Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Slajdowiska
    • Spotkania autorskie
  • Relacje
    • Europa
      • Albania
      • Austria
      • Bułgaria
      • Chorwacja
      • Czarnogóra
      • Czechy
      • Dania
      • Francja
      • Hiszpania
      • Holandia
      • Kosowo
      • Litwa
      • Luksemburg
      • Macedonia
      • Malta
      • Niemcy
      • Norwegia
      • Portugalia
      • Rosja
      • Rumunia
      • Serbia
      • Slowacja
      • Slowenia
      • Szwajcaria
      • Ukraina
      • Wegry
      • Wielka Brytania
      • Włochy
    • Polska informacje i fotorelacje
      • Forty i twierdze
      • Góry
      • Kolej
        • Parowozownie
      • Miasta
      • Miejsca wyjątkowe
      • Muzea
      • Podziemia
      • Polska na weekend
      • Skanseny w Polsce
      • Woda
      • Województwa
        • Dolny Śląsk
        • Kujawsko-pomorskie
        • Łódzkie
        • Lubelskie
        • Lubuskie
        • Małopolskie
        • Mazowieckie
        • Opolskie
        • Podkarpackie
        • Podlaskie
        • Pomorskie
        • Śląskie
        • Świętokrzyskie
        • Warmińsko-mazurskie
        • Wielkopolskie
        • Zachodniopomorskie
      • Zabytki sakralne
      • Zamki i pałace
    • Świat
      • Afryka
      • Ameryka Południowa
      • Ameryka Północna
      • Ameryka Środkowa i Karaiby
      • Antarktyda
      • Australia i Oceania
      • Azja
    • Schroniska Górskie
  • Filmy
  • Sprzęt
    • Polecamy
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Autorzy
    • Albin Marciniak
    • Karolina Zięba-Kulawik
    • Redakcja
  • Forum
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Kontakt
czwartek, 26 marca, 2026
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Slajdowiska
    • Spotkania autorskie
  • Relacje
    • Europa
      • Albania
      • Austria
      • Bułgaria
      • Chorwacja
      • Czarnogóra
      • Czechy
      • Dania
      • Francja
      • Hiszpania
      • Holandia
      • Kosowo
      • Litwa
      • Luksemburg
      • Macedonia
      • Malta
      • Niemcy
      • Norwegia
      • Portugalia
      • Rosja
      • Rumunia
      • Serbia
      • Slowacja
      • Slowenia
      • Szwajcaria
      • Ukraina
      • Wegry
      • Wielka Brytania
      • Włochy
    • Polska informacje i fotorelacje
      • Forty i twierdze
      • Góry
      • Kolej
        • Parowozownie
      • Miasta
      • Miejsca wyjątkowe
      • Muzea
      • Podziemia
      • Polska na weekend
      • Skanseny w Polsce
      • Woda
      • Województwa
        • Dolny Śląsk
        • Kujawsko-pomorskie
        • Łódzkie
        • Lubelskie
        • Lubuskie
        • Małopolskie
        • Mazowieckie
        • Opolskie
        • Podkarpackie
        • Podlaskie
        • Pomorskie
        • Śląskie
        • Świętokrzyskie
        • Warmińsko-mazurskie
        • Wielkopolskie
        • Zachodniopomorskie
      • Zabytki sakralne
      • Zamki i pałace
    • Świat
      • Afryka
      • Ameryka Południowa
      • Ameryka Północna
      • Ameryka Środkowa i Karaiby
      • Antarktyda
      • Australia i Oceania
      • Azja
    • Schroniska Górskie
  • Filmy
  • Sprzęt
    • Polecamy
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Autorzy
    • Albin Marciniak
    • Karolina Zięba-Kulawik
    • Redakcja
  • Forum
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Kontakt
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Forum
  • Relacje
    • Europa
    • Polska
    • Świat
  • Sprzęt
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Książka
  • Kontakt
Copyright 2025 - All Right Reserved
Cykliczne Spotkania Podróżników

Nowa Zelandia- na koniec świata i z powrotem

przez Albin Marciniak 2012-02-26
Napisane przez Albin Marciniak
12.03.2012 godz. 19:00
Klub Podróżników „Śródziemie”
Kraków Piwnica pod Baranami
„Nowa Zelandia- na koniec świata i z powrotem”

Agnieszka i Grzegorz Prucia


„Nowa Zelandia- na koniec świata i z powrotem”
Agnieszka i Grzegorz Prucia

https://lh4.googleusercontent.com/-xMR6epVmXSw/T0oGdEU6PzI/AAAAAAAAL1E/i-Hh6zzwsmo/s629/5.JPG

Jeśli zastanawiałeś/-aś się:
– jak długo trzeba lecieć samolotem, by dolecieć na koniec świata,
– jak nóż sprężynowy i paczka orzeszków mogą Cię wpędzić w tarapaty na lotnisku w Nowej Zelandii,
– czy na wyspie tej dobrowolnie można iść do więzienia, a potem zbiec jak gdyby nigdy nic,
– czy w końcu istnieje coś piękniejszego niż lot nad wulkanem White Island oraz taniec radości na lodowcu Fox Glacier,

blog:http://mumagstravellers.blogspot.com

Ile stron według Was powinna mieć dobrze napisania książka podróżnicza?
Nasza ma:
– 156 stron, na których opisujemy nasze zwariowane- samodzielnie organizowane- podróże do Norwegii, Szwecji, Szkocji, Hiszpanii, Holandii, Danii, Nowej Zelandii oraz na Maderę
– 16 stron z kolorowymi fotografiami. W razie niedosytu… do każdej książki dołączyliśmy CD ze zdjęciami. WAŻNE: każda płyta CD jest niepowtarzalna! Dlaczego? Bo na kopercie są znaczki z krajów w których byliśmy. Nie ma dwóch identycznych- kolekcja limitowana!

A niebawem drugi tom, w którym ruszycie z nami w podróż na Wschód i Bałkany a może  daleką Północ? Kto wie…
https://www.facebook.com/mumags?sk=app_190435500990432

UWAGA
W trakcie slajdowiska rozlosujemy 2 osobowy bilet  na balon !
Niesamowite widoki z powietrza funduje
http://hiflyer.pl/

https://lh3.googleusercontent.com/-UAfi9w6wM1Y/T0oGb10EiII/AAAAAAAAL0s/Vh39MbZ51aw/s594/1.JPG

https://lh5.googleusercontent.com/-iQ_VWOpnxm8/T0oGcA9wNrI/AAAAAAAAL0w/Ki5znUAXegU/s556/2.JPG

https://lh4.googleusercontent.com/-3yj82lgloSI/T0oGbe_dJDI/AAAAAAAAL0o/-NePNylksA4/s554/3.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-2JO3KyVnwlQ/T0oGc75vzPI/AAAAAAAAL08/i2gKICLSgGk/s556/4.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-JboLidv9oJg/T0oGdKllh1I/AAAAAAAAL1M/baI3I9jxxE8/s628/6.JPG

https://lh5.googleusercontent.com/-nE2mzcbzXcs/T0oGd0R3oCI/AAAAAAAAL1Q/5aVXuvE-wSs/s627/7.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-6NY7GacCC_A/T0oGd-SzZoI/AAAAAAAAL1U/9dlPI4IDxLE/s555/8.JPG

2012-02-26 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Australia i Oceania

TransOceania eXpedition 2012

przez Albin Marciniak 2012-02-25
Napisane przez Albin Marciniak
https://lh3.googleusercontent.com/-60i-lJh3WUw/T0jt9M6OTdI/AAAAAAAAL0c/z01ZeTNgsL0/s400/tr.jpg

Pod patronatem Klubu Podróżników Śródziemie

TransOceania eXpedition 2012 to wyprawa rowerowa rozpoczynająca się na północy Nowej Zelandii, a kończąca na północy Australii.
Wyprawa rozpoczęłą się w lutym i zakończy w kwietniu 2012 roku. W czasie przemierzania tych dwóch krajów podróżnicy pokonają ponad 6000 km.
Planowana trasa:
1. Nowa Zelandia – z północy na południe, przez dwie wysypy i dwie strefy czasowe – w sumie 1500 km.
2. Tasmania – ze wschodu na zachód, szukając diabła tasmańskiego – 500 km.
3. Australia – z południa na północ Australii przez trzy strefy klimatyczne
i dwie strefy czasowe, – przeszło 4 000 km w tym Outback, czyli 1200 km przez pustynię.

„W czasie tej podróży będziemy poszukiwać małego nielota Kiwi, legendarnego diabła Tasmańskiego, oraz kangurów na dalekich bezdrożach Australii… Przełamiemy swoje bariery i osiągniemy to co wydaje się dla większości z nas nieosiągalne!„

Relacja z kolejnego etapu podróży:

TOE2012 – Podróż w czasie

W końcu udało nam się znaleźć drogę będącą daleko od asfaltowych ścieżek, będących szlakiem wszystkich turystów podróżujących z północy na południe, czy w odwrotnym kierunku. Już zaczęliśmy powoli rozpoznawać twarze, i w kolejnych miastach pozdrawiać się.

Prowadząca z Queenstown do Manapouri szutrowa droga, była dostępna dla samochodów tylko od strony Manapouri, ale za to nas na drugi brzeg jeziora Wakatipu, przewozi nas prawdziwy parowiec, będący żywą ikoną dawnych czasów oraz potęgi angielskiej flot panującej na wodach całego świata.

Za nim jednak docieramy do samego Queenstown, pokonujemy najwyższą przełęcz w Nowej Zelandii o wysokości 1066 metrów zwaną Crown Pass, a z niej zjeżdżamy do niewielkie historyczne miasteczko Arrowtown, gdzie jeszcze sto lat temu dziesiątki, a nawet setki ludzi z całego świata, poszukiwało złota. Niestety, ale dzisiaj miasteczko to tylko jedna uliczka z markowymi sklepami, i dosłownie kilkoma kawiarniami. Zaraz obok, odrestaurowane ruiny chińskiej dzielnicy, z paroma małymi skromnymi domkami, rozsianymi to tu to tam. A poza nami, nikt tam nie fatygował się, woląc chyba spędzić czas przy piwie czy kawie.

Dla nas prawdziwym rarytasem  jest usiąść sobie na pufach na trawie przed kawiarnią w porcie w Queenstown i czekając na nasz statek TSS. „Earnslaw”. Co chwilę piekące słońce wyłania się zza chmur i roztapia nasze mrożone napoje, będącą mieszanką mleka, lodu i owoców – smoothie.

 

Długi na pięćdziesiąt dwa metry stalowy statek, codziennie wozi do Walter Peak Station dziesiątki turystów chcących odwiedzić pokazową farmę. Dla nas to już żadna atrakcja, szczególnie, że mieliśmy indywidualną wycieczkę po prawdziwej nowozelandzkiej farmie.

Bardziej nas interesuje sam statek. Pięknie odrestaurowany, na początku XX wieku był powiewem nowoczesności, w południowej części wyspy. Nie tylko woził pasażerów, ale też przeróżne towary, od owiec nawet po samochody, skracając drogę i czas wielu tutejszym ludziom.

Dzisiaj, nie tylko pęknie prezentuje się, ale też stanowi nie lada atrakcję. Cały silnik, został zachowany i udostępniony pasażerom. Można wejść do środka. Zobaczyć jak działają i ruszają się poszczególne wały napędzane parą, z podgrzewanego węglem kotła, do którego kilku młodych chłopaków co chwilę dorzuca węgiel.

Inni obsługujący parowiec, chodzą z małymi pojemnikami na olej i długimi na może 20 centymetrów końcówkami co chwilę oliwią poszczególne części silnika. Przy każdym manewrze, słuchać nadawany z mostka sygnał, odbierany potem w maszynowi, oraz odpowiedz, będącą odpowiedzią na rozkaz z mostka.

Przekraczając burtę statku, od razu przenosisz się w czasie. Muzyka, wydobywając się z fortepianu umieszczonego na rufie statku, na górnym pokładzie, zaraz koło baru,  dodatkowo jeszcze wzmacnia ten efekt. A nowoczesne samochody i domu, oddalające się na nabrzeżu wręcz nie pasują, do tego scenariusza.

Dźwięk poruszanych parą cylindrów, terkot silnika i wydobywająca się z komina para, a do tego my przybywający po tylu dniach podróży do portu by przedostać się na drugą stronę jeziora, to jak obrazek wyjęty z dawnych książek czy filmów, to też chwile, pozostające długo w pamięci.

Nie całą godzinę później załoga pozostawia nas w porcie, po drugiej stronie jeziora. Przed nami długa droga do Manapouri, po szutrowej, kamienistej drodze, a w dodatku pod wiatr.

I długo nie trzeba czekać by zmęczenie odeszło dosłownie w chwil kilka. Za jednym z zakrętów, około godzony drogi od portu objawia się widok, niczym z filmu, którego śladami znowu zaczęliśmy podążać.

Daleko na północy, na samym końcu jeziora wyrasta góra o tej samej nazwie, co nasz statek. Sięgająca prawie 3 000 m npm, lekko spowita obłokami, przepasana zaraz pod szczytami lodowcem, spływającym w kierunku jeziora. Odbijające się w zmąconym wiatrem jeziorze słońce, kontrastuje z oddaloną o wiele kilometrów górą. Nie pozostaje nic innego jak zsiąść do naszego obiadu z wyjątkowym krajobrazem, przypominając sobie sceny z pierwszej części filmu.

Dzisiejszy cel to jezioro Mavora. Tam będzie pole namiotowe z całym zapleczem. Tak przynajmniej zapewniali nas kilka dni temu Niemcy, którzy tędy jechali w przeciwnym kierunku. A kilka kilometrów za naszym postojem obiadowym kolejni Niemcy potwierdzają wcześniejsze zeznania.

Droga wiedzie przez dolinę, spokojnie przekraczając kolejne rzeki w bród. Wiatr, który cały czas pcha nas, tylko przyspiesza nasze tempo. Poza wysokimi, górami otaczającymi rzekę, oczywiście towarzyszą nam krowy. Teraz jednak widać zmianę, gdyż w dużej części nie są to już stada dojne, tylko krowy odchowujące młode. Jesteśmy dla nich taką niespodzianką i tak nas się boją, że praktycznie każda jedna nie dość, że wstaje na nasz widok, to do tego jeszcze ucieka, gdzie tylko się da. Jedna krowa, wraz z małym cielakiem tak się nas przestraszyły, że galopując wzdłuż ogrodzenia, z którego wcześniej musiały jakoś się wydostać, wykonują imponujący skok na pastwisko. Dość nie codzienny to widok, nie dość że galopującej krowy, to jeszcze wykonującej takie akrobacje.

Po kilkunastu kilometrach droga zaczyna odchodzić od rzeki i po stromym zboczu wspina się na górę. Z jednej strony stromo, z drugiej już nie takie podjazdy forsowaliśmy, a widok na koniec po raz kolejny przyćmiewa całe zmęczenie.

Wysoki na ponad 1500 m góry, ciągną się dalej wzdłuż wielkiej płaskiej trawiastej doliny, gdzie nasza droga spokojnie i powoli opada w kierunku południa. Rowery same gnają bez naszej pomocy, a my tylko patrzymy na liczniki, na których stale pokazuje się 30km/h. My możemy spokojnie podziwiać okolicę, będącą ostoją spokoju. Bez aut, bez ludzi, tylko my góry i wielka przestrzeń. Nawet szuter nie psuje nam tej przyjemności, bo spokojnie płyniemy przez niego. Gdzieś daleko za nami, pogoda straszy nas deszczem, jednak my uciekamy i po pewnym czasie dojeżdżamy do skrętu na nasze pole namiotowe.

Na znaku „2km”, okazują się być tylko informacją o odległości do informacji. Do pola jeszcze kolejne 5. Zmęczenie jednak powoli wychodzi, a na licznikach mamy już prawie 90 kilometrów.

Zaraz za skrętem pojawia się gęsty, ale inny niż dotychczasowy las. Wysokie, porośnięte mchem drzewa, z dość skąpą roślinnością poniżej koron, prowadzą nas na wielką polanę, będącą granicą pomiędzy dwoma jeziorami, Mavora North i Mavora South. Nad brzegiem każdego znajduje się kilka miejsc, ze stolikiem, kranem, wystającym z ziemi, i toaletą, w trochę lepszym wydaniu niż nasze sławojki, oraz niewielkie paleniska na ogniska.

Spodziewaliśmy się czegoś więcej, w końcu Niemcy mówili że będzie całe wyposażenie – pytaliśmy się o wodę – no i jest, o toalety – też są. Jak widać w ich rozumieniu „all facilities” znaczy coś zupełnie innego niż dla nas. Cóż, jesteśmy bez gazu, to rozpalimy ognisko i podgrzejemy puszki na nim, oraz podsmażymy kiełbaski. Będziemy żyć.

Mocny wiatr, i co chwilę kropiący deszcz lekko krzyżują nasze plany, spokojnego zjedzenia kolacji przy ciepłym ogniu. Do tego kiełbaski okazują się bliżej nie dookreślona masą, chyba nawet nie leżącą koło mięsa. Na zimno, smaku brak, na ciepło z ogniska, da się to jakoś zjeść. Puszki, nie podgrzewają się tak szybko, jak parówko-kiełbaski, ale kiedy razem wszystko się wymiesza, wejdzie do namiotu, to w sumie nie smakuje to aż tak bardzo źle.

Pogoda nie pozwala na to by spokojnie zasiąść nad brzegiem jeziora, i wpatrywać się w wysokie góry otaczające długie jezioro, zasnute szarymi ciemnymi i ciężkimi chmurami.

Deszcz, zaczął teraz już padać na dobre i kilka rozdań Makao, pokazuje nam jak bardzo jesteśmy zmęczeni. Dzisiaj na licznikach znowu mamy blisko 90 kilometrów, a jutro łatwiej nie będzie.

 

Zaraz koło nas stoją dwa kampery. Nikt z nich wczoraj nie wychodził, ale widać było że telewizor był włączony. Teraz za to, miła Pani widzą, iż jemy płatki z jogurtem, wychodząc pyta

–      Nie chcielibyście wrzątku?

–      Jeżeli była by taka możliwość, to z miłą chęcią. Niestety, ale skończył nam się gaz.

I po chwili, dostajemy nie tylko wrzątek, ale kilka saszetek z rozpuszczalną kawą Mocca, oraz trzy kawałki melona. Mili Państwo zagadują nas, nie wierząc iż dojechaliśmy tutaj aż z Auckland. Za to żeby było ciekawiej, sami lubią jeździć i właśnie zastanawiają się nad podróżą do Europy wschodniej, gdzie chcieliby zobaczyć trochę „wsi”.

 

Rozpuszczalna kawa jest jak zbawienie. A my od paru tygodni pijemy jak to tutaj nazywają Long Black. A przecież jest jeszcze coś takiego i nie dość, że wyjątkowo smaczne, to jeszcze takie proste. Najbliższy sklep, obowiązkowo zmiana repertuaru kawowego.

Chłodny poranek, spokojnie przechodzi w ciepłe południe, by później postraszyć nas kilka razy deszczem, a nawet i zmoczyć. Szutrowa droga w końcu kończy się po ponad 100 kilometrach i zamienia w czarny, gruboziarnisty asfalt, którym spokojnie i bez problemu dojeżdżamy do Manapouri.

 

TransOceania eXpedition 2012

na facebooku  http://www.facebook.com/TransOceania2012?sk=wall


TOE2012 – Na krańcu świata

Ostatnie kilometry to walka z zimnym wiatrem i deszczem. W nocy temperatura spadła do 8 st, a deszcz pada od kilkunastu godzin. W zasadzie, po kilku kilometrach nie ma już znaczenia, czy jest ci zimno czy mokro. Nawet postój nie sprawia przyjemności i jedyne o czym myślimy, to żeby wsiąść na rower i jechać dalej. Wtedy przynajmniej robi się ciepło, bo nogi pracują.

Deszcze leje się z nieba bez przerwy, odcinając nas od jakichkolwiek widoków. Silny porywisty wiatr, zmusza do ciągłego patrzenia dokładnie kilka metrów przed siebie, i skupiania się na jeździe, by nie zjechać z drogi. Kolejne przejeżdżające TIRy fundują nam prysznic, a podjazdy sprawiają że jesteśmy mokrzy zarówno od zewnątrz jak i od wewnątrz.

Z porannych prognoz wynikało, że taka pogoda utrzyma się przez kilka dni i dlatego też rezygnujemy z dłuższej drogi wzdłuż wybrzeża i kierujemy się krótszą, w stronę Invecargill. Popołudniu docieramy do niewielkiego miasteczka Otautau, mając na licznikach ponad 75km, licząc na znalezienie tutaj noclegu.

Zziębnięci, mokrzy, głodni, myślimy tylko o tym, by zrzucić z siebie mokre rzeczy i wziąć ciepły prysznic. I albo widać to w naszych oczach albo i co pewniejsze po nas samych, bo wyraźnie zwracamy na siebie uwagę. Każdy kto nas widzi, przystaje i stara się coś na otuchę powiedzieć miłego. A to odnośnie samej pogody, że paskudna i że leje,  a to że jesteśmy twardzi.

Samo miasteczko nie oferuje nazbyt bogatej bazy noclegowej. Jeden hotel, jeden hostel i baza skautów. Hotel pioruńsko drogi, hostel też do tanich nie należy, a u skautów, możemy rozstawić namioty, co jest nam na rękę, bo są mokre i wolelibyśmy je wysuszyć.

–         Możecie spać w środku w kuchni – otwierając drzwi do kuchni i pralni, proponuje mi starszy człowiek, będący tutaj chyba zarządcą. – W namiotach to będzie Wam za zimno. Poza tym jesteście przemoknięci. A tutaj dzisiaj i tak pewnie nikogo nie będzie. Jest ciepła woda w prysznicach i grzejnik, który działa.

Niewielkie pomieszczenie, gdzie zwykle ludzie śpiący w namiotach mogą zrobić coś do jedzenia, oraz wyprać rzeczy, po powrocie z gór. Warunki, przypominają schronisko, ale czego więcej nam potrzeba. Szczególnie, że pralkę i suszarkę mamy w cenie, oraz prysznice, które często na campingach są dodatkowo płatne. Rozstawi się namioty w środku i przy okazji je wysuszy. Nagrzeje niewielkie pomieszczenia i zrobić coś do jedzenia. Szybka decyzja i zostajemy.

–         To ile będzie to kosztować?

–         10 dolarów.

–         Od osoby?

–         Nie. Tylko jedne 10 dolarów, za was wszystkich. – uśmiecha się Pan. Lepiej nie mogliśmy trafić. Nie w takich warunkach się już spało. – A poczekajcie jeszcze. – zatrzymuje nas staruszek. – Macie tutaj jeszcze pomidory z naszego ogródka. Mamy ich sporo, a wam na pewno będą smakowały.

I kto by pomyślał. Nie dość, że mamy cały obiekt dla tylko dla siebie, to jeszcze taki mały prezent, który smakuje wyśmienicie.

Zajmujemy całą możliwą przestrzeń. Sypialnie namiotów rozstawione w obydwu pomieszczeniach, tropiki wiszące na drzwiach i pralce piorącej nasze rzeczy. Piecyk, i dwie elektryczne kuchenki, których czerwone rozpalone spirale nagrzewają pomieszczenie, a w tym wszystkim my, siedzący przy stole, z kubkami białego wina wertujemy mapy, przewodnik i… stosy magazynów o gwiazdach. Dziewczyny nadrabiając zaległości z ostatnich dwóch lat, zagłębiają się w bujne życie sławnych i brytyjskiej młodej pary, której perypetie opisywane są w każdej z nich.

 

To ostatni dzień na rowerze na nowozelandzkiej ziemi. Deszcz i wiatr nie odpuszczają, tylko słońce lekko przebija się od czasu do czasu, kiedy w gęstych deszczowych chmurach robi się niewielka dziura. Raz świeci, za chwilę pada ulewny deszcz, a za chwilę znowu słonce.  Wieje tak silny wiatr, że nie dość że jedziemy pod kątem starają się utrzymać równowagę, to czasem jesteśmy wręcz zdmuchiwani z jezdni na trawę na poboczu. Ani to przyjemne, ani bezpieczne. Ratuje nas tylko myśl, że za kilka kilometrów zjedziemy na inną drogę i wiatr będzie wiał nam w plecy, pchając nas przed siebie. I tak też się na szczęście dzieje. Rowery, jak strzały ruszają przed siebie, a my spokojnie odliczamy kolejne kilometry jakie pozostały nam do celu, powoli w myślach wspominając to co już za nami.

Przemierzyliśmy ponad 1 500 kilometrów, mając możliwość zobaczenia Nowej Zelandii z zupełnie innej perspektywy. Poznaliśmy wielu wspaniałych, ciekawych, miłych i uroczych ludzi. Ludzi, którzy pokazali nam jak inaczej patrzeć na dwie wyspy. Gdzie ośnieżone wulkany, strzeliste góry, niesamowite lodowce, urzekające fiordy, rozkoszne gorące źródła i bujne deszczowe lasy, sąsiadują z wielkimi farmami, krowami, owcami, jeleniami, niewielkimi miastami i mieszkańcami, tak często pomijanymi przez ciągnącą przez wyspę lawinę turystów, chcących odkryć piękno tej części świata.

My za to możemy dzisiaj śmiało powiedzieć – Warto było zrezygnować z pewnych obowiązkowych atrakcji, by móc jeszcze tu wrócić, ale też doświadczyć jak żyje się tutaj naprawdę.

Kraj ten to nie tylko zdjęcia jak z pocztówek. To farmy, gdzie miliony krów, będące dźwignią ekonomii kraju, zagarniają każdy wolny skrawek ziemi, gdzie mogą się wypasać. To walka pomiędzy ginącą endemiczną flora i fauną, z przywiezionymi przez Europejczyków roślinami i zwierzętami, skutecznie wdzierającymi się w każdy możliwy zakamarek wyspy i niszczącymi tak egzotyczne życie, pozbawione przez tysiące lat naturalnych drapieżników. Sławetne Kiwi, przegrywa nie równą walkę z sokołami, szczurami, nutriami czy oposami, plądrującymi ich gniazda. To jelenie i sarny uznawane tutaj też za szkodniki, wybijane są masowo przez myśliwych, lub też trzymane na farma, czekają na swój czas, by trafić na niemieckie stoły. To też walka rządu o utrzymanie naturalnej równowagi w ekosystemie, a jednocześnie na ich zlecenie rozrzucana trucizna 1080, zatruwająca dużą część tego ekosystemu, co sprawia, że lasy są tutaj ciche.

Na szczęście każdy medal na swoje dwie strony. Miliony lat działania natury, stworzyły piękno, które nawet ludziom trudno jest zniszczyć. Majestatyczne góry, ciągną się przez całą wyspę, sprawiają że kiedy zejdziesz z asfaltowej drogi, zobaczysz zapierający dech w piersiach widok, będący niezapomnianym, a którego nie znajdziesz w innych częściach świata. Piękne czarno-białe wulkany, podgrzewane przez bagna i strumienie, wraz ze swoimi różnobarwnymi formami, przenoszą cię w świat, gdzie zapominasz o dniu codziennym i nie chcesz z niego powracać do swojej rzeczywistości.

Spotkasz tu ludzi, będących po trochu Europejczykami, po trochu mając mentalność Amerykanów, ale też starających się odnaleźć swoją własną tożsamość. Świat w którym my żyjemy czasem jest nich daleki i inny. Tutaj chodzisz do sklepu, restauracji, czy jeździsz samochodem na bosaka. Nie dbasz o ubiór i facet pijący piwo, stojący przy barze w gumiakach, w których przed chwilą chodził po farmie, to nic nadzwyczajnego.

Tutaj jesteś dumny z tego co robisz, czym się zajmujesz. Mówisz ludziom dzień dobry, i pomagasz, jak są w potrzebie. Bo w kraju gdzie odległości są znaczące, każdy każdemu przyjacielem, bo nigdy nie wiesz, kiedy i ty sam będziesz potrzebował pomocy.

 

Dotarliśmy na sam kraniec świata. Za Invercargill, dalej już tylko biegun południowy, a daleko na wschodzie Chile i Horn. Samo miasto, zdaje się być miejscem na krańcu świata. Ludzie tutaj nigdzie się nie spieszą. Spokojnie oddają się codziennym obowiązkom, snując się pomiędzy różnymi bardziej lub mniej dziwnymi posągami, płaskorzeźbami, malowidłami, które nadają specyficznego kolorytu aglomeracji. Bez nich byłoby ono dokładnie takie samo, jak cała reszta nowozelandzkich miast. Niska zabudowa, kolorowe witryny sklepów, poprzedzielane restauracjami, serwującymi smaki z każdej strony świata. A tak, ma ono swój charakter, będący wyrazem tego co każdy tutaj chce pokazać, zaprezentować, z czego jest dumny.

 

My udajemy się teraz na zachód, na Tasmanie. Po przeszło 4 tygodniach w podróży, nasz 3 osobowy zespół dzieli się. Gosia S, tak jak planowała, wraca do Polski, z wielkim bagażem wrażeń. Przed nią jeszcze wiele godzin w drodze do kraju, ale już bez roweru, który zostaje w Invercargill, oddany do wypożyczalni. Też sprawował się dzielnie i chyba po raz pierwszy przebył taką drogę

My zaś pakujemy swoje rowery i ruszamy dalej. Opuszczamy zachodzące jesienią południe wyspy, by wylądować za kilak godzin w gorącym Hobart, słynącym ze znanych regat Sydney – Hobart. Stąd też ruszymy dalej na północ. Przez okna samolotu jeszcze ostatnie spojrzenie na Alpy Południowe i powoli zachodzące obłokami zachodnie wybrzeże.


TOE2012 – Fiordland

Z każdym kilometrem przesuwamy się coraz bardziej na południe, i zarówno temperatury spadają, ale też każdego dnia pada. Na szczęście dla nas, tylko w nocy, a poranek, oraz reszta dnia jest już sucha. Trzeba tylko codziennie suszyć w ciągu dnia namioty, w ciepłym południowym słońcu. To już nie te ciepłe noce, jakie mieliśmy na północy. Teraz albo zawijasz się dokładnie w śpiworze albo zakładasz czapkę, i skarpety, by przetrzymać noc, i dotrwać do rana.

4:30 rano, budziki rozdzwaniają się w kieszeniach namiotów, a my musimy wydostać się z naszych kokonów, i śpiworów, by zdążyć na 6:30, na nasz prom, który zabierze nas do Doubtful Sound wspaniałego fiordu Na szczęście rzadko uczęszczanego przez turystów, gdyż wszyscy jeżdżą do Milford Sound, by zobaczyć ten najsłynniejszy nowozelandzki.

Jeszcze wczoraj, kiedy dotarliśmy do Manapouri, z początku okazało się iż nie ma już miejsc na statkach, na rejs o 9. Dopiero w ostatniej, największej tutejszej firmie organizującej rejsy, zaproponowali nam rejs o 7 rano, bez możliwości odwiedzenia elektrowni wodnej. Nie zmartwiliśmy się zbytnio, bo nie dość, że wcześniej skończymy rejs, to jeszcze spokojnie będziemy mogli ujechać kilka kilometrów w stronę Invercargill, co jest nam bardzo na rękę. Jedynie ta ranna pobudka, ale pani zapewniła nas, że na pokładzie mamy nieograniczony dostęp do kawy.

I rzeczywiście, kawa jest, do tego w dużych kubkach w ilości pozwalającej kofeiną pobudzić nas, lekko zaspanych, kiedy nasz statek przemierza ciemno granatowe  jezioro Manapouri, odbijające mleczną mgłę wiszącą pomiędzy górami.

 

Milionami lat rzeźbione przez lodowce, wnikały coraz głębiej i głębiej, co rusz będąc zalewanymi przez wody mórz i oceanów. Dzisiaj są prawie niedostępne dla ludzi. Tylko kilka ścieżek wiedzie przez ten region, a dostać można się tutaj zaledwie dwoma droga od lądu, lub też od strony morza Tasmana, i oczywiście jeszcze nad nimi.

Wciskająca się pomiędzy góry woda morska, nie miesza się ze słodką wodą wtłaczaną przez tysiące wodospadów, spływających z wysokich gór zatrzymujących prawie każda chmurę próbującą przedostać się nad tą krainą. Do tego jeszcze wilgotny bujny las, sam oddaje tumany pary wodnej, unoszącej się każdego ranka, jak tylko słońce zacznie ogrzewać strome górskie zbocza. Głęboki na prawie pół kilometra fiord, ma dwie warstwy wody, ciepłą słoną unoszącą się na powierzchni, oraz zimną górską, opadająca na dno.

Magiczny świat, zasnutych zielonych zboczy ocierających się o błękitne lazurowe niebo, wyciąga każdego kto pod pokładem starał się jeszcze trochę zdrzemnąć. Słońce, będące tutaj reżyserem, perfekcyjnie układającym kolejne sceny porannego teatru, zaraz oświetla jedne zbocza, innym razem przysłania, by te stanowiły idealny kontrast dla poszczególnych planów, czy też aktorów.

Wygrzewające się na skałach, będących bramą do fiordu, foki leniwie spoglądają tylko na statek, z którego dziobu strzelają w ich kierunku setki obiektywów, starających się uchwycić zaspane morskie stwory.

Innym razem rozpędzony statek, nagle hamuje i zmienia kurs. Z głośników słychać przewodnika, który pobudza jeszcze tempo wychodzenia na pokład. Po naszej lewej burcie pokazały się pingwiny. Te jakże rzadkie okazy, też za bardzo nie zwracają już uwagi na statek, będący stałym elementem ich codziennego życia. Za to dla pasażerów, to nie lada atrakcja, mimo iż z wody wyłaniają się tylko małe główki, co pewien czas nurkujące, a nawet najlepsze obiektywy, nie są wstanie dobrze złapać w klatkę, te niewielkie morskie stwory.

Nasz przewodnik, stojący cały czas w krótkim rękawku na dziobie statku, gdzie my w polarach co czas jakiś musimy chować się do środka, by ogrzać się chodź troszkę, prawie bez przerwy opowiada różne historie, anegdoty, ciekawostki.

 

W drodze powrotnej, nasz statek nagle skręca w jedną z odnóg fiordu. Woda staje się gładsza, nie zmącona falami wiejącego od morza wiatru, który to też stał się bohaterem jednej z historii, o odkryciu fiordu przez James Cook-a.

Opływający dookoła nowy ląd wtedy jeszcze porucznik, wycofał się ze spokojnej wody nowo odkrytego fiordu, pomimo wielkiego nie zadowolenia zmęczonej załogi. Wiatr w fiordzie praktycznie nie zmienia się, a same wiatry na zachodnim brzegu wyspy, wieją przeważnie z zachodu, dając idealny wiatr dla statków. Jednak wypłynięcie staje się wtedy już o wiele cięższe, szczególnie dla dużych rejowych statków. Wpływać można w kilka godzin, a wypływać z ciasnego fiordu nawet i miesiąc.

Cook w czasie wycofał się i popłynął dalej na południe, odkrywając kolejne fiordy, i obierając kurs dalej na południe, gdzie po opuszczeniu wybrzeża Nowej Zelandii, starał się znaleźć jeszcze jeden ląd. Uznając, iż dalej już nic niema, powrócił na wschodnie wybrzeże nowej ziemi.

Nasza odnoga powoli staje się coraz spokojniejsza. Wyglądające jak zielone babki, góry z jednej strony otwierają kolejne zatoczki, z drugiej zamykają za nami swoje zielone wysokie wrota. Wiatr wysoko nad naszymi głowami, nie zanurza się w te rejony. W tym też momencie stajemy przed dwoma światami, będącymi dokładnym swoim odbiciem. Jedyne co powoduje iż jesteś wstanie rozróżnić, który jest prawdziwy a który nie to że wiesz gdzie jest góra, a gdzie dół. Gdybyś stanął na rękach, mógłbyś zatracić ten punkt odniesienia i zgubić się w lustrzanych pejzażach.

W tym też momencie, statek wyłącza swoje silniki. Zapada głucha cisza. Brak ciągłe warkotu silnika, do którego już przyzwyczailiśmy się, sprawia iż masz wrażenie że nagle ktoś wyłączył głos w twoim telewizorze. Tak dryfujemy przez kilka minut. Nikt też nie odzywa się, starając się wsłuchać w ciszę.  Po chwili nieliczne ptaki burzą ten stan, jednak nie w takim stopniu jakby można było się spodziewać. Głucha cisza cały czas przeważa, a tylko raz na czas jakiś słychać krótką melodię ptasiego śpiewu.

 

Dzień powoli rozpędza się, a mleczne obłoki znikają, przez co kraina staje się mniej tajemnicza, ale też malownicza. Powoli przysypiający pasażerowie, w tym i my, budzą się na widok, wyskakujących z wody delfinów. Duże, błękitne, o lśniącej skórze, wyskakują wysoko ponad lustro wody. Nie dość, że lot jest o wiele wyższy od zazwyczaj spotykanych delfinów, to do tego wszystkiego jeszcze te morskie ssaki, zaczynają kręcić piruety. Całe stado bawiące tymi skokami, przemyka kilkadziesiąt metrów od naszej prawej burty, powoli jednak znikając w zatoce, z której przed chwilą wypłynęliśmy.

Powoli wracamy nad jezioro Manapouri, zatrzymujemy się jeszcze na chwilę na przełęczy i minutą ciszy, wraz z innymi pasażerami autobusu wiozącego nas do portu nad jeziorem, oddajemy cześć tym, którzy dokładnie rok temu 22 stycznia 2011 roku, zginęli w Christchurch w wielkim trzęsieniu ziemi.

Wspaniały Doubtful Sound znika pomiędzy górami, pozostawiając niezapomniane wrażenie. Nikt z nas nie żałuje teraz tego, iż nie zdecydowaliśmy się jednak na obranie drogi na Milford Sound. Niesamowita przestrzeń, wspaniałe góry, mgły unoszące się nad zboczami, oraz tutejsza fauna, zrekompensowały nam nawet poranną pobudkę. I zdecydowanie, warto było wstać tak rano, bo wybranie późniejszego rejsu, te kilka godzin różnicy, nie dałyby już takiego efektu, który pozostanie na długo w naszej pamięci.

 

Droga do Invercargill z Manapouri, to już nasze ostatnie kilometry na wyspie. Jednak Nowa Zelandia, tak łatwo nie daje nam dotrzeć do celu naszej drogi. Silny południowy wiatr skutecznie spowalnia nasze tempo, studząc nasz zapał, iż jeszcze dzisiejszego dnia ujedziemy kilkadziesiąt kilometrów zbliżając się do południowego wybrzeża.

Na zupełnym pustkowiu, zmęczeni, niewyspani, widząc czekający nas podjazd, oraz chmury otulające szczyt góry na która mamy wjechać, zatrzymujemy się na farmie, będącej jednocześnie hostelem dla młodzieży. Rozstawiamy namioty i korzystając z dużej ilości czasu, oddajemy się błogiemu nic nie robieniu. Nikomu z nas nie chce się wychodzić na zewnątrz, gdzie stoją szargane wiatrem namioty. Do tego znowu zaczyna padać deszcz, a noc zapowiada się chłodna. Zdaje się, że jesień powoli wkracza.

2012-02-25 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Francja

Zamek i mury obronne w Carcassonne, Francja

przez Karolina Zięba-Kulawik 2012-02-18
Napisane przez Karolina Zięba-Kulawik

  Carcassonne to jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc we Francji i prawdziwa perła średniowiecznej architektury obronnej. Położone w historycznej Langwedocji, zaledwie 90 km na południowy wschód od Tuluzy, słynie z imponującego systemu murów, baszt i zamku, które tworzą unikatową warowną cytadelę wpisaną na listę UNESCO. Spacer po wąskich uliczkach otoczonych podwójnym pierścieniem murów przenosi wprost do czasów rycerzy i krucjat, pozwalając poczuć klimat dawnego średniowiecza. Carcassonne to nie tylko atrakcja turystyczna, ale także symbol historii Francji, zachwycający zarówno pasjonatów zabytków, jak i podróżników poszukujących autentycznych miejsc z duszą.

 

Średniowieczne fortyfikacje Carcassonne w regionie Langwedocja-Roussillion są jedną z największych atrakcji południowej Francji. Widoczne z daleka miasto otoczone podwójnymi murami obronnymi z licznymi basztami i wieżyczkami, leży na skraju stromego płaskowyżu.

 

Oryginalnego średniowiecza nie ma tu za wiele, ale całość sprawia niesamowite wrażenie. Celtycka osada na skrzyżowaniu szlaków handlowych łączących Atlantyk z Morzem Śródziemnym i Półwysep Pirenejski z resztą Europy istniała już ponoć w IV wieku. Na jej miejscu Rzymianie zbudowali w końcu I w. n.e. warowne miasto Carcasum.

 

 

Później to strategiczne miejsce jeszcze wiele razy zmieniało właścicieli. Podczas krucjaty przeciwko albigensom Carcassonne , które było ich warownią, zdobyte zostało w 1209 przez armię francuską dowodzoną przez okrutnego wodza Simona dc Montforta. Wymordowano wówczas większość mieszkańców, w tym wicehrabiego Trcncavela. Francuzi wzmocnili fortyfikacje miejskie i zbudowali nową część miasta po drugiej stronie rzeki Aude. Carcassonne stało się ważną twierdzą graniczną między Francją i Aragonią, której nie udało się zdobyć nikomu, nawet wodzowi angielskiemu Czarnemu Księciu podczas wojny stuletniej, w 1355 roku, chociaż jego piechota zniszczyła dolne miasto. Po zawarciu pokoju pirenejskiego w 1659 roku, kiedy Roussillon zostało zaanektowane przez Francję, Carcassonne utraciło militarne znaczenie, o fortyfikacje przestano dbać, a miasto stało ważnym ośrodkiem produkcji sukna. Z czasem fortyfikacje Carcassonne uległy takiemu zniszczeniu, że w 1849 r. rząd francuski postanowił rozebrać twierdzę, ale decyzja ta spotkała się z gwałtownym sprzeciwem społeczeństwa oraz dzięki interwencji architekta i pisarza Violett-le-Duc zaniechano tego. Rekonstrukcja i odbudowa pozwala dzisiaj podziwiać ten średniowieczny klejnot architektury.

 

 

Zabytkowa architektura Carcassonne stanowi największy w Europie średniowieczny kompleks urbanistyczny. Składa się z dwóch części: Cite ufortyfikowane górne miasto otoczone podwójnym pierścieniem murów obronnych z bramami, w tym okazałą Bramą Nabonese, barbakanem i 53 basztami oraz dolnego miasta La Ville Basie, gdzie najciekawsze zabytki to trzynastowieczna katedra St. Michel i kościół St. Vincent.

 
Brama Nabonese

 
 
W Cite wąziutkie uliczki prowadzą do zamku książęcego lub do katedry St. Nazaire z alabastrowymi sarkofagami biskupów, gdzie doskonale współgrają ze sobą nawa romańska i transept oraz gotycki chór.
 
 

 

Romańsko-gotycki kościół St.-Nazaire XI-XIV w.

 
Wnętrze bazyliki zdobią XIV-wieczne witraże oraz pochodzące z XVI wieku organy. Zamek książęcy był fortecą w fortecy, ma własną fosę, pięć baszt i drewniane ganki obronne wokół murów. W zamku jest Lapidarium, w którego zbiorach są rzymskie amfory, terakotowe naczynia, kamieniarka z katedry oraz średniowieczne kamienne pociski, Sale Romańska i Rycerska oraz Wieże Inkwizycji i Sprawiedliwości. Na głównym placu każde wolne miejsce wykorzystane jest pod kawiarniane stoliki, kryjące się w cieniu platanów. Najpiękniejsza panorama Carcassonne rozciąga się zza rzeki Aude. Dopiero stąd widać ogrom tej wspaniałej średniowiecznej warowni. W 1997 roku Carcassonne wpisane zostało na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Niezwykły klimat tego miejsca przyciąga tu rzesze turystów i filmowców. Kevin Costner właśnie w Carcassonne zrealizował swój film „Robin Hood – Książę Złodziei”.

 

 

 

 
Wstęp do miasta jest bezpłatny. Odpłatne jest wejście do zamku miejskiego.

Godziny otwarcia:
styczeń-marzec, październik-grudzień – 9.30-17.00
kwiecień-wrzesień – 9.30-18.30
nieczynne: 1 stycznia, 1 maja, 11 listopada, 25 grudnia

 

Centre des monuments nationaux
11000 Carcassonne

 
 
 

 
opracowanie & foto: Karolina Zięba
 
2012-02-18 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Podziemia

Jaskinia Wierzchowska

przez Albin Marciniak 2012-02-17
Napisane przez Albin Marciniak
  JASKINIA WIERZCHOWSKA
 
Jedna z kilku jaskiń na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, jaka jest udostępniona turystycznie.
 
 

 
 

JASKINIA WIERZCHOWSKA powstała w wapieniach górnojurajskich stanowiąc doskonały; przykład podziemnej formy krasowej. Długość Jaskini Wierzchowskiej to prawie 1000 m podziemnego labiryntu wiodącego przez bajkowe w wystroju i ukształtowaniu sale i korytarze. To największa jaskinia na terenie Jury Krakowskiej. Jej wnętrze budziło zainteresowanie wśród naukowców już w XIX w. Badania naukowe prowadzone wówczas m.in. przez Jana Zawiszę oraz Gotfryda Ossowskiego dały materialne dowody intensywnego osadnictwa w epoce neolitu (ok. 7 tys. lat). Podczas prac archeologicznych znaleziono fragmenty naczyń, narzędzi, ślady po ogniskach. Ciekawie prezentują się osady jaskiniowe z punktu widzenia paleontologii. W namulisku natrafiono m.in. na kości niedźwiedzi jaskiniowych, hien oraz innych zwierząt występujących na tym obszarze w epoce lodowcowej. Na XIX w. przypadł intensywny rozwój ruchu turystycznego. Do pobliskiego Ojcowa zjeżdżali kuracjusze, a część z nich chętnie odwiedzała znaną już wówczas Grotę Wierzchowską. Jako jedna z pierwszych jaskiń w Europie została przystosowana do obsługi ruchu turystycznego. Zabezpieczono otwory drewnianą palisadą, zainstalowano wewnątrz oświetlenie z chińskich lampionów oraz przygotowano do dyspozycji zwiedzających przewodników.
Trasa zwiedzania jaskini prowadzi krętym Przesmykiem Długim poprzez Salę z Kotłami i Hotelik do największej komory jaskiniowej – Sali Balowej i dalej do Sali Człowieka Pierwotnego. Ściany i strop komór pokrywa ładna szata naciekowa. Dużą atrakcją są nietoperze (gł. podkowce małe) oraz pająki meta menardi . Jaskinię Wierzchowską można zwiedzać z kwalifikowanym przewodnikiem. Prowadzi przez nią wytyczona, bezpieczna i profesjonalnie oświetlona trasa. Jaskinia posiada status pomnika przyrody na terenie Jurajskiego Parku Krajobrazowego „Dolinki Podkrakowskie” oraz stanowi jeden z kluczowych punktów programu turystyczno-rekreacyjnego pod nazwą Pierścień Jurajski.Jaskinia położona jest w Dolinie Kluczwody, wieś Wierzchowie k. Białego Kościoła, gmina Wielka Wieś, woj. małopolskie (ok. 15 km na pn-zach. Od Krakowa, niedaleko od trasy nr 94 (dawniej E-40) w kierunku Olkusza).

Dojazd:
Samochodem osobowym, autokarem od strony Krakowa, Katowic, Olkusza droga nr 94, we wsi Biały Kościół zjazd w kierunku Zabierzowa, następnie pierwszą w prawo asfaltową drogą w kierunku wsi Wierzchowie gdzie znajduje się plac postojowy dla samochodów, dalej pieszo według znaków (około 10 min.).
Środkami komunikacji publicznej PKS Kraków – Olkusz do przystanku Murownia, skąd pieszo ok. 10 minut.

 
 
 
 
 
 
 
 
Długość trasy – ok. 700 m.
Czas zwiedzania – ok. 50 min.
Temperatura wewnątrz stała +7,5oC.
Wilgotność ok. 90 – 98 %.
Trasa oświetlona elektrycznie.
Dla osób niepełnosprawnych ruchowo (na wózkach inwalidzkich) częściowo niedostępna (schody i wąskie przejścia).
Zalecane wygodne, sportowe obuwie i cieplejsze okrycie latem.
W kasie przy obiekcie regulamin dla zwiedzających i aktualny cennik.

Zwiedzanie wyłącznie z przewodnikiem.

 
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/55/Jaskinia_Wierzchowska_G%C3%B3rna_mapa.png

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
2012-02-17 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Cykliczne Spotkania Podróżników

Cud rajskich wysp

przez admin 2012-02-16
Napisane przez admin
05.03.2012 godz. 19:00
Klub Podróżników „Śródziemie”
Kraków Piwnica pod Baranami
Cud rajskich wysp

Aleksandra Czyż & Mariola Piekut & Jan Talaga


Cud rajskich wysp
Aleksandra Czyż & Mariola Piekut & Jan Talaga

W ramach obchodów Dni Kultury Indonezji w Krakowie, Aleksandra Czyż, Mariola Piekut i Jasiek Talaga opowiedzą o swoim pobycie w Indonezji. To nie tylko wielomiesięczna podróż na antypodach, lecz przede wszystkim codzienne obcowanie z ludźmi, ich kulturą i językiem.

Podczas slajdowiska zaprezentowane zostaną nie tylko główne atrakcje archipelagu (jak Borobudur, Bali, etc.)  ale również miejsca mniej znane i rzadziej odwiedzane przez turystów (jak Sumba, Madura, czy Padang).

Jasiek i Mariola swoje przygody opisywali na bieżąco pod adresem  http://azjatyckiesny.blogspot.com/ , zajmując 14 miejsce w konkursie na Blog Roku

Po przerwie zapraszamy na film
Laskar Pelangi (Tęczowy Szwadron)
czas trwania 2 h:04 m
film w oryginalnej wersji jezykowej z pl napisami
http://www.filmweb.pl/film/T%C4%99czowy+Szwadron-2008-498812

UWAGA
W trakcie slajdowiska rozlosujemy 2 osobowy bilet  na balon !
Niesamowite widoki z powietrza funduje
http://hiflyer.pl/

http://4.bp.blogspot.com/_4fwS9H4VNLU/TTFW285ZmQI/AAAAAAAAKyw/Q6Eu5RdpRjo/s1600/DSC07213.JPG

https://lh3.googleusercontent.com/-NQ6I6Nr6oaQ/T0PPKrWpK0I/AAAAAAAALlw/Jp1GNABHtME/w500-h336-k/DSC01781.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-XA_VPEJMLJo/T0PPK_N7yWI/AAAAAAAALls/juYet42xaQI/w233-h347-k/DSC04195.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-10DHE8Ge3rE/T0PPL7InOyI/AAAAAAAALl8/iZFCrR7vnQo/w500-h335-k/DSC04683.JPG

https://lh3.googleusercontent.com/-VSHdp0paY0M/T0PPMNXnNTI/AAAAAAAALmU/sb3LB_W5SRM/w500-h336-k/DSC04907.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-Og7sgykKc1o/T0PPM4VDKOI/AAAAAAAALmM/vHekaOMu93A/w500-h336-k/DSC05327.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-NJv3tUKQCss/T0PPNISCOnI/AAAAAAAALmY/b7TiNu0_GOk/w500-h336-k/DSC06704.JPG

2012-02-16 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Wywiady

Za horyzont i jeszcze dalej

przez Karolina Gołda 2012-02-16
Napisane przez Karolina Gołda
https://lh6.googleusercontent.com/-Y1toFehniMY/Tz0zwh6u-0I/AAAAAAAALj0/FnGerj64KMY/w823-h247-k/za.jpg

Za horyzont i jeszcze dalej

Z Mikołajem Korwin-Kochanowskim i Miłosławą Niezgodą rozmawia Karolina Gołda

W ubiegłe wakacje wsiedli na rowery i przemierzyli Azję Centralną. Swoją wyprawę rozpoczęli w Kazachstanie. Potem przejechali przez Kirgistan, Chiny i Pakistan. Na odpoczynek znaleźli czas w Indiach. Snowboardzistka freeridowa – Miłosława Niezgoda oraz student inżynierii biomedycznej – Mikołaj Korwin-Kochanowski, opowiadają o prawdziwym życiu w tamtych rejonach, magii Pakistanu oraz trudnościach, z jakimi przyszło im się zmierzyć…

Długo się znaliście zanim postanowiliście, że spędzicie razem trzy miesiące w Azji?

Mikołaj: Poznaliśmy się w liceum, a potem nasze drogi się rozeszły. Ponownie spotkaliśmy się po 4 latach, podczas prezentacji z Tadżykistanu.

Miłka: Wtedy powiedziałam Mikołajowi, że chciałabym pojechać na taką wyprawę, a on odpowiedział krótko: „No to jedźmy”.

I pojechaliście. W tych wszystkich miejscach, które zwiedziliście wspólnie, byliście pierwszy raz?

Mikołaj: Byłem kiedyś w Indiach, więc wiedziałem mniej więcej czego się spodziewać. Czytaliśmy różne relacje z wypraw i rozmawialiśmy ze znajomymi, którzy byli w niektórych miejscach, m.in. w Pakistanie, dlatego mieliśmy jakieś wyobrażenie o tych miejscach.

Jakie ono było?

Mikołaj: Pozytywne!

Miłka: Na początku mieliśmy jakieś wątpliwości w związku z całą tą sytuacją polityczną, ale na szczęście w żaden sposób nas to nie ograniczyło. Potem okazało się, że nie było się czego bać.

Jakie przygody Was tam spotykały?

Mikołaj: Jeżeli chodzi o jakieś straszne doświadczenia, że prawie zginęliśmy albo coś w tym stylu, to niestety ludzie się zawiodą.

Miłka: Ja powiedziałabym, że na szczęście (śmiech). Żadnych fajerwerków ani historii mrożących krew w żyłach nie mamy, bo tak naprawdę tam jest całkiem normalnie. Poza tym po pewnym czasie zupełnie inaczej patrzymy na to wszystko i pewne sytuacje nie są dla nas zaskakujące.

Czyli sytuacja, w której weszliście do namiotu przepełnionego bronią, nie była dla Was zaskoczeniem?

Miłka: Właściwie nie była. W jednej prowincji w Chinach, policja normalnie chodziła z bronią. Na ulicach tej broni widzieliśmy bardzo dużo, dlatego ­­w namiocie nie zrobiła na nas większego wrażenia. Byliśmy już do tego widoku przyzwyczajeni.

Mikołaj: Poza tym oni nie robili z tej broni żadnego pożytku. Widzieliśmy, że ją mają, ale jednocześnie nie widzieliśmy, żeby ktoś z niej strzelał.

Miłka: Teraz, kiedy pokazujemy zdjęcia albo opowiadamy co tam przeżyliśmy, to ludzie bardzo się tym emocjonują. My, w trakcie wyprawy, tak się do tego przyzwyczailiśmy, że nic nas już specjalnie nie zaskakiwało po drodze.

Przyzwyczailiście się chyba do wszystkiego, ale pewnie nie obyło się bez kryzysowych momentów, w których mieliście dość wyprawy?

Miłka: Mieliśmy pełno kryzysów, ale na szczęście nie w tych samych momentach. Jedno drugie zawsze ciągnęło do przodu. Z resztą to były głównie takie drobnostki. Nie chciało nam się jechać, rozmawiać, patrzeć na siebie… Czasami, jak trafi się na zły dzień i fatalny humor, wszystko zaczyna człowieka przytłaczać. Jednak gdyby w tamtych momentach ktoś mi powiedział: „masz bilet do domu, jutro wracasz”, to nie wróciłabym.

Mikołaj: Na tej wyprawie chwil, w których miałem naprawdę dość, chyba nie było. Wiedziałem, że ta sielanka, w której codziennie jest coś innego, odkrywamy nowe miejsca i poznajemy nowych ludzi, zaraz zniknie.

Nie dla każdego taki wyjazd jest sielanką. Chyba trzeba mieć w sobie sporo determinacji, żeby zdecydować się na coś takiego?

Miłka: To chyba nie jest kwestia determinacji, ale tego, czy coś takiego podoba się człowiekowi czy nie. Sama jazda na rowerze nie jest problemem.

A co nim jest?

Miłka: Chodzi o to, że śpisz w namiocie, kąpiesz się w rzece, gotujesz na jednym palniku, na butli gazowej. Kaszę, ryż, kaszę – ciągle to samo. Tu rodzi się pytanie: czy jesteś w stanie przeżyć trzy miesiące bez komputera, bez Internetu, bez suszarki do włosów, itd.

Mikołaj: Jeśli chodzi o aspekt fizyczny, to każdy po pewnym czasie przyzwyczaja się do długiej jazdy. Natomiast nie każdy psychicznie wytrzymuje takie warunki. Niecodziennie szczęka opada z wrażenia. Często jest nudno, monotonnie i trzeba sobie z tym poradzić w głowie.

Warto przeżyć coś takiego?

Mikołaj: Myślę, że przynajmniej raz warto. W pustyniach jest coś magicznego i wydaje mi się, że człowiek zmienia się trochę pod ich wpływem. Kiedy jedziesz pod górę, to koncentrujesz się na celu, bo gdzieś widzisz ten szczyt. Jadąc przez pustynię, patrząc na ten horyzont, nigdy nie wiesz, kiedy to się skończy – to ma taki ciekawy wymiar…

Przez trzy miesiące można przeżyć naprawdę wiele. Co czuliście, kiedy ta przygoda zbliżała się ku końcowi i musieliście wracać do domu?

Miłka: Kiedy wsiadaliśmy do samolotu w Delhi, czułam się strasznie dziwnie. Przyzwyczaiłam się, że jesteśmy w innym miejscu, jeździmy na tych rowerach i śpimy w namiotach. Będąc tam poczuliśmy, że tak naprawdę nie ma barier i odległości. A te dystanse na świecie zbiegają się, zmniejszają, skracają…

Stwierdziliście, że nie ma barier, ale przecież niekiedy ludzie je tworzą. Mieszkańcy tamtych regionów nie robili Wam jakichś problemów?

Mikołaj: Nie. Oni byli niezwykle gościnni. Każdy, kto był w tamtych rejonach, właściwie powie to samo. Ludzie zaproszą cię do domu, ugoszczą czym mają, chociaż czasem nie mają za wiele. Kiedy jedziesz autobusem i ten zatrzymuje się na postoju, to niektórzy są nawet w stanie postawić ci obiad.

Jak myślicie, dlaczego tak robią?

Miłka: Oni mają takie poczucie, że kiedy odwiedzamy ich kraj, to tak jakbyśmy ich odwiedzali. Pamiętam jak pewnego dnia dziewczyna w autobusie ściągnęła bransoletki z ręki i założyła je na moją. Potem dostałam od niej misia. To było niesamowite.

Często spotykaliście się z takimi sytuacjami?

Miłka: Tak, takich przyjemnych i pozytywnych wydarzeń było mnóstwo. Dla tych ludzi byliśmy zaskoczeniem i atrakcją. Nie wiem kto musiałby przyjechać do Polski, żeby był dla Polaków tak egzotyczny, że zachowywaliby się w stosunku do niego w taki sposób.

Mikołaj: Jechaliśmy na rowerach i co chwilę obok nas zatrzymywały się samochody. Kierowcy pytali czy mamy co jeść i pić. Dawali nam numery telefonów. Mówili, żebyśmy zadzwonili jak gdzieś tam dojedziemy, to oni ugoszczą nas u siebie.

To rzeczywiście niesamowite. Myślicie, że ludzie wykorzystują tę ich gościnność?

Mikołaj: Pewnie nieraz tak. Ja nie pasożytowałbym na nich, ale kiedy np. student jest na takim wyjeździe i nie ma wypchanego banknotami portfela, to może być prawie pewny, że jak rozbije się w okolicy jakiegoś domu to ktoś z niego wyjdzie i zaprosi go na obiad.

I nie będzie oczekiwał nic w zamian?

Mikołaj: Nie. Oni po prostu bardzo chcą poznać takiego przybysza.

Miłka: Niesamowite jest też to, że cieszą się z drobiazgów. Np. kiedy dostaną zwykły krem, są ogromnie wdzięczni. W sklepach nie brakuje takich produktów, ale są dla nich zbyt drogie.

Mikołaj: Pamiętam jak w Tadżykistanie dawaliśmy dziewczynom krem do opalania. Tak się cieszyły, że wreszcie będą miały jasną cerę. To było wspaniałe, kiedy widzieliśmy jak ludzie radują się z takich na pozór normalnych rzeczy.

Co tam na Was wywarło największe wrażenie?

Miłka: Ciężko podać jedną rzecz.

Mikołaj: Na pewno ta gościnność, bo była dla nas czymś niecodziennym. Mieszkając w Europie nie doświadczysz takich sytuacji ot tak. Poza tym krajobrazy są obłędne. Żadne zdjęcia i filmy tego nie oddadzą. I jeszcze ta przestrzeń… Znienawidzone przez nas słowo, które co chwilę powtarzaliśmy.

Miłka: Czasem myślałam, że oszaleję. Kiedy Mikołaj mówił: „Ale przestrzeń!” to miałam ochotę „puknąć” go w głowę.

Właśnie, co czuje człowiek, kiedy tak jedzie, jedzie, jedzie i końca nie widzi?

Miłka: Nigdy więcej nie pojadę do Kazachstanu! (śmiech) – To czuje i myśli człowiek, jak jedzie prosto i końca nie widzi. Ma wrażenie, że oszaleje. Naprawdę lepiej jechać pod górkę i w dół, niż za horyzont i jeszcze dalej.

Mikołaj: Dobrze mieć licznik czy GPS, który generalnie nie przydaje się zbyt często, ale w takiej sytuacji pomaga. Widzi się progres. Pedałuję, pedałuję, pedałuję, a tu praktycznie nic się nie zmienia. Zerkam na licznik i widzę, że jednak zrobiłem te 60 km, choć mam wrażenie, że stoję w miejscu. W Polsce jest inaczej. Po drodze z Krakowa do Zakopanego mija się pagórki, wioski, domy, itd. Tam nawet po kilkudziesięciu kilometrach jazdy, mieliśmy wrażenie, jakbyśmy dopiero wsiedli na rowery.

Często wracając z podróży, dochodzimy do wniosku, że było inaczej, niż to sobie na początku wyobrażaliśmy. Zastanawiam się czy podczas tej wyprawy rozczarowało Was coś?

Mikołaj: Nie. Byłem już w tamtym rejonie i wiedziałem czego się spodziewać. Kiedy się tam jedzie, trzeba być bardzo otwartym na wszystko, co się tam zastanie.

Miłka: Wiele rzeczy okazało się innych niż to sobie wyobrażaliśmy. Ja trochę zawiodłam się Indiami. Tam mieszkańcy są tak nastawieni na turystów i wyciąganie pieniędzy od nich, że mogą doprowadzić człowieka do szału. Na szczęście ten kraj był na końcu naszej trasy, więc już bez żalu, że coś tracę, mogłam wracać do domu.

Mikołaj: Miłka przed wyjazdem bardzo chciała jechać do Indii i strasznie żałowała, że tak mało czasu tam spędzimy. Powiedziałem jej wtedy: „Poczekaj, pojedziesz, zobaczysz, Pakistan ci się spodoba.” A ona uparcie twierdziła, że chce do Indii.

Kolejność krajów, które odwiedzaliście, miała jakieś znaczenie?

Mikołaj: Myślę, że ta sekwencja była trafna, bo można powiedzieć, że apetyt rósł w miarę jedzenia. Zaczęliśmy od Kazachstanu, który w pewnych miejscach był taki europejski. Potem Kirgistan, Chiny… I te nowo wybudowane miejscowości, gdzie wszystkie domy są identyczne, robione jakby od linijki. Fajnie to zobaczyć i mieć świadomość tego, jak to naprawdę wygląda, ale nie są to miejsca, w których chciałoby się dłużej przebywać.

Miłka: A Pakistan to już inna bajka…

Bajka kojarzy mi się z pewną magią. W tym kraju jest coś magicznego?

Miłka: Dla nas w pewnym sensie tak. Kumulacja tych dobrych sytuacji, niesamowitych widoków i fantastycznych ludzi, których spotkaliśmy, tworzy w naszych głowach obraz czegoś niezwykłego.

Mikołaj: Tam przyjezdny nie jest odbierany jak turysta tylko jak gość, a to naprawdę duża różnica. Oni nie widzą w nim pieniądza, lecz człowieka…

2012-02-16 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Aktualności inne

Trasa Pamięci MHK

przez admin 2012-02-13
Napisane przez admin

http://mhk.pl/zalaczniki/image/o_muzeum/Trasa%20Pami%C4%99ci/billboard_TP_zmniejszony.jpg

Klub Podróżników Śródziemie
poleca
Trasę Pamięci Muzeum Historycznego Miasta Krakowa

Trasę Pamięci tworzą trzy oddziały Muzeum Historycznego Miasta Krakowa: Ulica Pomorska, Apteka pod Orłem oraz Fabryka Emalia Oskara Schindlera. Te trzy punkty na mapie Krakowa to trzy dopełniające się opowieści o wojnie i czasie, który po niej nastał.


ULICA POMORSKA

„Pomorska”, przez wiele lat po zakończeniu okupacji niemieckiej Krakowa, była powszechnie zrozumiałym skrótem, symbolem nazistowskich zbrodni, jednoznacznie kojarzonym z miejscem, z którego naziści kierowali systemem terroru zwróconym przeciwko społeczności Krakowa. „Pomorska” to jednak nie tylko dawna siedziba gestapo, a właściwie siedziba Urzędu Komendanta Służby Bezpieczeństwa i Policji Bezpieczeństwa Dystryktu Kraków Generalnego Gubernatorstwa w latach 1939–1945, ale przede wszystkim miejsce, gdzie zachował się jedyny w swoim rodzaju autentyczny dokument, „Krzyk uwieczniony”. W kilku niewielkich piwnicach, dostępnych po wejściu na podwórko Domu Śląskiego przy ul. Pomorskiej 2, zachowały się uwiecznione na ścianach aresztu gestapo napisy z lat 1939–1945, pozostawione przez zatrzymane i tu przesłuchiwane osoby.
Zadaniem nowej wystawy Krakowianie wobec terroru 1939–1945–1956 jest komentowanie zasadniczego przekazu tego miejsca, „Krzyku uwiecznionego” zachowanego w dawnych celach, historii Domu Śląskiego, jako siedziby gestapo. Wystawa pomyślana jest jako rodzaj istotnego uzupełnienia przekazu ekspozycji w Fabcyce Emalia Oskara Schindlera, zbudowanego wokół mitu Oskara Schindlera. Na Pomorskiej zwiedzający ma możliwość nawiązania „intymnego” kontaktu z ciągle bliską nam historią, która ciągle pozostaje żywa i ma szanse pozostać żywa dla kolejnych pokoleń.


APTEKA POD ORŁEM

Drugi punkt na Trasie Pamięci to muzeum Apteka pod Orłem z wystawą Apteka w getcie krakowskim poświęconą zagładzie krakowskich Żydów. Mieści się na terenie dawnego getta utworzonego przez Niemców w marcu 1941 r. w Podgórzu. Muzeum działa w dawnej aptece Pod Orłem, prowadzonej przez Tadeusza Pankiewicza przed wojną, podczas jej trwania i przez krótki okres powojenny. Apteka Pankiewicza, przy ówczesnym placu Zgody, była jedyną apteką funkcjonującą w obrębie getta, a jej właściciel jedynym Polakiem mającym prawo do stałego w nim przebywania. Apteka stała się miejscem spotkań żydowskich intelektualistów, naukowców i artystów przebywających w getcie. W czasie krwawych akcji wysiedleńczych na placu Zgody w 1942 r. personel apteki bezpłatnie wydawał rannym opatrunki i lekarstwa. Apteczne zakamarki wykorzystywane były jako schowki, ratujące przed deportacją do obozów zagłady. Pankiewicz i jego asystentki: Irena Droździkowska, Aurelia Danek i Helena Krywaniuk byli łącznikami pomiędzy Żydami w getcie i poza nim, przekazując informacje i szmuglowaną żywność.


FABRYKA EMALIA OSKARA SCHINDLERA

Fabryka Schindlera położona jest również w Podgórzu, w poprzemysłowej dzielnicy Zabłocie. Podobnie jak apteka Tadeusza Pankiewicza, jest symbolem ocalenia i zachowania humanitarnej postawy w najtrudniejszych sytuacjach. Niemiec Oskar Schindler, właściciel Niemieckiej Fabryki Naczyń Emaliowanych, zatrudniał w swojej fabryce krakowskich Żydów, a w 1943 r. doprowadził do powstania przy ul. Lipowej podobozu obozu Płaszów, w którym skoszarowano więźniów pracujących w Fabryce Schindlera i kilku innych okolicznych zakładach. Warunki stworzone przez Schindlera przy ul. Lipowej umożliwiły około tysiącu osobom przetrwanie pobytu w obozie. W 1944 r. Schindler ewakuował część zbrojeniową fabryki do Brünnlitz na Morawach wraz z tysiącem robotników – więźniów obozu Płaszów. Dzięki temu uratował im życie. Obecnie budynek administracyjny dawnej fabryki jest jednym z oddziałów Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. Prezentowana w nim wystawa stała Kraków – czas okupacji 1939–1945 stanowi najważniejszy element tej trójdzielnej struktury opowiadającej o historii okupowanego Krakowa. Ekspozycja w Fabryce Schindlera prezentuje w sposób całościowy historię Krakowa lat 1939–1945, a w pozostałych placówkach tworzących Trasę Pamięci  rozwinięcie znalazły wybrane tematy.


ARCHIWUM OFIAR TERRORU NAZISTOWSKIEGO I KOMUNISTYCZNEGO W KRAKOWIE 1939–1965

Elementem łączącym Trasę Pamięci jest dostępna w Internecie baza biograficzna, poświęcone krakowianom lat 1939–1956, szczególnie ofiarom terroru nazistowskiego i komunistycznego. Zapoznać się z nią można na wystawie przy ul. Pomorskiej 2 lub online: http://krakowianie1939-56.mhk.pl/.

Łączony bilet wstępu Trasa Pamięci (Ulica Pomorska, Apteka pod Orłem, Fabryka Schindlera):
bilet normalny:17 zł (20 zł od 1 marca 2012 r.)
bilet ulgowy: 15 zł (17 zł od 1 marca 2012 r.)
bilet rodzinny: 35 zł (47 zł od 1 marca 2012 r.)
bilet grupowy: 21 zł (w cenie usługa przewodnicka po Fabryce Emalia Oskara Schindlera, w pozostałych oddziałach możliwość zarezerwowania usługi przewodnickiej za dodatkową opłatą)
bilet grupowy szkolny: 17 zł (w cenie usługa przewodnicka po Fabryce Emalia Oskara Schindlera, w pozostałych oddziałach możliwość zarezerwowania usługi przewodnickiej za dodatkową opłatą)
Bilet ważny przez 7 dni od daty zakupu.

http://mhk.pl/
2012-02-13 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Azja

Droga do Shangri-la

przez admin 2012-02-13
Napisane przez admin

Niesamowita wyprawa Oli i Lukasza po Azji  pod patronatem Klubu Podróżników Śródziemie


kolejny etap podróży:

Światła nad Bangkokiem

Dotarliśmy więc do stolicy.

Bangkok opisywano już miliony razy, każda kolejna opowieść o nim będzie więc powtórzeniem już istniejącej. Spodziewaliśmy się tutaj turystycznego zagłębia i znaleźliśmy je. Pięknych świątyń szukać nie trzeba, są właściwie wszędzie. W każdy wieczór otoczona hotelami ulica Khao San zamienia się w dyskotekę dla turystów. Widzieliśmy już takie miejsca zamienione w wielkie imprezownie w Katmandu czy Siem Reap, ale cały czas nie mogę się do nich przyzwyczaić. To też jest jednak część Tajlandii czy się to komuś podoba, czy nie.
Aby zwiedzić to niesamowite miasto wystarczy kupić w dobrej cenie bilet do Bangkoku – spakowac walizkę i lecieć
Stolica jest miastem potężnym, w porównaniu z którym laotańskie Vientiane czy khmerskie Phnom Penh prezentują się skromnie. Ogrom miasta, zamieszkiwanego przez 10 milionów ludzi poznaliśmy, próbując wydostać się na peryferia – czekały nas dwie godziny jazdy przez zakorkowane drogi i zatłoczone dzielnice. Miasto wydaje się nie mieć końca. Nawet spacer po historycznym centrum wokół pałacu królewskiego zamienia się w godzinny marsz. Komunikacja autobusowa jest dość sprawna, ale co z tego, jeśli nie wiadomo jaki autobus zatrzymuje się w którym miejscu? W europejskim mieście numery autobusów zatrzymujących się na przystanku są na nim zazwyczaj wyraźnie podane. W Bangkoku musieliśmy pytać się lub zgadywać, rozkładu jazdy i spisu zatrzymujących się autobusów bowiem brak. Na szczęście kierowcy i ich sprzedający bilety pomocnicy są zazwyczaj uczynni. Od chwili przyjazdu dziwi nas, jak przyjaźnie traktują nas w kraju, gdzie turystów powinni mieć wszyscy dość.
Okolice Khao San pełne są takich jakich jak my, turystów, coraz częściej widzimy jednak inną kategorię ludzi. Są to Europejczycy, Amerykanie bądź Australijczycy, którzy zostawiwszy w ojczyźnie swoje domy zdecydowali się resztę życia spędzić w tropikalnym raju. Polityka imigracyjna Tajlandii jest dość luźna, wystarczy więc, że co miesiąc odnowią swoja wizę wyjeżdżając na pół dnia do któregoś z sąsiednich państw i mogą wrócić na kolejnych kilka  tygodni. To jeden ze sposobów na niekończące się wakacje. Niektórzy rozwiązują kwestię pobytu inaczej, ale jak – nie wiemy. Turystyczne zagłębie wokół Khao San pełne jest jednak facetów, na oko 50-letnich, całe dnie spędzających przy knajpianych stolikach. Ich śmiechy i głośne dyskusje słychać z daleka. Towarzyszą im czasem dwie – trzy Tajki. Wraz z nimi śmieją się i popijają piwo. W normalnych okolicznościach taki widok nie byłby codziennością. Ale co to znaczy: „w normalnych okolicznościach”? Khao San rządzi się swoimi prawami.
Tego samego dnia, w kafejce internetowej, zajrzałem przez ramię siedzącej obok dziewczynie. Zastanowiła mnie w pierwszej chwili Tajka pisząca po angielsku. Dopiero po chwili niedyskretnego podglądania zobaczyłem, że konwersuje przez Skype ze sporo starszym od siebie Europejczykiem. Z drugiej strony globu napływały obietnice szybkiego przyjazdu do Tajlandii i bycia razem. Dziewczyna zbywała je krótkimi komentarzami i łamanym angielskim zapewniała o niegasnącym uczuciu.
Zjawiliśmy się w Tajlandii akurat teraz, gdy potężne powodzie pustoszą wiele miejsc w kraju. Stolica żyje swoim rytmem i trzeba opuścić centrum miasta by zdać sobie sprawę z katastrofy. Północne dzielnice zalane są wodą, zamiast pojazdów, które przewidujący właściciele zaparkowali na okolicznych wiaduktach, między domami krążą łódki. Obowiązującym dodatkiem mieszkańców stały się kalosze. W dzielnicach położonych nad rzeką niemal wszystkie sklepy i warsztaty ogrodziły swoje wejścia estetycznymi murkami ze schludnie otynkowanych pustaków, które klienci muszą pokonać dużym susem. Lotnisko krajowe przypomina basen, do którego ktoś, dla zabawy, powtykał samoloty. Pozostawione w miejscu maszyny leżą brzuchami na wodzie. Przerwana jest też linia kolejowa na północ, o czym przekonaliśmy się, próbując odwiedzić słynne ruiny w Ayutthaya. „Pociągu nie ma”. „A kiedy będzie?”. „Nie będzie”. Nie pozostawało więc nic innego jak zostać w mieście.
Wezbrane wody rzeki Chao Phraya, przepływającej przez stolicę, pokrzyżowały nie tylko nasze plany. Właśnie podczas naszego pobytu, w pełnię ostatniego miesiąca tajskiego kalendarza księżycowego, wypadło Loi Krathong, Święto Światła. Tego dnia Tajowie oddają cześć duchom żyjącym w rzekach oraz celebrują zakończenie pory suchej i nadejście monsunu, który obiecuje przyszłe plony. Na wodę puszczane są lampiony wykonane z kwiatów i liści bananowca, a w powietrze lecą papierowe lampiony unoszone powietrzem rozgrzanym przez palący się w nich płomień.
Najpiękniejsze obchody Loi Krathong mają miejsce w Chiang Mai, które już opuściliśmy. Szkoda. Liczyliśmy na to, że także w Bangkoku unosić się będą w powietrze tysiące świateł, zamieniając całe niebo w jeden wielki fajerwerk. Poważnie – jeśli wierzyć setkom fotografii zrobionym w czasie tego święta, a potem wrzuconym w internet, niebo w Chiang Mai, pokryte jest tysiącami frunących lampionów. Stolica zawiodła nas nieco. Tłumy mieszkańców spędzały wolny wieczór w wypełnionych po brzegi restauracjach, w niebo strzelały fajerwerki, ale na głównym moście miasta lecących ku niebu świateł było jak na lekarstwo. Ot, pojedynczy lampion wzbijał się co pół minuty do góry, na niebie wisiało kilkanaście innych, nie było to jednak to, czego się spodziewaliśmy. Siedzieliśmy jednak pod pylonem mostu, oglądając bawiących się świetnie ludzi, a pomarańczowe światła wznosiły się wysoko ponad miasto. Nad brzegiem wezbranej rzeki dziesiątki par i rodzin puszczały na wodę świeczki i kwiaty. Kilku mężczyzn, po kolana brodzących w wodzie, długimi kijami spychało je w główny nurt.
Tajska stolica może przytłaczać, ma jednak wiele uroku. Zwłaszcza gdy w któreś wczesne popołudnie, gdy przezorni mieszkańcy chowają się przed upałem we wnętrzach domów i na ulicach robi się pusto. Kolory świątyń i pałacu królewskiego są wtedy najbardziej intensywne. Spacer przez miasto będzie męczący, ale warto. Zdecydowanie warto!

Trasa wyprawy
“Droga do Shangri-la” – nazwa tej podróży nawiązuje do mitycznej krainy, położonej w jednej z dolin Himalajów Tybetu. Jak głosi legenda kraj ów, rządzony przez sprawiedliwych lamów buddyjskich, jest ostoją pokoju i sprawiedliwości,  a jego mieszkańcy żyją w harmonii ze sobą i otaczającymi ich górami. Nikt nie wie, gdzie owo miejsce leży, a wędrowiec, który przypadkiem tam zawita już nigdy nie może go opuścić. Wyruszamy w tę drogę szukając naszego Shangri-la, miejsca pokoju i równowagi.
Naszym celem jest okrążenie w ciągu osiemnastu miesięcy kontynentu azjatyckiego.
Wyruszając z Polski obierzemy kierunek południowo-wschodni, by znaleźć się w Turcji. Następnym celem będą Syria i Liban. Wczesną zimą dotrzemy do Iranu, stamtąd zaś do Indii.
Wiosnę poświęcimy na treking w Himalajach Indii i Nepalu oraz pakistańskim Karakorum. Kolejnym etapem będą Chiny i Azja Południowo-Wschodnia, skąd przedostaniemy się do Mongolii. Po spenetrowaniu gór Ałtaj udamy się do Rosji, następnie do Kazachstanu i sąsiednich  republik: Kirgistanu, Tadżykistanu, Uzbekistanu i Turkmenistanu. Ostatnim etapem naszej podróży będzie pokonanie Morza Kaspijskiego oraz krajów Kaukazu, skąd przez Morze Czarne wrócimy do Europy.
 
2012-02-13 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Australia i Oceania

W krainie gorących strumieni

przez admin 2012-02-10
Napisane przez admin
https://lh4.googleusercontent.com/-U7NPJN7vqW4/TzS9PVEqk7I/AAAAAAAALhc/1P3vyPKKdEQ/w721-h216-k/ban.jpg

W krainie gorących strumieni

Siedząc nad talerzem pełnym baraniego mięsa, opieczonego jak nasza golonka, z ziemniakami i gęstym sosem, zastanawiamy się co dalej. Zmęczenie daje się we znaki, a my z jednej strony chcemy jeszcze sporo zobaczyć, ale znajdujemy się po środku gór. Gdziekolwiek nie chcielibyśmy dojechać, to musimy wjechać. Pani w informacji niestety nie okazuje się zbytnio pomocna, wskazując nam kilka atrakcyjnych miejsc nie na naszej drodze, lub też wskazując nocleg w środku miasta, na czym nam nie zależy.  Zdecydowaliśmy się na wieczorne opuszczenie miasta i podjechanie kilka kilometrów nad brzegi jeziora Niebieskiego. Droga oczywiście pnie się do góry, a na naszych licznikach stukają kolejne kilometry powyżej 60km. W końcu wczesnym wieczorem lądujemy nad jeziorem. Niewielkie, dookoła osłonięte górami, wydaje się być jednym z planów filmowych Władcy Pierścieni. Siedzimy nad brzegiem przy namiotach wpatrujemy się w jego taflę, zmąconą niewielką bryzą delikatnego wiatru. Z każdą minutą robi się coraz ciemniej, a w około nas ani jednego namiotu czy campera. Jesteśmy sami i możemy spokojnie udać się spać.

I tym razem w nocy pada, jednak jest cieplej. Zaraz nad ranem śniadoskóry mężczyzna z psem Hasky, patrząc na nas zwijających swoje manatki, rzuca lekko roześmiany.

–         Wariaci. Skąd jesteście?

–         Z Polski.

–         Ale przyjechaliście tutaj z Polski?

–         Nie. Jedziemy od Auckland. A potem dalej na południe.

–         To sporo drogi przed wami. Polska, hmm to kraj na który pierwszy napadł Hitler.

–         Tak dokładnie.

–         Cóż, to powodzenia! Idę pobiegać z psem.

I znika w gęstym lesie przylegającym do plaży. My spokojnie dalej pakujemy się, kiedy po kilkunastu minutach widzimy wracającego mężczyznę.

–         A gdzie teraz jedziecie?

–         Do Rotorua, obejrzeć wiosnę Maoryską, a potem do Wai-o-tapu.

–         Do wioski nie warto jechać. A Wai-o-tapu jest niesamowite. Tak naprawdę nie ma już Maorysów. Sam jestem jednym z nich, ale przebieranie się i tańczenie haka, to nie dala mnie – mówiąc to ustawił swoje ciało tak jak robili to wojownicy, a obecnie zawodnicy rugby, kiedy to przed każdym meczem odtwarzają dawny taniec. – Wymachują językami i tańczą dla turystów. – widać, iż parodiuje taniec idealnie, z ironią w głosie. – ta wioska to tylko dla turystów.

–         Właśnie, a może znasz tutaj kilka ciekawych miejsc w okolicy.

–         Tak, jest tutaj niedaleko mała rzeczka, gdzie często jeżdżę jak chcę odpocząć i rozmasować swoje mięśnie. Jest tam wodospad i gorąca woda.

–         Gdzie dokładnie? – miejsce było położone na naszej drodze zaraz przed Wai-o-tapu, do którego chcemy jechać. Może odpocząć dzisiaj, obejrzeć Rotorua, i zatrzymać się na zasłużony odpoczynek? To jest myśl, i tak też zrobimy.

–         Pewnie nie wiecie, ale jestem sławnym aktorem z Hollywood.

–         Naprawdę? A w jakich filmach grałeś?

–         Ostatnio w Gwiezdnych Wojnach, wcześniej w Speed 2, w Zielonej Latarni. Zawsze gram złe charaktery.

–         A tutaj co robisz?

–         Tutaj żyję, a pracuje tam.

I kto by pomyślał, że nad brzegiem Blue Lake spotkamy sławnego aktora. Chodź nikt z nas nie kojarzy go.

W Rotorua, prócz restauracji, moteli, hoteli i sklepów jedyne co zasługuje na uwagę to parujący brzeg jeziora. Szara i parująca woda, niedostępna jest dla zwiedzających, którzy oglądają ją tylko z brzegu. Za to setki ptaków wygrzewa się na niej, czy też przesiaduje nad brzegiem, nie bacząc na tabliczki. Wysuszone drzewa i krzewy załamują się nad siarczystymi błotami, a ziemia aż parzy jak dotknie się jej ręką.

I rzeczywiście wioska Maoryska, to typowa atrakcja dla turystów. Relikt, niby zachowany oryginalnie, z domami i żyjącymi tu jeszcze ludźmi. Przewodnik oprowadza Cię po miasteczku pokazując jak kiedyś żyli i jak oswajali gorące źródła. Jak dotowali kukurydze, czy jak w garnkach przyrządzają jedzenie wstawiając je do niewielkich kraterów z gorącą parą. Część domów, jednak rozpada się, a reszta to sklepiki z pamiątkami.  Na koniec możesz obejrzeć „performace”, gdzie jedna rodzina w niewielkiej sali śpiewa i tańczy dla widowni w tradycyjnych strojach. A zaraz po spektaklu można zrobić sobie zdjęcie z Morysami. I wszystko było by pięknie gdyby nie to, że po chwili jednego z wielkich umięśnionych wojowników z tatuażami, spotykamy na parkingu w luźnej koszulce, klapkach i modnych okularach, ledwo poznając że to właśnie on przed chwilą odgrywał taniec Haka.

Droga do gorącej rzeki dłuży się, i pnie do góry. Cały czas nie możemy przyzwyczaić się do pędzących koło nas samochodów. Na szczęście, przed dobre 10km zaraz obok drogi wiedzie ścieżka rowerowa i możemy spokojnie wspinać się w stronę Wai-o-tapu. W końcu jest nasza droga w lewo, którą rekomendował nam nasz aktor. Zaraz za zakrętem, za kępą krzaków ukrywa się niewielkie jezioro, którego zielona tafla wody paruje, unosząc się do góry. Schowane, widać ze za często nie odwiedzane, spokojnie paruje sobie. Dosłownie 2 kilometry dalej, natrafiamy na parking i niewielką ścieżkę w głąb lasu. Prowadząc rowery, przedzieramy się przed krzaki i niewielkie błota, by dotrzeć do miejsce, z oddali szumiącego i parującego charakterystycznym zapachem. Niewielka, bo może trzy metrowej szerokości rzeczka, spada metr niżej do wielkiej wanny. Pod wodospadem siedzą ludzie, spokojnie wygrzewając się w wielkim kipiącym jakuzi. Zaraz obok, niewielka polana na kilka namiotów, a dookoła gęsty las iglasty z bujnie wypełniającymi go paprociami i niewielkimi tropikalnymi palmami. Zieleń jest tak soczysta, że nie chce się uwierzyć, że tutaj nie ma tłumu turystów. Widać, iż zaglądają tutaj tylko miejscowi. Przy wodzie pod niewielkim nawisem, dziesiątki małych świeczek porozstawianych i wypalonych. Klimatyczne miejsce, w środku niczego. Rzucamy rowery i wskakujemy do wody. Woda aż parzy, ale nie wiele trzeba żeby przyzwyczaić się do niej. W końcu zasłużyliśmy sobie na dobry odpoczynek.

 

Wai-o-tapu, park setek gejzerów, gorących strumyków i jezior. Miejsce, do którego zagląda każdy, kto pokazuje się na północnej wyspie. Wąskie alejki, wiodą pomiędzy kolejnymi zapadlinami, z których wydobywa się siarka. A na zboczach każdego krateru, widać różnokolorowe minerały. Pomarańczowe, żółte, zielone i brunatne kolory pokazują jakie związki wydobywaj się akurat w tym miejscu. Jedne uzdrowicielskie, inne zabójcze, tworzą piękne struktury. Wielkie jezioro o głębokości ponad 100 metrów z temperaturą na dnie ponad 170 stopni schładza się na powierzchni do ponad 100 stopni Celsjusza. Pomiędzy lazurowym środkiem jeziora, a szarym brzegiem wije się żółto-pomarańczowy stopień z minerałów odkładających się od setek lat. Linia ta odcina tak wyraźnie jezioro od brzegu, iż ma się wrażenie że została przez kogoś namalowana. Aż chce się jej dotknąć jednak temperatura wody nie pozwala na to. Chwilę dalej, przed nami rozciąga się kolejne zielone jezioro, gdzie brzeg kipi aż od gotującego się szarego błota i co chwilę wybucha rozlewając dookoła siebie swoją zawartość.

Siarczyste gorące środowisko wydawałoby się, że bez życia, co jakiś czas odkrywa iż tak niedostępne nie jest. Wszędzie gdzie tylko mogą wdzierają się zielone rośliny, a w strumykach można dostrzec niewielkie rośliny i małe stworzenia pływające jak gdyby nigdy nic.

Główną atrakcją każdego poranka jest gejzer Lady Knox. Strzelający na kilkanaście metrów w górę przyciąga tłumy.  Jeden ze strażników wychodzi z mikrofonem przed zgromadzony tłum siedzący na ławkach jak w amfiteatrze i opowiada historię słynnego gejzera. Jak to więźniowie zatrudnieni do budowania dróg, pewnego dnia piorąc swoje ubrania przy małym gorącym oczku wodnym niechcący wrzucili mydło do środka. Woda zaczęła pienić się i strzelać w górę. By uzyskać lepszy efekt, ułożyli w około niego kamienie by zmniejszyć otwór i tym samym zwiększyć zasięg wystrzału.

Po chwili od wrzucenia przez naszego strażnika mydła, podobno ekologicznego, gejzer też zaczął kipieć, a po paru minutach wystrzelił w górę. Ilość nagranego materiału i zdjęć zrobionych w tym momencie, mógłby równać się bibliotece youtube i facebook-a. Przed dobre kilka minut gejzer wyrzucił z siebie przeszło 25 000 litrów wody.

 

Opuszczamy krainę gorących źródeł udając się w stronę jeziora Taupo i góry Ruapehu w rezerwacie Tongariro. Z map wynika, iż mamy do pokonania 90km. By zaoszczędzić czas i wspiąć się na górę, przyciskamy na pedały, a naszym celem staje się niewielka turystyczna mieścina Turangi.

Zjeżdżamy też z głównej drogi i spokojną boczna szosą gnamy do Taupo, a potem nad brzegiem wielkiego jeziora Taupo do naszego celu. Kilometry stukają na licznikach. Wydawałoby się, że jesteśmy w połowie drogi na liczniku mamy już 67km. Do Turangi jeszcze 43, jak wynika z mapy, jednak przy wyjeździe z miasta na drogowskazie pokazuje się 50. Teraz już trudno wycofać się, mamy opłacony nocleg w Turangi i musimy dzisiaj dojechać.

Każdy kolejny kilometr staje się coraz trudniejszy, a walka z czasem i wyczerpaniem, coraz trudniejsza. Niespodziewanie na naszej drodze pokazuje się długi mozolny podjazd, odbijający do jeziora. Na szczęście kilka kilometrów dalej zjazd rekompensuje nam wysiłek wcześniej poniesiony. Słońce powoli chowa się za górami okalającymi jezioro. W ostatnim momencie, w szarości końcówki dnia docieramy do celu. Sami nie możemy uwierzyć, że zdecydowaliśmy się na takie coś. 120km, tyle pokazuje licznik przy recepcji Motelu.

 

 

https://lh3.googleusercontent.com/-O-k0jUmyI5c/TzS9XjP1s3I/AAAAAAAALhs/MqlXmP2EtYU/s1024/1.JPG

https://lh5.googleusercontent.com/-_6ji5VZdUGg/TzS9Ys2HFSI/AAAAAAAALh0/iWhBm8N56I4/s1024/2.JPG

https://lh5.googleusercontent.com/-y1nnUnbmRxw/TzS9Y26r-DI/AAAAAAAALh4/IZgHXfSyD94/s720/3.JPG

https://lh4.googleusercontent.com/-D71vslBnpkI/TzS9f8pBmnI/AAAAAAAALiM/bBG0XKSa1JY/s1024/4.JPG

https://lh5.googleusercontent.com/-4N0YjtyMsMY/TzS9faknywI/AAAAAAAALiE/7w6Zgj1_Zhg/s1024/5.JPG

https://lh5.googleusercontent.com/-KMQbTDId68s/TzS9flL1AFI/AAAAAAAALiI/NFt2Lsy2bDY/s1024/6.JPG

https://lh4.googleusercontent.com/-1wmYi4Pxxzg/TzS9o66K0mI/AAAAAAAALik/eh40JryIobI/s1024/7.JPG

https://lh5.googleusercontent.com/-9pm9AELbCS4/TzS9oFRDgjI/AAAAAAAALic/dgE6lg_ZaWA/s1024/8.JPG

https://lh5.googleusercontent.com/-MlFFDSL_47o/TzS9qwWWmjI/AAAAAAAALis/V_66Yvuoon0/s1024/9.JPG

2012-02-10 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Miasta

Nysa

przez Albin Marciniak 2012-02-09
Napisane przez Albin Marciniak
alt


Nysa

WALORY TURYSTYCZNO – REKREACYJNE
REGIONU NYSKO – JESENICKIEGO

Region nysko – jesenicki jest jedynym w swoim rodzaju w całej Polsce. Ziemia nyska mająca charakter łagodnego, nieomal równinnego pogórza z ogromnym zbiornikiem wodnym, graniczy od południa z typowo górską krainą ziemi jesenickiej. Zaledwie trzydziestopięciokilometrowa odległość pomiędzy centrami turystycznymi tych krain o tak różnym charakterze czyni z tego regionu wyjątkową atrakcję turystyczną.

https://klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2012/02/34082692DSC_9420-474.JPG
foto:Albin Marciniak

To zróżnicowanie sąsiadujących krain – nie tylko pod względem geograficznym ale i kulturowym – oferuje odwiedzającym ogromną ilość atrakcji. Trudno znaleźć drugie takie miejsce by tak wiele atrakcji było skupionych na tak niedużym obszarze. Niewielkie odległości pozwalają na odwiedzenie wielu ciekawych miejsc nawet podczas krótkiego pobytu i skorzystania z rozlicznych ofert tak turystycznych jak i rekreacyjnych.

Równinna, lekko pofałdowana ziemia nyska stwarza doskonałe warunki dla turystyki

oraz wypoczynku dla wszelkich grup wiekowych a więc, a może przede wszystkim, dla turystyki i rekreacji rodzinnej. Liczne dodatkowe oferty, uatrakcyjniające pobyt nad jeziorem, zapewniają rozrywkę gdy w czasie deszczu dzieci się nudzą.

Baza noclegowa położona nad Jeziorem Nyskim to ośrodki wypoczynkowe ze standardem bungalowów i domków campingowych, pola namiotowe z zapleczem sanitarnym, oraz gospodarstwa agroturystyczne. Praktycznie przez okrągły rok można znaleźć miejsca noclegowe. Oprócz bazy nad jeziorem funkcjonują hotele a w sezonie wakacyjnym także schronisko młodzieżowe. Po stronie czeskiej noclegi zapewniają przede wszystkim prywatne kwatery i pensjonaty. Jest ich dużo, o różnym standardzie i tak jak polskie ogłaszają się w Internecie (także w języku polskim). Niezła komunikacja publiczna pozwala niezmotoryzowanym na swobodne poruszanie się po całym regionie, a zmotoryzowanym pozwala zostawić samochód, aby bezstresowo korzystać z uciech gastronomicznych.

Duża ilość w standardzie europejskim wytyczonych tras rowerowych, pokrywa gęstą siecią cały region nysko – jesenicki i gwarantuje wspaniałe wyprawy rowerowe zarówno dla dzieci z rodzicami jak i dla wymagających pogromców górskich tras. Prowadzą one przez wyjątkowo urocze i malownicze zakątki, starannie unikając dróg o większym natężeniu ruchu.

alt
foto:Remigiusz Kamiński

Dla miłośników jeździectwa (i to w każdym wieku) funkcjonuje kilka ośrodków tej formy rekreacji, tak po polskiej, jak i po czeskiej stronie. Można uczyć się podstaw tego sportu, próbować sił w skokach, pobawić się w Dziki Zachód, jak również wybierać się z przewodnikiem na wspaniałe konne wycieczki w teren. Ośrodki te usytuowane są w sąsiedztwie lasów i rzek co czyni jazdę w terenie niesłychanie atrakcyjną i pełną wrażeń.

alt
foto:Remigiusz Kamiński

Pasjonaci historii znajdą tu mnóstwo zabytków architektury. Od gotyckich świątyń poprzez renesansowe czy barokowe rezydencje szlacheckie i kościoły do secesyjnej i historyzującej zabudowy miast i miasteczek. Mury obronne Paczkowa. Dodatkowo muzea: W Nysie i Jeseniku – klasyczne. W Javorniku –zamkowe. W Paczkowie – gazownictwa. W Zlatych Horach – muzeum miejskie i kopalnictwa złota a w Pisečnej -motoryzacji. No i Twierdza Nysa z jej kazamatami.

alt
foto:Remigiusz Kamiński

Miłośnicy przyrody zapewne chętnie odwiedzą rezerwat leśny „Przyłęk” na terenie leśnictwa Markowice oraz opuszczone kamieniołomy w rejonie Sławniowic. Po czeskiej stronie czeka na nich cały masyw górski Hrubego Jeseniku z jego wysokogórską przyrodą.

Kto uwielbia mocniejsze wrażenia, może pokonywać pontonem rzekę Białą, a kajakiem – rzekę Nysę aż do jej ujścia Odry.

Paralotniarzom polecić można dobre noszenia w czeskich górach.

Miasto
Nysa, liczy 45.738 mieszkańców (stan na dzień 31.12.2009r.), sołectwa gminy Nysa to 12.941. Łącznie w gminie mieszka 58.679 osób. Nysa leży w południowo-zachodniej części Opolszczyzny, nad rzeką Nysą Kłodzką, u podnóża Sudetów.
Przez kilkaset lat miasto było stolicą Księstwa Biskupiego oraz jednym z najważniejszych ośrodków kulturalnych i gospodarczych ówczesnej Europy. Do dzisiaj można tutaj podziwiać wiele cennych zabytków z różnych epok historycznych.
Z myślą o turystach na obrzeżach miasta nad Jeziorem Nyskim zlokalizowano rozległy kompleks rekreacyjno-wypoczynkowy, który stanowi centrum uprawiania sportów wodnych oraz jest punktem wypadowym dla turystyki pieszej i rowerowej.

jezioro_nyskie.jpg
Niezdegradowane środowisko, dogodne położenie komunikacyjne pomiędzy Górnym i Dolnym Śląskiem, bliskość Republiki Czeskiej oraz dobrze rozwinięta infrastruktura komunalna, telekomunikacyjna, energetyczna i gazowa są atutem atutami miasta.
IMPREZY PLENEROWE

Dni Twierdzy Nysa.

Coroczna dwudniowa, historyczna impreza w miesiącu sierpniu będąca inscenizacją historycznych wydarzeń z okresu wojen śląskich, wojny siedmioletniej czy wojen napoleońskich, której kulminacyjnym punktem jest przedstawienie bitwy z udziałem kilkuset uczestników wyekwipowanych zgodnie z duchem epoki. Ponadto przemarsz wojsk ulicami miasta i uroczyste ich powitanie przez władze miasta, pokaz życia obozowego i imprezy towarzyszące. Patronem imprezy jest Urząd Miejski.

Metalowa Twierdza

Festiwal muzyki metalowej jak co roku odbywający się w scenerii obwarowań nyskiej twierdzy. Dla młodzieży i dorosłych! Dobra atmosfera i dobry poziom dotychczasowych edycji festiwalu sprawia, że impreza cieszy się wielkim powodzeniem.

Dni Nysy.

W ostatni weekend maja obchody święta miasta. Szereg imprez kulturalnych oraz sportowych odbywających się w większości na miejskim stadionie. Każdorazowo zapraszane są gwiazdy rozrywki co dodatkowo uświetnia i tak znakomity program miejskiego święta.

Jarmark Jakubowy.

Nawiązujący bezpośrednio do średniowiecznego dorocznego targu. ( z niemieckiego; Jahr – markt – roczny targ) w dzień świętego Jakuba. Miła impreza o charakterze historyczno handlowym w miesiącu lipcu odbywająca się -a jakże – u stóp kościoła pw. Św.Jakuba.

Ładne widowisko historyczne z udziałem współczesnych rycerzy.

Noc świętojańska

Powitanie lata w zabytkowym parku w Białej Nyskiej. Wianki na wodzie, ognisko i wiele innych atrakcji. Słowiańskie święto lata. Czerwiec.

Turnieje siatkówki plażowej i żeglarstwo

W sierpniu na plaży Jeziora Nyskiego eliminacje do Mistrzostw Polski. Także w sierpniu regaty o „Błękitną wstęgę Jeziora Nyskiego.

Warto zobaczyć

Ocalałe fortyfikacje nyskiej twierdzy. Dostępne od wiosny do jesieni. Zimą schronienie dla nietoperzy w tym skrajnie zagrożonych gatunków.

Zabytki architektury sakralnej i świeckiej Nysy. Dostępne cały rok.

Skarbiec Jakubowy w dzwonnicy. Imponujący zbiór arcydzieł sakralnego złotnictwa nyskich mistrzów w futurystycznej oprawie; stalowo – szklanej konstrukcji skarbca.

Polskie Carcasonne. Mury obronne i obronny kościół w Paczkowie.

Rozległy widok jaki roztacza się z wieży widokowej na szczycie Kopy Biskupiej na całą ziemię nyską i jesenicką. Okazja do wspaniałych zdjęć panoramicznych.

Jezioro Nyskie

Retencyjny zbiornik wodny napełniony w roku 1972. Powierzchnia około 20 km2. Dobre warunki do sportów wodnych. Wiatry przeważające zachodnie. Brak przeszkód nawigacyjnych. Przy wyższych stanach wody można dopłynąć prawie do Otmuchowa. Południowy brzeg obfituje w płycizny. Na terenie Nyskiego Ośrodka Rekreacji slip z wózkiem na szynach i wyciągarką. Plaże piaszczyste i żwirowe.

W NOR strzeżone kąpielisko. Jezioro rybne. Dzierżawione przez Polski Związek Wędkarski. Dopływająca do jeziora rzeka Biała ma statut wody górskiej.

W sezonie letnim gdy poziom wody opada (retencja Odry) odsłania się wielokilometrowa, szeroka piaszczysta plaża na północnym, a więc nasłonecznionym brzegu jeziora. Świetne warunki do plażowania i organizowania pikników. W ośrodkach wypoczynkowych możliwość wypożyczenia sprzętu pływającego. W sezonie po jeziorze kursuje stateczek białej floty i naprawdę warto skorzystać z tej atrakcji. Bezpieczeństwa strzeże Wodne Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe oraz sezonowy posterunek Policji.


wirtualny spacer
http://um.nysa.pl/spacer.php
http://um.nysa.pl/_portal

http://www.dni.twierdzanysa.pl/2010/dni_tw.htm

https://klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2012/02/DSC_9461-ef1.jpg
foto: Albin Marciniak



foto: Albin Marciniak

33662650DSC_9293
33662650DSC_9293 relacje/nysa/33662650DSC_9293
33672651DSC_9297
33672651DSC_9297 relacje/nysa/33672651DSC_9297
33682652DSC_9301
33682652DSC_9301 relacje/nysa/33682652DSC_9301
33702654DSCF7079
33702654DSCF7079 relacje/nysa/33702654DSCF7079
33712655DSCF7083
33712655DSCF7083 relacje/nysa/33712655DSCF7083
33722656DSCF7086
33722656DSCF7086 relacje/nysa/33722656DSCF7086
33732657DSCF7087
33732657DSCF7087 relacje/nysa/33732657DSCF7087
33742658DSCF7088
33742658DSCF7088 relacje/nysa/33742658DSCF7088
33752659DSCF7097
33752659DSCF7097 relacje/nysa/33752659DSCF7097
33762660DSCF7098
33762660DSCF7098 relacje/nysa/33762660DSCF7098
33772661DSCF7099
33772661DSCF7099 relacje/nysa/33772661DSCF7099
33782662DSCF7100
33782662DSCF7100 relacje/nysa/33782662DSCF7100
33792663DSCF7101
33792663DSCF7101 relacje/nysa/33792663DSCF7101
33802664DSCF7102
33802664DSCF7102 relacje/nysa/33802664DSCF7102
33822666DSCF7170
33822666DSCF7170 relacje/nysa/33822666DSCF7170
33832667DSCF7037
33832667DSCF7037 relacje/nysa/33832667DSCF7037
33842668DSCF7040
33842668DSCF7040 relacje/nysa/33842668DSCF7040
33852669DSCF7041
33852669DSCF7041 relacje/nysa/33852669DSCF7041
33862670DSCF7029
33862670DSCF7029 relacje/nysa/33862670DSCF7029
33872671DSCF7030
33872671DSCF7030 relacje/nysa/33872671DSCF7030
33882672DSCF7031
33882672DSCF7031 relacje/nysa/33882672DSCF7031
33892673DSCF7032
33892673DSCF7032 relacje/nysa/33892673DSCF7032
33902674DSCF7033
33902674DSCF7033 relacje/nysa/33902674DSCF7033
33912675DSCF7022
33912675DSCF7022 relacje/nysa/33912675DSCF7022
33922676DSCF7023
33922676DSCF7023 relacje/nysa/33922676DSCF7023
33932677DSCF7026
33932677DSCF7026 relacje/nysa/33932677DSCF7026
33942678DSCF7010
33942678DSCF7010 relacje/nysa/33942678DSCF7010
33952679DSCF7021
33952679DSCF7021 relacje/nysa/33952679DSCF7021
33962680DSCF6994
33962680DSCF6994 relacje/nysa/33962680DSCF6994
33972681DSCF7005
33972681DSCF7005 relacje/nysa/33972681DSCF7005
33982682DSC_9548
33982682DSC_9548 relacje/nysa/33982682DSC_9548
33992683DSCF6987
33992683DSCF6987 relacje/nysa/33992683DSCF6987
34012685DSCF6990
34012685DSCF6990 relacje/nysa/34012685DSCF6990
34022686DSCF6991
34022686DSCF6991 relacje/nysa/34022686DSCF6991
34032687DSCF6992
34032687DSCF6992 relacje/nysa/34032687DSCF6992
34042688DSC_9443
34042688DSC_9443 relacje/nysa/34042688DSC_9443
34052689DSCF6988
34052689DSCF6988 relacje/nysa/34052689DSCF6988
34062690DSC_9426
34062690DSC_9426 relacje/nysa/34062690DSC_9426
34072691DSC_9429
34072691DSC_9429 relacje/nysa/34072691DSC_9429
https://klubpodroznikow.com/images/stories/relacje/nysa/34082692DSC_9420.JPG
34092693DSC_9424
34092693DSC_9424 relacje/nysa/34092693DSC_9424
34102694DSC_9425
34102694DSC_9425 relacje/nysa/34102694DSC_9425
34122696DSC_9413
34122696DSC_9413 relacje/nysa/34122696DSC_9413
34132697DSC_9427
34132697DSC_9427 relacje/nysa/34132697DSC_9427
34142698DSC_9401
34142698DSC_9401 relacje/nysa/34142698DSC_9401
34162700DSC_9409
34162700DSC_9409 relacje/nysa/34162700DSC_9409
34172701DSC_9411
34172701DSC_9411 relacje/nysa/34172701DSC_9411
34182702DSC_9391
34182702DSC_9391 relacje/nysa/34182702DSC_9391
34202704DSC_9399
34202704DSC_9399 relacje/nysa/34202704DSC_9399
34222706DSC_9385
34222706DSC_9385 relacje/nysa/34222706DSC_9385
34232707DSC_9376
34232707DSC_9376 relacje/nysa/34232707DSC_9376
34242708DSC_9377
34242708DSC_9377 relacje/nysa/34242708DSC_9377
34252709DSC_9378
34252709DSC_9378 relacje/nysa/34252709DSC_9378
34262710DSC_9379
34262710DSC_9379 relacje/nysa/34262710DSC_9379
34272711DSC_9365
34272711DSC_9365 relacje/nysa/34272711DSC_9365
34282712DSC_9367
34282712DSC_9367 relacje/nysa/34282712DSC_9367
34292713DSC_9369
34292713DSC_9369 relacje/nysa/34292713DSC_9369
34302714DSC_9373
34302714DSC_9373 relacje/nysa/34302714DSC_9373
34312715DSC_9360
34312715DSC_9360 relacje/nysa/34312715DSC_9360
34322716DSC_9361
34322716DSC_9361 relacje/nysa/34322716DSC_9361
34332717DSC_9363
34332717DSC_9363 relacje/nysa/34332717DSC_9363
34342718DSC_9364
34342718DSC_9364 relacje/nysa/34342718DSC_9364
34352719DSC_9351
34352719DSC_9351 relacje/nysa/34352719DSC_9351
34362720DSC_9357
34362720DSC_9357 relacje/nysa/34362720DSC_9357
34372721DSC_9329
34372721DSC_9329 relacje/nysa/34372721DSC_9329
34382722DSC_9330
34382722DSC_9330 relacje/nysa/34382722DSC_9330
34392723DSC_9331
34392723DSC_9331 relacje/nysa/34392723DSC_9331
34402724DSC_9332
34402724DSC_9332 relacje/nysa/34402724DSC_9332
34412725DSC_9334
34412725DSC_9334 relacje/nysa/34412725DSC_9334
34422726DSC_9336
34422726DSC_9336 relacje/nysa/34422726DSC_9336
34432727DSC_9339
34432727DSC_9339 relacje/nysa/34432727DSC_9339
34442728DSC_9308
34442728DSC_9308 relacje/nysa/34442728DSC_9308
34452729DSC_9311
34452729DSC_9311 relacje/nysa/34452729DSC_9311
34462730DSC_9280
34462730DSC_9280 relacje/nysa/34462730DSC_9280
34472732DSCF7170
34472732DSCF7170 relacje/nysa/34472732DSCF7170
2012-02-09 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Miasta

Nysa

przez Albin Marciniak 2012-02-09
Napisane przez Albin Marciniak
alt


Nysa

WALORY TURYSTYCZNO – REKREACYJNE
REGIONU NYSKO – JESENICKIEGO

Region nysko – jesenicki jest jedynym w swoim rodzaju w całej Polsce. Ziemia nyska mająca charakter łagodnego, nieomal równinnego pogórza z ogromnym zbiornikiem wodnym, graniczy od południa z typowo górską krainą ziemi jesenickiej. Zaledwie trzydziestopięciokilometrowa odległość pomiędzy centrami turystycznymi tych krain o tak różnym charakterze czyni z tego regionu wyjątkową atrakcję turystyczną.

https://klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2012/02/34082692DSC_9420-474.JPG
foto:Albin Marciniak

To zróżnicowanie sąsiadujących krain – nie tylko pod względem geograficznym ale i kulturowym – oferuje odwiedzającym ogromną ilość atrakcji. Trudno znaleźć drugie takie miejsce by tak wiele atrakcji było skupionych na tak niedużym obszarze. Niewielkie odległości pozwalają na odwiedzenie wielu ciekawych miejsc nawet podczas krótkiego pobytu i skorzystania z rozlicznych ofert tak turystycznych jak i rekreacyjnych.

Równinna, lekko pofałdowana ziemia nyska stwarza doskonałe warunki dla turystyki

oraz wypoczynku dla wszelkich grup wiekowych a więc, a może przede wszystkim, dla turystyki i rekreacji rodzinnej. Liczne dodatkowe oferty, uatrakcyjniające pobyt nad jeziorem, zapewniają rozrywkę gdy w czasie deszczu dzieci się nudzą.

Baza noclegowa położona nad Jeziorem Nyskim to ośrodki wypoczynkowe ze standardem bungalowów i domków campingowych, pola namiotowe z zapleczem sanitarnym, oraz gospodarstwa agroturystyczne. Praktycznie przez okrągły rok można znaleźć miejsca noclegowe. Oprócz bazy nad jeziorem funkcjonują hotele a w sezonie wakacyjnym także schronisko młodzieżowe. Po stronie czeskiej noclegi zapewniają przede wszystkim prywatne kwatery i pensjonaty. Jest ich dużo, o różnym standardzie i tak jak polskie ogłaszają się w Internecie (także w języku polskim). Niezła komunikacja publiczna pozwala niezmotoryzowanym na swobodne poruszanie się po całym regionie, a zmotoryzowanym pozwala zostawić samochód, aby bezstresowo korzystać z uciech gastronomicznych.

Duża ilość w standardzie europejskim wytyczonych tras rowerowych, pokrywa gęstą siecią cały region nysko – jesenicki i gwarantuje wspaniałe wyprawy rowerowe zarówno dla dzieci z rodzicami jak i dla wymagających pogromców górskich tras. Prowadzą one przez wyjątkowo urocze i malownicze zakątki, starannie unikając dróg o większym natężeniu ruchu.

alt
foto:Remigiusz Kamiński

Dla miłośników jeździectwa (i to w każdym wieku) funkcjonuje kilka ośrodków tej formy rekreacji, tak po polskiej, jak i po czeskiej stronie. Można uczyć się podstaw tego sportu, próbować sił w skokach, pobawić się w Dziki Zachód, jak również wybierać się z przewodnikiem na wspaniałe konne wycieczki w teren. Ośrodki te usytuowane są w sąsiedztwie lasów i rzek co czyni jazdę w terenie niesłychanie atrakcyjną i pełną wrażeń.

alt
foto:Remigiusz Kamiński

Pasjonaci historii znajdą tu mnóstwo zabytków architektury. Od gotyckich świątyń poprzez renesansowe czy barokowe rezydencje szlacheckie i kościoły do secesyjnej i historyzującej zabudowy miast i miasteczek. Mury obronne Paczkowa. Dodatkowo muzea: W Nysie i Jeseniku – klasyczne. W Javorniku –zamkowe. W Paczkowie – gazownictwa. W Zlatych Horach – muzeum miejskie i kopalnictwa złota a w Pisečnej -motoryzacji. No i Twierdza Nysa z jej kazamatami.

alt
foto:Remigiusz Kamiński

Miłośnicy przyrody zapewne chętnie odwiedzą rezerwat leśny „Przyłęk” na terenie leśnictwa Markowice oraz opuszczone kamieniołomy w rejonie Sławniowic. Po czeskiej stronie czeka na nich cały masyw górski Hrubego Jeseniku z jego wysokogórską przyrodą.

Kto uwielbia mocniejsze wrażenia, może pokonywać pontonem rzekę Białą, a kajakiem – rzekę Nysę aż do jej ujścia Odry.

Paralotniarzom polecić można dobre noszenia w czeskich górach.

Miasto
Nysa, liczy 45.738 mieszkańców (stan na dzień 31.12.2009r.), sołectwa gminy Nysa to 12.941. Łącznie w gminie mieszka 58.679 osób. Nysa leży w południowo-zachodniej części Opolszczyzny, nad rzeką Nysą Kłodzką, u podnóża Sudetów.
Przez kilkaset lat miasto było stolicą Księstwa Biskupiego oraz jednym z najważniejszych ośrodków kulturalnych i gospodarczych ówczesnej Europy. Do dzisiaj można tutaj podziwiać wiele cennych zabytków z różnych epok historycznych.
Z myślą o turystach na obrzeżach miasta nad Jeziorem Nyskim zlokalizowano rozległy kompleks rekreacyjno-wypoczynkowy, który stanowi centrum uprawiania sportów wodnych oraz jest punktem wypadowym dla turystyki pieszej i rowerowej.

jezioro_nyskie.jpg
Niezdegradowane środowisko, dogodne położenie komunikacyjne pomiędzy Górnym i Dolnym Śląskiem, bliskość Republiki Czeskiej oraz dobrze rozwinięta infrastruktura komunalna, telekomunikacyjna, energetyczna i gazowa są atutem atutami miasta.
IMPREZY PLENEROWE

Dni Twierdzy Nysa.

Coroczna dwudniowa, historyczna impreza w miesiącu sierpniu będąca inscenizacją historycznych wydarzeń z okresu wojen śląskich, wojny siedmioletniej czy wojen napoleońskich, której kulminacyjnym punktem jest przedstawienie bitwy z udziałem kilkuset uczestników wyekwipowanych zgodnie z duchem epoki. Ponadto przemarsz wojsk ulicami miasta i uroczyste ich powitanie przez władze miasta, pokaz życia obozowego i imprezy towarzyszące. Patronem imprezy jest Urząd Miejski.

Metalowa Twierdza

Festiwal muzyki metalowej jak co roku odbywający się w scenerii obwarowań nyskiej twierdzy. Dla młodzieży i dorosłych! Dobra atmosfera i dobry poziom dotychczasowych edycji festiwalu sprawia, że impreza cieszy się wielkim powodzeniem.

Dni Nysy.

W ostatni weekend maja obchody święta miasta. Szereg imprez kulturalnych oraz sportowych odbywających się w większości na miejskim stadionie. Każdorazowo zapraszane są gwiazdy rozrywki co dodatkowo uświetnia i tak znakomity program miejskiego święta.

Jarmark Jakubowy.

Nawiązujący bezpośrednio do średniowiecznego dorocznego targu. ( z niemieckiego; Jahr – markt – roczny targ) w dzień świętego Jakuba. Miła impreza o charakterze historyczno handlowym w miesiącu lipcu odbywająca się -a jakże – u stóp kościoła pw. Św.Jakuba.

Ładne widowisko historyczne z udziałem współczesnych rycerzy.

Noc świętojańska

Powitanie lata w zabytkowym parku w Białej Nyskiej. Wianki na wodzie, ognisko i wiele innych atrakcji. Słowiańskie święto lata. Czerwiec.

Turnieje siatkówki plażowej i żeglarstwo

W sierpniu na plaży Jeziora Nyskiego eliminacje do Mistrzostw Polski. Także w sierpniu regaty o „Błękitną wstęgę Jeziora Nyskiego.

Warto zobaczyć

Ocalałe fortyfikacje nyskiej twierdzy. Dostępne od wiosny do jesieni. Zimą schronienie dla nietoperzy w tym skrajnie zagrożonych gatunków.

Zabytki architektury sakralnej i świeckiej Nysy. Dostępne cały rok.

Skarbiec Jakubowy w dzwonnicy. Imponujący zbiór arcydzieł sakralnego złotnictwa nyskich mistrzów w futurystycznej oprawie; stalowo – szklanej konstrukcji skarbca.

Polskie Carcasonne. Mury obronne i obronny kościół w Paczkowie.

Rozległy widok jaki roztacza się z wieży widokowej na szczycie Kopy Biskupiej na całą ziemię nyską i jesenicką. Okazja do wspaniałych zdjęć panoramicznych.

Jezioro Nyskie

Retencyjny zbiornik wodny napełniony w roku 1972. Powierzchnia około 20 km2. Dobre warunki do sportów wodnych. Wiatry przeważające zachodnie. Brak przeszkód nawigacyjnych. Przy wyższych stanach wody można dopłynąć prawie do Otmuchowa. Południowy brzeg obfituje w płycizny. Na terenie Nyskiego Ośrodka Rekreacji slip z wózkiem na szynach i wyciągarką. Plaże piaszczyste i żwirowe.

W NOR strzeżone kąpielisko. Jezioro rybne. Dzierżawione przez Polski Związek Wędkarski. Dopływająca do jeziora rzeka Biała ma statut wody górskiej.

W sezonie letnim gdy poziom wody opada (retencja Odry) odsłania się wielokilometrowa, szeroka piaszczysta plaża na północnym, a więc nasłonecznionym brzegu jeziora. Świetne warunki do plażowania i organizowania pikników. W ośrodkach wypoczynkowych możliwość wypożyczenia sprzętu pływającego. W sezonie po jeziorze kursuje stateczek białej floty i naprawdę warto skorzystać z tej atrakcji. Bezpieczeństwa strzeże Wodne Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe oraz sezonowy posterunek Policji.


wirtualny spacer
http://um.nysa.pl/spacer.php
http://um.nysa.pl/_portal

http://www.dni.twierdzanysa.pl/2010/dni_tw.htm

https://klubpodroznikow.com/https://www.klubpodroznikow.com/wp-content/uploads/2012/02/DSC_9461-ef1.jpg
foto: Albin Marciniak



foto: Albin Marciniak

33662650DSC_9293
33662650DSC_9293 relacje/nysa/33662650DSC_9293
33672651DSC_9297
33672651DSC_9297 relacje/nysa/33672651DSC_9297
33682652DSC_9301
33682652DSC_9301 relacje/nysa/33682652DSC_9301
33702654DSCF7079
33702654DSCF7079 relacje/nysa/33702654DSCF7079
33712655DSCF7083
33712655DSCF7083 relacje/nysa/33712655DSCF7083
33722656DSCF7086
33722656DSCF7086 relacje/nysa/33722656DSCF7086
33732657DSCF7087
33732657DSCF7087 relacje/nysa/33732657DSCF7087
33742658DSCF7088
33742658DSCF7088 relacje/nysa/33742658DSCF7088
33752659DSCF7097
33752659DSCF7097 relacje/nysa/33752659DSCF7097
33762660DSCF7098
33762660DSCF7098 relacje/nysa/33762660DSCF7098
33772661DSCF7099
33772661DSCF7099 relacje/nysa/33772661DSCF7099
33782662DSCF7100
33782662DSCF7100 relacje/nysa/33782662DSCF7100
33792663DSCF7101
33792663DSCF7101 relacje/nysa/33792663DSCF7101
33802664DSCF7102
33802664DSCF7102 relacje/nysa/33802664DSCF7102
33822666DSCF7170
33822666DSCF7170 relacje/nysa/33822666DSCF7170
33832667DSCF7037
33832667DSCF7037 relacje/nysa/33832667DSCF7037
33842668DSCF7040
33842668DSCF7040 relacje/nysa/33842668DSCF7040
33852669DSCF7041
33852669DSCF7041 relacje/nysa/33852669DSCF7041
33862670DSCF7029
33862670DSCF7029 relacje/nysa/33862670DSCF7029
33872671DSCF7030
33872671DSCF7030 relacje/nysa/33872671DSCF7030
33882672DSCF7031
33882672DSCF7031 relacje/nysa/33882672DSCF7031
33892673DSCF7032
33892673DSCF7032 relacje/nysa/33892673DSCF7032
33902674DSCF7033
33902674DSCF7033 relacje/nysa/33902674DSCF7033
33912675DSCF7022
33912675DSCF7022 relacje/nysa/33912675DSCF7022
33922676DSCF7023
33922676DSCF7023 relacje/nysa/33922676DSCF7023
33932677DSCF7026
33932677DSCF7026 relacje/nysa/33932677DSCF7026
33942678DSCF7010
33942678DSCF7010 relacje/nysa/33942678DSCF7010
33952679DSCF7021
33952679DSCF7021 relacje/nysa/33952679DSCF7021
33962680DSCF6994
33962680DSCF6994 relacje/nysa/33962680DSCF6994
33972681DSCF7005
33972681DSCF7005 relacje/nysa/33972681DSCF7005
33982682DSC_9548
33982682DSC_9548 relacje/nysa/33982682DSC_9548
33992683DSCF6987
33992683DSCF6987 relacje/nysa/33992683DSCF6987
34012685DSCF6990
34012685DSCF6990 relacje/nysa/34012685DSCF6990
34022686DSCF6991
34022686DSCF6991 relacje/nysa/34022686DSCF6991
34032687DSCF6992
34032687DSCF6992 relacje/nysa/34032687DSCF6992
34042688DSC_9443
34042688DSC_9443 relacje/nysa/34042688DSC_9443
34052689DSCF6988
34052689DSCF6988 relacje/nysa/34052689DSCF6988
34062690DSC_9426
34062690DSC_9426 relacje/nysa/34062690DSC_9426
34072691DSC_9429
34072691DSC_9429 relacje/nysa/34072691DSC_9429
https://klubpodroznikow.com/images/stories/relacje/nysa/34082692DSC_9420.JPG
34092693DSC_9424
34092693DSC_9424 relacje/nysa/34092693DSC_9424
34102694DSC_9425
34102694DSC_9425 relacje/nysa/34102694DSC_9425
34122696DSC_9413
34122696DSC_9413 relacje/nysa/34122696DSC_9413
34132697DSC_9427
34132697DSC_9427 relacje/nysa/34132697DSC_9427
34142698DSC_9401
34142698DSC_9401 relacje/nysa/34142698DSC_9401
34162700DSC_9409
34162700DSC_9409 relacje/nysa/34162700DSC_9409
34172701DSC_9411
34172701DSC_9411 relacje/nysa/34172701DSC_9411
34182702DSC_9391
34182702DSC_9391 relacje/nysa/34182702DSC_9391
34202704DSC_9399
34202704DSC_9399 relacje/nysa/34202704DSC_9399
34222706DSC_9385
34222706DSC_9385 relacje/nysa/34222706DSC_9385
34232707DSC_9376
34232707DSC_9376 relacje/nysa/34232707DSC_9376
34242708DSC_9377
34242708DSC_9377 relacje/nysa/34242708DSC_9377
34252709DSC_9378
34252709DSC_9378 relacje/nysa/34252709DSC_9378
34262710DSC_9379
34262710DSC_9379 relacje/nysa/34262710DSC_9379
34272711DSC_9365
34272711DSC_9365 relacje/nysa/34272711DSC_9365
34282712DSC_9367
34282712DSC_9367 relacje/nysa/34282712DSC_9367
34292713DSC_9369
34292713DSC_9369 relacje/nysa/34292713DSC_9369
34302714DSC_9373
34302714DSC_9373 relacje/nysa/34302714DSC_9373
34312715DSC_9360
34312715DSC_9360 relacje/nysa/34312715DSC_9360
34322716DSC_9361
34322716DSC_9361 relacje/nysa/34322716DSC_9361
34332717DSC_9363
34332717DSC_9363 relacje/nysa/34332717DSC_9363
34342718DSC_9364
34342718DSC_9364 relacje/nysa/34342718DSC_9364
34352719DSC_9351
34352719DSC_9351 relacje/nysa/34352719DSC_9351
34362720DSC_9357
34362720DSC_9357 relacje/nysa/34362720DSC_9357
34372721DSC_9329
34372721DSC_9329 relacje/nysa/34372721DSC_9329
34382722DSC_9330
34382722DSC_9330 relacje/nysa/34382722DSC_9330
34392723DSC_9331
34392723DSC_9331 relacje/nysa/34392723DSC_9331
34402724DSC_9332
34402724DSC_9332 relacje/nysa/34402724DSC_9332
34412725DSC_9334
34412725DSC_9334 relacje/nysa/34412725DSC_9334
34422726DSC_9336
34422726DSC_9336 relacje/nysa/34422726DSC_9336
34432727DSC_9339
34432727DSC_9339 relacje/nysa/34432727DSC_9339
34442728DSC_9308
34442728DSC_9308 relacje/nysa/34442728DSC_9308
34452729DSC_9311
34452729DSC_9311 relacje/nysa/34452729DSC_9311
34462730DSC_9280
34462730DSC_9280 relacje/nysa/34462730DSC_9280
34472732DSCF7170
34472732DSCF7170 relacje/nysa/34472732DSCF7170
2012-02-09 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Wywiady

Drugie oblicze Krainy Uśmiechu

przez Karolina Gołda 2012-02-03
Napisane przez Karolina Gołda
https://lh6.googleusercontent.com/-fakDu8f_rSY/TyurBtvwyqI/AAAAAAAALfc/gfWfubwt-Pg/w500-h150-k/pauli.jpg

Drugie oblicze Krainy Uśmiechu

Przez długi czas walczył o odzyskanie wolności wyboru. W nieludzkich warunkach przyszło
mu dbać o to, by nie zatracić siebie. Ponad dwa lata temu wyrwał się z piekła, do którego
trafił na własne życzenie. Wtedy za swoje cierpienie winił nie tylko siebie, ale wielu innych
ludzi. Dziś
, artysta plastyk – Michał Pauli patrzy na historię pobytu w tajskim więzieniu nieco inaczej…

 


Michał Pauli w Piwnicy pod Baranami

Rozmawiają: Karolina Gołda i Michał Pauli

 

Karolina Gołda: Dlaczego to właśnie Azja Południowo-Wschodnia była krainą, która pociągała Cię w
każdy możliwy sposób?

Michał Pauli: Pociągała mnie jej odmienność. Do Polski, zwłaszcza takiej jesiennej, smutnej,
szarej, wręcz depresyjnej, porównywałem tę gorącą krainę, w której żyją przyjacielsko
nastawieni ludzie, wytwarzający pozytywną atmosferę. W to wszystko wplątane było
jeszcze coś, co mnie zawsze fascynowało. Buddyzm. To stanowiło ten odmienny świat, w
którym można poczuć się niezwykle dobrze. Z punktu widzenia Europejczyka, który żyje w
chłodnym i nieco ponurym kraju, Tajlandia była niczym raj na ziemi.

A z punktu widzenia Europejczyka, który trafił tam do więzienia?
Wszystko diametralnie się zmieniło. Nagle raj stał piekłem. Trzymano nas w strasznych
warunkach. Kiedy patrzyłem, jak traktują tam ludzi, tęskniłem za naszym systemem
prawnym, który wydawał się wręcz idylliczny w stosunku do tajskiego. Do tego wszystkiego
dochodziło tak zwane przemęczenie materiału.

Co przez to rozumiesz?
Świadomość, że ten ich, na pozór fajny, uśmiech, tak naprawdę nic nie znaczy, albo znaczy,
tylko coś odwrotnego niż powinien. Jako turysta czujesz się pewnie i miło w środowisku,
w którym, gdy idziesz ulicą, wszyscy uśmiechają się do ciebie i kłaniają w pas. Natomiast
trafiając do więzienia, gdzie każdy walczy o wszystko, a nadal ma gdzieś zachowawczo ten
uśmiech, zdajesz sobie sprawę z tego, jak przewartościowuje się znaczenie samego gestu.
Uśmiech to zachowanie, którego Tajowie uczą się od dziecka. To pewnego rodzaju maska,
za którą kryją się prawdziwe uczucia.

Gdybyś wiedział, że przekraczając granicę Tajlandii, nie zamkną Cię z powrotem,
pojechałbyś tam jeszcze?

Pojechałbym. Powrót na pewno wywołałby we mnie jakiś ból, ponieważ ten tajski system
za bardzo się nie zmienia. Wiem jak to wygląda i że ci ludzie ciągle tam są. Z drugiej strony
poznałem tę kulturę i ludzi tak dobrze, że zacząłem się z nimi asymilować. Po sześciu latach
w jakimś miejscu, nawet złym, człowiek w pewnym sensie zaczyna się identyfikować z tym
innym światem. Dawniej nie wiedziałem jak tych ludzi się je, a teraz z każdym Tajem mogę
znaleźć wspólny język.

Niektórzy ludzie krytykowali Cię za to, że nazywałeś Tajów zwierzętami. Dlaczego to
robiłeś?

To była sytuacja, w której wszyscy byliśmy uzwierzęceni. Poza tym ta masa ludzka różniła
się ode mnie nie tylko językiem, ale też podejściem do świata, więc odbierałem ją trochę jako
taką złowrogą kulturę. Przede wszystkim za dużo rzeczy winiłem Tajów. Za to, co się stało i
za to, że mnie namówili. Oczywiście mogłem nie przyjeżdżać do Tajlandii i nie dać się skusić
na pieniądze, ale stało się. Może w książce przesadziłem w pewnych kwestiach, ale tak to
czułem wtedy, kiedy ją pisałem. To jak odbierałem tych ludzi, wiązało się z tym, że moje
przeżycia były świeże i musiałem je odreagować. Poza tym widziałem dużo rzeczy, których
nie widzi turysta, który patrzy na uśmiechających się Tajów…

Normalny turysta pewnie nie zna też głębszego znaczenia słów „This is Thailand”? Tej,
jak to napisałeś, prostej odpowiedzi, wyjaśniającej przyczynę wszelkich przeciwności
losu…

Po tajsku mówiło się „prate Taj” – to inaczej „kraj Tajlandia”. W moim przypadku miało to
taki oddźwięk nacjonalistyczny – „Ty, biały, co ty sobie myślisz? Tutaj jest Tajlandia. Teraz
ty się masz do wszystkiego dostosować”. Patrząc na te dziwne, głupie, często nieprzemyślane
zjawiska, które miały tam miejsce, śmialiśmy się, mówiąc: „prate Taj”. Nie rozumiesz?
Nie musisz – to jest Tajlandia. Używaliśmy też hasła reklamowego „Amazing Thailand”,
które często można znaleźć m.in. w folderach turystycznych. „Amazing” w znaczeniu
cudowny kraj, który cię zachwyci i zauroczy. My mówiliśmy to słowo w troszeczkę innym,
sarkastycznym znaczeniu, określając coś, co było dla nas niezrozumiałe. Dobitnie opisując,
jednym epitetem, smutniejszą stronę Krainy Uśmiechu.

Dlaczego tę historię, o ciemnej stronie medalu tego pięknego państwa, opowiadasz na
wesoło?

Opowiadam o tym z uśmiechem, bo to naprawdę szczęśliwa historia. To opowieść o trudzie
życia, głupocie, złym systemie, ludzkiej ignorancji i złych rzeczach. Takie jest życie, takie
są nawet bajki, które kończą się happy endem. I tutaj też jest ten happy end. Patrzę na siebie
nie tylko jak na faceta, który wpakował się w dealerstwo, zmarnował kawałek swojego życia
i przeżył 12 kar śmierci, ale też jak na człowieka, z którego w pewnym sensie mogę być
dumny. Chciałbym aby moja książka, „12 x śmierć. Opowieść z Krainy Uśmiechu”, była
przestrogą dla ludzi, którzy dziś myślą podobnie, jak ja kiedyś.

Tę ciekawą lekturę rzeczywiście można traktować jako ostrzeżenie. Brakuje w niej
jednak paru rzeczy. Co jest tego powodem?

Kiedy ją pisałem, miałem blokadę psychiczną. Później dostałem mnóstwo listów, z których
wynikało, że niektóre historie w tej książce, są dla ludzi nie do końca jasne.

Kończysz pisać jej rozszerzenie. Jakie nowe elementy pojawią się w niej?
W rozszerzeniu fabuła rozwinie się w formie listów. Z Tajlandii udało mi się zabrać ich
mnóstwo, dlatego stwierdziłem, że fajnie byłoby dać czytelnikowi możliwość spojrzenia na
tę całą sytuację z perspektywy dwóch światów. Mam na myśli przede wszystkim Ewę, czyli
ten romans, którego zabrakło w pierwszej wersji książki. Postanowiłem też napisać więcej o
samej Tajlandii, a tematem przewodnim stał się dla mnie świat spirytystyczny Tajów. Dużo
ludzi zarzucało mi, że za mało stron poświęciłem rodzinie, więc w tej książce znajdą się
również listy od mojej córki.

A jaką rolę w Twoim więziennym życiu odegrała córka?
Miałem wiele momentów załamań, w których twierdziłem, że nie chcę tam żyć i wolę
popełnić samobójstwo. Jednak nagle zdawałem sobie sprawę, że gdzieś tam daleko jest moja
córka. Tu rodziło się pytanie: cóż jej po ojcu, który nie żyje? A skoro żyje, nawet w jakiejś
odległej krainie, to przynajmniej może napisać do niej list i w jakiś sposób pomóc jej w życiu,
dzieląc się swoimi przemyśleniami. Moja córka była osobą, dla której naprawdę chciałem
walczyć.

Walczyć i kierować się radą, którą dał Ci pewien Hindus, byś „idąc w tłumie, zawsze
szukał własnej ścieżki”?

Tak. Gdy wszystkie rzeczy wydawały się nie do przeskoczenia, więźniowie szybko
rezygnowali z własnej drogi i poddawali się z góry narzuconemu systemowi. Ja wymyśliłem
sobie, że będę pisał listy do prezydentów i z uporem kroczyłem tą ścieżką. Wiele razy
brakowało mi przekonania, że to co robię, ma sens. Jednak to zwątpienie miało przebłyski
nadziei. Nadziei, która zaprowadziła mnie do domu.

Dlaczego, odkąd znalazłeś się w tym normalnym świecie, w swojej hierarchii wartości
stawiasz na wolność wyboru?

W momencie, w którym wyszedłem z więzienia, nabrałem bardzo dużego szacunku do
możliwości wyboru. Zacząłem doceniać wiele rzeczy. Przez lata żyłem w miejscu, w którym
mówiono mi dokąd iść i co robić. Dziś mogę stanąć na ulicy i powiedzieć „pójdę tą drogą” –
to taki mój synonim tej wolności wyboru.

Pewnie niewiele osób wie, że ta druga strona Tajlandii, spleciona z Twoim kawałkiem
życia, doczeka się ekranizacji…

Cieszy mnie fakt, że ta historia spodobała się pewnym ludziom i postanowili ją sfilmować.
Filip Bajon, scenarzysta i reżyser takich filmów jak „Śluby Panieńskie”, „Przedwiośnie”
czy „Magnat”, właśnie pisze scenariusz. Produkcją zajmie się Wiesław Łysakowski, który
wyprodukował np. „Prostą historię o miłości”, „Lejdis” i „Wenecji” oraz Wojciech Pałys,
koproducent m.in. „Róży” i „Wojny żeńsko męskiej”. Jeszcze nie wiem, kto zagra w filmie,
ale mogę zdradzić, że będzie to koprodukcja polsko-angielska.

Podczas pobytu w jednym z najgorszych więzień świata, pewnie nawet przez myśl Ci
nie przeszło, że kiedyś ta Twoja historia znajdzie odzwierciedlenie na dużym ekranie.
Zastanawiam się czy po tym wszystkim co przeżyłeś, planujesz życie na przód?

Po tym wszystkim co się stało, nauczyłem się, że planowanie nic nie daje. Jak to mówią na
wschodzie: „opowiedz Buddzie o swoich planach, a będzie się śmiał”. To prawda, bo plany
bardzo rzadko się sprawdzają. Z drugiej strony nauczyłem się wtedy, że warto marzyć i
mieć w życiu jakieś cele. Mam ich bardzo wiele. Przede wszystkim chciałbym, żeby moja
córka była szczęśliwa, żeby ten film powstał, a moje malarstwo dobrze się sprzedawało. Nie
planuję, że w tym roku będzie tak, a w przyszłym przeniosę się do Krakowa, zamieszkam tu
czy tam. To tylko takie moje marzenia – po prostu chciałbym, żeby było dobrze.

Wstajesz rano, patrzysz w lustro i kogo widzisz?
Widzę na pewno inną osobę, niż kiedyś. Zanim napisałem tę książkę, byłem zahukanym
człowiekiem, bojącym się jak odbierze go społeczeństwo. Teraz mogę sobie powiedzieć
jedno. Jestem facetem, który potrafił przyznać się kim jest i co złego w życiu zrobił w życiu.
A co ludzie o mnie myślą to już nie ma znaczenia. Myśleć będą zawsze, czy wyjedziesz na
ulicę czerwonym samochodem, czy założysz żółte kozaki. Możesz się tym przejmować albo
nie zwracać na to uwagi i żyć tak, jak żyjesz. Bo przecież to jest twoje życie…

klatki -szkic z książki 12*śmierć opowieść z krainy uśmiechu
Tam rozciągał się długi korytarz z umieszczonymi po bokach klatkami.…

Michał Pauli był gościem Klubu Podróżników Śródziemie w ramach slajdowisk w Piwnicy pod Baranami.
Zdjęcia z wieczoru:
http://www.klubpodroznikow.com/forum/3-slajdowiska/4708-slajdowisko-12xmier-micha-pauli#4708

strona Michała
http://www.michalpauli.pl/

http://ecsmedia.pl/c/12-x-smierc-b-iext3665713.jpg

http://www.michalpauli.pl/components/com_gk3_photoslide/thumbs_big/857805book.jpg
2012-02-03 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 252
  • 253
  • 254
  • 255
  • 256
  • …
  • 299

Archiwa

  • marzec 2026
  • luty 2026
  • styczeń 2026
  • grudzień 2025
  • listopad 2025
  • październik 2025
  • wrzesień 2025
  • sierpień 2025
  • lipiec 2025
  • czerwiec 2025
  • maj 2025
  • kwiecień 2025
  • marzec 2025
  • luty 2025
  • styczeń 2025
  • grudzień 2024
  • listopad 2024
  • październik 2024
  • wrzesień 2024
  • sierpień 2024
  • lipiec 2024
  • czerwiec 2024
  • maj 2024
  • kwiecień 2024
  • marzec 2024
  • luty 2024
  • styczeń 2024
  • grudzień 2023
  • listopad 2023
  • październik 2023
  • wrzesień 2023
  • sierpień 2023
  • lipiec 2023
  • czerwiec 2023
  • maj 2023
  • kwiecień 2023
  • marzec 2023
  • luty 2023
  • styczeń 2023
  • grudzień 2022
  • listopad 2022
  • październik 2022
  • wrzesień 2022
  • sierpień 2022
  • lipiec 2022
  • czerwiec 2022
  • maj 2022
  • kwiecień 2022
  • marzec 2022
  • luty 2022
  • styczeń 2022
  • grudzień 2021
  • listopad 2021
  • październik 2021
  • wrzesień 2021
  • sierpień 2021
  • lipiec 2021
  • czerwiec 2021
  • maj 2021
  • kwiecień 2021
  • marzec 2021
  • luty 2021
  • styczeń 2021
  • grudzień 2020
  • listopad 2020
  • październik 2020
  • wrzesień 2020
  • sierpień 2020
  • lipiec 2020
  • czerwiec 2020
  • maj 2020
  • kwiecień 2020
  • marzec 2020
  • luty 2020
  • styczeń 2020
  • grudzień 2019
  • listopad 2019
  • październik 2019
  • wrzesień 2019
  • sierpień 2019
  • lipiec 2019
  • czerwiec 2019
  • maj 2019
  • kwiecień 2019
  • marzec 2019
  • luty 2019
  • styczeń 2019
  • grudzień 2018
  • listopad 2018
  • październik 2018
  • wrzesień 2018
  • sierpień 2018
  • lipiec 2018
  • czerwiec 2018
  • maj 2018
  • kwiecień 2018
  • marzec 2018
  • luty 2018
  • styczeń 2018
  • grudzień 2017
  • listopad 2017
  • październik 2017
  • wrzesień 2017
  • sierpień 2017
  • lipiec 2017
  • czerwiec 2017
  • maj 2017
  • kwiecień 2017
  • marzec 2017
  • luty 2017
  • styczeń 2017
  • grudzień 2016
  • listopad 2016
  • październik 2016
  • wrzesień 2016
  • sierpień 2016
  • lipiec 2016
  • czerwiec 2016
  • maj 2016
  • kwiecień 2016
  • marzec 2016
  • luty 2016
  • styczeń 2016
  • grudzień 2015
  • listopad 2015
  • październik 2015
  • wrzesień 2015
  • sierpień 2015
  • lipiec 2015
  • czerwiec 2015
  • maj 2015
  • kwiecień 2015
  • marzec 2015
  • luty 2015
  • styczeń 2015
  • grudzień 2014
  • listopad 2014
  • październik 2014
  • wrzesień 2014
  • sierpień 2014
  • lipiec 2014
  • czerwiec 2014
  • maj 2014
  • kwiecień 2014
  • marzec 2014
  • luty 2014
  • styczeń 2014
  • grudzień 2013
  • listopad 2013
  • październik 2013
  • wrzesień 2013
  • sierpień 2013
  • lipiec 2013
  • czerwiec 2013
  • maj 2013
  • kwiecień 2013
  • marzec 2013
  • luty 2013
  • styczeń 2013
  • grudzień 2012
  • listopad 2012
  • październik 2012
  • wrzesień 2012
  • sierpień 2012
  • lipiec 2012
  • czerwiec 2012
  • maj 2012
  • kwiecień 2012
  • marzec 2012
  • luty 2012
  • styczeń 2012
  • grudzień 2011
  • listopad 2011
  • październik 2011
  • wrzesień 2011
  • sierpień 2011
  • lipiec 2011
  • czerwiec 2011
  • maj 2011
  • kwiecień 2011
  • marzec 2011
  • luty 2011
  • styczeń 2011
  • grudzień 2010
  • listopad 2010
  • październik 2010
  • wrzesień 2010
  • sierpień 2010
  • lipiec 2010
  • czerwiec 2010
  • maj 2010
  • kwiecień 2010
  • marzec 2010
  • luty 2010
  • styczeń 2010
  • grudzień 2009
  • listopad 2009
  • październik 2009
  • wrzesień 2009
  • sierpień 2009
  • lipiec 2009
  • czerwiec 2009
  • maj 2009
  • kwiecień 2009
  • styczeń 2009
  • listopad 2008
  • październik 2008

Kategorie

  • Administracyjna
  • Afryka
  • Akcje eko
  • Aktualności
  • Aktualności inne
  • Albania
  • Aleja Podróżników
  • Ameryka Północna
  • Ameryka Południowa
  • Ameryka Środkowa i Karaiby
  • Artykuły testowe
  • Australia i Oceania
  • Austria
  • Azja
  • Bez kategorii
  • Biegi
  • BUŁGARIA
  • Chorwacja
  • Ciekawostki
  • Cykliczne Spotkania Podróżników
  • CZARNOGÓRA
  • Czechy
  • Czyste Góry Czyste Szlaki
  • Czyste Tatry
  • Czyste Tatry
  • Dania
  • Dolny Śląsk
  • Europa
  • Festiwale
  • Filmy
  • Francja
  • Góry
  • HISZPANIA
  • HOLANDIA
  • Konkurs Fotograficzny
  • Konkursy
  • Konkursy inne
  • Korona
  • Kościoły i obiekty sakralne
  • KOSOWO
  • Książka
  • Kuchnia
  • Kuchnie świata
  • Kujawsko-pomorskie
  • LITWA
  • Łódzkie
  • Lotniska i powietrze
  • Lubelskie
  • Lubuskie
  • LUKSEMBURG
  • MACEDONIA
  • Małopolskie
  • Malta
  • Materiał zewnętrzny
  • Miasta
  • Miejsca wyjątkowe
  • Muzea
  • Najciekawsze szlaki piesze i rowerowe w Europie
  • Newsy
  • NIEMCY
  • NORWEGIA
  • Opolskie
  • Parowozownie
  • Podkarpackie
  • Podlaskie
  • Podziemia
  • Podziemia
  • Podziemia turystyczne w Europie Underground in Europe
  • Polecamy
  • Polska
  • Pomorskie
  • Portugalia
  • PRACE KONKURSOWE POLSKA
  • PRACE KONKURSOWE ŚWIAT
  • Projekt 4 Pory Roku
  • Projekt Mali Melomani
  • Projekt Mali Melomani II
  • Recenzje sprzętu
  • Reklama
  • Robocze inne
  • ROSJA
  • Rower
  • Różne media
  • Rumunia
  • Schroniska
  • SERBIA
  • Skanseny w Polsce
  • Śląskie
  • Slowacja
  • Slowenia
  • Spływy kajakowe
  • Spotkania autorskie
  • Spotkania, zloty, imprezy podróżników
  • Sprzęt
  • Świat
  • Świętokrzyskie
  • SZWAJCARIA
  • Tanie loty
  • Tatromaniak
  • Testy sprzętu
  • Twierdze i Forty
  • Ukraina
  • unesco
  • Via Adriatica Trail
  • Warmińsko-mazurskie
  • Warsztaty i plenery fotograficzne
  • WĘGRY
  • WIELKA BRYTANIA
  • Wielkopolskie
  • WŁOCHY
  • Woda
  • Wspomnienia z podróży
  • Wystawy
  • Wywiady
  • Zabytki sakralne
  • Zachodniopomorskie
  • Zamki i pałace
  • Zostań w domu nie odwołuj

Obserwuj nas

Top Selling Multipurpose WP Theme

Ostatnie posty

  • Skansen Przemysłu Naftowego Magdalena w Gorlicach

    2026-03-25
  • Skansen Józefa Chełmowskiego w Brusach – artysta z innego świata

    2026-03-24
  • Grota Mechowska – największa osobliwość przyrody na Niżu Europejskim

    2026-03-22
  • Jeziora Plitwickie – fenomen przyrodniczy w Chorwacji

    2026-03-22
  • krokusy w Tatrach – gdzie można podziwiać szafrany spiskie?

    2026-03-22
  • Park Gródek Polskie Malediwy w Jaworznie

    2026-03-21

Kanał społecznościowy

Kanał społecznościowy

Wybór redaktorów

zamek Drakuli w Poenari

2016-01-25

Rezerwat Groapa Ruginoasa, Góry Bihor w Rumunii

2022-08-06

Zamek – Twierdza Rupea w Rumunii

2022-08-09

Rezerwat Cheile Turzii – wąwóz Turda

2024-01-23

Zamek Drakuli w Hunedoarze w Rumunii

2024-03-03

Klub Podróżników Śródziemie

Ogólnopolski portal podróżniczy poświęcony odkrywaniu Polski i świata. Od znanych miast i zabytków, przez górskie szlaki i podziemia, po miejsca nieoczywiste i zapomniane.

Rzetelne relacje, autorskie przewodniki oraz praktyczne wskazówki dla turystów, pasjonatów historii i miłośników aktywnego podróżowania.

Odkrywaj świat z nami – świadomie, krok po kroku i z pasją.

Ciekawe w województwach

    • Dolnośląskie
    • Kujawsko-pomorskie
    • Lubelskie
    • Lubuskie
    • Łódzkie
    • Małopolskie
    • Mazowieckie
    • Opolskie
    • Podkarpackie
    • Podlaskie
    • Pomorskie
    • Śląskie
    • Świętokrzyskie
    • Warmińsko-mazurskie
    • Wielkopolskie
    • Zachodniopomorskie
dhosting

Polecane

Skansen Przemysłu Naftowego Magdalena w Gorlicach
Skansen Józefa Chełmowskiego w Brusach – artysta z innego świata
Grota Mechowska – największa osobliwość przyrody na Niżu Europejskim
Jeziora Plitwickie – fenomen przyrodniczy w Chorwacji

Ostatnio dodane

Skansen Przemysłu Naftowego Magdalena w Gorlicach
Skansen Józefa Chełmowskiego w Brusach – artysta z innego świata
Grota Mechowska – największa osobliwość przyrody na Niżu Europejskim
Jeziora Plitwickie – fenomen przyrodniczy w Chorwacji
Facebook Twitter Youtube Linkedin Envelope Rss

klubpodroznikow.com – Copyright & Copy 2025/26

Created by Konfig.Info

  • Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Forum
  • Relacje
    • Europa
    • Polska
    • Świat
  • Sprzęt
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Książka
  • Kontakt
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Home
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat

Wybór redaktorów

  • Sighișoara miasto w środkowej Rumunii w Siedmiogrodzie

    2026-02-02
  • Góry solne w Rumunii – Muntele de sare

    2026-02-01
  • Droga Transfogaraska w Rumunii

    2025-09-17
  • Wulkany błotne w Rumunii, wyjątkowy rezerwat przyrody

    2024-08-20
  • Jaskinia Meziad, Peşteră

    2024-08-20
  • Kopalnia soli Salina Turda w Rumunii

    2024-08-17
@2021 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu zapewnienia prawidłowego działania serwisu oraz analiz ruchu. Zobacz politykę prywatności .