Międzynarodowy Spływ Kajakowy na Popradzie
Piwniczna – Zdrój – Leluchów – Żegiestów – Stary Sącz
25 – 29 maja 2024
Piwniczna – Zdrój – Leluchów – Żegiestów – Stary Sącz
25 – 29 maja 2024
Po zakończeniu aklimatyzacji, zejściu niżej w celu regeneracji i podleczenia infekcji gardła na wyprawie Mateusza Waligóry na Everest z poziomu morza nastąpił dłużący się czas oczekiwania na okno pogodowe i atak szczytowy. Ten rozpocznie się już dziś w nocy. Mateusz wyruszy z bazy do obozu II, skąd w ciągu następnych dni dojdzie do c3 i c4. Wyjście szczytowe rozpocznie się z tego ostatniego prawdopodobnie 21 maja, jeśli tylko utrzymają się przychylne prognozy pogody na ten dzień.

Pogoda jak zwykle rządzi i dzieli na Evereście. Najpierw bardzo długo komplikowała plany zaporęczowania góry aż po wierzchołek, co było w tym roku zadaniem agencji Seven Summits Treks. Ostatecznie 10 maja w godzinach wieczornych grupa dziesięciu Nepalczyków dotarła na szczyt i poprowadziła nań liny poręczowe. Wyjątkowo wcześniej udało się to zrobić na sąsiednim Lhotse, które w ubiegłych sezonach zazwyczaj musiało poczekać na zaporęczowanie Everestu.
W związku z opóźnieniami grupa zmierzająca na Everest w pierwszym oknie pogodowym, musiała przez kilka dni oczekiwać na otwarcie drogi na szczyt w obozie II. Pierwszym nie-Nepalczykiem w tym sezonie na szczycie Everestu był Ukrainiec Valentyn Sypavin, profesjonalny alpinista, były zawodnik we wspinaczce lodowej i przewodnik górski z Charkowa, który wyruszył dosłownie kilka godzin po zespole poręczującym. Dzień później, 12 maja, na szczycie zameldowało się więcej osób, w tym Szerpowie z grupą prowadzonych przez nich dziewięciu uczestników wyprawy organizowanej przez agencję Imagine Nepal, w ramach której na Evereście działa także Mateusz Waligóra. Niestety prognozy pogody się nie sprawdzały i to oraz inne wejścia szczytowe przebiegało w chmurach, opadach śniegu, wietrze. Poskutkowało to niestety odmrożeniami wśród kilku wspinających się na Dach Świata. Niestety w drodze na wierzchołek ponad obozem IV zaginęło też dwóch mongolskich wspinaczy, którzy zamierzali osiągnąć szczyt bez dodatkowego tlenu i asysty Szerpów.

Wiele wskazuje na to, że dopiero nadchodzące dni – jeżeli tym razem prognozy nie zawiodą – przyniosą poprawę pogody i solidne, prawie bezwietrzne i słoneczne okno pogodowe, które da szanse na bezpieczny atak szczytowy. Niestety czeka na niego w bazie i wyższych obozach jeszcze wielu chętnych, co może skutkować kolejkami w drodze na liczący 8848 m wierzchołek.

Celem wyprawy Mateusza Waligóry jest dotarcie na Mount Everest z poziomu morza z wykorzystaniem jedynie siły własnych mięśni, bez emisji zbędnych zanieczyszczeń, w myśl zasady „leave no trace”. Jeśli wyprawa się powiedzie, będzie pierwszym Polakiem, który osiągnie Mount Everest w taki sposób. Wyprawa odbywa się w formie himalajskiego triathlonu, na który składają się etap rowerowy prowadzący przez północny wschód Indii do Nepalu, etap pieszy, czyli trekking do bazy pod Everestem i etap trzeci – wspinaczka na najwyższy szczyt Ziemi.

Postępy wyprawy można śledzić na profilach w social media:
https://www.facebook.com/MateuszWaligoraOfficial/

Wrocław który mocno ucierpiał podczas powodzi tysiąclecia w 1997 roku, powstał niczym Feniks z popiołów i przyciąga niczym magnes. Do tego miasta zabytków, miasta z klimatem, miasta kramów, kafejek i restauracji, nie wpada się na chwilę i nie zagląda się przy okazji. Tutaj się bywa i tutaj się powraca. Wie o tym każdy kto choć raz poczuł magię tego miasta.
Wrocław, miasto 111 mostów, wielu wysp, zabytków, pięknego rynku z imponującym Ratuszem, Rotundą mieszczącą Panoramę Racławicką, rozległej części starego miasta i wielu innych także wyjątkowych miejsc. Przyjeżdżając do Wrocławia pierwsze kroki kierujemy właśnie na rynek, następnie na Ostrów Tumski z imponującą Katedrą św. Jana Chrzciciela. Po drodze jest także Barokowy ogród Ossolineum który daje nieco ukojenia podczas zwiedzania tej części Wrocławia. Tuż obok, wznosi się założony w 1702 roku Uniwersytet Wrocławski, który może się poszczycić 9 laureatami Nagrody Nobla w XX wieku. Uczelnia to także Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego do którego zapraszam.

Wiele osób daje się namówić do wejścia w mury szacownej uczelni, skuszeni obietnicą podziwiania Wrocławia ponad dachami innych zabytków. To właśnie na wieży tej uczelni znajduje się taras widokowy udostępniony dla turystów. Zanim jednak wyruszymy bogato zdobioną klatką schodową na punkt widokowy, warto zwiedzić także inne dostępne części uczelni. Aula Leopoldyńska, Oratorium Marianum, Sale Wystawowe z z imponującą ilością zabytków ustawionych w gablotach, oraz Wieża Matematyczna nad którą znajduje się taras widokowy.

Na parterze, tuż przy wejściu znajduje się kasa a bilety możemy zakupić na całość bądź na poszczególne części muzeum. Wizytę warto ująć w swoich planach zwiedzania Wrocławia na nieco dłuższy pobyt, bo wnętrza jak i same eksponaty mocno wciągają a czas dziwnie szybko mija. Zwiedzanie warto zacząć od Oratorium Marianum. Aula znajduje się także na parterze na prawo od wejścia.

Oratorium Marianum
Ciężkie doświadczenia, które stały się udziałem całego kompleksu Akademii Leopoldyńskiej, prześledzić można najlepiej na przykładzie Oratorium Maryjnego Kongregacji Łacińskiej. Zwiastunem późniejszych dramatów było zawalenie się 9 sierpnia 1731 roku – w trakcie budowy – czterech jego zachodnich filarów. W wyniku katastrofy trójnawową halę przekształcono w zwężoną salę z wydzielonym od strony południowej korytarzem. Oratorium poświęcono uroczyście 22 listopada 1733 roku. Od tej pory należało ono, wraz z Aulą Leopoldyńską i nie istniejącym dziś Auditorium Comicum (salą teatralną), do najbardziej reprezentacyjnych wnętrz Uniwersytetu Wrocławskiego.

Oratorium Marianum
Kompozycja wnętrza – łącząca w niepodzielną całość elementy architektury i dekoracji – świadczy o związkach z twórczością Christophorusa Tauscha. Całością prac kierował Johann Blasius Peintner, a po jego śmierci – Joseph Frisch. W ramach zespołu działali artyści realizujący wcześniej Aulę Leopoldyńską i Schody Cesarskie, m. in. rzeźbiarze: Johann Albrecht Siegwitz i Franz Joseph Mangoldt, sztukatorzy i marmoryzatorzy: Johann Anton Schatzel i Ignazio Provisore oraz malarz Johann Christoph Handke z Ołomuńca.

Oratorium Marianum
Ośmioprzęsłową salę sklepiono kolebką z lunetami. Dwa wschodnie przęsła, wydzielone łukiem tęczowym i przyściennymi kolumnami, stanowiły prezbiterium. Na belkowaniu umieszczone zostały putta, a na hermowych pilastrach – serafiny, tworzące chóry anielskie łączące się ze sceną malarską na plafonie, przedstawiającą Boga Ojca w przestworzach. Cykl malarstwa monumentalnego na sklepieniu głównym, pod emporą muzyczną i w lunetach, jak również pozłacane kartusze w kluczach łuków, łączyły się ikonograficznie z maryjnym wezwaniem sali.

Oratorium Marianum
Przechodząc na pierwsze piętro stajemy przed bogato rzeźbionymi drzwiami. To za nimi kryje się kolejna wyjątkowa sala. Ta część muzeum była przez długi czas niedostępna a po renowacji ponownie można podziwiać kunszt rzeźbiarzy i malarzy będących twórcami tego miejsca.

Aula Leopoldyńska
Aula Leopoldyńska, największa i najbardziej reprezentacyjna część głównego gmachu Uniwersytetu Wrocławskiego, to cenny i unikatowy zabytek świecki późnego baroku. Wzniesiona w latach 1728-1732 wraz z całym kompleksem budynków uniwersyteckich, otrzymała swoją nazwę na cześć cesarza Leopolda I, fundatora Uniwersytetu w roku 1702. Aulę projektował Christophorus Tausch, uczeń Andrei Pozza, znanego włoskiego architekta, malarza i filozofa. Pokryta została freskami przez Johanna Christopha Handkego z Ołomuńca.

Aula Leopoldyńska
Twórcą rzeźb figuralnych był Franz Joseph Mangoldt, znany artysta wrocławski rodem z Moraw, a ornamenty sztukatorskie i marmoryzację wykonał włoski mistrz Ignazio Provisore. Wymienieni twórcy doskonale zrealizowali artystyczną wizję Andrei Pozza: rzeźba, architektura i malarstwo tworzą jedną organiczną całość. Trójdzielność kompozycji wnętrza Auli powstała przez wydzielenie podium, audytorium i wspartej na filarach empory muzycznej.

Aula Leopoldyńska
Nasyceni sztuką możemy przejść na kolejne piętro. Tuż pod tarasem widokowym znajduje się Wieża matematyczna.To tutaj znajdowały się urządzenia pomiarowe i prowadzono obserwację nieba. W kopule zamykającej klatkę schodową a z której prowadzi wyjście na taras, znajdują się ryciny i tablice z wykresami prowadzonych obserwacji na przestrzeni wieków. Poniżej, w sali wystawowej podziwiać można bogatą kolekcję zabytkowych zegarów słonecznych oraz wiele urządzeń astronomicznych.

Schody Cesarskie
Schody Cesarskie prowadzą na Wieżę Matematyczną, której pomieszczenia stanowią dzisiaj przestrzeń ekspozycyjną Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego, a taras widokowy stwarza turystom możliwość podziwiania panoramy miasta. Wieża to dawne Obserwatorium Astronomiczne, urządzone w końcu XVIII wieku. Założył je w 1791 roku eksjezuita Longinus Anton Lorenz Jungnitz, profesor wrocławskiej Leopoldiny, zapalony przyrodnik, fizyk i astronom. Głównymi instrumentami naukowymi tego początkowego okresu były: luneta o ogniskowej 5 stóp, instrument przejściowy o ogniskowej 6 stóp oraz skonstruowany w najwyższej kondygnacji wieży gnomon z wytyczoną w posadzce linią południkową, zachowaną do dnia dzisiejszego.

Wieża Matematyczna

Wieża Matematyczna
Teraz można się oddać podziwianiu eksponatów w sali wystawowej znajdującej się na parterze, tuż pod Aulą Leopoldyńską. W 2002 roku po kapitalnym remoncie zaprezentowano w niej wystawę, 300 lat Uniwersytetu Wrocławskiego 1702-2002″, która stanowiła oprawę plastyczną obchodów jubileuszowych Uniwersytetu. Do 2011 roku była jedyną salą ekspozycyjną Muzeum UWr kiedy to po remoncie pomieszczeń na parterze zachodniego skrzydła gmachu głównego dołączyły do niej – Sala im. Stefana Banacha oraz Sala pod Filarem. Wystawa „Nauka i nauczanie na Uniwersytecie Wrocławskim 1702-2012” ma za zadanie pokazać bogatą i dynamiczną historię Uniwersytetu Wrocławskiego na przestrzeni funkcjonowania najważniejszej placówki naukowej na Śląsku. W dwóch salach wystawowych oraz na łączącym je korytarzu zostało zaprezentowane historyczne bogactwo i różnorodność zbiorów uniwersyteckich.

Sale wystawowe
Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego










Cypel Helski co roku przyciąga rzesze plażowiczów. Od Władysławowa aż po Hel, po obu stronach wąskiego pasa lądu rozciąga się piaszczysta plaża. Spacerujących spotkać można o każdej porze roku, bo poza piaskiem i szumem fal jest także co zwiedzać. Na Helu ponad lasem wznosi się latarnia morska a tuż przy nabrzeżu znajduje się Fokarium Stacji Morskiej. Tuż przy brzegu, obok portu Marynarki Wojennej zobaczyć można zatopione wraki okrętów. Jest także Muzeum Obrony Wybrzeża. Jednak to co można oglądać na całym terenie miasta oraz w lasach otaczających Hel, to stanowiska ogniowe nazywane też „baterią cyplową”. Wchodziły w skład Dywizjonu Artylerii Nadbrzeżnej, Rejonu Umocnionego Hel. W 1939 stanowiły bardzo ważny element polskiej obrony Wybrzeża.

{source}<iframe src=”https://www.google.com/maps/embed?pb=!1m18!1m12!1m3!1d5820.439997822331!2d18.81050010738229!3d54.59830921341633!2m3!1f0!2f0!3f0!3m2!1i1024!2i768!4f13.1!3m3!1m2!1s0x46fd05d2ca7fc22f%3A0x872c4748389436fb!2sCentrala%20Artyleryjska%2013%20BAS!5e1!3m2!1spl!2spl!4v1678262121805!5m2!1spl!2spl” width=”800″ height=”600″ style=”border:0;” allowfullscreen=”” loading=”lazy” referrerpolicy=”no-referrer-when-downgrade”></iframe>{/source}
Muzeum Obrony Wybrzeża
http://mow.helmuzeum.pl/pl/obiekty/stanowisko-baterii-laskowskiego-cypel-helski

Zwiedzać można oczywiście przez cały rok, lecz wiosna i jesień jest do tego najlepsza, by bez tłumów i pośpiechu a także w kilku przypadkach bez dodatkowych opłat, zwiedzać niespiesznie to co służyło do obrony a teraz jest atrakcją turystyczną.

Bateria „helska”, „cyplowa” została sformowana na podstawie rozkazu Szefa Sztabu Głównego WP L.dz. 370/IIIF tjn. z dnia 26 lutego 1934 r. oraz rozkazu Szefa Kierownictwa Marynarki Wojennej L.dz. 562/34 tjn. z dnia 27 lutego 1934 r. Rozmowy na temat zakupu czterech dział artylerii nadbrzeżnej średniego kalibru rozpoczęto na początku 1933. Z inicjatywy kmdr. ppor. Heliodora Laskowskiego, kierownika Szefostwa Artylerii i Służby Uzbrojenia Kierownictwa Marynarki Wojennej, do przetargu zaproszono szwedzką firmę Bofors. W dziedzinie sprzętu artyleryjskiego Marynarka Wojenna (jako pierwsza z polskich sił zbrojnych) rozpoczęła długotrwałą współpracę z „Boforsem” (w armaty Boforsa wyposażone były polskie kontrtorpedowce typu Grom i okręty podwodne). Pierwszą umowę z Boforsem podpisano 20 grudnia 1933 na dostawę czterech armat kal. 152,4 mm wz. 35 dla nowej baterii nadbrzeżnej na Helu. Bezpośredni nadzór nad próbami poligonowymi w Szwecji i późniejszym montażem armat na Helu był sprawowany z ramienia Marynarki Wojennej przez chor. mar. Jana Lichego.

W czerwcu 1935 pierwsza partia dostawy została załadowana na polski transportowiec wojskowy ORP Wilia i przewieziona do Gdyni. Stamtąd transportem kolejowym działa zostały przewiezione na Hel. Druga partia w ten sam sposób dotarła do miejsca przeznaczenia we wrześniu. Tworzenie obsady baterii podjęto w maju 1935 roku na Oksywiu dowódcą jej został por. mar. Władysław Trzciński. W czerwcu 1935 roku obsada otrzymała nazwę „Oddział Artylerii Nadbrzeżnej”, w lipcu przeniesiona została na Hel i weszła w skład Baterii Kadrowej Artylerii Nadbrzeżnej przeformowanej z Kompanii Artylerii Nadbrzeżnej MW. Oddział składał się z 1 oficera, 6 podoficerów i 57 marynarzy. Oddział wziął udział w montażu dział na stanowiskach. Zarządzeniem Ministra Spraw Wojskowych 26 czerwca 1935 roku otrzymała nazwę „1 bateria Dywizjonu Artylerii Nadbrzeżnej”. Niedługo potem, w 1936 zmieniono jej nazwę na XXXI Bateria. Po przedwczesnej śmierci inicjatora, kmdr. ppor. Heliodora Laskowskiego, 1 stycznia 1937 baterii nadano jego imię. Planowano budowę drugiej takiej baterii (4 działa 152,4 mm Bofors) na Półwyspie Helskim, ale projektu do wybuchu wojny nie zrealizowano. Ostatecznie bateria w 1939 roku na etacie pokojowym liczyła 2 oficerów i 160 podoficerów i marynarzy.

1 września ok. godz. 14:00 bateria została zaatakowana przez 25–28 samolotów bombowych Ju-87, walkę z nimi podjęły nkm i ckm baterii, uszkodzeniu uległa jedna armata kal. 75 mm, wartownia i linie telefoniczne, zniszczeniu uległ prowizoryczny schron na amunicję kal. 75 mm. Rannych zostało 5 marynarzy, w tym 3 ciężko. 2 września o godz. 18:15 teren baterii został zbombardowany przez 6 samolotów, od godz. 20:00 i przez noc 2/3 września teren baterii był bombardowany przez naloty nękające niemieckich wodnosamolotów, co 15–20 minut. W wyniku czego uległ uszkodzeniu wysokościomierz dalmierza, zerwano kable energetyczne oraz odsłonięto też fundamenty działa nr 4. Wszystkie uszkodzenia naprawiono i przywrócono stan poprzedni.

Bateria brała udział w porannej bitwie artyleryjskiej 3 września 1939 z dwoma niszczycielami niemieckimi „Leberecht Maass” i „Wolfgang Zenker”, a następnie o godz. 10.00 do niszczyciela „Fredrich Eckoldt”. Pomiędzy 4, a 10 września teren baterii był obiektem kilku nalotów niemieckiego lotnictwa, według polskich źródeł obsługa nkm nr 2, 4 września zestrzeliła niemiecki samolot. 11 września o godz. 14:30 stojący w basenie amunicyjnym Westerplatte, pancernik „Schleswig-Holstein” ostrzelał teren baterii 15 pociskami.

Według polskich źródeł 18 września ok. godz. 17:00 pancernik „Schleswig-Holstein” miał ostrzeliwać teren baterii uszkadzając kabel energetyczny, odłamki przebiły ściany centrali artyleryjskiej. 19 września od godz. 10:05 pancernik „Schleswig-Holstein” ostrzelał między innymi teren baterii 35 salwami.

Po II wojnie światowej, w oparciu o stanowiska dział dawnej 31. Baterii została w 1946 zorganizowana 2 Bateria 13 Samodzielnego Dywizjonu Artylerii Nadbrzeżnej. Pierwszym dowódcą Dywizjonu został przedwojenny dowódca baterii – kmdr. ppor. Zbigniew Przybyszewski, który wkrótce jednak został usunięty, a następnie uwięziony i w wyniku tzw. spisku komandorów stracony w ramach represji stalinizmu. W okresie 1948–1949 zbudowano dodatkowe stanowisko ogniowe, a działa 152 mm Boforsa zamieniono na radzieckie działa B-13 kalibru 130 mm (co wymagało przebudowy stanowisk, m.in. podwyższenia podłogi przez ułożenie 40 cm warstwy mieszanki betonowej). W 1950 rozwiązano dywizjon, a na jego miejsce utworzono Baterię Artylerii Stałej (BAS) i otrzymała nazwę 13 BAS. Bateria ta funkcjonowała do 1976 roku, kiedy to ostatecznie zrezygnowano w Polsce z artylerii nadbrzeżnej.

Zachowały się przebudowane stanowiska baterii, znajdujące się na terenie wojskowym w Helu oraz dwie oryginalne armaty 152 mm. Jedna z armat znajduje się w Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni (wystawa plenerowa), a druga w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.
W maju 2008 roku staraniem Muzeum Obrony Wybrzeża odrestaurowano i oddano do zwiedzania stanowisko nr 4 bat. Laskowskiego wraz z zachowaną na nim powojenną armatą B-13 i galerią umieszczoną w podziemiach stanowiska.







Cypel Helski co roku przyciąga rzesze plażowiczów. Od Władysławowa aż po Hel, po obu stronach wąskiego pasa lądu rozciąga się piaszczysta plaża. Spacerujących spotkać można o każdej porze roku, bo poza piaskiem i szumem fal jest także co zwiedzać. Na Helu ponad lasem wznosi się latarnia morska a tuż przy nabrzeżu znajduje się Fokarium Stacji Morskiej. Tuż przy brzegu, obok portu Marynarki Wojennej zobaczyć można zatopione wraki okrętów. Jest także Muzeum Obrony Wybrzeża. Jednak to co można oglądać na całym terenie miasta oraz w lasach otaczających Hel, to stanowiska ogniowe nazywane też „baterią cyplową”. Wchodziły w skład Dywizjonu Artylerii Nadbrzeżnej, Rejonu Umocnionego Hel. W 1939 stanowiły bardzo ważny element polskiej obrony Wybrzeża.

{source}<iframe src=”https://www.google.com/maps/embed?pb=!1m18!1m12!1m3!1d5820.439997822331!2d18.81050010738229!3d54.59830921341633!2m3!1f0!2f0!3f0!3m2!1i1024!2i768!4f13.1!3m3!1m2!1s0x46fd05d2ca7fc22f%3A0x872c4748389436fb!2sCentrala%20Artyleryjska%2013%20BAS!5e1!3m2!1spl!2spl!4v1678262121805!5m2!1spl!2spl” width=”800″ height=”600″ style=”border:0;” allowfullscreen=”” loading=”lazy” referrerpolicy=”no-referrer-when-downgrade”></iframe>{/source}
Muzeum Obrony Wybrzeża
http://mow.helmuzeum.pl/pl/obiekty/stanowisko-baterii-laskowskiego-cypel-helski

Zwiedzać można oczywiście przez cały rok, lecz wiosna i jesień jest do tego najlepsza, by bez tłumów i pośpiechu a także w kilku przypadkach bez dodatkowych opłat, zwiedzać niespiesznie to co służyło do obrony a teraz jest atrakcją turystyczną.

Bateria „helska”, „cyplowa” została sformowana na podstawie rozkazu Szefa Sztabu Głównego WP L.dz. 370/IIIF tjn. z dnia 26 lutego 1934 r. oraz rozkazu Szefa Kierownictwa Marynarki Wojennej L.dz. 562/34 tjn. z dnia 27 lutego 1934 r. Rozmowy na temat zakupu czterech dział artylerii nadbrzeżnej średniego kalibru rozpoczęto na początku 1933. Z inicjatywy kmdr. ppor. Heliodora Laskowskiego, kierownika Szefostwa Artylerii i Służby Uzbrojenia Kierownictwa Marynarki Wojennej, do przetargu zaproszono szwedzką firmę Bofors. W dziedzinie sprzętu artyleryjskiego Marynarka Wojenna (jako pierwsza z polskich sił zbrojnych) rozpoczęła długotrwałą współpracę z „Boforsem” (w armaty Boforsa wyposażone były polskie kontrtorpedowce typu Grom i okręty podwodne). Pierwszą umowę z Boforsem podpisano 20 grudnia 1933 na dostawę czterech armat kal. 152,4 mm wz. 35 dla nowej baterii nadbrzeżnej na Helu. Bezpośredni nadzór nad próbami poligonowymi w Szwecji i późniejszym montażem armat na Helu był sprawowany z ramienia Marynarki Wojennej przez chor. mar. Jana Lichego.

W czerwcu 1935 pierwsza partia dostawy została załadowana na polski transportowiec wojskowy ORP Wilia i przewieziona do Gdyni. Stamtąd transportem kolejowym działa zostały przewiezione na Hel. Druga partia w ten sam sposób dotarła do miejsca przeznaczenia we wrześniu. Tworzenie obsady baterii podjęto w maju 1935 roku na Oksywiu dowódcą jej został por. mar. Władysław Trzciński. W czerwcu 1935 roku obsada otrzymała nazwę „Oddział Artylerii Nadbrzeżnej”, w lipcu przeniesiona została na Hel i weszła w skład Baterii Kadrowej Artylerii Nadbrzeżnej przeformowanej z Kompanii Artylerii Nadbrzeżnej MW. Oddział składał się z 1 oficera, 6 podoficerów i 57 marynarzy. Oddział wziął udział w montażu dział na stanowiskach. Zarządzeniem Ministra Spraw Wojskowych 26 czerwca 1935 roku otrzymała nazwę „1 bateria Dywizjonu Artylerii Nadbrzeżnej”. Niedługo potem, w 1936 zmieniono jej nazwę na XXXI Bateria. Po przedwczesnej śmierci inicjatora, kmdr. ppor. Heliodora Laskowskiego, 1 stycznia 1937 baterii nadano jego imię. Planowano budowę drugiej takiej baterii (4 działa 152,4 mm Bofors) na Półwyspie Helskim, ale projektu do wybuchu wojny nie zrealizowano. Ostatecznie bateria w 1939 roku na etacie pokojowym liczyła 2 oficerów i 160 podoficerów i marynarzy.

1 września ok. godz. 14:00 bateria została zaatakowana przez 25–28 samolotów bombowych Ju-87, walkę z nimi podjęły nkm i ckm baterii, uszkodzeniu uległa jedna armata kal. 75 mm, wartownia i linie telefoniczne, zniszczeniu uległ prowizoryczny schron na amunicję kal. 75 mm. Rannych zostało 5 marynarzy, w tym 3 ciężko. 2 września o godz. 18:15 teren baterii został zbombardowany przez 6 samolotów, od godz. 20:00 i przez noc 2/3 września teren baterii był bombardowany przez naloty nękające niemieckich wodnosamolotów, co 15–20 minut. W wyniku czego uległ uszkodzeniu wysokościomierz dalmierza, zerwano kable energetyczne oraz odsłonięto też fundamenty działa nr 4. Wszystkie uszkodzenia naprawiono i przywrócono stan poprzedni.

Bateria brała udział w porannej bitwie artyleryjskiej 3 września 1939 z dwoma niszczycielami niemieckimi „Leberecht Maass” i „Wolfgang Zenker”, a następnie o godz. 10.00 do niszczyciela „Fredrich Eckoldt”. Pomiędzy 4, a 10 września teren baterii był obiektem kilku nalotów niemieckiego lotnictwa, według polskich źródeł obsługa nkm nr 2, 4 września zestrzeliła niemiecki samolot. 11 września o godz. 14:30 stojący w basenie amunicyjnym Westerplatte, pancernik „Schleswig-Holstein” ostrzelał teren baterii 15 pociskami.

Według polskich źródeł 18 września ok. godz. 17:00 pancernik „Schleswig-Holstein” miał ostrzeliwać teren baterii uszkadzając kabel energetyczny, odłamki przebiły ściany centrali artyleryjskiej. 19 września od godz. 10:05 pancernik „Schleswig-Holstein” ostrzelał między innymi teren baterii 35 salwami.

Po II wojnie światowej, w oparciu o stanowiska dział dawnej 31. Baterii została w 1946 zorganizowana 2 Bateria 13 Samodzielnego Dywizjonu Artylerii Nadbrzeżnej. Pierwszym dowódcą Dywizjonu został przedwojenny dowódca baterii – kmdr. ppor. Zbigniew Przybyszewski, który wkrótce jednak został usunięty, a następnie uwięziony i w wyniku tzw. spisku komandorów stracony w ramach represji stalinizmu. W okresie 1948–1949 zbudowano dodatkowe stanowisko ogniowe, a działa 152 mm Boforsa zamieniono na radzieckie działa B-13 kalibru 130 mm (co wymagało przebudowy stanowisk, m.in. podwyższenia podłogi przez ułożenie 40 cm warstwy mieszanki betonowej). W 1950 rozwiązano dywizjon, a na jego miejsce utworzono Baterię Artylerii Stałej (BAS) i otrzymała nazwę 13 BAS. Bateria ta funkcjonowała do 1976 roku, kiedy to ostatecznie zrezygnowano w Polsce z artylerii nadbrzeżnej.

Zachowały się przebudowane stanowiska baterii, znajdujące się na terenie wojskowym w Helu oraz dwie oryginalne armaty 152 mm. Jedna z armat znajduje się w Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni (wystawa plenerowa), a druga w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.
W maju 2008 roku staraniem Muzeum Obrony Wybrzeża odrestaurowano i oddano do zwiedzania stanowisko nr 4 bat. Laskowskiego wraz z zachowaną na nim powojenną armatą B-13 i galerią umieszczoną w podziemiach stanowiska.







Problemu nie mają Ci wszyscy, dla których wakacje wiążą się wyłącznie z letnim wypoczynkiem nad wodą, w popularnych kurortach a najlepiej gdy całość zorganizowana jest przez biura podróży. Te osoby na ogół wybierają Turcję, Grecję czy Tunezję a dla wybierających samodzielną organizację i dojazd własny, od kilku lat prym wiedzie Chorwacja.

Helsingborg, Szwecja, foto Albin Marciniak
Co jednak gdy wakacje niekoniecznie muszą ograniczać się do miesięcy wakacyjnych, a wypoczynek to nie tylko opalanie się i kąpiele w morzu? Coraz więcej osób wypoczynek wiąże z aktywnościami oraz, a może i przede wszystkim ze zwiedzaniem. Od kilku lat znacząco wzrasta popularność północy, gdzie Islandia, Wyspy Owcze, Norwegia czy Szwecja notują bardzo duże zainteresowanie turystów z całej Europy. To potwierdzają nie tylko duże biura podróży ale także małe agencje butikowe, gdzie pula wolnych miejsc wyczerpuje się już na początku roku. Niestety ale pośród tak dużej ilości osób wybierających się do tych krajów, wielu zapomina o odpowiednim ubezpieczeniu. Jadąc choćby na kilkudniową wycieczkę do Szwecji, warto pomyśleć o tym nieco wcześniej. Nawet gdy przypomnimy sobie o tym w dniu wyjazdu, także jest na to sposób i nie ma potrzeby umawiania wizyty u agenta. Wystarczy kilka minut by przez internet wybrać dla siebie odpowiednią opcję: https://rankomat.pl/kraje/szwecja

Malmo, Szwecja, foto Albin Marciniak
Podróż po Stanach Zjednoczonych to odwieczne marzenie wielu Polaków, jak i również turystów z całego świata. Minęły czasy gdy za Ocean leciało się wyłącznie w celach emigracyjnych. Od lat wzrasta popularność wyjazdów do Ameryki Północnej czy Południowej w celach typowo turystycznych. Do Stanów Zjednoczonych wybiera się coraz więcej naszych rodaków już nie do pracy czy w odwiedziny do rodziny, ale wyłącznie w celach turystycznych. Zniesienie obowiązku wizowego otworzyło możliwości swobodnego podróżowania po tym ogromnym, ale jakże różnorodnym kraju. Wystarczy wykupić wycieczkę w jednym z wielu biur podróży, by w Nowym Jorku zobaczyć Central Park, Broadway, Wall Street, Manhattan, Empire State Building, Statuę Wolności. Podróż do Stanów Zjednoczonych Ameryki jest jednym z marzeń dla wielu osób, zwłaszcza w Europie. Kraj leżący za oceanem ma do zaoferowania turystom bardzo wiele. By zobaczyć choćby te najważniejsze, wakacje musiały by potrwać przynajmniej rok. Miejsca które rozpalają wyobraźnię turystów z całego świata to bez wątpienia: Waszyngton z wizytą w Białym Domu, Wodospad Niagara, Wielki Kanion rzeki Kolorado, Park Narodowy Yellowstone czy Park Narodowy Yosemite z gigantycznymi drzewami, choć wyjątkowych parków w USA jest znacznie więcej. A to tylko początek listy, którą można tworzyć bez końca. By to podziwiać z bliska, wiele osób decyduje się na indywidualne wyjazdy. To jednak wiąże się z dokładnym zaplanowaniem całej wycieczki w najdrobniejszych szczegółach. Bardzo ważnym elementem jest oczywiście ubezpieczenie, bo jakakolwiek wizyta u lekarza wiąże się ze sporymi wydatkami a choćby najmniejszy wypadek, to już niestety ogromne koszty. Tutaj warto poświęcić nieco czasu i na spokojnie porównać sobie różne opcje związane z konkretnym wyjazdem: https://rankomat.pl/kraje/usa

foto Shutterstock
Gdziekolwiek postanowimy spędzić nasz wypoczynek, warto zadbać o nasze zdrowie i samopoczucie, by pobyt na plaży czy wycieczka krajoznawcza były przyjemnością a nie czasem rozterek i zmartwień.
Miłych wakacji.
Jazeera Airways będzie obsługiwał bezpośrednie loty z Krakowa do Kuwejtu
Jazeera Airways, wiodący przewoźnik kuwejcki, uruchomi bezpośrednie połączenie #PROSTOzKRAKOWA do Kuwejtu od 11 czerwca 2024 r. Loty z Krakowa do Kuwejtu będą realizowane dwa razy w tygodniu, we wtorki i piątki. Obecnie najkrótsza możliwość lotu z przesiadkami na tej trasie zajmuje prawie 10 godzin. Dzięki Jazeera Airways podróżni będą mogli dostać się z Krakowa do Kuwejtu w krótszym o połowę czasie.

Kraków Airport, foto Albin Marciniak
– Kuwejt jest krajem, który oferuje ciekawe połączenie wieżowców, luksusowych hoteli, zadbanych ogrodów, restauracji i centrów handlowych. To miejsce powinien odwiedzić każdy, kto ceni wspaniałą lokalną i międzynarodową kuchnię i orientalną kulturę. – powiedział Radosław Włoszek, prezes zarządu Kraków Airport.
– Wraz z uruchomieniem bezpośrednich lotów z Kuwejtu do Krakowa z niecierpliwością czekamy na turystów z tego kraju, którzy mogą teraz odwiedzić nie tylko nasze zabytkowe miasto, ale także cały region Małopolski, która jest pięknym kierunkiem wakacyjnym, z bogatą ofertą urlopową – dodał Radosław Włoszek.

Radosław Włoszek, prezes zarządu Kraków Airport, foto Albin Marciniak
Ze swojej bazy w Kuwejcie Jazeera Airways lata do ponad 60 miejsc na Bliskim Wschodzie, w Azji Środkowej i Południowej, Afryce i Europie. Linia oferuje szeroki wybór wygodnych i niedrogich lotów dla osób podróżujących w celach służbowych, wypoczynkowych i religijnych. Oferowane przez nią usługi, takie jak m.in. ekrany Jazeera, służące zapewnieniu rozrywki podczas lotu, możliwość wcześniejszej odprawy czy zamówienia z wyprzedzeniem produktów wolnocłowych lub posiłku na pokładzie pozwalają zadbać o pozytywne wrażenia z podróży. Linia obsługuje własny terminal lotniczy – Jazeera Terminal 5, dzięki czemu podróż pasażerów tranzytowych przebiega spokojnie i bezproblemowo.
– To wspaniale, że Jazeera Airways może uruchomić najnowsze połączenie do urokliwego miasta, jakim jest Kraków. Jako nowy kierunek podróży, Kraków stanowi odpowiedź na zapotrzebowanie rynku na zróżnicowaną ofertę letnią. Widzimy duży popyt na podróże do Krakowa latem i bardzo się cieszymy, że możemy połączyć oba miasta. Dzięki uruchomieniu tego nowego połączenia, Jazeera Airways stanie się idealnym wyborem dla często podróżujących w celach urlopowych mieszkańców Kuwejtu, a także dla zamieszkałej w Kuwejcie polskiej społeczności oraz obcokrajowców. – podkreślił Barathan Pasupathi (Bara), Chief Executive Officer Jazeera Airways.

info prasowe: krakowairport.pl
Wybór między kursem kitesurfingu grupowym a indywidualnym to jedno z kluczowych rozważań, które pojawia się na drodze każdej osoby zainteresowanej nauką tego fascynującego sportu. To decyzja, która wymaga przemyślenia i uwzględnienia różnych czynników. Zarówno kurs grupowy, jak i indywidualny mają swoje unikalne cechy, a wybór między nimi może wpłynąć na przebieg procesu nauki oraz osiągnięte wyniki.

Proces nauki kitesurfingu krok po kroku.
Ale zanim zagłębimy się w analizę zalet i wad obu form kursu, warto zastanowić się nad tym, czy kitesurfing w ogóle jest dla nas. Nauka kitesurfingu rozpoczyna się od podstaw, a kurs IKO poziom 1 stanowi solidną bazę dla wszystkich, którzy chcą rozpocząć swoją przygodę z tym sportem. To tutaj uczymy się sterowania latawcem i podstawowych technik pływania, co pozwala nam zdecydować, czy kitesurfing to rzeczywiście coś, co chcemy kontynuować.
Jeśli postanowimy kontynuować naukę, możemy przejść do kolejnego etapu – podstawowego kursu kitesurfingu IKO 1+2. To już na tym poziomie zdobędziemy umiejętności potrzebne do samodzielnego uprawiania tego sportu. Kurs ten obejmuje szeroki zakres technik, począwszy od nauki sterowania małym latawcem po pływanie na desce w obie strony. Po ukończeniu kursu otrzymujemy międzynarodową licencję IKO, która stanowi oficjalne potwierdzenie naszych umiejętności.
Ostatni etap szkolenia koncentruje się na doskonaleniu zdobytych umiejętności, pozwalając nam pogłębić naszą wiedzę i praktykę. To tutaj uczymy się zaawansowanych technik, takich jak pływanie pod wiatr, wykonywanie zwrotów czy nawet pierwsze skoki.
Podczas kursu kitesurfingu wykorzystuje się łączność radiową, co umożliwia ciągłą komunikację z instruktorem. Istnieje możliwość wyboru między lekcjami indywidualnymi a grupowymi, a każda z tych form nauki ma swoje wady i zalety.

Czym różni się kurs indywidualny od grupowego?
Kurs grupowy jest doskonałą opcją dla tych, którzy chcą uczyć się w towarzystwie innych osób. To świetny sposób na wymianę doświadczeń, wzajemną motywację i wzajemne wsparcie. Kurs indywidualny natomiast pozwala na skupienie się na naszych własnych potrzebach i tempie nauki, co może być szczególnie korzystne dla osób, które potrzebują dodatkowej uwagi i wsparcia.
Pierwsze dwie godziny kursu to głównie wprowadzenie teoretyczne oraz nauka podstawowych technik sterowania latawcem. Jest to moment, który możecie przeżyć komfortowo, ucząc się razem bez pośpiechu i presji. To jest ten etap szkolenia, gdy jeszcze nie odpływacie do instruktora i możecie sprawnie wymieniać się sprzętem podczas poszczególnych ćwiczeń wykonywanych na zmianę.
Podczas kursu grupowego , będziesz mieć możliwość nauki w grupie maksymalnie dwuosobowej, co pozwoli na efektywne korzystanie z lekcji. Ta opcja jest szczególnie korzystna dla osób o słabszej kondycji, ponieważ umożliwia odpoczynek w trakcie oczekiwania na wykonanie ćwiczeń przez drugą osobę. Ponadto, będąc w parze, możecie nawzajem korygować błędy i wspólnie rozmawiać z instruktorem o postępach i trudnościach.
Wybór kursu grupowego pozwala również zaoszczędzić pieniądze. Na przykład, kurs pierwszego poziomu (IKO 1) w EASY SURF Chałupy trwa grupowo 5 godzin i kosztuje 770 zł od osoby, podczas gdy opcja indywidualna to 920 zł za 4 godziny.

Kiedy warto rozważyć indywidualny kurs?
Kiedy dochodzicie do etapu startów z wody a przerwy między ćwiczeniami stają się coraz dłuższe, to chęć dzielenia się latawcem z drugą osobą maleje. Jeśli wolisz tego uniknąć, zależy Ci na szybszym progresie albo zwyczajnie nie masz ochoty ustalać wspólnych terminów innymi kursantami, to może być znak, że warto rozważyć tryb indywidualny.
Podsumowując, wybór między kursem kitesurfingu grupowym a indywidualnym zależy od naszych preferencji, możliwości czasowych i finansowych, a także naszych celów i oczekiwań. Ważne jest, aby wybrać tę formę nauki, która najlepiej odpowiada naszym potrzebom i pozwoli nam osiągnąć nasze cele.

|
KURS KITE GRUPOWY |
KURS KITE INDYWIDUALNY |
||
|
PLUSY |
MINUSY |
PLUSY |
MINUSY |
|
zaoszczędzone pieniądze |
graniczne widełki wagowe od etapu zajęć w wodzie |
uwaga instruktora skupiona na jednej osobie |
nieco wyższa cena |
|
idealny na pierwszy etap kursu |
wspólny sprzęt do nauki – uciążliwe od etapu startów z deską. |
brak potrzeby dopasowania godzin zajęć z partnerem |
szybsze zmęczenie |
|
oszczędność czasu przy nauce teorii i sterowania latawcem |
|
brak konieczności wymieniania się sprzętem |
brak motywacji ze strony drugiej osoby |
|
wzajemna weryfikacja błędów |
|
szybkie postępy |
|
|
odpoczynek kiedy druga osoba wykonuje ćwiczenia |
|
brak ograniczeń wagowych |
|
Skoro wiesz już, kurs kitesurfingu jest najodpowiedniejszy dla Ciebie, to mamy nadzieję, że do zobaczenia wkrótce na wodzie!
EASY SURF Team
Najstarsza drewniana świątynia na Słowacji. Jest to jedyny rzymskokatolicki kościół drewniany wśród wschodnio-słowackich kościółków drewnianych wpisanych na Listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Rzymskokatolicki drewniany Kościół św. Franciszka z Asyżu, wraz z kolejnymi 7 drewnianymi kościołami Łuku Karpackiego, w 2008 roku został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Obiekt wybudowano pod koniec XV wieku (prawdopodobnie w latach 1499-1500). Jest najstarszym i najlepiej utrzymanym kościółkiem drewnianym na Słowacji. Do najcenniejszych części jego wnętrza należą gotyckie obrazy tablicowe oraz malowidła ścienne z roku 1655 i 1805. Choć w niewielkiej miejscowości funkcjonuje nowy kościół, także i w tym zabytkowym okazjonalnie odbywają się nabożeństwa.

Został zbudowany pod koniec XV wieku w stylu gotyckim i jest najstarszym na Słowacji zachowanym gotyckim kościołem drewnianym. Jego bryła zewnętrzna od ponad pół tysiąca lat pozostała niezmieniona. Ołtarz główny powstał w latach 1460-1480 i przedstawia Matkę Boską, św. Katarzynę Aleksandryjską oraz św. Barbarę. Niektóre elementy wyposażenia, jak na przykład oryginały bocznych skrzydeł ołtarzowych czy drewniane tabernakulum szafkowe z początku XVI wieku, znajdują się Muzeum Narodowym w Budapeszcie.

Wystrój wewnętrzny kościoła nosi wyraźne cechy okresu reformacji, kiedy kościół przez krótki czas był świątynią ewangelicką. Z tego okresu, a konkretnie z 1665 roku, pochodzą malowidła na południowej ścianie nawy. Przedstawiają one sceny biblijne: Adama i Ewę pod drzewem wiadomości dobrego i złego, przypowieść o pannach roztropnych i nierozsądnych oraz św. Jerzego walczącego ze smokiem Ich funkcję wychowawczą podkreślają cytaty z Biblii po łacinie oraz w języku staroczeskim.

Hervartow lezy poza popularnymi szlakami turystycznymi i nie ma co się dziwić że brak tutaj kolejek chętnych do zwiedzania. Zabytek na ogół pozostaje zamknięty ale wystarczy jeden telefon na numer widoczny na drzwiach świątyni, by po kilku minutach pojawiła się przewodniczka mieszkająca w sąsiedztwie kościoła.
Godziny pon – pt 09,00 – 12,00 13,00 – 16,00 sob. niedz. 14,00 – 16,00
Anna Mackanicova +421 918 678 260
Lokalizacja: Prešovský kraj, okres Bardejov, Hervartov, Słowacja
GPS: N49°14’49” E21°12’18”

Kluszow, Kobylska Góra – stanowisko archeologiczne, kurhany.
Na grzbiecie Kobylskiej Góry, nad potokiem łukawickim, znajdują się w kilku skupiskach 33 kurhany. Ich wysokość wynosi od 0,5 do 1,7 m, a średnica od 9 do 17 m. Jeden z kopców został poddany badaniom archeologicznym, w wyniku których odkryto fragmenty ceramiki i kamienny topór. Grupa kurhanów z Kobylskiej Góry przypomina mogiły znajdujące się koło miejscowości Bardejów, Łukawica i Kobyly. Mogiły były budowane przez ludy wschodniosłowackie z późnej epoki kamienia (neolitu) na przełomie trzeciego i drugiego tysiąclecia przed Chrystusem. Ponieważ ukrywają szczątki zmarłych, zasłużyły sobie na miano „piramid wschodniej Słowacji”. Pomniki te, mające przeszło cztery tysiące lat, wraz z zachowanymi na tym terenie zamkami i fortyfikacjami, są cennymi obiektami archeologicznymi, których wartość dodatkowo podkreśla fakt, że można je podziwiać w oryginalnym miejscu ich powstania. Niestety, identyfikację zachowanych kurhanów od reszty terenu utrudnia leśna roślinność. Skaning 3D i prezentacja na tablicach, zdecydowanie ułatwiłaby edukację tego miejsca.
Po jesiennych i zimowych dniach pełnych szarówki, wszyscy wyczekują na wiosenne promienie słońca. Te dające ukojenie, energię i opaleniznę, najlepiej odbieramy w otoczeniu zieleni, pośród przyrody, w górach czy nad wodą. Bez słońca nie istniało by życie na ziemi, więc i my silnie odczuwamy potrzebę bezpośredniego kontaktu ze słońcem. To dzięki promieniom słonecznym, znacząco poprawia się ukrwienie skóry, zwiększa jej elastyczność a nawet odporność na infekcje. Dzięki promieniom słonecznym zwiększa się synteza endorfin, czyli tzw. hormonów szczęścia, a to z kolei sprzyja relaksacji, odprężeniu i poprawie samopoczucia. Dzięki słońcu czujemy że żyjemy, i nie jest to tylko przenośnia.

Piękna słoneczna pogoda zachęca do różnych aktywności, a rower jest tego najlepszym przykładem, dającym także poczucie wolności. Krótka przejażdżka po najbliższej okolicy czy dłuższe wyprawy, byle by tylko być w ruchu i zasięgu słońca. Oczywiście przejażdżki osiedlowymi alejkami nie dają tyle przyjemności co jazda serpentynami pośród łąk i lasów z pięknymi widokami. Takich miejsc w naszym kraju na szczęście nie brakuje a wybór jest duży dla każdego. Od tras dla rodzin z małymi dziećmi po trasy dla długodystansowców.


Jedni wybierają rower, inni wsiądą do kajaka czy na ponton a jeszcze inni wyruszą w góry. Ta aktywność także staje się coraz popularniejsza a takim jaskrawym przykładem są nasze Tatry. W ciągu niespełna 20 lat zainteresowanie wędrówkami po szlakach Tatrzańskiego Parku Narodowego wzrosło dwukrotnie a obecnie jest to ponad 4,5 mln turystów rocznie. Oczywiście największa popularność przypada na weekend majowy, czerwcowy i miesiące wakacyjne i tutaj także ogromne znaczenie ma pogoda i dni słoneczne. Z badań wynika, że ludzie mają naturalnie wyższy poziom serotoniny w mózgu w słoneczne dni. Słońce ma na nas zbawienny wpływ i bez niego nie potrafimy odpowiednio funkcjonować. I tutaj także kolejne ale… tutaj także, podobnie jak nad wodą pojawia się problem. Także bagatelizowany i także prowadzący do poważnych konsekwencji. Mowa oczywiście poparzeniu słonecznym. W górach, podczas wędrówki i wysiłku, nie zwracamy na to uwagi a choćby lekki wiaterek usypia naszą czujność. Słońce potrafi zaskoczyć na koniec dnia, gdy okazuje się że tym razem „przypadkiem” przesadziliśmy z opalenizną. Ramiona, szyja i twarz wystawione na działania promieni słonecznych łapią opaleniznę bardzo szybko. Nie dajmy się zwieść, że włosy zwalniają nas od konieczności zakładania czapki, by uchronić się przed przegrzaniem a nawet udarem słonecznym. Panowie którzy coraz częściej decydują się na fryzurę „na zero” tym bardziej powinni zadbać o odpowiednią ochronę przeciwsłoneczną.

Ciechocińskie tężnie to unikatowe i zarazem największe w Europie drewniane konstrukcje służące do zwiększania stężenia soli w solance. Zostały zaprojektowane w XIX wieku przez inżyniera Jakuba Graffa, profesora Akademii Górniczej w Kielcach. Stanowią jeden z elementów ciągu technologicznego służącego do produkcji ciechocińskiej soli spożywczej. Trzy tężnie o łącznej długości 1742,3 m i wysokości niemalże 16 m to również naturalne inhalatorium z bogatym w jod mikroklimatem.

Choć w całym kraju jak grzyby po deszczu powstają kolejne tężnie solankowe, to większość z nich bywa zaledwie substytutem a nawet ozdobą parków miejskich. Dużych tężni tworzący specyficzny mikroklimat jest zaledwie kilka. Tężnią będącą ciągiem produkcji soli jest wyłącznie ta w Ciechocinku. O jej wyjątkowości przekonuję się każdy kto zechce zobaczyć ogromną konstrukcję osobiście. Spacer wzdłuż tężni nr 1,2 i 3 uświadamia jak wielkim przedsięwzięciem było zbudowanie kolosa wspartego na 7 tysiącach dębowych pali wbitych w grunt.

Prace nad budową fabryki soli ruszyły w 1824r., a budowę dwóch tężni, stanowiących istotne elementy ciągu technologicznego produkcji, powierzono Janowi Jakubowi Graffowi. Tężnia nr I osiągnęła 648m długości, zaś tężnia nr II 719m. Tak w latach 1824-1828 powstawała wyjątkowa w skali Europy i świata fabryka soli. Światowym fenomenem ciechocińskiej fabryki jest to, że działa w niezmienionej technologii do dnia dzisiejszego.
1859 to rok budowy tężni numer III.
Dynamiczny rozwój uruchomionej w 1832 roku ciechocińskiej fabryki soli ukoronowany został budową tężni nr III o długości 333m. Drugiego takiego ciągu technologicznego nie ma nigdzie indziej na świecie. Łączna długość kompleksu trzech tężni wynosi 1742,3 m.

Park Tężniowy
Początki tego parku sięgają roku 1875, jednak ostatecznie został zagospodarowany w latach 1907-1908 według koncepcji Franciszka Szaniora. Przy wejściu do parku znajduje się słynny zegar kwiatowy będący dziełem Zygmunta Hellwiga, zaś w samym jego sercu pomnik Stanisława Staszica – wybitnego przedstawiciela polskiego oświecenia. Jego popiersie wykonane z brązu odsłonięto w 1961 roku, w 125. rocznicę założenia uzdrowiska. Park rozciąga się wzdłuż tężni nr 1.
Od dnia 22 listopada 2017 roku uznano za pomnik historii ,,Ciechocinek – zespół tężni i warzelni soli wraz z parkami Tężniowym i Zdrojowym”. Lista Pomników Historii obejmuje obiekty o szczególnych wartościach materialnych i niematerialnych oraz wyjątkowym znaczeniu dla historii i kultury Polski.
Uzdrowisko Ciechocinek
https://www.uzdrowiskociechocinek.pl

,,Grzybek” to nie tylko najpopularniejsza fontanna w uzdrowisku, ale przede wszystkim pierwsze ogniwo ciągu technologicznego służącego do produkcji ciechocińskiej soli spożywczej. Ta efektowna obudowa głębokiego na blisko 415 m odwiertu solanki została zaprojektowana w 1926 roku przez architekta Jerzego Raczyńskiego. Źródło nr 11 popularnie zwane ,,Grzybkiem” jest czynne od roku 1911 . To właśnie stąd solanka doprowadzana jest rurociągiem do pobliskich tężni.
Źródło solankowe nr 11 o głębokości 415 metrów obudowane fontanną w kształcie grzyba. Pełni funkcje: estetyczną – jest jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc w uzdrowisku, zdrowotną – stanowi naturalne inhalatorium nasycające powietrze cząstkami jodu, przemysłową – dostarcza solankę do tężni a następnie warzelni soli, gdzie w procesie warzenia z solanki wytwarzana jest ciechocińska sól spożywcza oraz szlam i ług leczniczy.

Tężnia solankowa to wykonana z drewna konstrukcja, w której wnętrzu ułożone są gałęzie tarniny lub w mniejszych tężniach gałązki brzozowe. Po gałęziach tych spływa solanka rozbijając się o poszczególne gałązki. Solanka pompowana jest ku górze systemem pomp w obiegu zamkniętym.
Na terenie Warzelni Soli od 185 lat niezmiennie, w sposób tradycyjny wytwarza się ciechocińską sól spożywczą. Zatężoną na tężniach solankę ogrzewa się tu w płaskich, otwartych naczyniach zwanych panwiami. Podczas warzenia z solanki wytrącają się kryształki soli. Do produkcji wykorzystywane są proste narzędzia, a prace związane z warzeniem soli są wykonywane ręcznie przez pracowników zwanych ,,warzelnikami”. Sól wybiera się na drewniany parownik i układa w pryzmy. Po odparowaniu przewozi się ją wagonikami do magazynu. Podczas warzenia otrzymuje się także Ciechociński Szlam i Ług posiadające właściwości lecznicze.
W Zabytkowej Warzelni Soli, w części nieużywanej do produkcji utworzono muzeum. Znajduje się tu wiele eksponatów związanych z warzelnictwem i działalnością uzdrowiskową Ciechocinka, między innymi dawne aparaty do gimnastyki leczniczej z początku XX wieku.

Na tężni nr 2 znajduje się taras widokowy wyposażony w leżaki i ławki.
Tarasy widokowe z przepięknym widokiem na tereny uzdrowiskowe Ciechocinka i okolic dają możliwość wypoczynku na udostępnionych leżakach oraz ławkach. To tu możesz zaobserwować cykl funkcjonowania tężni: drewnianych korytek rozprowadzających solankę wzdłuż obiektu oraz ściekającej w dół po tarninie wody, która w procesie stężania zawartości soli wyzwala lecznicze aerozole.


















opracowanie & foto: Albin Marciniak
Od lat Chorwacja jest popularnym kierunkiem dla naszych rodaków. Ostatnie lata to ponad 1 mln turystów rocznie, z czego spora część wyrusza nad Adriatyk samochodami. Dojazd jest dosyć długi i nie ma co ukrywać że i męczący. To niejako wymusza zaplanowanie noclegu czy choćby dłuższego odpoczynku na trasie. Część osób decyduje się na postój na terenie Węgier inni zaś nocują na terenie Słowenii. Jadąc na Chorwackie wybrzeże zdecydowana większość kierowców wybiera drogę prowadzącą od trójstyku granic i dalej przez Zagrzeb, a tym samym nieświadomie omijając wiele ciekawych i mających wiele do zaoferowania miasteczek i wsi. Miejscowości będących bardzo atrakcyjnymi i odpowiednimi nie tylko na odpoczynek ale i zwiedzanie. Jednym z takich miasteczek jest Varazdin, leżące zaledwie kilkanaście kilometrów od granic Chorwacji, Węgier i Słowenii.

To czy warto się tutaj zatrzymać nie ulega wątpliwości. Jedynym wyborem jest długość pobytu. Czy będzie to kilkugodzinny postój czy też zwiedzanie i nocleg. Wszak miejsc które warto zobaczyć i ogródków kawiarnianych gdzie można przysiąść jest wiele. Lezące około 80 kilometrów na północ od Zagrzebia miasto znane jest z barokowej architektury. To także stara chorwacka stolica ze wspaniałą starówką, na której do wyboru jest wiele pubów, kawiarni czy restauracji.

Przez krótki czas (1756-1776) Varaždin był stolicą Chorwacji i należy do tych nielicznych gdzie ludności znacząco przybywa. W 2011 roku liczył 38 839 mieszkańców a niespełna 10 lat później liczba mieszkańców przekroczyła 50 tys.

Co warto zwiedzić? Miejsc i obiektów jest wiele a najważniejsze z nich to:
– Twierdza Stari Grad (określana jako Stare Miasto) – biała, XVI-wieczna budowla[3]
– XVII-wieczny pałac, w którym znajduje się Galeria Sztuki
– Plac franciszkański (chor. Franjevački Trg)
– Franciszkański kościół św. Jana Chrzciciela z XVIII-wiecznymi freskami
– Plac króla Tomisława (chor. Trg kralja Tomislava)
– Ratusz datowany na 1553 r.
– Dom Jaccominta – stary sklep cukierniczy
– Katedra pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP z 1646 r.
– Muzeum Entomologiczne

Przejeżdżając przez most hrvatskog bana Josipa Jelačića na rzece Drava, nie odbijajcie na obwodnicę ale skierujcie się do centrum. Klimat miasteczka łagodzi trudy podróży i naładuje akumulatory na dalszą podróż.














Klub Podróżników Śródziemie
Ogólnopolski portal podróżniczy poświęcony odkrywaniu Polski i świata. Od znanych miast i zabytków, przez górskie szlaki i podziemia, po miejsca nieoczywiste i zapomniane.
Rzetelne relacje, autorskie przewodniki oraz praktyczne wskazówki dla turystów, pasjonatów historii i miłośników aktywnego podróżowania.
Odkrywaj świat z nami – świadomie, krok po kroku i z pasją.