Która panna spojrzy w taflę wody, ta ujrzy w niej wybranka swego. Naśmiewam się z tej legendy wiedząc, że jeśli tylko będzie okazja, to zajrzę w głębiny.

Zbiegamy szybko w dół, by w źródełko napełnić butle i spojrzeć w toń. Zanosi się jednak na deszcz i ku mojemu rozczarowaniu brzegi jeziorka zarośnięte są sitowiem. Wkładamy nasze jarzma na plecy i ciągniemy się po szlaku.

Na następnym postoju, ku uciesze wszystkich Ania wyławia ze swojego plecaka kabanosy, które wcinamy z czekoladą. I już znajdujemy się na Małej Howerli – na Breskule. Roztacza się stąd piękny widok zarówno na Pip Iwana jak i na Howerlę – najwyższą górę Ukrainy.

Miłosne opowieści

Z najwyższymi szczytami Czarnohory związana jest legenda. Howerla jako piękna dziewoja, zakochana była w pewnym chłopcu – Pietrosie. Młodzi chcieli wziąć ślub i z tą radosną wieścią udali się do pip Iwana, który miał im pobłogosławić ich związek. Jednakże Pip Iwan zdecydowanie nie ucieszył się z tej jakże podniosłej wiadomości, bo sam skrycie podkochiwał się w Howerli. Zaczął więc gonić młodych. Przestraszona Howerla wraz z Pietrosem uciekali co sił w nogach. Nagle, niespodziewanie, dziewczyna przewróciła się i skręciła kostkę. Krzyknęła do ukochanego, by uciekał. Jednakże tchórzliwy(bo wziął nogi za pas) Pietrek nie odbiegł daleko i tak już zostali- Pip Iwan z tyłu, Howerla, a kawałek od niej Pietros.

Gdy burza psuje nam szyki

Pierwsza część grupy rusza na podbój Howerli, a my z tyłu, ociągając się nieco widzimy chmury burzowe. Tak, widzieliśmy dużo chmur burzowych podczas tego wyjazdu, jednakże te kłębią się znacznie za blisko. Wydaje się iż możemy być w zasięgu burzy. Podrywamy się więc i biegiem gonimy na czoło grupy, by cofnąć wszystkich i przeczekać burzę w bezpiecznym miejscu.

Część grupy decyduje się iść z nami, jednakże bardziej uparta czwórka pcha się na szczyt. Ich wybór. Mijamy Howerlę obejściem i zaraz za nią znajduje się nasze miejsce biwakowe. Będzie więc okazja, by wejść na szczyt w bardziej sprzyjających warunkach.

Oglądamy jeszcze chmury napierające na Breskuł i za jakiś czas niebo wypogadza się. Na szczęście znowu przeszło bokiem. Dokonujemy więc SCO – czyli standardowych czynności obozowych – rozbijania się gotowania, jedzenia. Później gramy we wspólnego RPGa. Przewodzi nam wielki, głupi troll, z którego naśmiewamy się do łez. Powoli rozchodzimy się do namiotów, by wstać na kolejny wschód słońca, tym razem na Howerli.

17 sierpnia

No to śpimy

O czwartej budzi mnie odgłos kropel spadających na nasz namiot. Pada. To znaczy, że nigdzie nie idziemy. Zasypiam ponownie i wstaję dopiero o 8. Chmury tłoczą się nad obozem, wieje porywisty wiatr i tak nagle zrobiło się zimno. Nieprzyjemnie! Namioty są mokre. Nie ma co. Skoro lenimy się od początku naszej ekstremalnej wyprawy, to robimy sobie dzisiaj dzień wolny.

Pierwszy też raz jemy kaszkę z muesli, płatkami i jagodami! Pyszności! Przysmak ten zaproponowała nam przed wyprawą jedna z Ań, jako posiłek energetyczny, smaczny, a jednocześnie bardzo lekki. Wcinamy więc aż uszy nam się trzęsą.

Bieliźniana góra

Niestety pogoda wyraźnie psuje się. Howerla zasnuwa się chmurami i znika gdzieś. Uciekła? Pakujemy się więc do największego namiotu, naszego marabuta i gramy w psychologa, potem w dom, w karty. Popołudniu na szczęście przejaśnia się i tuż przed obiadem idziemy obejrzeć Czarnohorę z perspektywy Howerli.

Najwyższa góra Ukrainy zaskakuje mnie tym, że tak łatwo i szybko wchodzi się na nią. Mateusz słusznie nazwał Howerlę Bieliźnianą górą. Na szczycie stoi pomnik z licznymi podpisami i krzyż. Dookoła porozwieszane są też linki do których przywiązane są chusteczki najdziwniejszych kolorów i kształtów, które powiewają na wietrze. Mimo brzydkiej pogody na dachu Ukrainy siedzi wielu ludzi. Na zboczu mieszka ponad dwadzieścia kruków. Jeszcze pamiątkowa fotka i już schodzimy w stronę Breskułu, by jeszcze raz przejść ścieżką pod Howerlą.

Zbierkaaaa!

Największą niespodzianką dzisiejszego dnia jest grupa ukraińskich harcerzy, którzy wpadają na nasze pole biwakowe i rozkładają się z namiotami. Podziwiamy ich stroje. Niektórzy idą w klapkach, inni w sandałach. Co chwila też ich druh donośnym głosem gwizdka ogłasza zbierkę. Wszystko robią razem, w doskonałym porządku, posłusznie po zbierce stoją w kolejce do jedzenia. Nawet spać kładą się w jednej chwili.

A my po raz pierwszy gramy w moją ulubioną grę – Ktulu. To taka utrudniona wersja mafii z podziałem na konkretne role i funkcje, gdzie każda frakcja ma odmienne cele. Potem jeszcze wpadają z wizytą studenci AGH-u, którzy nocują 200m od nas, urządzamy więc wspólne śpiewanie.

18 sierpnia

(Ł)Owce

Kolejny ranek nie przynosi poprawy pogody. Dookoła unoszą się mgły, wieje i jest przeraźliwie zimno. Nie możemy jednak siedzieć pod Howerlą, jeśli jutro mamy zdążyć pociąg z Kwasów. Raczymy się więc śniadaniem złożonym z okruchów pumpernikla i dodatków i już za chwilę składamy obozowisko.

Nagle, we mgle słyszymy dzwonki i już za chwilę przez polankę przetacza się ogromne stado owiec, a chwilę po nich przychodzi strażnik parku, który wypisuje nam bilety na ludzi i namioty. Na Czarnohorze jest bardzo ciekawy system wejść do parku Narodowego. Jest po prostu jedna budka, gdzie można kupić bilety. Stoi ona między Howerlą, a Pietrosem (ach ci rozdzieleni kochankowie). Wykupujemy więc bilety i już za chwilę z dziwnie lekkimi plecakami gnamy w stronę Pietrosa. Po drodze zaczynamy nagle spotykać kolejnych strażników, którzy długo i badawczo przyglądają się świstkowi papieru jaki dostaliśmy pod Howerlą.

Tchórzliwy, ale jedyny

Po dwugodzinnym marszu docieramy pod Pietrosa. Z przełęczy Karakadza roztacza się cudowny widok na Gorgany, w których o dziwo jest dobra pogoda. Spotykamy też kolejnego strażnika, który z dumą pokazuje nam wielki worek hrybów (grzybów), które nazbierał w lesie.

Pietros to jedyna prawdziwa góra na Ukrainie – stroma. Drapiemy się więc pod górę, wiatr zwiewa nas z grani, ale dzięki niemu jest też dobra widoczność. Na szczycie spotykamy Polaków (cóż za nowość!) i już powoli schodzimy na przełęcz za Pietrosem.

O raju, jestem w raju!

Krótki postój i chcemy pędzić na nasze pole biwakowe. Nieopatrznie jednak skręcamy w złą ścieżkę, idziemy fragmentem połoniny Seszul i nagle naszym oczom ukazują się najpiękniejsze widoki świata. Chciwie oglądamy rumuńskie Karpaty marząc o wyprawie w nie. Raz chmury lekko przesłaniają widok, raz słońce przyświeca. Jest pięknie, cudownie, bajecznie. Tylko biedna Natalia martwi się, że jako nasz człowiek od mapy zgubiła drogę. Nikomu jednak to nie przeszkadza, wszyscy wręcz cieszą się, że trafiliśmy na takie krajobrazy, których nigdy byśmy nie zobaczyli idąc szlakiem.

Jako, że miniemy nasze pole namiotowe wyszukujemy sobie nowy nocleg przy Merkowej Horskiej Chacie. Idziemy więc po ścieżynce, potem przez Waskul. Michał cały czas marudzi byśmy rozbili się gdzieś pod tymi cudownymi widokami, jednakże nie ma niestety gdzie postawić nawet jednego namiotu.

A szczypawki do zabawki

W końcu odnajdujemy ruiny schroniska i powoli schodzimy do nich. Rozbijamy się blisko szlaku. Ukraińcy jako, że skończyli już jeść zapraszają nas do swojego ogniska, byśmy ugotowali tam posiłek.

Powoli robi się ciemno, pałaszujemy makaron z rybą, a co odważniejsi kosztują w dużych ilościach mleka, które kupiliśmy od górala. Podziwiam ich za twardy żołądek. Część z nas siada też przy ognisku, śpiewa. Otulamy się kocem ratunkowym i jest nam gorąco i przyjemnie(oprócz tego momentu, gdzie prawie dusimy się, bo Michał pali opakowania w ognisku). Siedzimy tak aż ognisko gaśnie. Pakuję się do namiotu, a tam już czeka niespodzianka w postaci dużej szczypawek. Niedobrze. W ciemnościach, przy świetle czołówki tłukę je ile wlezie. O dziwo mają bardzo długą żywotność. Jeszcze po powrocie z Czarnohory wytrzepuję z plecaka co najmniej cztery żywe szczypawki. Natalia mówi mi w Krakowie, że w marabucie tez znalazła kilka żywych.

19 sierpnia

Kpina!

Jedyne co musimy zrobić tego dnia, to pożegnać się z górami i zejść do Kwasów i pociągiem udać się do Lwowa. Jak już wspominałam nie pokochałam Czarnohory, jednakże bardzo ją polubiłam i nie chcę wyjeżdżać. Postanawiam, że jeszcze kiedyś tutaj wrócę, ale tak tym razem naprawdę ekstremalnie – zobaczyć ile czasu trzeba tak naprawdę na szybkie przejście całego pasma.

Przed podróżą chcemy z Natalią umyć głowę. To jedno z ciekawszych i bardziej intensywnych przeżyć. Za schroniskiem stoi studnia, z której czerpiemy wodę. Jest zimniejsza od jeziorka Berbenieskiego! Natalia wylewa mi lodowatą miskę wody na głowę i naprawdę nie jestem w stanie nie drzeć się, tym bardziej, że jest zimno. Nasze krzyki wypełniają okolicę. W końcu zmarznięta wracam do namiotu. W głowie świta mi pewna myśl. Zakpię sobie z Czarnohory na sam koniec i umyję się w ciepłej wodzie. Podgrzewam więc na gazie pół garnka i zadowolona myję się w namiocie.

Kurcze spod mostu

Popołudniu schodzimy do Kwasów. Pierwsze kroki kierujemy do sklepu. Trzeba przecież uczcić pomyślne zakończenie czarnohorskiej części wyprawy. Kupujemy zamrożone udka z kurczaka, trochę warzyw. W plecakach mamy jeszcze Kuskusa, więc będzie to przepyszny obiad. Chwilę potem siedzimy już na łące za domem, na której pozwolili nam siedzieć Ukraińcy, rozmrażamy kurę, odzieramy z kości i kroimy.

Nagle zaczynać lać, szybko więc przenosimy się pod most i tam już zostajemy, bo deszcz co chwila zacina. Rzeka wartko płynie, przez most co jakiś czas przejeżdżają samochody, a my gotujemy na butlach i z niepokojem patrzymy do góry raz po raz czy jakiś kamień nie utkwi w garnku. Żyć nie umierać! W końcu najlepsza potrawa pod słońcem jest gotowa, wcinamy więc aż uszy się trzęsą.

Dworcowo

Teraz pozostaje nam tylko czekać na nasz pociąg. Siedzimy więc na dworcu ze trzy godziny, gramy w Ktulu, raczymy się ukraińskim winem i śpiewamy. Czarnohora jest już sprawdzona. Nie jest już dzika. Przyszli ludzie, wielu Polaków, ucywilizowali ją. To miała być ekstremalna wyprawa, a wyszedł nam przyjemny górski wypoczynek. Prawdą jest też to, że nie dała nam w kość. Postraszyła nas kilkoma burzami, wiatrem, zimnem, ale nie było żadnego głębokiego załamania pogody, żmij, którymi nas straszono, niedźwiedzi, rebeliantów, którzy jeszcze kilkanaście lat temu biegali po niej z bronią i rabowali turystów. Czarnohora była nam łaskawa.

Wielkie „dziękuję” dla Natalii i Mateusza za przypomnienie szczegółów wielu

 

Ania Piechowska

 

2010-09-10 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
CZARNOGÓRA

Czarnohora z plecakiem

przez Albin Marciniak 2010-09-10
Napisane przez Albin Marciniak

Czarnohora z plecakiem

 

Parszywa trzynastka buszuje na Czarnohorze

 

Pierwszy raz o Czarnohorze usłyszałam kilka lat temu podczas jednej z moich tatrzańskich wędrówek. Góry te jawiły mi się jako tajemnicza i dzika kraina, w której trzeba „drzeć” siedemset metrów pod górę przez lasy, chaszcze i ostępy. Postanowiłam więc wreszcie sprawdzić Czarnohorę i dowiedzieć się na ile można ufać barwnym opowieściom o idealnej głuszy.

 

Parszywa trzynastka gotuje się do akcji

Jako, że na Czarnohorę jedziemy Parszywą trzynastką, wyprawa wymaga wielu przygotowań. Trzeba wykupić zapas jedzenia na tydzień, zorganizować przejazd, apteczkę, poczytać o istocie tych gór, sprawdzić formę uczestników. Prowiant zajmuje pół mojego salonu – są tam kaszki dla dzieci, bogactwo muesli, czekolad, pasztetów, serów, jajek, kiełbas etc. Mądre głowy przygotowują trasę, obmyślają warianty przejść i miejsca noclegowe, uzupełniają listę rzeczy do zabrania. Śpiewnik, modlitewnik, dzienniczki. Zbieramy też czarnohorskie legendy i opowieści od znajomych. Wszystko to fruwa w powietrzu. Ruszamy też na krótką wyprawę integracyjną w Tatry. I w końcu zrobiliśmy to. Wyjazd jest gotowy, a my cali szczęśliwi wyczekujemy początków naszej jak wydaje się ekstremalnej wyprawy.

 

 

12 sierpnia

Sto(s) czekolad!

W dniu zero integrujemy się, organizując wielką ucztę naleśnikową u mnie w domu. Tego wieczoru dzielimy między siebie około sto kilogramów jedzenia, garnki, butle z gazem, podpałki, zapałki i inne akcesoria. Nie obywa się oczywiście bez drobnych sprzeczek typu: Ale po co właściwie nam czosnek? Dlaczego mamy brać tyle papieru toaletowego? Czy nie mamy za dużo namiotów? Nie chcemy cytryn do herbaty! W końcu spakowaliśmy się i nagle okazało się, że zostały nam zaledwie dwie godziny snu. Oj bieda!

13 sierpnia

Ruszamy na wycieczkę, biorąc misia w teczkę

Zrywamy się z łóżek o szóstej rano. O masakro! Jeszcze raz burzliwie przepakowujemy się i połykamy resztki naleśników. Po nerwowym poszukiwaniu moich kluczy od domu (które nie wiadomo jakim trafem wpadły za kanapę), biegniemy na przystanek autobusowy i już za chwilę pędzimy w kierunku płaszowskiego dworca. Po drodze kupujemy jeszcze chleb i nagle znajdujemy się w pociągu. Panuje w nim tak okropny tłok, że nie ma gdzie kijka trekingowego wepchnąć. Na szczęście w połowie drogi pociąg opróżnia się, możemy więc rozłożyć się wygodnie i spać do samego Przemyśla.

Szybko wytaczamy się, spotykamy ostatniego uczestnika naszej wyprawy – Bartka, wymieniamy w kantorze pieniądze i już siedzimy w busie, który zawozi nas do Medyki, na granicę. Wypisujemy oświadczenia i nagle znajdujemy się w Szegini, na Ukrainie. Prędko biegniemy do kolejnego pojazdu, który nie wiadomo po co czeka na nas od 12. Co prawda zapomnieliśmy uwzględnić zmianę czasową, więc mamy godzinne opóźnienie, jednak nie psuje to nam humorów. Bus ma nas zawieźć do Bystreca pod szkołę, byśmy stamtąd mogli łatwo dojść do Chatki u Kuby, gdzie po raz ostatni śpimy w cywilizowanych warunkach.

Pierwsze liźnięcie Ukrainy

Dzięki interesującym rozmowom, podróż mija mi jakby ktoś z bicza strzelił. Podziwiam ukraińskie krajobrazy i dziwne budowle. Po drodze nie omija nas oczywiście przygoda, albo może nawet dwie.

Najpierw nasz bus zatrzymuje ukraińska policja, która pyta kierowcę czy wiezie jakąś mafię. Dobre sobie! Studenci mafią. Następnie łapiemy gumę. Po wprawnych ruchach kierowcy orientujemy się, że dość często zmienia koła na podziurawionych drogach, toteż po krótkim oczekiwaniu ponownie rozsiadamy się w pojeździe. Wkrótce też zatrzymujemy się na chwilę w Iwanofrankiwsku, gdzie kupujemy bilety powrotne z Kwasów do Lwowa. Organizujemy też trochę zimnej coli i kwasu, co bardzo wszystkich cieszy w tym nieznośnym upale.

Za Iwanofrankiwskiem odkrywa się przed nami zakarpacka kraina z mnóstwem wzniesień, gór, malowniczymi liniami kolejowymi. Wszyscy radośnie śpiewają znane szlagiery, jednakże powoli morzy mnie sen. Budzę się nagle. Coś strasznie trzęsie. W życiu jeszcze tak mną nie trzęsło! Jedziemy kamienistą drogą wzdłuż strumienia. Ledwo mieścimy się na niej. I ustawicznie rzuca nami na wszystkie strony. Powoli robi się ciemno. W mroku majaczą małe ogniska z zebranymi dookoła nich ludźmi.

Od początku w szczerym polu

I nagle w egipskich ciemnościach wjeżdżamy do Dzembroni. Czuję lekkie ukłucie niepokoju. Przecież mamy jechać do Bystreca. Może kierowca chce nas zawieźć prosto pod chatkę? Trzeba ufać, że wszystko będzie ok. On jest tutejszy i na pewno wie co robi. Niestety nasze zaufanie zostaje wystawione na próbę.. Nagle busiarz zatrzymuje się i mówi, że to koniec. Na dodatek żąda większej ilości pieniędzy. Robię się zła, tym bardziej, że sami z siebie za spóźnienie dorzucamy 200 hrywien, a nie jesteśmy w miejscu w którym powinniśmy być. Co najlepsze, busiarz nie potrafi określić naszej lokalizacji, więc nie mamy jak zorientować jeszcze nieznanej nam mapy. Wyładowujemy się z busa i wpadamy prosto w krowie łajna! No ładnie.

Jesteśmy niewiadomo gdzie, w ciemnościach, w krowich odchodach, przy blasku milionów gwiazd. Romantyczniej być nie mogło. Dyskutujemy czy szukać Chatki u Kuby czy też zostać i rozbić się. W końcu zapada decyzja, że idziemy. Jednakże nie jesteśmy w stanie ujść daleko. Nie przejdziemy zawalonego mostu po ciemku. Zostajemy więc i na trawie rozkładamy nasze namioty. Po myciu i ugotowaniu herbaty podziwiamy najpiękniejsze niebo na świecie i liczymy kolejne spadające gwiazdy, a także powoli usypiamy.

14 sierpnia

Lenie patentowane

Zapowiedziałam pobudkę na 7.00. jednakże nikt nie potraktował tej godziny serio. Wstajemy więc o 9.00 nie wiadomo tylko, czy czasu polskiego czy ukraińskiego, wyczołgujemy się z namiotów i nagle okazuje się, że znajdujemy się w centrum Dzembroni, a nie w lesie jak się nam zdawało. Na dodatek rozbiliśmy się komuś na podjeździe. Dobrze, że nie ma właścicieli. Jak odmiennie świat wygląda z perspektywy czołówki i gwiazd.

Zabieramy się więc za rozpalenie ogniska, poranną toaletę, wielkie skrobanie jabłek, gotowanie ryżu oraz jabłek z cynamonem. Suma sumarum wszyscy udajemy, że śniadanie bardzo nam smakuje, a w duchu krzywimy się, że jest za słodkie. Potem modlimy się wspólnie i opieszale zwijamy obóz. Spotykamy też pierwszych Polaków, którzy pytają nas o drogę – tylko, że my jeszcze nie znamy drogi!

Nagrodą za lenistwo jest grzmot, który przetacza się gdzieś na niebie. Będzie burza? Przejdzie bokiem? Ja się panicznie boję burzy! Na szczęście chmura znika za horyzontem..

Poszli i zaiste daleko uszli

Wreszcie ruszamy. Idziemy prostą drogą, szukamy kościoła, żeby zapytać o Mszę na piętnastego sierpnia, gdy nagle okazuje się, że zboczyliśmy w stronę prawosławnego monastyru i tak naprawdę to nie mamy pojęcia gdzie jesteśmy. Cóż zrobić? Wraz z Natalią, naszym przewodnikiem (lubi grzebać w mapach, więc niech prowadzi) zostawiamy plecaki i idziemy na rekonesans. Przewodnik Bezdroża, z którego pilnie korzystamy opisuje wejście na szlak, jednak nigdzie nie możemy znaleźć furtki do gospodarstwa przez które ma przebiegać nasza dróżka. Zlikwidowali furtkę? Zlikwidowali szlak?

Spotykamy Ukraińców, którzy chcieliby dzisiaj spać na Pip Iwanie, ale też nie wiedzą jak tam dojść. Cudownie po prostu! W końcu, w pobliżu prawosławnej kapliczki i sklepu odnajdujemy utęskniony szlak. Wracamy do grupy, podrywamy wszystkich i dziarsko maszerujemy aż do pierwszego wzniesienia. O losie! Gdy tylko plecak zaczyna mi ciążyć, żałuję Badeniego, Tolkiena i Krygowskiego, których niosę. Mam też ochotę wyrzucić cały czosnek, połowę ubrań i płyn do mycia naczyń. W tym momencie pozbyłabym się nawet mydła. A już szczególnie tego miodu w słoiku. No nic, wlekę się dalej wkurzając się na moje 25- 27 kg na plecach. Trzeba było słuchać Piotrka i nie brać tylu bluzek.

W końcu po pół godzinie, przetaczamy się przez płot i siadamy. Mateusz litościwie zabiera moje książki i lecimy (o ile drapanie się z plecakami można nazwać biegiem). Po jakimś czasie znowu się zatrzymujemy na niewielkiej Połoninie, gdzie pałaszujemy nasze pierwsze zapasy.

Burza po Huculsku

Ku mojemu przerażeniu w zastraszającym tempie psuje się pogoda. W oddali znowu słychać grzmoty, chmury szybko mkną po niebie. Natalia zauważa na mapie chatę. Musimy tam dotrzeć. Zbieramy się więc i tym razem już naprawdę biegniemy. W oddali, w dolinie podnoszą się chmury, które kotłują się i przybliżają. Niesamowity i przynajmniej dla mnie dość przerażający widok. Nagle, tuż przed chatką zrywa się ogromny deszcz, który przelewa nas na wszystkie strony. Jednakże szczęśliwie docieramy do chatki, gdzie najpierw nie chcą nas wpuścić, ale widząc co się dzieje zapraszają do środka.

Dookoła szaleje burza, w pobliżu chatki walą pioruny, a my w środku wesoło gawędzimy z napotkanymi Polakami (kolejnymi) i Ukraińcami. Kupujemy też super zapychający biały ser za jedyne 22 hrywny za kilogram. Nasz bard Łukasz wyciąga gitarę i zaczynamy śpiewać. Ciekawie też rozglądamy się po wnętrzu chaty. Jest w niej sypialnia z piętrowymi łóżkami, koty, przedsionek w którym stoimy i pomieszczenie z serami. Burza szaleje, krowy się boją, a my siedzimy sobie w ciepłej chacie. Żyć nie umierać! Zdaje się, że niefart został gdzieś na dole.

Po godzinie zaczyna się wypogadzać. Wychodzimy. Chcemy jeszcze dzisiaj dojść na Pip Iwana. Po drodze mijamy źródełko. Woda po deszczu jest żółta, jednakże mamy do wyboru pić ją lub schnąć z pragnienia. Napełniamy więc butelki, wrzucamy super- syf (multiwitamina) w potrójnej dawce i grzejemy do góry. Spotykamy po drodze obóz Ukraińców, którzy głośno oblewają nie wiadomo co. Może koniec burzy, może to że doszli powyżej huculskiej chatynki.

Kolorowo od namiotów

Po drodze spotykamy poznanych wcześniej Polaków oraz kolejnych, którzy schodzą już z grani głównej. Na jednym z obozowisk widzimy mnóstwo namiotów. Gdzie ta pustka i samotnia? W końcu około 19.30 znajdujemy dobre miejsce na biwak, w pobliżu skałki zwanej Żabą, na połoninie Iliuchowej. Niedaleko stąd już do grani – zaledwie pół godziny. Wdrapujemy się oczywiście na Żabę jak i potem na Uchaty Kamiń. Potem rozkładamy namioty i dzielimy się obowiązkami. Część idzie po wodę do oddalonego o piętnaście minut w dół źródełka, część zaczyna gotować żurek z paczki i kaszę gryczaną.

W końcu zbieramy się wszyscy i zajadamy się pyszną ciepłą zupą z kiełbasą podwawelską przywiezioną aż z Krakowa. Małe rzeczy, takie jak dobry posiłek po ciężkim dniu, zaczynają nabierać dużego znaczenia, a jajko, którego nikt nie chciał brać staje się przysmakiem.

Urządzamy sobie wieczorek ze świeczkami, zabawy ze świeczkami, parzenie stóp świeczkami i grzanie się przy świeczkach. Śpiewamy też trochę, a potem rozchodzimy do namiotów.

15 sierpnia

Niech wzejdzie!

Wraz z Anią i Mateuszem postanawiamy dzisiaj zaatakować Pip Iwana znienacka, czyli wyjść na wschód słońca. Budzimy się więc z oporami (przynajmniej ja) po dwóch godzinach snu, otulamy się w nasze polary i kurtki i już jesteśmy na grani. Półprzytomna ciągnę się za plecami Ani po nieznanych nam ścieżkach. Idziemy prosto, skręcamy w lewo, potem znowu w prawo, mijamy jakieś namioty. Mateusz prowadzi, więc zapewne dojdziemy. W końcu, w półmroku, majaczą nad naszymi głowami ruiny obserwatorium na Pip Iwanie. Gwiazdy powoli znikają z nieboskłonu, nawet Orion powoli blednie. Docieramy na szczyt i trafiamy na stare piwnice pełne śmieci i plastikowych butelek. Smutny to widok. Cywilizacja wzięła już we władanie na ponad tysiąc lat (czas rozkładu butelki plastikowej) ten jakże piękny szczyt. Wielka szkoda.

Przewiewa nas porywisty wiatr, zajadamy się więc białą czekoladą w nieprzyzwoitych ilościach i czekamy aż się rozjaśni. Słońce nie chce jednak wzejść, oglądamy więc majestatyczne ruiny obserwatorium od środka (przemilczę ilości śmieci jakie tam znaleźliśmy), obchodzimy je dookoła, witamy się z rannymi ptaszkami, które dźwignęły się ze swoich namiotów i powoli schodzimy, bo przecież w dole czeka śniadanie i ciepła herbata. Dopiero gdzieś w okolicy przełęczy nad Kwadratem widzimy jak słońce ukazuje się. Szybko więc i jak nam się zdaje, innymi ścieżkami schodzimy do obozu.

Leżenie koło złego

Śniadanie czeka już na nas, część ludzi zeszła do źródełka umyć się. Znowu w tempie żółwia zwijamy nasz obóz. Pociesza mnie jedna rzecz. Jak już wyjdziemy na grań główną, grupa pójdzie na lekko na Pip Iwana, a my będziemy odpoczywać. Idziemy więc, wdrapując się po drodze na przydrożne skałki. Nabieramy pysznej wody w źródełku, ochlapujemy się nią i za chwilę już leżymy.

Martwię się trochę o Michała, którego coś ugryzło w wargę. Spuchnięty, nie wygląda zbyt dobrze i nawet duża ilość wapna z clemastinum niewiele pomaga. Jednakże to nie przeszkadza mu w tym, by wyprawić się na szczyt.

Odpoczywamy więc, rozmawiamy, czytamy Krygowskiego i udajemy, że śpimy. Według przewodnika nie powinniśmy przebywać zbyt długo w tym miejscu, dlatego, że tutaj czai się Złe. Jesteśmy w Pohanym misce (złe złowieszcze miejsce), w którym czai się zabity przez piorun pasterz, którego dusza nigdy nie opuscila grani. Niemniej jednak mijają ze trzy godziny zanim idziemy dalej. W tym czasie Złe zdążyło wpędzić mnie w melancholijny, wierszowany nastrój, śpię więc i piszę wśród krzaków pełnych jagód. Wydaje mi się, że nie pokochałam Czarnohory. Jest piękna, owszem, ale to takie połączenie Tatr Zachodnich i Bieszczad. Braknie jej też dzikości, w ostatnich latach porwana została do cywilizacji. Wszędzie ludzie i śmieci, dużo wydeptanych ścieżek, a o darciu pod górę przez krzaki można jedynie pomarzyć.

W końcu ruszamy. Gdzieś nad Dzembronią przechodzi burza. Gnamy cały czas w stronę Munczela. Po śpiewanej przerwie toczymy się szlakiem. Chciałabym jeszcze trochę polenić się wśród traw, jednakże niedaleki grzmot podrywa mnie na równe nogi. Cała melancholia tego dnia ucieka i ulatuje z wiatrem. Pozostaje strach i gonitwa. Munczela mijamy obejściem. Na szczęście wiatr wieje w przeciwną stronę, więc burza znowu mija bokiem.

Jeziorko pełne niespodzianek

Dzisiaj śpimy przy jeziorku Berbenieskim (Tomniackim). Schodzimy więc w dół tylko po to, by przekonać się jak dużo osób nocuje nad stawkiem. Kolorowe namioty powiewają na lekkim wietrzyku. Szybko zrzucam się z siebie bagaż i już kroję ser. Zaraz też zbiera się kilka osób, które tną cebulę, czosnek, przygotowują sos. Dzisiaj święto. Mamy więc świąteczny obiad w postaci spaghetti Napoli. Nikt już nie narzeka, że nie warto nosić czosnku, skoro jest pyszną przyprawą i na dodatek pomaga zwalczać bakterie. Woda wrze na butlach, a nam cieknie ślinka.

W końcu siadamy do długo wyczekiwanego posiłku Makaron z serem i sosem w menażkach wygląda bardzo zachęcająco, tylko jest go tak dużo, że nie da się tego wszystkiego zjeść. Potem jeszcze krótka pogawędka z Natalią po drugiej stronie jeziorka i wracamy do obozu, by umyć się w wodzie, która pamięta jeszcze ciepło słońca.

Nagle zrywa się ogromny wiatr. Wszyscy w ogromnym pośpiechu zwijają naszą kuchnię, chłopacy wbijają głębiej śledzie, by nie porwało naszych namiotów. Wprawdzie świeci nad nami niebo pełne gwiazd, ale za Rebrą błyska się, a wiatr nie traci na sile. Wydaje się, że to nie będzie spokojna noc, a z mycia nici.. Stoję jeszcze z pół godziny przed obozem, wsłuchując się i patrząc na niebo rozbłyskujące raz po raz. Potem pakuję się do namiotu i po chwili nie pamiętam już nic.

16 sierpnia

Zimna woda zdrowia doda!

Z Natalią wyrzucamy się ze śpiworów już koło godziny szóstej. Chcemy się umyć, a w tak rozległym obozowisku ciężko kogoś nie spotkać. Trzęsąc się z zimna, przebieramy się w stroje kąpielowe i powoli schodzimy do jeziorka. Brr! Już po zanurzeniu jednej stopy mam ochotę uciec z wrzaskiem do namiotu i powiedzieć, że dzisiaj woda jest moim wrogiem.. Nie wiadomo jednak kiedy będzie następna okazja, by wykąpać się tak wygodnie. Powoli więc, z miną twardziela, zatykając usta, zanurzam się. Woda jest cudowna, woda jest cudowna – powtarzam w myślach. To co, że zimna. Jest tak przyjemnie, tak ciepło, wręcz gorąco. Dawno bardziej nie oszukiwałam się, ale w końcu czyste i wykąpane wyskakujemy z Natalią na brzeg. W obozie nasze dziewczyny przygotowują już śniadanie. Masło orzechowe, pasztet, szynka konserwowa (mniam) i kanapki z czekoladą( ble!).

Po śniadaniu zauważam skałki. Piękne, dość wysokie skałki, akurat takie na które można wspinać się bez zabezpieczenia. One stoją tu nie od dziś, ale zajęta wczorajszym obiadem nie widziałam nic oprócz makaronu, czosnku i sera. Piszcząc w myślach z uciechy biegnę w ich stronę i za chwilę już podciągam się w małym kominie. Podczas moich harców Ania i Mateusz pilnie poszukują ścieżki, która pozwoli nam wyjść z powrotem na grań, a Bartek, Michał i Piotrek i cała reszta zwijają obóz.

I w drogę!

Za chwilę już toczymy się pod górę. Nasze plecaki są już dużo lżejsze. Jednakże znowu jesteśmy leniwi i omijamy Rebrę. Dzisiaj trzeci dzień – tak zwany kryzysowy. I nawet trochę widać, że kilka osób ma już dość. I mnie nie idzie się zbyt lekko. Dzień szybko mija na pogawędkach i powolnym wędrowaniu w świetle słońca i przy lekkich chmurkach. Holujemy też trochę Karola, który od wczoraj wyraźnie ma dość.

W końcu dochodzimy do Ozero Nesamowyte (Jeziorka Niesamowitego). Jest to najbardziej znane jeziorko na całej Czarnohorze. Która panna spojrzy w taflę wody, ta ujrzy w niej wybranka swego. Naśmiewam się z tej legendy wiedząc, że jeśli tylko będzie okazja, to zajrzę w głębiny.

Zbiegamy szybko w dół, by w źródełko napełnić butle i spojrzeć w toń. Zanosi się jednak na deszcz i ku mojemu rozczarowaniu brzegi jeziorka zarośnięte są sitowiem. Wkładamy nasze jarzma na plecy i ciągniemy się po szlaku.

Na następnym postoju, ku uciesze wszystkich Ania wyławia ze swojego plecaka kabanosy, które wcinamy z czekoladą. I już znajdujemy się na Małej Howerli – na Breskule. Roztacza się stąd piękny widok zarówno na Pip Iwana jak i na Howerlę – najwyższą górę Ukrainy.

Miłosne opowieści

Z najwyższymi szczytami Czarnohory związana jest legenda. Howerla jako piękna dziewoja, zakochana była w pewnym chłopcu – Pietrosie. Młodzi chcieli wziąć ślub i z tą radosną wieścią udali się do pip Iwana, który miał im pobłogosławić ich związek. Jednakże Pip Iwan zdecydowanie nie ucieszył się z tej jakże podniosłej wiadomości, bo sam skrycie podkochiwał się w Howerli. Zaczął więc gonić młodych. Przestraszona Howerla wraz z Pietrosem uciekali co sił w nogach. Nagle, niespodziewanie, dziewczyna przewróciła się i skręciła kostkę. Krzyknęła do ukochanego, by uciekał. Jednakże tchórzliwy(bo wziął nogi za pas) Pietrek nie odbiegł daleko i tak już zostali- Pip Iwan z tyłu, Howerla, a kawałek od niej Pietros.

Gdy burza psuje nam szyki

Pierwsza część grupy rusza na podbój Howerli, a my z tyłu, ociągając się nieco widzimy chmury burzowe. Tak, widzieliśmy dużo chmur burzowych podczas tego wyjazdu, jednakże te kłębią się znacznie za blisko. Wydaje się iż możemy być w zasięgu burzy. Podrywamy się więc i biegiem gonimy na czoło grupy, by cofnąć wszystkich i przeczekać burzę w bezpiecznym miejscu.

Część grupy decyduje się iść z nami, jednakże bardziej uparta czwórka pcha się na szczyt. Ich wybór. Mijamy Howerlę obejściem i zaraz za nią znajduje się nasze miejsce biwakowe. Będzie więc okazja, by wejść na szczyt w bardziej sprzyjających warunkach.

Oglądamy jeszcze chmury napierające na Breskuł i za jakiś czas niebo wypogadza się. Na szczęście znowu przeszło bokiem. Dokonujemy więc SCO – czyli standardowych czynności obozowych – rozbijania się gotowania, jedzenia. Później gramy we wspólnego RPGa. Przewodzi nam wielki, głupi troll, z którego naśmiewamy się do łez. Powoli rozchodzimy się do namiotów, by wstać na kolejny wschód słońca, tym razem na Howerli.

17 sierpnia

No to śpimy

O czwartej budzi mnie odgłos kropel spadających na nasz namiot. Pada. To znaczy, że nigdzie nie idziemy. Zasypiam ponownie i wstaję dopiero o 8. Chmury tłoczą się nad obozem, wieje porywisty wiatr i tak nagle zrobiło się zimno. Nieprzyjemnie! Namioty są mokre. Nie ma co. Skoro lenimy się od początku naszej ekstremalnej wyprawy, to robimy sobie dzisiaj dzień wolny.

Pierwszy też raz jemy kaszkę z muesli, płatkami i jagodami! Pyszności! Przysmak ten zaproponowała nam przed wyprawą jedna z Ań, jako posiłek energetyczny, smaczny, a jednocześnie bardzo lekki. Wcinamy więc aż uszy nam się trzęsą.

Bieliźniana góra

Niestety pogoda wyraźnie psuje się. Howerla zasnuwa się chmurami i znika gdzieś. Uciekła? Pakujemy się więc do największego namiotu, naszego marabuta i gramy w psychologa, potem w dom, w karty. Popołudniu na szczęście przejaśnia się i tuż przed obiadem idziemy obejrzeć Czarnohorę z perspektywy Howerli.

Najwyższa góra Ukrainy zaskakuje mnie tym, że tak łatwo i szybko wchodzi się na nią. Mateusz słusznie nazwał Howerlę Bieliźnianą górą. Na szczycie stoi pomnik z licznymi podpisami i krzyż. Dookoła porozwieszane są też linki do których przywiązane są chusteczki najdziwniejszych kolorów i kształtów, które powiewają na wietrze. Mimo brzydkiej pogody na dachu Ukrainy siedzi wielu ludzi. Na zboczu mieszka ponad dwadzieścia kruków. Jeszcze pamiątkowa fotka i już schodzimy w stronę Breskułu, by jeszcze raz przejść ścieżką pod Howerlą.

Zbierkaaaa!

Największą niespodzianką dzisiejszego dnia jest grupa ukraińskich harcerzy, którzy wpadają na nasze pole biwakowe i rozkładają się z namiotami. Podziwiamy ich stroje. Niektórzy idą w klapkach, inni w sandałach. Co chwila też ich druh donośnym głosem gwizdka ogłasza zbierkę. Wszystko robią razem, w doskonałym porządku, posłusznie po zbierce stoją w kolejce do jedzenia. Nawet spać kładą się w jednej chwili.

A my po raz pierwszy gramy w moją ulubioną grę – Ktulu. To taka utrudniona wersja mafii z podziałem na konkretne role i funkcje, gdzie każda frakcja ma odmienne cele. Potem jeszcze wpadają z wizytą studenci AGH-u, którzy nocują 200m od nas, urządzamy więc wspólne śpiewanie.

18 sierpnia

(Ł)Owce

Kolejny ranek nie przynosi poprawy pogody. Dookoła unoszą się mgły, wieje i jest przeraźliwie zimno. Nie możemy jednak siedzieć pod Howerlą, jeśli jutro mamy zdążyć pociąg z Kwasów. Raczymy się więc śniadaniem złożonym z okruchów pumpernikla i dodatków i już za chwilę składamy obozowisko.

Nagle, we mgle słyszymy dzwonki i już za chwilę przez polankę przetacza się ogromne stado owiec, a chwilę po nich przychodzi strażnik parku, który wypisuje nam bilety na ludzi i namioty. Na Czarnohorze jest bardzo ciekawy system wejść do parku Narodowego. Jest po prostu jedna budka, gdzie można kupić bilety. Stoi ona między Howerlą, a Pietrosem (ach ci rozdzieleni kochankowie). Wykupujemy więc bilety i już za chwilę z dziwnie lekkimi plecakami gnamy w stronę Pietrosa. Po drodze zaczynamy nagle spotykać kolejnych strażników, którzy długo i badawczo przyglądają się świstkowi papieru jaki dostaliśmy pod Howerlą.

Tchórzliwy, ale jedyny

Po dwugodzinnym marszu docieramy pod Pietrosa. Z przełęczy Karakadza roztacza się cudowny widok na Gorgany, w których o dziwo jest dobra pogoda. Spotykamy też kolejnego strażnika, który z dumą pokazuje nam wielki worek hrybów (grzybów), które nazbierał w lesie.

Pietros to jedyna prawdziwa góra na Ukrainie – stroma. Drapiemy się więc pod górę, wiatr zwiewa nas z grani, ale dzięki niemu jest też dobra widoczność. Na szczycie spotykamy Polaków (cóż za nowość!) i już powoli schodzimy na przełęcz za Pietrosem.

O raju, jestem w raju!

Krótki postój i chcemy pędzić na nasze pole biwakowe. Nieopatrznie jednak skręcamy w złą ścieżkę, idziemy fragmentem połoniny Seszul i nagle naszym oczom ukazują się najpiękniejsze widoki świata. Chciwie oglądamy rumuńskie Karpaty marząc o wyprawie w nie. Raz chmury lekko przesłaniają widok, raz słońce przyświeca. Jest pięknie, cudownie, bajecznie. Tylko biedna Natalia martwi się, że jako nasz człowiek od mapy zgubiła drogę. Nikomu jednak to nie przeszkadza, wszyscy wręcz cieszą się, że trafiliśmy na takie krajobrazy, których nigdy byśmy nie zobaczyli idąc szlakiem.

Jako, że miniemy nasze pole namiotowe wyszukujemy sobie nowy nocleg przy Merkowej Horskiej Chacie. Idziemy więc po ścieżynce, potem przez Waskul. Michał cały czas marudzi byśmy rozbili się gdzieś pod tymi cudownymi widokami, jednakże nie ma niestety gdzie postawić nawet jednego namiotu.

A szczypawki do zabawki

W końcu odnajdujemy ruiny schroniska i powoli schodzimy do nich. Rozbijamy się blisko szlaku. Ukraińcy jako, że skończyli już jeść zapraszają nas do swojego ogniska, byśmy ugotowali tam posiłek.

Powoli robi się ciemno, pałaszujemy makaron z rybą, a co odważniejsi kosztują w dużych ilościach mleka, które kupiliśmy od górala. Podziwiam ich za twardy żołądek. Część z nas siada też przy ognisku, śpiewa. Otulamy się kocem ratunkowym i jest nam gorąco i przyjemnie(oprócz tego momentu, gdzie prawie dusimy się, bo Michał pali opakowania w ognisku). Siedzimy tak aż ognisko gaśnie. Pakuję się do namiotu, a tam już czeka niespodzianka w postaci dużej szczypawek. Niedobrze. W ciemnościach, przy świetle czołówki tłukę je ile wlezie. O dziwo mają bardzo długą żywotność. Jeszcze po powrocie z Czarnohory wytrzepuję z plecaka co najmniej cztery żywe szczypawki. Natalia mówi mi w Krakowie, że w marabucie tez znalazła kilka żywych.

19 sierpnia

Kpina!

Jedyne co musimy zrobić tego dnia, to pożegnać się z górami i zejść do Kwasów i pociągiem udać się do Lwowa. Jak już wspominałam nie pokochałam Czarnohory, jednakże bardzo ją polubiłam i nie chcę wyjeżdżać. Postanawiam, że jeszcze kiedyś tutaj wrócę, ale tak tym razem naprawdę ekstremalnie – zobaczyć ile czasu trzeba tak naprawdę na szybkie przejście całego pasma.

Przed podróżą chcemy z Natalią umyć głowę. To jedno z ciekawszych i bardziej intensywnych przeżyć. Za schroniskiem stoi studnia, z której czerpiemy wodę. Jest zimniejsza od jeziorka Berbenieskiego! Natalia wylewa mi lodowatą miskę wody na głowę i naprawdę nie jestem w stanie nie drzeć się, tym bardziej, że jest zimno. Nasze krzyki wypełniają okolicę. W końcu zmarznięta wracam do namiotu. W głowie świta mi pewna myśl. Zakpię sobie z Czarnohory na sam koniec i umyję się w ciepłej wodzie. Podgrzewam więc na gazie pół garnka i zadowolona myję się w namiocie.

Kurcze spod mostu

Popołudniu schodzimy do Kwasów. Pierwsze kroki kierujemy do sklepu. Trzeba przecież uczcić pomyślne zakończenie czarnohorskiej części wyprawy. Kupujemy zamrożone udka z kurczaka, trochę warzyw. W plecakach mamy jeszcze Kuskusa, więc będzie to przepyszny obiad. Chwilę potem siedzimy już na łące za domem, na której pozwolili nam siedzieć Ukraińcy, rozmrażamy kurę, odzieramy z kości i kroimy.

Nagle zaczynać lać, szybko więc przenosimy się pod most i tam już zostajemy, bo deszcz co chwila zacina. Rzeka wartko płynie, przez most co jakiś czas przejeżdżają samochody, a my gotujemy na butlach i z niepokojem patrzymy do góry raz po raz czy jakiś kamień nie utkwi w garnku. Żyć nie umierać! W końcu najlepsza potrawa pod słońcem jest gotowa, wcinamy więc aż uszy się trzęsą.

Dworcowo

Teraz pozostaje nam tylko czekać na nasz pociąg. Siedzimy więc na dworcu ze trzy godziny, gramy w Ktulu, raczymy się ukraińskim winem i śpiewamy. Czarnohora jest już sprawdzona. Nie jest już dzika. Przyszli ludzie, wielu Polaków, ucywilizowali ją. To miała być ekstremalna wyprawa, a wyszedł nam przyjemny górski wypoczynek. Prawdą jest też to, że nie dała nam w kość. Postraszyła nas kilkoma burzami, wiatrem, zimnem, ale nie było żadnego głębokiego załamania pogody, żmij, którymi nas straszono, niedźwiedzi, rebeliantów, którzy jeszcze kilkanaście lat temu biegali po niej z bronią i rabowali turystów. Czarnohora była nam łaskawa.

Wielkie „dziękuję” dla Natalii i Mateusza za przypomnienie szczegółów wielu

 

Ania Piechowska

 

2010-09-10 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Ameryka Południowa

Wenezuela

przez Albin Marciniak 2010-09-08
Napisane przez Albin Marciniak
Wenezuela

3 wrzesień 2010r

Wcześnie rano, jeszcze w Maicao wymieniamy olej i filtry, gdyż to już 30.000 przebiegu naszej Toyoty, z czego 25.000 po Ameryce Pd. Przejście drogowe w Paraquachon przekraczamy z marszu w 30 minut, bez najmniejszego problemu. Wymiana waluty czyli $ na bolivares, u miejscowego „konika”, gdyż po informacji uzyskanej od wenezuelskiego celnika, wypisującego kwit odprawy granicznej na auto wiem, że tu funkcjonują dwie wymiany: bankowa 1$ = 2,6 bs i ta czarnorynkowa 1$ = 7,6÷ 7,8 bs, w zależności jak się uda wynegocjować. My zastosowaliśmy oczywiście tę drugą wersję. Nieco przerażeni i czujni, ruszamy na trasę. Droga zrujnowana do stanu tragicznego i do tego poruszają się na niej same „trupiaste”, ledwo trzymające się kupy, auta amerykańskie, których świetność minęła na przełomie 60-tych i 70-tych lat ubiegłego wieku. Wszystkie elementy tych pojazdów, dosłownie przemieszczają się i powodują wrażenie, że za moment się rozpadną, zdarzają się egzemplarze, gdzie widać nogi jadących przez przegniłe poszycia drzwi nadwozia – masakra. Po drodze nr 6 do Maracaibo mijamy wiele posterunków wojska i policji, o dziwo wszystkie kontrole przeprowadzone są uprzejmie, z uśmiechem, delikatnością i emanującą sympatią. W mieście widać i czuć zapach „petrodolarów”, w końcu to naftowa stolica kraju, dostawca dwóch trzecich ropy i trzech czwartych dochodu narodowego. Mamy plan zatankować auto, a tu na stacjach benzynowych kolejki na kilometr, samych starych gruchotów. Przy drogach oferta tankowania z butelek, wężykiem do baku. Na rogatkach Maracaibo, zmiana i zupełnie pusto. Gonitwa myśli, o co tutaj chodzi? Tankujemy i ponowne zaskoczenie, po wlaniu 74 litrów paliwa, dystrybutor wyłączył się, a pan „nalewakowy” oświadczył, że obowiązuje towarzysz limit i tylko tyle można wlać jednorazowo, pobierając od nas 5 bs, podajemy tą sumę słownie; pięć bolivares. Przecierając oczy ze zdziwienia, przeliczamy na zł, przecież 5 bs = 2,10zł, co daje sumę 0,03 zł za jeden litr, nawet gdyby to paliwo było tylko „powietrzem”, to koszty operacyjne zapewne przewyższają taka sumę – szok! Na następnych stacjach dopełniamy nasze zbiorniki do pełnych 240 litrów, myśląc, że chyba to jakaś pomyłka i że lepiej wozić niż później płacić więcej. Wiemy już skąd te ograniczenia, które dotyczą tylko tego regionu, to wpływ prywatnego eksportu paliwa do Kolumbii przez tzw. „mrówki”. Mieliśmy zamiar pozostać w Maracaibo, jednak ks. Karolewski, na którego dostaliśmy jeszcze namiary w Ekwadorze od ks. Arka, a z którym się skontaktowaliśmy tel., ponieważ był zajęty, przejechaliśmy przez to drugie co do wielkości 1,6 mil, nowoczesne miasto w kierunku Coro drogą nr 3, pokonując przesmyk pomiędzy jeziorem Lago de Maracaibo, a Golfo de Venezuela (zatoka wenezuelska), monstrualnej wielkości mostem. To właśnie w tym miejscu, kiedy to hiszpańscy żeglarze ujrzeli nowy ląd, na brzegu którego ukazały im się indiańskie domki na palach(palafitos), nadali nowo odkrytemu miejscu nazwę Venezuela, czyli „Mała Wenecja”. Jesteśmy niezwykle zaskoczeni , gdyż wszędzie ład i porządek, drogi szerokie i wspaniałe. Co tu jest tak naprawdę „grane”? – nie widzimy żadnego zagrożenia, wszystko dokładnie tak jak w innych krajach Ameryki Pd., albo nawet lepiej? Ludzie uczynni, żądni kontaktów, uśmiechnięci i zadowoleni. Stragany i knajpki przy drogach oferują wiele produktów i dań, żadnych kartek i ograniczeń. Zatrzymujemy się na posiłki i poddajemy się kolejnym nowościom, czyli arepas i cachapas, gdzie pierwsze upieczone są z ciasta kukurydzianego z serem, drugie to również placki, ale w wydaniu z mięsem i serem tyle, że podane z osobna. Jako deser ciastka z kokosem o nazwie besitos de coco. Wokół skromnych domków czysto i zadbanie, na innych terenach śmieci i syf, ale to na tym kontynencie jest wszędzie, nie tylko w Wenezueli. Jedno co rzuca się w oczy, jak to bywa w krajach, gdzie obowiązuje kult jednostki, to wizerunek Hugo Chaveza, teatralnie patrzący z niezliczonej liczby, różnej wielkości plakatów i bilbordów. W przydrożnym hotelu zatrzymujemy się na nocleg, pokój 2os. z klimą i łazienką + strzeżony parking (120bs – ok.50zł). Dzisiaj też zmieniliśmy czas i mamy jedną godzinę do przodu, czyli już tylko 6h w stosunku do Polski.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-1a/img_5689.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-1a/img_5702.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-1a/img_5709.jpg

4 wrzesień 2010r

Kontynuujemy jazdę brzegiem Morza Karaibskiego, drogą nr 3 na wschód do miejscowości Coro, która to była pierwszą stolicą Wenezueli, założona w 1527r przez Hiszpanów. Zwiedzamy tą kolonialną miejscowość wpisaną na listę UNESCO, która jest najlepiej zachowaną ze wszystkich w tym państwie. Dalej poprzez park Medanos de Coro, będący swoistą Saharą w miniaturze, gdzie za pomnikiem matki Monumento a la Madre, ustawionym przy wejściu, nie ma już nic, tylko piasek w górę i piasek w dół, czyli potężne wydmy. Jedziemy jeszcze na wschód, aż pod Parque Nacional Morrocoy, na riwierę wypoczynkową , gdzie znajdują się chronione piękne osiedla tych najbogatszych oraz slamsy biedoty i budy z blachy, pomiędzy tym wszystkim walają się tony śmieci, w oddali błyszczy wielka rafineria, a z bilbordów patrzy na to wszystko uśmiechnięty Hugo Chavez. Tam też zostajemy na nocleg w pensjonacie przy plaży, w miejscowości Boca de Aroa.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2a/img_5806.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2a/img_5774.jpg

W czasie jazdy obserwujemy jak radzi sobie część społeczeństwa z bezrobociem. Tak więc wzdłuż drogi „markety” ustawiają się rzędem i oferują to, co da szansę na przeżycie, od domowych artykułów spożywczych po wszelkie inne dobra, które można stworzyć własnymi rękami. Ponieważ jest tutaj wiele kóz, produkuje się ser, z mleka nasyconego cukrem do granic możliwości, wystawia się różnego typu kombinacje dulce de leche, kapelusze w wielu kolorach i fasonach, z kamieni rzeźbi się figurki, schwytane zwierzęta oraz ryby, wiszą w różnych wersjach, budząc w nas obrzydzenie. No cóż, co kraj to obyczaj, kiedy w państwie panuje wysokie bezrobocie, turyści nie odwiedzają, gdyż jest niebezpiecznie, dochody z nafty już nie takie jak za złotych czasów, mieszkańcy kraju zmanierowani starymi nawykami, a dokładniej w myśl hasła „ropa jest wszystkim”, nawykli do nic nie robienia i taki stan nadal trwa. Pracować nie ma gdzie, bo przecież, aż 95% dochodu narodowego pochodzącego tylko z ropy spowodowało, że nikt nie dbał o inne gałęzie produkcji, rolnictwo praktycznie nie istnieje, wszystko było i jest importowane, nawet żywność – na miejscu nie opłacało się tego wytwarzać.

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2b/img_5861.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2b/img_5866.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2b/img_5841.jpg

Z biednego kraju, jakim była Wenezuela, pomijana niegdyś przez kolonizatorów Hiszpanów, po bumie naftowym spowodowanym odkryciem potężnych złóż ropy w 1914, stała się największym eksporterem tego surowca na świecie, nie potrafiono z tego państwa skutecznie zrobić „El Dorado”, mając świadomość świetnej płynności finansowej, zadłużało się nie wiedzieć po co, kiedy ceny ropy mocno spadły, Wenezuela przejrzała się w pustce. A gdy otworzyła szeroko oczy, do spłacenia było wiele kredytów. Tak skończył się piękny sen o potędze, a raj został utracony, dochody państwa zaniknęły i,aż dziw bierze, że można było na przestrzeni tak niewielu lat zniszczyć to państwo i naród w nim mieszkający?!. Na zadane pytanie „co dalej”?, odpowiadają : „zmiany są bardzo poważne, ale nie wiadomo czy na dobre, czy na gorsze”, ta niewiedza wbija nas w zadziwienie, czyż mamy rozumieć, że ten naród wie, że dzwonią, tylko nie wiadomo w którym kościele? Zapytany przez nas właściciel pensjonatu, tu gdzie śpimy tej nocy, świetnie mówiący po angielsku, skończył niegdyś Colege w Ohayo, co sądzi o obecnej polityce Chaveza i zmianami jakie się dokonują twierdzi:” wszystko CHYBA idzie w dobrym kierunku, ale tak naprawdę to nie wierzy w lepsze czasy, gdyż to niezwykle daleka przyszłość i trudny temat”. Reasumując, mamy niezły pasztet myślowy, ponieważ wielkie hasło rewolucji socjalnej, jest zgadywanką dla narodu, a jeśli nie wiedzą co jest dla nich, a co przeciwko nim, to oznacza, że jak zwykle stara komunistyczna szkoła się sprawdza.

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2c/img_5918.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2c/img_5937.jpg

5 wrzesień 2010r

Jedziemy zwiedzić Parque Nacional Morrocoy, z niezliczoną ilością ptactwa, a w szczególności różowych flamingów. Kierujemy się więc do miejscowości Chichiriviche, która jest centralną częścią tego obszaru. Ptactwa rzeczywiście wiele, lecz jeśli to ma być „Park Narodowy”, to tylko w cudzysłowie, gdyż to co tam ujrzeliśmy tej weekendowej niedzieli, przerosło naszą wyobraźnię i poraziło na tyle, że dopiero po kilku chwilach, doszło do nas jak można wypoczywać, gdzie kombinacja ludzkiej masy przemieszana jest z porozrzucanymi dowolnie odpadkami. Kiedy jedni piją alkohol, inni już spoczywają w spokoju, tam gdzie padli upojeni relaksem, a wszystko to w potwornym gorącu, smrodzie i hałasie. Koszmar to bardzo entuzjastyczna forma wyrażenia naszych odczuć, nawet fotki nie dadzą rady tego oddać, to nierealne, to trzeba widzieć i czuć. Uciekamy z „Parku” w kierunku stolicy Wenezueli Caracas, najpierw drogą nr 3 do Morrocoy, później nr.1, aż do tego pięciomilionowego miasta.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3a/img_5942.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3a/img_5974.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3a/img_6000.jpg

Późnym wieczorem jesteśmy na miejscu i poszukujemy placówki Polskiej Ambasady. Zajęło nam to ponad dwie godziny i to dodatkowo z wynajętym taksówkarzem. System adresowy w tym mieście, to jakaś totalna łamigłówka pozbawiona sensu, kilka osób brało udział w dochodzeniu, po czym nastąpiła eureka. Jedno jest pewne, miasto Caracas to niezwykle niebezpieczny rejon i tylko w obrębie pewnych dzielnic, w miarę bezpiecznie można się poruszać, to 100% pewne, gdyż wszyscy napotkani po drodze ludzie, dobitnie nam to uzmysławiali, przestrzegając, aby nie wybierać się do centrum miasta. Tam za drobiazg można otrzymać wyrok w trybie natychmiastowym, a zasada jest prosta, kiedy zostanie się napadniętym, należy bez zastanowienia oddać wszystko, a być może oprawcy puszczą wolno. Są miejsca gdzie życie nie ma żadnej wartości, a jedynym obowiązującym prawem, jest siła razy przemoc do potęgi śmierci. Tam pod żadnym pozorem nie wolno się znaleźć, gdyż średnia kul w zwłokach wynosi pięć plus. W jednej z gazet, na tytułowej stronie, pokazano szczegółowo prosektorium, z ofiarami tylko jednego dnia. Dlatego też turyści omijają Caracas szerokim łukiem. A my, wynajmujemy pokój w hotelu, w tej bezpieczniejszej części, za 200 bs – ok 90zł (pok. 2os.łazienka, klima i garaż na auto) – godny polecenia, chociaż po krótkiej obserwacji i zestawieniu kilku faktów, okazało się,że to…hotel na godziny…no cóż, atrakcji nigdy dosyć.

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3b/img_6034.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3b/img_6054.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3b/img_6071.jpg

6 wrzesień 2010r

Rankiem zabieramy się z pomocą Polskiego Konsulatu za załatwianie wiz do Gujany i Surinamu. Jeszcze przed oficjalnym czasem otwarcia, jesteśmy przy bramie naszego konsulatu, miła pani Ula Siemińska pomaga w pozyskaniu adresów i informacji, dotyczących pracy konsulatów Gujany i Surinamu. Ponieważ ten pierwszy dziś jest zamknięty, zaczynamy od drugiego. Oczywiście nie może być to łatwizną i prawie by się udało, jednak same wcześniejsze uzgodnienia telefoniczne pomiędzy konsulami nie wystarczyły, potrzeba oficjalnej noty wystawionej przez Polski Konsulat, drugim życzeniem pani z okienka było: „proszę napisać polski adres zamieszkania po angielsku”, a to już dla nas była poważna zagadka. I w tym miejscu Wojtek zastosował cały zestaw oszałamiających próśb do pani, która uległa ich urokowi. Ponowny kurs taxi tam i z powrotem, plus uprzejmość konsula Surinamu, który notę przyjął już poza godzinami pracy, mamy więc pewność, że jutro odbierzemy wizy do tego kraju, a zaczniemy brnąć w papiery dotyczące Gujany. A jak będzie przebiegać proces uzyskania wiz, to już w następnym odcinku.

więcej zdjęć z Wenezueli
http://www.wojtektravel.pl/index.php/wyprawy/4-ameryka-pd-etapii/3-wenezuela/

Pozdrawiamy!
Wojtek i Wiola

www.wojtektravel.pl

2010-09-08 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Ameryka Południowa

Wenezuela

przez Albin Marciniak 2010-09-08
Napisane przez Albin Marciniak
Wenezuela

3 wrzesień 2010r

Wcześnie rano, jeszcze w Maicao wymieniamy olej i filtry, gdyż to już 30.000 przebiegu naszej Toyoty, z czego 25.000 po Ameryce Pd. Przejście drogowe w Paraquachon przekraczamy z marszu w 30 minut, bez najmniejszego problemu. Wymiana waluty czyli $ na bolivares, u miejscowego „konika”, gdyż po informacji uzyskanej od wenezuelskiego celnika, wypisującego kwit odprawy granicznej na auto wiem, że tu funkcjonują dwie wymiany: bankowa 1$ = 2,6 bs i ta czarnorynkowa 1$ = 7,6÷ 7,8 bs, w zależności jak się uda wynegocjować. My zastosowaliśmy oczywiście tę drugą wersję. Nieco przerażeni i czujni, ruszamy na trasę. Droga zrujnowana do stanu tragicznego i do tego poruszają się na niej same „trupiaste”, ledwo trzymające się kupy, auta amerykańskie, których świetność minęła na przełomie 60-tych i 70-tych lat ubiegłego wieku. Wszystkie elementy tych pojazdów, dosłownie przemieszczają się i powodują wrażenie, że za moment się rozpadną, zdarzają się egzemplarze, gdzie widać nogi jadących przez przegniłe poszycia drzwi nadwozia – masakra. Po drodze nr 6 do Maracaibo mijamy wiele posterunków wojska i policji, o dziwo wszystkie kontrole przeprowadzone są uprzejmie, z uśmiechem, delikatnością i emanującą sympatią. W mieście widać i czuć zapach „petrodolarów”, w końcu to naftowa stolica kraju, dostawca dwóch trzecich ropy i trzech czwartych dochodu narodowego. Mamy plan zatankować auto, a tu na stacjach benzynowych kolejki na kilometr, samych starych gruchotów. Przy drogach oferta tankowania z butelek, wężykiem do baku. Na rogatkach Maracaibo, zmiana i zupełnie pusto. Gonitwa myśli, o co tutaj chodzi? Tankujemy i ponowne zaskoczenie, po wlaniu 74 litrów paliwa, dystrybutor wyłączył się, a pan „nalewakowy” oświadczył, że obowiązuje towarzysz limit i tylko tyle można wlać jednorazowo, pobierając od nas 5 bs, podajemy tą sumę słownie; pięć bolivares. Przecierając oczy ze zdziwienia, przeliczamy na zł, przecież 5 bs = 2,10zł, co daje sumę 0,03 zł za jeden litr, nawet gdyby to paliwo było tylko „powietrzem”, to koszty operacyjne zapewne przewyższają taka sumę – szok! Na następnych stacjach dopełniamy nasze zbiorniki do pełnych 240 litrów, myśląc, że chyba to jakaś pomyłka i że lepiej wozić niż później płacić więcej. Wiemy już skąd te ograniczenia, które dotyczą tylko tego regionu, to wpływ prywatnego eksportu paliwa do Kolumbii przez tzw. „mrówki”. Mieliśmy zamiar pozostać w Maracaibo, jednak ks. Karolewski, na którego dostaliśmy jeszcze namiary w Ekwadorze od ks. Arka, a z którym się skontaktowaliśmy tel., ponieważ był zajęty, przejechaliśmy przez to drugie co do wielkości 1,6 mil, nowoczesne miasto w kierunku Coro drogą nr 3, pokonując przesmyk pomiędzy jeziorem Lago de Maracaibo, a Golfo de Venezuela (zatoka wenezuelska), monstrualnej wielkości mostem. To właśnie w tym miejscu, kiedy to hiszpańscy żeglarze ujrzeli nowy ląd, na brzegu którego ukazały im się indiańskie domki na palach(palafitos), nadali nowo odkrytemu miejscu nazwę Venezuela, czyli „Mała Wenecja”. Jesteśmy niezwykle zaskoczeni , gdyż wszędzie ład i porządek, drogi szerokie i wspaniałe. Co tu jest tak naprawdę „grane”? – nie widzimy żadnego zagrożenia, wszystko dokładnie tak jak w innych krajach Ameryki Pd., albo nawet lepiej? Ludzie uczynni, żądni kontaktów, uśmiechnięci i zadowoleni. Stragany i knajpki przy drogach oferują wiele produktów i dań, żadnych kartek i ograniczeń. Zatrzymujemy się na posiłki i poddajemy się kolejnym nowościom, czyli arepas i cachapas, gdzie pierwsze upieczone są z ciasta kukurydzianego z serem, drugie to również placki, ale w wydaniu z mięsem i serem tyle, że podane z osobna. Jako deser ciastka z kokosem o nazwie besitos de coco. Wokół skromnych domków czysto i zadbanie, na innych terenach śmieci i syf, ale to na tym kontynencie jest wszędzie, nie tylko w Wenezueli. Jedno co rzuca się w oczy, jak to bywa w krajach, gdzie obowiązuje kult jednostki, to wizerunek Hugo Chaveza, teatralnie patrzący z niezliczonej liczby, różnej wielkości plakatów i bilbordów. W przydrożnym hotelu zatrzymujemy się na nocleg, pokój 2os. z klimą i łazienką + strzeżony parking (120bs – ok.50zł). Dzisiaj też zmieniliśmy czas i mamy jedną godzinę do przodu, czyli już tylko 6h w stosunku do Polski.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-1a/img_5689.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-1a/img_5702.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-1a/img_5709.jpg

4 wrzesień 2010r

Kontynuujemy jazdę brzegiem Morza Karaibskiego, drogą nr 3 na wschód do miejscowości Coro, która to była pierwszą stolicą Wenezueli, założona w 1527r przez Hiszpanów. Zwiedzamy tą kolonialną miejscowość wpisaną na listę UNESCO, która jest najlepiej zachowaną ze wszystkich w tym państwie. Dalej poprzez park Medanos de Coro, będący swoistą Saharą w miniaturze, gdzie za pomnikiem matki Monumento a la Madre, ustawionym przy wejściu, nie ma już nic, tylko piasek w górę i piasek w dół, czyli potężne wydmy. Jedziemy jeszcze na wschód, aż pod Parque Nacional Morrocoy, na riwierę wypoczynkową , gdzie znajdują się chronione piękne osiedla tych najbogatszych oraz slamsy biedoty i budy z blachy, pomiędzy tym wszystkim walają się tony śmieci, w oddali błyszczy wielka rafineria, a z bilbordów patrzy na to wszystko uśmiechnięty Hugo Chavez. Tam też zostajemy na nocleg w pensjonacie przy plaży, w miejscowości Boca de Aroa.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2a/img_5806.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2a/img_5774.jpg

W czasie jazdy obserwujemy jak radzi sobie część społeczeństwa z bezrobociem. Tak więc wzdłuż drogi „markety” ustawiają się rzędem i oferują to, co da szansę na przeżycie, od domowych artykułów spożywczych po wszelkie inne dobra, które można stworzyć własnymi rękami. Ponieważ jest tutaj wiele kóz, produkuje się ser, z mleka nasyconego cukrem do granic możliwości, wystawia się różnego typu kombinacje dulce de leche, kapelusze w wielu kolorach i fasonach, z kamieni rzeźbi się figurki, schwytane zwierzęta oraz ryby, wiszą w różnych wersjach, budząc w nas obrzydzenie. No cóż, co kraj to obyczaj, kiedy w państwie panuje wysokie bezrobocie, turyści nie odwiedzają, gdyż jest niebezpiecznie, dochody z nafty już nie takie jak za złotych czasów, mieszkańcy kraju zmanierowani starymi nawykami, a dokładniej w myśl hasła „ropa jest wszystkim”, nawykli do nic nie robienia i taki stan nadal trwa. Pracować nie ma gdzie, bo przecież, aż 95% dochodu narodowego pochodzącego tylko z ropy spowodowało, że nikt nie dbał o inne gałęzie produkcji, rolnictwo praktycznie nie istnieje, wszystko było i jest importowane, nawet żywność – na miejscu nie opłacało się tego wytwarzać.

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2b/img_5861.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2b/img_5866.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2b/img_5841.jpg

Z biednego kraju, jakim była Wenezuela, pomijana niegdyś przez kolonizatorów Hiszpanów, po bumie naftowym spowodowanym odkryciem potężnych złóż ropy w 1914, stała się największym eksporterem tego surowca na świecie, nie potrafiono z tego państwa skutecznie zrobić „El Dorado”, mając świadomość świetnej płynności finansowej, zadłużało się nie wiedzieć po co, kiedy ceny ropy mocno spadły, Wenezuela przejrzała się w pustce. A gdy otworzyła szeroko oczy, do spłacenia było wiele kredytów. Tak skończył się piękny sen o potędze, a raj został utracony, dochody państwa zaniknęły i,aż dziw bierze, że można było na przestrzeni tak niewielu lat zniszczyć to państwo i naród w nim mieszkający?!. Na zadane pytanie „co dalej”?, odpowiadają : „zmiany są bardzo poważne, ale nie wiadomo czy na dobre, czy na gorsze”, ta niewiedza wbija nas w zadziwienie, czyż mamy rozumieć, że ten naród wie, że dzwonią, tylko nie wiadomo w którym kościele? Zapytany przez nas właściciel pensjonatu, tu gdzie śpimy tej nocy, świetnie mówiący po angielsku, skończył niegdyś Colege w Ohayo, co sądzi o obecnej polityce Chaveza i zmianami jakie się dokonują twierdzi:” wszystko CHYBA idzie w dobrym kierunku, ale tak naprawdę to nie wierzy w lepsze czasy, gdyż to niezwykle daleka przyszłość i trudny temat”. Reasumując, mamy niezły pasztet myślowy, ponieważ wielkie hasło rewolucji socjalnej, jest zgadywanką dla narodu, a jeśli nie wiedzą co jest dla nich, a co przeciwko nim, to oznacza, że jak zwykle stara komunistyczna szkoła się sprawdza.

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2c/img_5918.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2c/img_5937.jpg

5 wrzesień 2010r

Jedziemy zwiedzić Parque Nacional Morrocoy, z niezliczoną ilością ptactwa, a w szczególności różowych flamingów. Kierujemy się więc do miejscowości Chichiriviche, która jest centralną częścią tego obszaru. Ptactwa rzeczywiście wiele, lecz jeśli to ma być „Park Narodowy”, to tylko w cudzysłowie, gdyż to co tam ujrzeliśmy tej weekendowej niedzieli, przerosło naszą wyobraźnię i poraziło na tyle, że dopiero po kilku chwilach, doszło do nas jak można wypoczywać, gdzie kombinacja ludzkiej masy przemieszana jest z porozrzucanymi dowolnie odpadkami. Kiedy jedni piją alkohol, inni już spoczywają w spokoju, tam gdzie padli upojeni relaksem, a wszystko to w potwornym gorącu, smrodzie i hałasie. Koszmar to bardzo entuzjastyczna forma wyrażenia naszych odczuć, nawet fotki nie dadzą rady tego oddać, to nierealne, to trzeba widzieć i czuć. Uciekamy z „Parku” w kierunku stolicy Wenezueli Caracas, najpierw drogą nr 3 do Morrocoy, później nr.1, aż do tego pięciomilionowego miasta.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3a/img_5942.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3a/img_5974.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3a/img_6000.jpg

Późnym wieczorem jesteśmy na miejscu i poszukujemy placówki Polskiej Ambasady. Zajęło nam to ponad dwie godziny i to dodatkowo z wynajętym taksówkarzem. System adresowy w tym mieście, to jakaś totalna łamigłówka pozbawiona sensu, kilka osób brało udział w dochodzeniu, po czym nastąpiła eureka. Jedno jest pewne, miasto Caracas to niezwykle niebezpieczny rejon i tylko w obrębie pewnych dzielnic, w miarę bezpiecznie można się poruszać, to 100% pewne, gdyż wszyscy napotkani po drodze ludzie, dobitnie nam to uzmysławiali, przestrzegając, aby nie wybierać się do centrum miasta. Tam za drobiazg można otrzymać wyrok w trybie natychmiastowym, a zasada jest prosta, kiedy zostanie się napadniętym, należy bez zastanowienia oddać wszystko, a być może oprawcy puszczą wolno. Są miejsca gdzie życie nie ma żadnej wartości, a jedynym obowiązującym prawem, jest siła razy przemoc do potęgi śmierci. Tam pod żadnym pozorem nie wolno się znaleźć, gdyż średnia kul w zwłokach wynosi pięć plus. W jednej z gazet, na tytułowej stronie, pokazano szczegółowo prosektorium, z ofiarami tylko jednego dnia. Dlatego też turyści omijają Caracas szerokim łukiem. A my, wynajmujemy pokój w hotelu, w tej bezpieczniejszej części, za 200 bs – ok 90zł (pok. 2os.łazienka, klima i garaż na auto) – godny polecenia, chociaż po krótkiej obserwacji i zestawieniu kilku faktów, okazało się,że to…hotel na godziny…no cóż, atrakcji nigdy dosyć.

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3b/img_6034.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3b/img_6054.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3b/img_6071.jpg

6 wrzesień 2010r

Rankiem zabieramy się z pomocą Polskiego Konsulatu za załatwianie wiz do Gujany i Surinamu. Jeszcze przed oficjalnym czasem otwarcia, jesteśmy przy bramie naszego konsulatu, miła pani Ula Siemińska pomaga w pozyskaniu adresów i informacji, dotyczących pracy konsulatów Gujany i Surinamu. Ponieważ ten pierwszy dziś jest zamknięty, zaczynamy od drugiego. Oczywiście nie może być to łatwizną i prawie by się udało, jednak same wcześniejsze uzgodnienia telefoniczne pomiędzy konsulami nie wystarczyły, potrzeba oficjalnej noty wystawionej przez Polski Konsulat, drugim życzeniem pani z okienka było: „proszę napisać polski adres zamieszkania po angielsku”, a to już dla nas była poważna zagadka. I w tym miejscu Wojtek zastosował cały zestaw oszałamiających próśb do pani, która uległa ich urokowi. Ponowny kurs taxi tam i z powrotem, plus uprzejmość konsula Surinamu, który notę przyjął już poza godzinami pracy, mamy więc pewność, że jutro odbierzemy wizy do tego kraju, a zaczniemy brnąć w papiery dotyczące Gujany. A jak będzie przebiegać proces uzyskania wiz, to już w następnym odcinku.

więcej zdjęć z Wenezueli
http://www.wojtektravel.pl/index.php/wyprawy/4-ameryka-pd-etapii/3-wenezuela/

Pozdrawiamy!
Wojtek i Wiola

www.wojtektravel.pl

2010-09-08 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Ameryka Południowa

Wenezuela

przez Albin Marciniak 2010-09-08
Napisane przez Albin Marciniak
Wenezuela

3 wrzesień 2010r

Wcześnie rano, jeszcze w Maicao wymieniamy olej i filtry, gdyż to już 30.000 przebiegu naszej Toyoty, z czego 25.000 po Ameryce Pd. Przejście drogowe w Paraquachon przekraczamy z marszu w 30 minut, bez najmniejszego problemu. Wymiana waluty czyli $ na bolivares, u miejscowego „konika”, gdyż po informacji uzyskanej od wenezuelskiego celnika, wypisującego kwit odprawy granicznej na auto wiem, że tu funkcjonują dwie wymiany: bankowa 1$ = 2,6 bs i ta czarnorynkowa 1$ = 7,6÷ 7,8 bs, w zależności jak się uda wynegocjować. My zastosowaliśmy oczywiście tę drugą wersję. Nieco przerażeni i czujni, ruszamy na trasę. Droga zrujnowana do stanu tragicznego i do tego poruszają się na niej same „trupiaste”, ledwo trzymające się kupy, auta amerykańskie, których świetność minęła na przełomie 60-tych i 70-tych lat ubiegłego wieku. Wszystkie elementy tych pojazdów, dosłownie przemieszczają się i powodują wrażenie, że za moment się rozpadną, zdarzają się egzemplarze, gdzie widać nogi jadących przez przegniłe poszycia drzwi nadwozia – masakra. Po drodze nr 6 do Maracaibo mijamy wiele posterunków wojska i policji, o dziwo wszystkie kontrole przeprowadzone są uprzejmie, z uśmiechem, delikatnością i emanującą sympatią. W mieście widać i czuć zapach „petrodolarów”, w końcu to naftowa stolica kraju, dostawca dwóch trzecich ropy i trzech czwartych dochodu narodowego. Mamy plan zatankować auto, a tu na stacjach benzynowych kolejki na kilometr, samych starych gruchotów. Przy drogach oferta tankowania z butelek, wężykiem do baku. Na rogatkach Maracaibo, zmiana i zupełnie pusto. Gonitwa myśli, o co tutaj chodzi? Tankujemy i ponowne zaskoczenie, po wlaniu 74 litrów paliwa, dystrybutor wyłączył się, a pan „nalewakowy” oświadczył, że obowiązuje towarzysz limit i tylko tyle można wlać jednorazowo, pobierając od nas 5 bs, podajemy tą sumę słownie; pięć bolivares. Przecierając oczy ze zdziwienia, przeliczamy na zł, przecież 5 bs = 2,10zł, co daje sumę 0,03 zł za jeden litr, nawet gdyby to paliwo było tylko „powietrzem”, to koszty operacyjne zapewne przewyższają taka sumę – szok! Na następnych stacjach dopełniamy nasze zbiorniki do pełnych 240 litrów, myśląc, że chyba to jakaś pomyłka i że lepiej wozić niż później płacić więcej. Wiemy już skąd te ograniczenia, które dotyczą tylko tego regionu, to wpływ prywatnego eksportu paliwa do Kolumbii przez tzw. „mrówki”. Mieliśmy zamiar pozostać w Maracaibo, jednak ks. Karolewski, na którego dostaliśmy jeszcze namiary w Ekwadorze od ks. Arka, a z którym się skontaktowaliśmy tel., ponieważ był zajęty, przejechaliśmy przez to drugie co do wielkości 1,6 mil, nowoczesne miasto w kierunku Coro drogą nr 3, pokonując przesmyk pomiędzy jeziorem Lago de Maracaibo, a Golfo de Venezuela (zatoka wenezuelska), monstrualnej wielkości mostem. To właśnie w tym miejscu, kiedy to hiszpańscy żeglarze ujrzeli nowy ląd, na brzegu którego ukazały im się indiańskie domki na palach(palafitos), nadali nowo odkrytemu miejscu nazwę Venezuela, czyli „Mała Wenecja”. Jesteśmy niezwykle zaskoczeni , gdyż wszędzie ład i porządek, drogi szerokie i wspaniałe. Co tu jest tak naprawdę „grane”? – nie widzimy żadnego zagrożenia, wszystko dokładnie tak jak w innych krajach Ameryki Pd., albo nawet lepiej? Ludzie uczynni, żądni kontaktów, uśmiechnięci i zadowoleni. Stragany i knajpki przy drogach oferują wiele produktów i dań, żadnych kartek i ograniczeń. Zatrzymujemy się na posiłki i poddajemy się kolejnym nowościom, czyli arepas i cachapas, gdzie pierwsze upieczone są z ciasta kukurydzianego z serem, drugie to również placki, ale w wydaniu z mięsem i serem tyle, że podane z osobna. Jako deser ciastka z kokosem o nazwie besitos de coco. Wokół skromnych domków czysto i zadbanie, na innych terenach śmieci i syf, ale to na tym kontynencie jest wszędzie, nie tylko w Wenezueli. Jedno co rzuca się w oczy, jak to bywa w krajach, gdzie obowiązuje kult jednostki, to wizerunek Hugo Chaveza, teatralnie patrzący z niezliczonej liczby, różnej wielkości plakatów i bilbordów. W przydrożnym hotelu zatrzymujemy się na nocleg, pokój 2os. z klimą i łazienką + strzeżony parking (120bs – ok.50zł). Dzisiaj też zmieniliśmy czas i mamy jedną godzinę do przodu, czyli już tylko 6h w stosunku do Polski.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-1a/img_5689.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-1a/img_5702.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-1a/img_5709.jpg

4 wrzesień 2010r

Kontynuujemy jazdę brzegiem Morza Karaibskiego, drogą nr 3 na wschód do miejscowości Coro, która to była pierwszą stolicą Wenezueli, założona w 1527r przez Hiszpanów. Zwiedzamy tą kolonialną miejscowość wpisaną na listę UNESCO, która jest najlepiej zachowaną ze wszystkich w tym państwie. Dalej poprzez park Medanos de Coro, będący swoistą Saharą w miniaturze, gdzie za pomnikiem matki Monumento a la Madre, ustawionym przy wejściu, nie ma już nic, tylko piasek w górę i piasek w dół, czyli potężne wydmy. Jedziemy jeszcze na wschód, aż pod Parque Nacional Morrocoy, na riwierę wypoczynkową , gdzie znajdują się chronione piękne osiedla tych najbogatszych oraz slamsy biedoty i budy z blachy, pomiędzy tym wszystkim walają się tony śmieci, w oddali błyszczy wielka rafineria, a z bilbordów patrzy na to wszystko uśmiechnięty Hugo Chavez. Tam też zostajemy na nocleg w pensjonacie przy plaży, w miejscowości Boca de Aroa.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2a/img_5806.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2a/img_5774.jpg

W czasie jazdy obserwujemy jak radzi sobie część społeczeństwa z bezrobociem. Tak więc wzdłuż drogi „markety” ustawiają się rzędem i oferują to, co da szansę na przeżycie, od domowych artykułów spożywczych po wszelkie inne dobra, które można stworzyć własnymi rękami. Ponieważ jest tutaj wiele kóz, produkuje się ser, z mleka nasyconego cukrem do granic możliwości, wystawia się różnego typu kombinacje dulce de leche, kapelusze w wielu kolorach i fasonach, z kamieni rzeźbi się figurki, schwytane zwierzęta oraz ryby, wiszą w różnych wersjach, budząc w nas obrzydzenie. No cóż, co kraj to obyczaj, kiedy w państwie panuje wysokie bezrobocie, turyści nie odwiedzają, gdyż jest niebezpiecznie, dochody z nafty już nie takie jak za złotych czasów, mieszkańcy kraju zmanierowani starymi nawykami, a dokładniej w myśl hasła „ropa jest wszystkim”, nawykli do nic nie robienia i taki stan nadal trwa. Pracować nie ma gdzie, bo przecież, aż 95% dochodu narodowego pochodzącego tylko z ropy spowodowało, że nikt nie dbał o inne gałęzie produkcji, rolnictwo praktycznie nie istnieje, wszystko było i jest importowane, nawet żywność – na miejscu nie opłacało się tego wytwarzać.

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2b/img_5861.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2b/img_5866.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2b/img_5841.jpg

Z biednego kraju, jakim była Wenezuela, pomijana niegdyś przez kolonizatorów Hiszpanów, po bumie naftowym spowodowanym odkryciem potężnych złóż ropy w 1914, stała się największym eksporterem tego surowca na świecie, nie potrafiono z tego państwa skutecznie zrobić „El Dorado”, mając świadomość świetnej płynności finansowej, zadłużało się nie wiedzieć po co, kiedy ceny ropy mocno spadły, Wenezuela przejrzała się w pustce. A gdy otworzyła szeroko oczy, do spłacenia było wiele kredytów. Tak skończył się piękny sen o potędze, a raj został utracony, dochody państwa zaniknęły i,aż dziw bierze, że można było na przestrzeni tak niewielu lat zniszczyć to państwo i naród w nim mieszkający?!. Na zadane pytanie „co dalej”?, odpowiadają : „zmiany są bardzo poważne, ale nie wiadomo czy na dobre, czy na gorsze”, ta niewiedza wbija nas w zadziwienie, czyż mamy rozumieć, że ten naród wie, że dzwonią, tylko nie wiadomo w którym kościele? Zapytany przez nas właściciel pensjonatu, tu gdzie śpimy tej nocy, świetnie mówiący po angielsku, skończył niegdyś Colege w Ohayo, co sądzi o obecnej polityce Chaveza i zmianami jakie się dokonują twierdzi:” wszystko CHYBA idzie w dobrym kierunku, ale tak naprawdę to nie wierzy w lepsze czasy, gdyż to niezwykle daleka przyszłość i trudny temat”. Reasumując, mamy niezły pasztet myślowy, ponieważ wielkie hasło rewolucji socjalnej, jest zgadywanką dla narodu, a jeśli nie wiedzą co jest dla nich, a co przeciwko nim, to oznacza, że jak zwykle stara komunistyczna szkoła się sprawdza.

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2c/img_5918.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-2c/img_5937.jpg

5 wrzesień 2010r

Jedziemy zwiedzić Parque Nacional Morrocoy, z niezliczoną ilością ptactwa, a w szczególności różowych flamingów. Kierujemy się więc do miejscowości Chichiriviche, która jest centralną częścią tego obszaru. Ptactwa rzeczywiście wiele, lecz jeśli to ma być „Park Narodowy”, to tylko w cudzysłowie, gdyż to co tam ujrzeliśmy tej weekendowej niedzieli, przerosło naszą wyobraźnię i poraziło na tyle, że dopiero po kilku chwilach, doszło do nas jak można wypoczywać, gdzie kombinacja ludzkiej masy przemieszana jest z porozrzucanymi dowolnie odpadkami. Kiedy jedni piją alkohol, inni już spoczywają w spokoju, tam gdzie padli upojeni relaksem, a wszystko to w potwornym gorącu, smrodzie i hałasie. Koszmar to bardzo entuzjastyczna forma wyrażenia naszych odczuć, nawet fotki nie dadzą rady tego oddać, to nierealne, to trzeba widzieć i czuć. Uciekamy z „Parku” w kierunku stolicy Wenezueli Caracas, najpierw drogą nr 3 do Morrocoy, później nr.1, aż do tego pięciomilionowego miasta.

 

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3a/img_5942.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3a/img_5974.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3a/img_6000.jpg

Późnym wieczorem jesteśmy na miejscu i poszukujemy placówki Polskiej Ambasady. Zajęło nam to ponad dwie godziny i to dodatkowo z wynajętym taksówkarzem. System adresowy w tym mieście, to jakaś totalna łamigłówka pozbawiona sensu, kilka osób brało udział w dochodzeniu, po czym nastąpiła eureka. Jedno jest pewne, miasto Caracas to niezwykle niebezpieczny rejon i tylko w obrębie pewnych dzielnic, w miarę bezpiecznie można się poruszać, to 100% pewne, gdyż wszyscy napotkani po drodze ludzie, dobitnie nam to uzmysławiali, przestrzegając, aby nie wybierać się do centrum miasta. Tam za drobiazg można otrzymać wyrok w trybie natychmiastowym, a zasada jest prosta, kiedy zostanie się napadniętym, należy bez zastanowienia oddać wszystko, a być może oprawcy puszczą wolno. Są miejsca gdzie życie nie ma żadnej wartości, a jedynym obowiązującym prawem, jest siła razy przemoc do potęgi śmierci. Tam pod żadnym pozorem nie wolno się znaleźć, gdyż średnia kul w zwłokach wynosi pięć plus. W jednej z gazet, na tytułowej stronie, pokazano szczegółowo prosektorium, z ofiarami tylko jednego dnia. Dlatego też turyści omijają Caracas szerokim łukiem. A my, wynajmujemy pokój w hotelu, w tej bezpieczniejszej części, za 200 bs – ok 90zł (pok. 2os.łazienka, klima i garaż na auto) – godny polecenia, chociaż po krótkiej obserwacji i zestawieniu kilku faktów, okazało się,że to…hotel na godziny…no cóż, atrakcji nigdy dosyć.

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3b/img_6034.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3b/img_6054.jpg

http://www.wojtektravel.pl/wp-content/gallery/wen-3b/img_6071.jpg

6 wrzesień 2010r

Rankiem zabieramy się z pomocą Polskiego Konsulatu za załatwianie wiz do Gujany i Surinamu. Jeszcze przed oficjalnym czasem otwarcia, jesteśmy przy bramie naszego konsulatu, miła pani Ula Siemińska pomaga w pozyskaniu adresów i informacji, dotyczących pracy konsulatów Gujany i Surinamu. Ponieważ ten pierwszy dziś jest zamknięty, zaczynamy od drugiego. Oczywiście nie może być to łatwizną i prawie by się udało, jednak same wcześniejsze uzgodnienia telefoniczne pomiędzy konsulami nie wystarczyły, potrzeba oficjalnej noty wystawionej przez Polski Konsulat, drugim życzeniem pani z okienka było: „proszę napisać polski adres zamieszkania po angielsku”, a to już dla nas była poważna zagadka. I w tym miejscu Wojtek zastosował cały zestaw oszałamiających próśb do pani, która uległa ich urokowi. Ponowny kurs taxi tam i z powrotem, plus uprzejmość konsula Surinamu, który notę przyjął już poza godzinami pracy, mamy więc pewność, że jutro odbierzemy wizy do tego kraju, a zaczniemy brnąć w papiery dotyczące Gujany. A jak będzie przebiegać proces uzyskania wiz, to już w następnym odcinku.

więcej zdjęć z Wenezueli
http://www.wojtektravel.pl/index.php/wyprawy/4-ameryka-pd-etapii/3-wenezuela/

Pozdrawiamy!
Wojtek i Wiola

www.wojtektravel.pl

2010-09-08 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Cykliczne Spotkania Podróżników

USA

przez Albin Marciniak 2010-09-08
Napisane przez Albin Marciniak
http://www.klubpodroznikow.com/images/fbfiles/images/DSCF1912_Delicate_Arch0002.JPG
20.IX godz.19.00

Klub Podróżników „Śródziemie”
Kraków pl. Wszystkich Świętych 8
USA – Śladami pierwszych odkrywców
Piotr Chwiałkowski

USA – Śladami pierwszych odkrywców

W zeszłym roku spełniło się moje wielkie marzenie- spędziłem najpiękniejsze wakacje swojego życia w jednym z najwspanialszych krajów świata- USA.
Stany Zjednoczone Ameryki- kraj kontynent, kraj kontrastów, największy tygiel kulturowy
na świecie, kraj w którym jest wszystko: Sekwoje Królewskie- najpotężniejsze organizmy
żywe na świecie i Kanion Kolorado- najpotężniejsza dolina świata, Nowy York z drapaczami chmur i promy kosmiczne. To tylko namiastka tego co czeka w tym pięknym kraju na wszystkich chętnych do jego poznania. Wszystkich chętnych zapraszam do odbycia razem ze mną wspaniałej podróży po USA od Atlantyku, po Pacyfik.
Piotr Chwiałkowski

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF1912_Delicate_Arch0002-1eb.JPG

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF14090001-916.JPG

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF22540003-63e.JPG

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF25960004-cc3.JPG

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF33230005-303.JPG

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF52430006-543.JPG

2010-09-08 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Cykliczne Spotkania Podróżników

USA

przez Albin Marciniak 2010-09-08
Napisane przez Albin Marciniak
http://www.klubpodroznikow.com/images/fbfiles/images/DSCF1912_Delicate_Arch0002.JPG
20.IX godz.19.00

Klub Podróżników „Śródziemie”
Kraków pl. Wszystkich Świętych 8
USA – Śladami pierwszych odkrywców
Piotr Chwiałkowski

USA – Śladami pierwszych odkrywców

W zeszłym roku spełniło się moje wielkie marzenie- spędziłem najpiękniejsze wakacje swojego życia w jednym z najwspanialszych krajów świata- USA.
Stany Zjednoczone Ameryki- kraj kontynent, kraj kontrastów, największy tygiel kulturowy
na świecie, kraj w którym jest wszystko: Sekwoje Królewskie- najpotężniejsze organizmy
żywe na świecie i Kanion Kolorado- najpotężniejsza dolina świata, Nowy York z drapaczami chmur i promy kosmiczne. To tylko namiastka tego co czeka w tym pięknym kraju na wszystkich chętnych do jego poznania. Wszystkich chętnych zapraszam do odbycia razem ze mną wspaniałej podróży po USA od Atlantyku, po Pacyfik.
Piotr Chwiałkowski

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF1912_Delicate_Arch0002-1eb.JPG

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF14090001-916.JPG

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF22540003-63e.JPG

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF25960004-cc3.JPG

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF33230005-303.JPG

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF52430006-543.JPG

2010-09-08 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Cykliczne Spotkania Podróżników

USA

przez Albin Marciniak 2010-09-08
Napisane przez Albin Marciniak
http://www.klubpodroznikow.com/images/fbfiles/images/DSCF1912_Delicate_Arch0002.JPG
20.IX godz.19.00

Klub Podróżników „Śródziemie”
Kraków pl. Wszystkich Świętych 8
USA – Śladami pierwszych odkrywców
Piotr Chwiałkowski

USA – Śladami pierwszych odkrywców

W zeszłym roku spełniło się moje wielkie marzenie- spędziłem najpiękniejsze wakacje swojego życia w jednym z najwspanialszych krajów świata- USA.
Stany Zjednoczone Ameryki- kraj kontynent, kraj kontrastów, największy tygiel kulturowy
na świecie, kraj w którym jest wszystko: Sekwoje Królewskie- najpotężniejsze organizmy
żywe na świecie i Kanion Kolorado- najpotężniejsza dolina świata, Nowy York z drapaczami chmur i promy kosmiczne. To tylko namiastka tego co czeka w tym pięknym kraju na wszystkich chętnych do jego poznania. Wszystkich chętnych zapraszam do odbycia razem ze mną wspaniałej podróży po USA od Atlantyku, po Pacyfik.
Piotr Chwiałkowski

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF1912_Delicate_Arch0002-1eb.JPG

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF14090001-916.JPG

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF22540003-63e.JPG

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF25960004-cc3.JPG

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF33230005-303.JPG

http://www.klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2010/09/DSCF52430006-543.JPG

2010-09-08 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 276
  • 277
  • 278
  • 279
  • 280
  • …
  • 299

Archiwa

  • marzec 2026
  • luty 2026
  • styczeń 2026
  • grudzień 2025
  • listopad 2025
  • październik 2025
  • wrzesień 2025
  • sierpień 2025
  • lipiec 2025
  • czerwiec 2025
  • maj 2025
  • kwiecień 2025
  • marzec 2025
  • luty 2025
  • styczeń 2025
  • grudzień 2024
  • listopad 2024
  • październik 2024
  • wrzesień 2024
  • sierpień 2024
  • lipiec 2024
  • czerwiec 2024
  • maj 2024
  • kwiecień 2024
  • marzec 2024
  • luty 2024
  • styczeń 2024
  • grudzień 2023
  • listopad 2023
  • październik 2023
  • wrzesień 2023
  • sierpień 2023
  • lipiec 2023
  • czerwiec 2023
  • maj 2023
  • kwiecień 2023
  • marzec 2023
  • luty 2023
  • styczeń 2023
  • grudzień 2022
  • listopad 2022
  • październik 2022
  • wrzesień 2022
  • sierpień 2022
  • lipiec 2022
  • czerwiec 2022
  • maj 2022
  • kwiecień 2022
  • marzec 2022
  • luty 2022
  • styczeń 2022
  • grudzień 2021
  • listopad 2021
  • październik 2021
  • wrzesień 2021
  • sierpień 2021
  • lipiec 2021
  • czerwiec 2021
  • maj 2021
  • kwiecień 2021
  • marzec 2021
  • luty 2021
  • styczeń 2021
  • grudzień 2020
  • listopad 2020
  • październik 2020
  • wrzesień 2020
  • sierpień 2020
  • lipiec 2020
  • czerwiec 2020
  • maj 2020
  • kwiecień 2020
  • marzec 2020
  • luty 2020
  • styczeń 2020
  • grudzień 2019
  • listopad 2019
  • październik 2019
  • wrzesień 2019
  • sierpień 2019
  • lipiec 2019
  • czerwiec 2019
  • maj 2019
  • kwiecień 2019
  • marzec 2019
  • luty 2019
  • styczeń 2019
  • grudzień 2018
  • listopad 2018
  • październik 2018
  • wrzesień 2018
  • sierpień 2018
  • lipiec 2018
  • czerwiec 2018
  • maj 2018
  • kwiecień 2018
  • marzec 2018
  • luty 2018
  • styczeń 2018
  • grudzień 2017
  • listopad 2017
  • październik 2017
  • wrzesień 2017
  • sierpień 2017
  • lipiec 2017
  • czerwiec 2017
  • maj 2017
  • kwiecień 2017
  • marzec 2017
  • luty 2017
  • styczeń 2017
  • grudzień 2016
  • listopad 2016
  • październik 2016
  • wrzesień 2016
  • sierpień 2016
  • lipiec 2016
  • czerwiec 2016
  • maj 2016
  • kwiecień 2016
  • marzec 2016
  • luty 2016
  • styczeń 2016
  • grudzień 2015
  • listopad 2015
  • październik 2015
  • wrzesień 2015
  • sierpień 2015
  • lipiec 2015
  • czerwiec 2015
  • maj 2015
  • kwiecień 2015
  • marzec 2015
  • luty 2015
  • styczeń 2015
  • grudzień 2014
  • listopad 2014
  • październik 2014
  • wrzesień 2014
  • sierpień 2014
  • lipiec 2014
  • czerwiec 2014
  • maj 2014
  • kwiecień 2014
  • marzec 2014
  • luty 2014
  • styczeń 2014
  • grudzień 2013
  • listopad 2013
  • październik 2013
  • wrzesień 2013
  • sierpień 2013
  • lipiec 2013
  • czerwiec 2013
  • maj 2013
  • kwiecień 2013
  • marzec 2013
  • luty 2013
  • styczeń 2013
  • grudzień 2012
  • listopad 2012
  • październik 2012
  • wrzesień 2012
  • sierpień 2012
  • lipiec 2012
  • czerwiec 2012
  • maj 2012
  • kwiecień 2012
  • marzec 2012
  • luty 2012
  • styczeń 2012
  • grudzień 2011
  • listopad 2011
  • październik 2011
  • wrzesień 2011
  • sierpień 2011
  • lipiec 2011
  • czerwiec 2011
  • maj 2011
  • kwiecień 2011
  • marzec 2011
  • luty 2011
  • styczeń 2011
  • grudzień 2010
  • listopad 2010
  • październik 2010
  • wrzesień 2010
  • sierpień 2010
  • lipiec 2010
  • czerwiec 2010
  • maj 2010
  • kwiecień 2010
  • marzec 2010
  • luty 2010
  • styczeń 2010
  • grudzień 2009
  • listopad 2009
  • październik 2009
  • wrzesień 2009
  • sierpień 2009
  • lipiec 2009
  • czerwiec 2009
  • maj 2009
  • kwiecień 2009
  • styczeń 2009
  • listopad 2008
  • październik 2008

Kategorie

  • Administracyjna
  • Afryka
  • Akcje eko
  • Aktualności
  • Aktualności inne
  • Albania
  • Aleja Podróżników
  • Ameryka Północna
  • Ameryka Południowa
  • Ameryka Środkowa i Karaiby
  • Artykuły testowe
  • Australia i Oceania
  • Austria
  • Azja
  • Bez kategorii
  • Biegi
  • BUŁGARIA
  • Chorwacja
  • Ciekawostki
  • Cykliczne Spotkania Podróżników
  • CZARNOGÓRA
  • Czechy
  • Czyste Góry Czyste Szlaki
  • Czyste Tatry
  • Czyste Tatry
  • Dania
  • Dolny Śląsk
  • Europa
  • Festiwale
  • Filmy
  • Francja
  • Góry
  • HISZPANIA
  • HOLANDIA
  • Konkurs Fotograficzny
  • Konkursy
  • Konkursy inne
  • Korona
  • Kościoły i obiekty sakralne
  • KOSOWO
  • Książka
  • Kuchnia
  • Kuchnie świata
  • Kujawsko-pomorskie
  • LITWA
  • Łódzkie
  • Lotniska i powietrze
  • Lubelskie
  • Lubuskie
  • LUKSEMBURG
  • MACEDONIA
  • Małopolskie
  • Malta
  • Materiał zewnętrzny
  • Miasta
  • Miejsca wyjątkowe
  • Muzea
  • Najciekawsze szlaki piesze i rowerowe w Europie
  • Newsy
  • NIEMCY
  • NORWEGIA
  • Opolskie
  • Parowozownie
  • Podkarpackie
  • Podlaskie
  • Podziemia
  • Podziemia
  • Podziemia turystyczne w Europie Underground in Europe
  • Polecamy
  • Polska
  • Pomorskie
  • Portugalia
  • PRACE KONKURSOWE POLSKA
  • PRACE KONKURSOWE ŚWIAT
  • Projekt 4 Pory Roku
  • Projekt Mali Melomani
  • Projekt Mali Melomani II
  • Recenzje sprzętu
  • Reklama
  • Robocze inne
  • ROSJA
  • Rower
  • Różne media
  • Rumunia
  • Schroniska
  • SERBIA
  • Skanseny w Polsce
  • Śląskie
  • Slowacja
  • Slowenia
  • Spływy kajakowe
  • Spotkania autorskie
  • Spotkania, zloty, imprezy podróżników
  • Sprzęt
  • Świat
  • Świętokrzyskie
  • SZWAJCARIA
  • Tanie loty
  • Tatromaniak
  • Testy sprzętu
  • Twierdze i Forty
  • Ukraina
  • unesco
  • Via Adriatica Trail
  • Warmińsko-mazurskie
  • Warsztaty i plenery fotograficzne
  • WĘGRY
  • WIELKA BRYTANIA
  • Wielkopolskie
  • WŁOCHY
  • Woda
  • Wspomnienia z podróży
  • Wystawy
  • Wywiady
  • Zabytki sakralne
  • Zachodniopomorskie
  • Zamki i pałace
  • Zostań w domu nie odwołuj

Obserwuj nas

Top Selling Multipurpose WP Theme

Ostatnie posty

  • Grota Mechowska – największa osobliwość przyrody na Niżu Europejskim

    2026-03-22
  • Jeziora Plitwickie – fenomen przyrodniczy w Chorwacji

    2026-03-22
  • krokusy w Tatrach – gdzie można podziwiać szafrany spiskie?

    2026-03-22
  • Park Gródek Polskie Malediwy w Jaworznie

    2026-03-21
  • Opole nie tylko na weekend – kameralne miasto otoczone zielenią.

    2026-03-21
  • Najpiękniejsze jaskinie Słowacji udostępnione turystycznie

    2026-03-21

Kanał społecznościowy

Kanał społecznościowy

Wybór redaktorów

zamek Drakuli w Poenari

2016-01-25

Rezerwat Groapa Ruginoasa, Góry Bihor w Rumunii

2022-08-06

Zamek – Twierdza Rupea w Rumunii

2022-08-09

Rezerwat Cheile Turzii – wąwóz Turda

2024-01-23

Zamek Drakuli w Hunedoarze w Rumunii

2024-03-03

Klub Podróżników Śródziemie

Ogólnopolski portal podróżniczy poświęcony odkrywaniu Polski i świata. Od znanych miast i zabytków, przez górskie szlaki i podziemia, po miejsca nieoczywiste i zapomniane.

Rzetelne relacje, autorskie przewodniki oraz praktyczne wskazówki dla turystów, pasjonatów historii i miłośników aktywnego podróżowania.

Odkrywaj świat z nami – świadomie, krok po kroku i z pasją.

Ciekawe w województwach

    • Dolnośląskie
    • Kujawsko-pomorskie
    • Lubelskie
    • Lubuskie
    • Łódzkie
    • Małopolskie
    • Mazowieckie
    • Opolskie
    • Podkarpackie
    • Podlaskie
    • Pomorskie
    • Śląskie
    • Świętokrzyskie
    • Warmińsko-mazurskie
    • Wielkopolskie
    • Zachodniopomorskie
dhosting

Polecane

Grota Mechowska – największa osobliwość przyrody na Niżu Europejskim
Jeziora Plitwickie – fenomen przyrodniczy w Chorwacji
krokusy w Tatrach – gdzie można podziwiać szafrany spiskie?
Park Gródek Polskie Malediwy w Jaworznie

Ostatnio dodane

Grota Mechowska – największa osobliwość przyrody na Niżu Europejskim
Jeziora Plitwickie – fenomen przyrodniczy w Chorwacji
krokusy w Tatrach – gdzie można podziwiać szafrany spiskie?
Park Gródek Polskie Malediwy w Jaworznie
Facebook Twitter Youtube Linkedin Envelope Rss

klubpodroznikow.com – Copyright & Copy 2025/26

Created by Konfig.Info

  • Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Forum
  • Relacje
    • Europa
    • Polska
    • Świat
  • Sprzęt
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Książka
  • Kontakt
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Home
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat

Wybór redaktorów

  • Sighișoara miasto w środkowej Rumunii w Siedmiogrodzie

    2026-02-02
  • Góry solne w Rumunii – Muntele de sare

    2026-02-01
  • Droga Transfogaraska w Rumunii

    2025-09-17
  • Wulkany błotne w Rumunii, wyjątkowy rezerwat przyrody

    2024-08-20
  • Jaskinia Meziad, Peşteră

    2024-08-20
  • Kopalnia soli Salina Turda w Rumunii

    2024-08-17
@2021 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu zapewnienia prawidłowego działania serwisu oraz analiz ruchu. Zobacz politykę prywatności .