Przejdź do treści
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Slajdowiska
    • Spotkania autorskie
  • Relacje
    • Europa
      • Albania
      • Austria
      • Bułgaria
      • Chorwacja
      • Czarnogóra
      • Czechy
      • Dania
      • Francja
      • Hiszpania
      • Holandia
      • Kosowo
      • Litwa
      • Luksemburg
      • Macedonia
      • Malta
      • Niemcy
      • Norwegia
      • Portugalia
      • Rosja
      • Rumunia
      • Serbia
      • Slowacja
      • Slowenia
      • Szwajcaria
      • Ukraina
      • Wegry
      • Wielka Brytania
      • Włochy
    • Polska informacje i fotorelacje
      • Forty i twierdze
      • Góry
      • Kolej
        • Parowozownie
      • Miasta
      • Miejsca wyjątkowe
      • Muzea
      • Podziemia turystyczne w Polsce
      • Polska na weekend
      • Skanseny w Polsce
      • Woda
      • Województwa
        • Dolny Śląsk
        • Kujawsko-pomorskie
        • Łódzkie
        • Lubelskie
        • Lubuskie
        • Małopolskie
        • Mazowieckie
        • Opolskie
        • Podkarpackie
        • Podlaskie
        • Pomorskie
        • Śląskie
        • Świętokrzyskie
        • Warmińsko-mazurskie
        • Wielkopolskie
        • Zachodniopomorskie
      • Zabytki sakralne
      • Zamki i pałace
    • Świat
      • Afryka
      • Ameryka Południowa
      • Ameryka Północna
      • Ameryka Środkowa i Karaiby
      • Antarktyda
      • Australia i Oceania
      • Azja
    • Schroniska Górskie
  • Filmy
  • Sprzęt
    • Polecamy
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Autorzy
    • Albin Marciniak
    • Karolina Zięba-Kulawik
    • Redakcja
  • Forum
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Kontakt Klub Podróżników Śródziemie
piątek, 7 sierpnia, 2026
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Slajdowiska
    • Spotkania autorskie
  • Relacje
    • Europa
      • Albania
      • Austria
      • Bułgaria
      • Chorwacja
      • Czarnogóra
      • Czechy
      • Dania
      • Francja
      • Hiszpania
      • Holandia
      • Kosowo
      • Litwa
      • Luksemburg
      • Macedonia
      • Malta
      • Niemcy
      • Norwegia
      • Portugalia
      • Rosja
      • Rumunia
      • Serbia
      • Slowacja
      • Slowenia
      • Szwajcaria
      • Ukraina
      • Wegry
      • Wielka Brytania
      • Włochy
    • Polska informacje i fotorelacje
      • Forty i twierdze
      • Góry
      • Kolej
        • Parowozownie
      • Miasta
      • Miejsca wyjątkowe
      • Muzea
      • Podziemia turystyczne w Polsce
      • Polska na weekend
      • Skanseny w Polsce
      • Woda
      • Województwa
        • Dolny Śląsk
        • Kujawsko-pomorskie
        • Łódzkie
        • Lubelskie
        • Lubuskie
        • Małopolskie
        • Mazowieckie
        • Opolskie
        • Podkarpackie
        • Podlaskie
        • Pomorskie
        • Śląskie
        • Świętokrzyskie
        • Warmińsko-mazurskie
        • Wielkopolskie
        • Zachodniopomorskie
      • Zabytki sakralne
      • Zamki i pałace
    • Świat
      • Afryka
      • Ameryka Południowa
      • Ameryka Północna
      • Ameryka Środkowa i Karaiby
      • Antarktyda
      • Australia i Oceania
      • Azja
    • Schroniska Górskie
  • Filmy
  • Sprzęt
    • Polecamy
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Autorzy
    • Albin Marciniak
    • Karolina Zięba-Kulawik
    • Redakcja
  • Forum
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Kontakt Klub Podróżników Śródziemie
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Forum
  • Relacje
    • Europa
    • Polska
    • Świat
  • Sprzęt
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Książka
  • Kontakt Klub Podróżników Śródziemie
Copyright 2025 - All Right Reserved
Australia i Oceania

Równoleżnik 42’S

przez Karolina Zięba-Kulawik 2012-03-10
Napisane przez Karolina Zięba-Kulawik
Pod patronatem Klubu Podróżników Śródziemie

TransOceania eXpedition 2012 to wyprawa rowerowa rozpoczynająca się na północy Nowej Zelandii, a kończąca na północy Australii.
Wyprawa rozpoczęłą się w lutym i zakończy w kwietniu 2012 roku. W czasie przemierzania tych dwóch krajów podróżnicy pokonają ponad 6000 km.

Planowana trasa:
1. Nowa Zelandia – z północy na południe, przez dwie wysypy i dwie strefy czasowe – w sumie 1500 km.
2. Tasmania – ze wschodu na zachód, szukając diabła tasmańskiego – 500 km.
3. Australia – z południa na północ Australii przez trzy strefy klimatyczne
i dwie strefy czasowe, – przeszło 4 000 km w tym Outback, czyli 1200 km przez pustynię.

„W czasie tej podróży będziemy poszukiwać małego nielota Kiwi, legendarnego diabła Tasmańskiego, oraz kangurów na dalekich bezdrożach Australii… Przełamiemy swoje bariery i osiągniemy to co wydaje się dla większości z nas nieosiągalne!”

Relacja z kolejnego etapu podróży:

Równoleżnik 42’S

Zjeżdżając z głównej drogi, do końca nie wiemy co nas czeka. Szuter ciągnie się przed nami, kładąc się na kolejnych wzgórzach i pagórkach. Na prawo od drogi, widać tylko migoczące refleksy pofalowanego wiatrem morza. Z czasem jednak i morze ginie gdzieś za drzewami tworzącymi nad drogą bujny zielony żywopłot, sięgający czasem i zdawałoby się, że dziesięciopiętrowego budynku. Zbity, bujny, tylko kilka metrów nad drogą odsłania strzeliste pnie eukaliptusowych drzew.
Dawno już nie jechaliśmy taką drogą. Poranna wilgoć zdążyła już odparować, a pył spod ciężkich górskich kół, wzbija się i osiada na sakwach. Rzadko też, ktokolwiek nas mija. A jak już mija, to albo trąbi albo zatrzymuje się i z otwartego okna krzyczy, starając się chyba nas zmotywować do dalszej drogi, czy też gratulować nam odwagi. W zasadzie nie wiemy dlaczego, bo sama droga jakoś straszna nie jest. Nawet podjazdy da się spokojnie forsować.
Gdzieś daleko za ostatnimi farmami, głęboko w lesie pokazał się mały zjazd, ze stolikami, wiatą i miejscem do gotowania. Jest nawet i bieżąca woda. Dzisiaj to miejsce gdzie można udać się na spacer w głąb, jak się okazuje 200 letniego lasu. A kiedyś było to miejsce gdzie wycinano wielkie drzewa, które następnie transportowano niewielką kolejką na wybrzeże. Dokładnie tą samą, której stare elementy widzieliśmy w fabryce czekolady. Zachował się też stary pień, wznoszący się na dobre trzy metry w górę, a którego obwód to nawet i trudno oceni, bo ze cztery osoby musiałby go obejmować swoimi ramionami.
Leżąc na ławce, po skonsumowaniu kilku kanapek i wypiciu przedpołudniowej kawy, pierwsze co zauważasz, to tętniący życiem las. Co rusza ptak zagwiżdże, to przeleci obok chowając się, wydawałoby się w niedostępnych i niemożliwych do przejścia krzakach. A to inna kępa liści zostanie poruszano, przez kolejnego małego latającego jak strzała tubylca. Do tego wszystkiego zapach. Zapach eukaliptusowego lasu. Jest tak intensywny, że nie sposób nie zwrócić na niego uwagi. Każdy jeden wdech to partia wdzierającej się tak charakterystycznej woni, która aż się delektujesz, i starasz złapać jej jak najwięcej, wypełniając po same brzegi płuca. Aż nie chcesz się ruszać i jechać dalej. Można tu zostać i delektować się tym deszczowym buszem.
I chyba powinniśmy tak byli zostać. Droga z niewinnej, czasem tylko pagórkowatej, zamieniła się w paskudny, wyłożony wielkimi kamieniami podjazd. Żar leje się z nieba, a tutaj taka męka. Żeby było ciekawiej to mogliśmy kilka kilometrów wcześniej skręcić nad brzeg. Jednak kiedy i na mapie i w przewodniku Lonely Planet, zaznaczony jest wspaniały, zapierający dech w piersiach widok na wyspę Maria, to koniecznie trzeba tam jechać. Przecież nie można ominąć tak zachwalanej atrakcji.
I proszę, dojechaliśmy do rozjazdu, gdzie na tabliczce zaraz przy stromym podjeździe widnieje napis – Lookout 2km. Jeszcze dwa kilometry w bok pod górę, to już za dużo jak dla nas. Stąd też ładny widok, a i tak w południowym ostrym słońcu wyspa rozmywa się i na horyzoncie widać tylko wielki ciemny postrzępiony szarawo-zielony kontur wyspy. Jedynym pocieszeniem tego, iż pojechaliśmy tą drogą, a nie skręciliśmy na wybrzeże, jest to że jeszcze przed podjazdem, na drodze siedział przyczajony mały kangur. Z początku, nie widział nas, kiedy jednak zbliżyliśmy się, spojrzał się na nas i zniknął w przydrożnych krzakach.
Zjazd z wzniesienia do Orford, jest chyba jeszcze gorszy. Stromy, z wielkimi kamieniami, i od razu przypomina nam się nasza przeprawa przed Nelson. O której chcieliśmy zapomnieć.
Na szczęście w Orford, lądujemy na plaży, leżącej nad niewielką zatoczką. Zbliża się pora obiadu, ale my jedyne o czym marzymy, to odstawić rowery i położyć się na ciepłym jasnym piasku. Zapomnieć o ostatnich kilometrach i nabrać sił, na kolejne kilometry.
Teraz już na szczęście po równym asfalcie do Little Swanport. Tam znajdziemy gdzieś nocleg nad zatoką. Jakaż to odmiana tak jechać bez wielkich podjazdów, bez szutru, z wiatrem w plecy. Sama rozkosz.
Little Swanport, a dokładniej sama zatoka okazuje się być wielkim rozlewiskiem, gdzie trudno cokolwiek znaleźć. Kilka kilometrów dalej jest niewielka mieścina bardziej nad morzem, może tam znajdziemy coś u miejscowych.
Droga odchodzi od głównego asfaltu, lekko się wznosi by po chwili już szutrem opaść w stronę morza. Dookoła farmy, i dacze. Gdzieś po lewej wielka plantacja oliwek, dalej droga biegnąc nad brzeg. A tam skarpa, wysoka trawa, kilka drzew, niewielkie ruiny, wiatr urywający głowę.
– Dobry wieczór – zaczynamy, po tym jak wtargnęliśmy na czyjąś posesję położoną kilkanaście metrów od samej skarpy. – Szukamy miejsca do postawienia dwóch namiotów i czy byłaby taka możliwość by postawić je u Pani.
– Niestety nie. Nie mamy tutaj żądnego zaplecza. Ale ludzie zwykle stawiają namioty zaraz nad rzeką, przy rampie dla motorówek. To jest zaraz tutaj, za zakrętem. – odpowiedziała starsza Pani, która wyraźnie oderwaliśmy od jakiejś czynności, a która za bardzo nie ma ochoty na nieznajomych gości.
Właściciel posesji obok, gdzie jest gaj oliwny też nas tam kieruje. I zdaje się, że nie ma co tutaj liczyć na nocleg na czyjejś posesji. Trzeba rozstawiać się, byle nie w wysokiej trawie. Do rampy dla motorówek też nie chcemy jechać, a zaraz nad skarpą, zaraz przy ruinach dawnej fabryki soli, jest kawałek płaskiego terenu, nawet z przystrzyżoną trawą. Nie ma co dalej zastanawiać się. Stawiamy namioty.
Wiatr i fale, przygrywają nam do obiadokolacji, a rozciągający się stąd piękny widok na drugą stronę zatoki i Freycinet National Park, w pełni rekompensuje dzisiejsze zmagania.
Pogoda wyraźnie nas chce sprawdzić. Jeszcze kilka dni temu były tutaj upały, a teraz nie dość, że z południa wieje silny zimny wiatr, to szare ciężki chmury zasnuwają całe niebo. Co sprawia, że siedząc na plaży jedyne na co masz ochotę to schować się gdzieś w małej kawiarence, a takich tu też na drodze nie ma. Dopiero za Swansea, zaraz przy drodze niewielki kierunkowskaz – WineYard. A co trochę przyjemności należy zakosztować.
Na niewielkim pagórku, stoi biały dom. Weranda, kilka ławek na niej, a w środku bar, sofy i widok na staw, za który rozciągają się idealnie równo poustawiane krzaki winogron.
Widok ten dopełnia różowy Milton Pinot. Schłodzony, aromatyczny, w delikatnym kieliszku z charakterystycznym emblematem, gdzie duże M, przekreślone jest cienką linią, symbolizującą właśnie 42 południk, na którym znajduje się winnica.
Pudła, pudełka, całe blaty zastawione pełnymi butelkami przygotowanymi albo do wysyłki albo do spożycia, przez co chwile odwiedzających miejsce koneserów, testujących każdy jeden rodzaj. I czego więcej chcieć od życia.? Mała winnica, zaraz obok rozlewnia, stojąca niedaleko baru maszyna do nalepiania naklejek na butelki, w zupełności wystarczają by spokojnie żyć i to w jakich okolicznościach przyrody.
Deszcz i burza jakie przeszły zaraz przed zakrętem do zatoki Wineglass, nieomal spowodowały, że chcieliśmy już zrezygnować z jechania do parku, bo w końcu co to za przyjemność oglądania zatoki w deszczu. Na szczęście, twarda decyzja iż ryzykujemy i w nagrodę, kilka chwil później nie dość, że wyszło słońce to jeszcze siedzimy w na farmie, gdzie serwują owoce morza. Co tylko możesz sobie zamarzyć. Małże, krewetki, ośmiornice, wędzony łosoś, ostrygi, na najróżniejsze sposoby podawane na niewielkich plastikowych talerzach w muszlach, muszelkach, na zimno, na ciepło, z serem Bree, i świeżą bułką. Są jak nagroda za dobrą decyzje, i są też przedsmakiem tego co nas ma czekać. A przynajmniej na to właśnie liczymy.
Z samego rana, zwijamy się i zostawiając rowery z bagażami na specjalnym parkingu właśnie dla rowerów, ruszamy niewielką ścieżką pod górę w stronę Wineglass Bay. Żadnych strażników, i tylko niewielkie kangury wallaby czatują zaraz koło Ciebie, by skorzystać z okazji i a nóż może coś uda się albo dostać od jakiegoś turysty, a może ktoś coś zostawi i wtedy będzie można skorzystać z okazji.
Na każdym rogu jednak są tabliczki, gdzie widnieje wielki napis, by nie dokarmiać dzikich zwierząt pozostawiając je nadal dzikimi. My niestety, w nocy dokarmiliśmy jednego z oposów, który zabuszował w jednej z torebek leżących pod tropikiem mojego namiotu. Prócz torebek z kawą, sam nie zauważyłem że są tam jeszcze daktyle. Mały łasych idealnie zwęszył je i nad ranem wkradł się i opędzlował całą otwartą torebkę. Czaił się już od wieczora, kiedy to schowaliśmy się w namiotach przed wiatrem. I wpierw wdrapał się na drewnianą poręcz do której były przyczepione rowery na których stały nasze menażki, i wisiały śmieci. Wtedy jednak odgoniliśmy go, ale mocno wiejący wiatr spowodował, że nie dało się już usłyszeć kiedy wkradł się pod tropik. Nawet przewrócił stojący tam palnik, ale byłem święcie przekonany, że to właśnie wiatr był autorek tego huku, i niestety małe słodkości zasiliły już nie nasze baterie.
Ścieżka, z niezliczoną ilością schodków, pnie się do góry, a po jej bokach leżą porozrzucane wielkie głazy. Całość krajobrazu wygląda jak wielki plac zabaw dla wielkich kamiennych stworów niczym z Niekończącej się opowieści. Porozrzucane kamienne czerwono rudawe klocki, leża to tu to tam, bez większego ładu i składu. Tworząc piękne formy, z których wyrastają gdzie nie gdzie niewielkie kępy trawy, krzewów czy też pałeczki małych mogłoby się wydawać drzew.
Po około 20 minutach dochodzimy do niewielkiego skrzyżowania ścieżek. Taras widokowy w lewo, do zatoki w prawo. Do tarasu minut dwie, nad zatokę w dwie strony półtorej godziny. Pogoda nadal nas nie rozpieszcza i nie wiadomo czy warto schodzić na dół. Dla tego skręcamy pierw w lewo.
Błękitna zatoka w kształcie półksiężyca, z białą krawędzią oddzielającą błękit od zieleni, a całość otoczona pagórkami. Gdzieś daleko widać niewielkie małe punkciki ludzi, zmierzających w drugi koniec zatoki, która rzeczywiście wygląda jak kieliszek wina. Jednak co by nie powiedzieć ani ono czerwone, a ni białe. Nazwa wzięła się jednak z zupełnie innej historii.
Płytka zatoka, była idealnym miejsce, gdzie zaganiano wieloryby. Otoczone z trzech stron brzegami zatoki, mając za sobą wielorybników nie były wstanie uciec. I tutaj kończyły swój żywot, kiedy dziesiątki harpunów wbijały się ich wielkie, masywne ciała, barwiąc wodę w zatoce na czerwono. Czerwień wody i biała krawędź plaży sprawiały, że całość rzeczywiście przypominała kieliszek czerwonego wina.
Wejście tutaj zajęło nam mniej niż było na drogowskazie, a godzina jeszcze młoda, to może jednak zejdziemy na plażę? Po dłużącej się drodze, dochodzimy do szumiącego kielicha.
Największą atrakcją dla wszystkich jest mały, siedzący dokładnie przy wyjściu ścieżki, kangur. Każdy obowiązkowo robi sobie z nim zdjęcie, a ten pozuje do każdego z nich, oczywiście czekając na słodką zapłatę.
Fale z jednej strony rozbijają się o piaszczysty brzeg, zalewając sporą jego część, oraz o postrzępione brązowe skały, z gruba na około metr pomarańczową kreską ciągnącą się dokładnie na tej samej wysokości, przez całą długość sąsiadujących z morzem skał. I mogłoby się zdawać, że to pozostałość po dawnych dniach wielorybników, pozostawiła na skałach ślad dawnych czasów.
Małe kangury towarzyszą nam cały czas. Kilka kilometrów na północ od Wineglass Bay, leży Friendly bay, gdzie znajdujemy wyśmienite miejsce na obiad. Stawiamy rowery na plaży, i zasiadamy w zacisznym miejscu, rozkoszując się zarówno ciepłym słońcem, ale i widokiem, gdzie już tylko nieliczni docierają, omijając ten kawałek parku narodowego. Małe wallaby, zaraz po tym jak tylko otworzyliśmy sakwy, pojawiają się i podjadając małe, soczyste listki plażowych krzewów czekają, aż może coś dostaną od nas.

2012-03-10 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Wywiady

Wielkie serce bijące tysiącami mniejszych

przez Redakcja 2012-03-08
Napisane przez Redakcja
https://lh6.googleusercontent.com/-koCNRtWBJmg/T1kbFCANGYI/AAAAAAAAMAo/xnFqLWfGmbY/s400/%C5%82ukasz.jpg

Wielkie serce bijące tysiącami mniejszych

Pod koniec ubiegłego roku wsiadł do samolotu i poleciał tam, gdzie od wielu
miesięcy, niezwykle zdeterminowani ludzie walczą o wolność i lepszy byt. Pilot
wycieczek – Łukasz Bejster wspomina chwile spędzone wśród demonstrantów,
na Placu Tahrir w Kairze. Dni, które mogą być prawdziwą lekcją życia dla
młodego Polaka.

Karolina Gołda: Dlaczego ludzie wciąż demonstrują na Placu Wyzwolenia?

Łukasz Bejster: Bo tak naprawdę wiele się nie zmieniło od czasu obalenia Mubaraka. Ci
ludzie nadal nie czują się wolni, są biedni, mają utrudnione wyjazdy z kraju. Walczą o swoją
wolność, chcą tak jak my, normalnie pracować, studiować i cieszyć się życiem. Warto ich
sytuację porównać do tej, którą mieliśmy w latach 80-tych w naszym kraju. Polacy też o to
walczyli.

Nam się udało, myślisz, że im też się uda?

Myślę, że tak, ale w mniejszym stopniu niż nam. Wydaje mi się, że ktoś musi stać na czele
tych ludzi. Oni potrzebują kogoś, kto będzie ich trzymał otwartą ręką, ale nie w tak brutalny
sposób jak teraz. Ich przywódca musi dbać głównie o to, by mieli za co żyć, a nie o swój
majątek.

Dlaczego potrzebują takiej jednej, konkretnej osoby?

Wydaje mi się, że chodzi tutaj o kwestie kulturowe. Przede wszystkim ich wiara warunkuje
pewne rzeczy. Poza tym przez lata przyzwyczaili się do tego, że zawsze ktoś stał nad nimi z
batem. Ciężko im będzie, z trzymania w mocnych ryzach, przejść do całkowitej wolności. Do
tej demokracji, w której każdy robi co mu się podoba. Dla nich to może być zbyt duży szok,
chociaż nie wykluczam, że za kilkanaście lat, zaczną żyć tak samo jak Europejczycy.

Miałeś okazję zobaczyć życie ludzi, którzy walczą o to wszystko. Co musi zrobić taki
zwykły turysta, żeby znaleźć się w miejscach, które są niedostępne?

Musi mieć dużo szczęścia, umieć się zakręcić wśród pewnych ludzi i wykorzystać to, co
daje mu los. To, gdzie ja się dostałem, to tak naprawdę przypadek. Gdybym wcześniej zrobił
dwie rzeczy inaczej, prawdopodobnie nie doszłoby do jednego czy drugiego spotkania i nie
znalazłbym się w tych niedostępnych miejscach.

Łatwo było zakręcić się wokół tych ludzi?

W moim przypadku to chyba oni zakręcili się wokół mnie. Siedzieliśmy razem
i rozmawialiśmy. Na tym wyjeździe nikogo o nic nie prosiłem, to mieszkańcy zaproponowali
mi zobaczenie czegoś więcej. Zgodziłem się, ale na to trzeba uważać, bo czasem chcą po
prostu wyłudzić pieniądze.

Niektórzy odradzali Ci wizytę na Tahrir, jednak mimo ostrzeżeń, postanowiłeś go

zobaczyć. Miałeś jakieś zahamowania przed wejściem na plac?

Miałem spore obawy. Nie wiedziałem jak to wszystko się skończy. Gdy patrzyłem na to z
daleka, przeczuwałem, że odbędzie jakaś demonstracja. Chciałem znaleźć temat na reportaż,
ale nie spodziewałem się, że uda mi się zobaczyć rzeczy, które mało kto widział.

Co czułeś, kiedy już znalazłeś się w środku jednej z demonstracji?

Czułem, że mam ogromne szczęście. A skoro udało mi się to zobaczyć, fajnie byłoby wrócić
stamtąd i to pokazać innym.

Jak wygląda to „Serce Kairu”?

Niesamowicie. Jest tam mnóstwo ludzi, namiotów, transparentów, budek z jedzeniem.
Większość ulic wokół placu wygląda jak w każdym większym mieście, ale oczywiście
są wyjątki. Ulica Mohammed Mahmoud jest zamknięta dla ludzi. Chodzą tam wybiórcze
jednostki, które nikogo nie wpuszczają. Na jej końcu wojsko postawiło mur, który miał
zakończyć krwawe potyczki. Ten mur to dla Egipcjan symbol walki o wolność. Z kolei ulicę
przy parlamencie zajmują demonstranci, którzy tam koczują, śpią, jedzą, śpiewają, po prostu
żyją.

A jak wygląda typowy dzień demonstrantów?

Zazwyczaj idą spać o późnych porach, dlatego wstają koło godziny 9–10. Jedzą śniadanie,
następnie część z nich idzie do pracy a część zostaje cały dzień na placu. Godziny mijają na
rozmowach i demonstracjach. Najwięcej ludzi gromadzi się tam wieczorem, kiedy mają już
wolne. Za coś muszą żyć, dlatego pracują normalnie. Niektórzy prowadzą interesy na placu,
tam zarabiają i tam toczy się całe ich życie.

Kiedy idą do pracy, zostawiają dobytek w swoich namiotach?

Ciężko mówić o jakimś dobytku, to są głównie ubrania i jedzenie. Nie sądzę, żeby chcieli
okradać siebie nawzajem, bo między nimi jest taka więź, stworzona z myśli, że walczą o to
samo. Nie wykluczam, że zdarzają się kradzieże, bo zawsze w stadzie znajdzie się czarna
owca, ale myślę, że takie wypadki nie mają skali masowej, tym bardziej, że zawsze jest ktoś
w pobliżu.

Co myślałeś, kiedy widziałeś kilkunastoletnich chłopców, żyjących na placu od miesięcy?

Pomyślałem, że ci ludzie są bardzo zdeterminowani do walki. Nasze pokolenie już tego nie
docenia. Od zawsze żyjemy w wolnej Polsce, nie mamy większych problemów, przejmujemy
się głównie tym, czy nam dobrze pójdzie na studiach, czy poznamy fajną dziewczynę albo
chłopaka. Uciekamy od tych prawdziwych problemów, takich jak walka o życie czy o
wolność. Oni muszą to wszystko przerabiać dodatkowo, bo takie zwykłe kłopoty jak nasze,
też mają…

Po tym wszystkim, co zobaczyłeś w Kairze, słowo „patriotyzm” nabrało dla Ciebie,
młodego Polaka, innego, głębszego znaczenia?

Może tu nie chodzi o sam patriotyzm, bo to słowo zawsze miało dla mnie duże znaczenie.

Staram się być patriotą. Zawsze podkreślam, że jestem Polakiem i nie zamierzam się tego
wypierać. Nie podoba mi się na przykład to, że coraz więcej osób tworzy zapożyczenia
z języków obcych. Jesteśmy w Polsce – mówmy polsku, jak wyjeżdżamy za granicę –
dostosujmy się do innych języków. Pamiętajmy, że jesteśmy Polakami a nie biegnijmy za tym
Zachodem i za innymi kulturami.

Skoro nie o patriotyzm, to o co chodzi?
Dzięki wizycie na Midan Tahrir w końcu zrozumiałem to, co działo się w Polsce, w czasie
stanu wojennego. Opowieści mojego ojca, który działał w Solidarności czy filmy, które
oglądałem na ten temat, nie docierały do mnie. Wiedziałem o co chodziło, ale nic poza tym.

Co Cię najbardziej zszokowało w Egipcie?

Na pewno zszokowała mnie organizacja ludzi na placu. Spodziewałem się, że zobaczę tam
taki chaos, jaki widziałem na początku wizyty w Kairze. A tu przede mną stał niezwykle
zorganizowany naród. Wcześniej nie znałem żadnych Arabów a miałem do nich trochę
negatywny stosunek. Teraz wiem, że to są normalni, fajni ludzie. Wiadomo, że wszędzie
znajdą się oszuści, ale nie powinniśmy od razu wszystkich traktować jak terrorystów.

A co wywarło na Tobie największe wrażenie?

Chyba sam fakt, że mogłem być na tym placu i zobaczyć na żywo to, co kilka miesięcy
wcześniej widziałem jedynie z perspektywy siedzącego przed telewizorem. Dzięki temu
przekonałem się jaka jest prawda i że to, co przekazują nam media, nieco odbiega od
rzeczywistości.

Dlaczego media kreują fałszywy obraz tego miejsca?

Bo nie mają w tym żadnego interesu, żeby pokazywać prawdę. A niestety często pokazują
prawdę wtedy, kiedy mają z tego korzyści. Egipt nie ma nic do zaoferowania, poza turystyką.
Przykładowo, Libia miała ropę, więc wszyscy się nią interesowali. Egipt czegoś takiego
nie ma. Dla jego władz to nawet lepiej. Im mniej ofiar, tym mniej strachu. Dane na których
opierają się agencje zagraniczne, pochodzą głównie ze szpitali. Media na tej podstawie nie są
w stanie przeliczyć ile osób naprawdę tam zginęło. Nie wierzę, że wszystko pokazują tak, jak
jest w rzeczywistości.

Nauczyłeś się czegoś w ciągu dwóch dni spędzonych wśród demonstrantów?

Trzeba uważać komu się ufa i być pozytywnie nastawionym do ludzi, a wszelkie problemy
rozwiązywać z uśmiechem.

Zacząłeś bardziej doceniać nasz kraj?

Tak, chociaż doceniałem go od pewnego czasu. Polacy mówią, że u nas wszystko jest złe, ale
wystarczy wyjechać do kilku innych krajów, żeby się przekonać, że wcale tak źle nie mamy.
To narzekanie chyba wynika z naszej natury. Wiem, że każdy chce mieć jak najwięcej, jak
najlepiej, ale zacznijmy od siebie i przestańmy narzekać, bo inni mają gorzej…

2012-03-08 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Góry

z widokiem na Tatry

przez Redakcja 2012-03-04
Napisane przez Redakcja
https://lh4.googleusercontent.com/-XesTSv50gRs/T1NDT1wT_1I/AAAAAAAAL34/MEScaKNznaA/s400/tatr.jpg




Panorama Tatr z Gubałówki


Choć sama Gubałówka to miejsce przesiąknięte komercją i tandetą to jednak przy dobrej pogodzie widoki ze szczytu są niesamowite.


https://lh6.googleusercontent.com/-50xx1pGmzQ0/T1O0VXpGtxI/AAAAAAAAL4c/yh7ELc8VT2c/s800/DSC_4270.jpg

Panorama na Tatry z Zakopenem w dole


https://lh4.googleusercontent.com/-wDFQXsc_SWA/TwNjUaOwsyI/AAAAAAAAJ_E/ACN6E06e028/s1113/DSC_1894.jpg

Przy odpowiednich warunkach Tatry można podziwiać także z Krakowa

https://lh5.googleusercontent.com/-JNcb3sHk1_s/TwNjZoap4nI/AAAAAAAAJ_U/2s14PttK4PI/s1303/DSC_1898.jpg


Duże zbliżenia z niezbyt dobrego obiektywu 300 mm więc jakosćnie oszałamnia.
Podciągnięte w HDR

Polecamy najnowszą mapę legendarnego szlaku


DSC_4097-jpg
DSC_4097-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4097-jpg
DSC_4098-jpg
DSC_4098-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4098-jpg
DSC_4099-jpg
DSC_4099-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4099-jpg
DSC_4101-jpg
DSC_4101-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4101-jpg
DSC_4102-jpg
DSC_4102-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4102-jpg
DSC_4103-jpg
DSC_4103-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4103-jpg
DSC_4108-jpg
DSC_4108-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4108-jpg
DSC_4109-jpg
DSC_4109-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4109-jpg
DSC_4110-jpg
DSC_4110-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4110-jpg
DSC_4111-jpg
DSC_4111-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4111-jpg
DSC_4116-jpg
DSC_4116-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4116-jpg
DSC_4129-jpg
DSC_4129-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4129-jpg
DSC_4130-jpg
DSC_4130-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4130-jpg
DSC_4189-jpg
DSC_4189-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4189-jpg
DSC_4190-jpg
DSC_4190-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4190-jpg
DSC_4191-jpg
DSC_4191-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4191-jpg
DSC_4192-jpg
DSC_4192-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4192-jpg
DSC_4195-jpg
DSC_4195-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4195-jpg
DSC_4197-jpg
DSC_4197-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4197-jpg
DSC_4198-jpg
DSC_4198-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4198-jpg
DSC_4199-jpg
DSC_4199-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4199-jpg
DSC_4200-jpg
DSC_4200-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4200-jpg
DSC_4203-jpg
DSC_4203-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4203-jpg
DSC_4204-jpg
DSC_4204-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4204-jpg
DSC_4205-jpg
DSC_4205-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4205-jpg
DSC_4206-jpg
DSC_4206-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4206-jpg
DSC_4207-jpg
DSC_4207-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4207-jpg
DSC_4208-jpg
DSC_4208-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4208-jpg
DSC_4209-jpg
DSC_4209-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4209-jpg
DSC_4210-jpg
DSC_4210-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4210-jpg
DSC_4211-jpg
DSC_4211-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4211-jpg
DSC_4212-jpg
DSC_4212-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4212-jpg
DSC_4213-jpg
DSC_4213-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4213-jpg
DSC_4214-jpg
DSC_4214-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4214-jpg
DSC_4216-jpg
DSC_4216-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4216-jpg
DSC_4217-jpg
DSC_4217-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4217-jpg
DSC_4218-jpg
DSC_4218-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4218-jpg
DSC_4219-jpg
DSC_4219-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4219-jpg
DSC_4220-jpg
DSC_4220-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4220-jpg
DSC_4221-jpg
DSC_4221-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4221-jpg
DSC_4222-jpg
DSC_4222-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4222-jpg
DSC_4223-jpg
DSC_4223-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4223-jpg
DSC_4224-jpg
DSC_4224-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4224-jpg
DSC_4225-jpg
DSC_4225-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4225-jpg
DSC_4226-jpg
DSC_4226-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4226-jpg
DSC_4227-jpg
DSC_4227-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4227-jpg
DSC_4228-jpg
DSC_4228-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4228-jpg
DSC_4242-jpg
DSC_4242-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4242-jpg
DSC_4243-jpg
DSC_4243-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4243-jpg
DSC_4244-jpg
DSC_4244-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4244-jpg
DSC_4245-jpg
DSC_4245-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4245-jpg
DSC_4246-jpg
DSC_4246-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4246-jpg
DSC_4247-jpg
DSC_4247-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4247-jpg
DSC_4248-jpg
DSC_4248-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4248-jpg
DSC_4249-jpg
DSC_4249-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4249-jpg
DSC_4250-jpg
DSC_4250-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4250-jpg
DSC_4251-jpg
DSC_4251-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4251-jpg
DSC_4252-jpg
DSC_4252-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4252-jpg
DSC_4256-jpg
DSC_4256-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4256-jpg
DSC_4261
DSC_4261 relacje/panorama_tatr/DSC_4261
DSC_4313
DSC_4313 relacje/panorama_tatr/DSC_4313
2012-03-04 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Cykliczne Spotkania Podróżników

Wśród ludzi pierwotnych Oceanii

przez Redakcja 2012-03-04
Napisane przez Redakcja
19.03.2012 godz. 19:00
Klub Podróżników „Śródziemie”
Kraków Piwnica pod Baranami

Żyłem wśród ludzi pierwotnych Oceanii (Vanuatu)

Jerzy Grębosz

Żyłem wśród ludzi pierwotnych Oceanii (Vanuatu)

Jerzy Grębosz

Bardzo trudno w tak zwanym egzotycznym świecie znaleźć ludzi
nieskażonych cywilizacją zachodnią.
Szukałem ich długo, aż wreszcie znalazłem na kilku wyspach Oceanii.
Ludzie pierwotni, którzy znają białych ludzi, ale mimo wszystko
postanowili być wierni stylowi życia ich ojców i dziadów.
Mieszkają głęboko w dżungli, chodzą niemal nago, są oczywiście analfabetami,
ale z ich strony doświadczyłem bardzo dużo dobroci.
W rozmowach z nimi – uświadamiałem im, jak ważne, żeby nie
porzucali dawnych wierzeń, tradycji i legend. Nie stawiali się,
tak jak inni ich rodacy – żałosnymi naśladowcami kultury zachodniej.
Oni zaś w zamyśleniu mówili: „You are very special white man”,
bo inni biali ludzie najczęściej przychodzą do nich po to, by koniecznie
nawracać na chrześcijaństwo.

Pokażę  liczne fotografie obrazujących życie w takich wioskach,
a także w takich, w których już za późno… bo zaczęli już nosić
koszulki z Bobem Marleyem.

dr Jerzy Grebosz,
IFJ PAN
The Niewodniczanski Institute of Nuclear Physics
Polish Academy of Sciences
http://www.ifj.edu.pl/~grebosz

UWAGA
W trakcie slajdowiska rozlosujemy 2 osobowy bilet  na balon !
Niesamowite widoki z powietrza funduje
http://hiflyer.pl/

https://lh3.googleusercontent.com/-3lEyeEPJ0eI/T1NDRrWZqJI/AAAAAAAAL3c/YHRJLSQRFM8/s483/1.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-rhrT8bSG79o/T1NDR5pog8I/AAAAAAAAL3k/w7a5KCe-vJo/s643/2.JPG

https://lh4.googleusercontent.com/-bsJrF7Tlz-w/T1NDR6z7sDI/AAAAAAAAL3g/L9O8FnaKzNw/s645/3.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-d83gNYiKKJs/T1NDTFRcp4I/AAAAAAAAL3w/Y84fKvwy4Ig/s642/4.JPG

https://lh4.googleusercontent.com/-ir3hQ_tBvRg/T1NDTuC460I/AAAAAAAAL38/RNwy13-qnDM/s640/5.JPG

https://lh5.googleusercontent.com/-3nWJN8Yx26I/T1NDUfSx8-I/AAAAAAAAL4E/Z4fPc3EkXPc/s485/6.JPG

2012-03-04 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Newsy

PINK JAM – freestylowe zawody

przez Karolina Zięba-Kulawik 2012-03-03
Napisane przez Karolina Zięba-Kulawik


Pink Jam, czyli piknik snowboardowo-freeskiingowy

W pierwszą sobotę marca (3.03.2012) w snowparku na Gubałówce odbyła się najbardziej kobieca z zimowych imprez sportowych – Pink Jam, czyli snowboardowo-freeskiingowy piknik dla dziewczyn. Chłopcy też się pojawili. Pomysłodawczynią wydarzenia była świeżo upieczona Mistrzyni Polski w Big i zawodniczka teamu Burn – Kasia Rusin. Wszystkie dziewczyny mogły wspólnie pojeździć, podszlifować swoje umiejętności, a także zgarnęły ciekawe nagrody.
Każda z biorących udział w zawodach pań miała szansę zaprezentować swoje umiejętności już w czasie piątkowych treningów. W sobotę natomiast odbyły się eliminacje, podczas których sędziowie wyłonili finalistki – snowboardzistki i narciarki.
Sobotnia impreza rozpoczęła się o godzinie 10:00 w snowparku na Gubałówce. Był to słoneczny i kolorowy dzień pełen emocji…

WYNIKI:

Top 3 freeski
1. Zuza Witych
2. ALINA TRYBUS
3. Dominika Czuma

Top 3 snb
1. Marzena Zając
2. Ania Moskal
3. Joanna Gałysa

BEST TRICK : Anna Lalik!

2012-03-03 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Cykliczne Spotkania Podróżników

Nowa Zelandia- na koniec świata i z powrotem

przez Redakcja 2012-02-26
Napisane przez Redakcja
12.03.2012 godz. 19:00
Klub Podróżników „Śródziemie”
Kraków Piwnica pod Baranami
„Nowa Zelandia- na koniec świata i z powrotem”

Agnieszka i Grzegorz Prucia


„Nowa Zelandia- na koniec świata i z powrotem”
Agnieszka i Grzegorz Prucia

https://lh4.googleusercontent.com/-xMR6epVmXSw/T0oGdEU6PzI/AAAAAAAAL1E/i-Hh6zzwsmo/s629/5.JPG

Jeśli zastanawiałeś/-aś się:
– jak długo trzeba lecieć samolotem, by dolecieć na koniec świata,
– jak nóż sprężynowy i paczka orzeszków mogą Cię wpędzić w tarapaty na lotnisku w Nowej Zelandii,
– czy na wyspie tej dobrowolnie można iść do więzienia, a potem zbiec jak gdyby nigdy nic,
– czy w końcu istnieje coś piękniejszego niż lot nad wulkanem White Island oraz taniec radości na lodowcu Fox Glacier,

blog:http://mumagstravellers.blogspot.com

Ile stron według Was powinna mieć dobrze napisania książka podróżnicza?
Nasza ma:
– 156 stron, na których opisujemy nasze zwariowane- samodzielnie organizowane- podróże do Norwegii, Szwecji, Szkocji, Hiszpanii, Holandii, Danii, Nowej Zelandii oraz na Maderę
– 16 stron z kolorowymi fotografiami. W razie niedosytu… do każdej książki dołączyliśmy CD ze zdjęciami. WAŻNE: każda płyta CD jest niepowtarzalna! Dlaczego? Bo na kopercie są znaczki z krajów w których byliśmy. Nie ma dwóch identycznych- kolekcja limitowana!

A niebawem drugi tom, w którym ruszycie z nami w podróż na Wschód i Bałkany a może  daleką Północ? Kto wie…
https://www.facebook.com/mumags?sk=app_190435500990432

UWAGA
W trakcie slajdowiska rozlosujemy 2 osobowy bilet  na balon !
Niesamowite widoki z powietrza funduje
http://hiflyer.pl/

https://lh3.googleusercontent.com/-UAfi9w6wM1Y/T0oGb10EiII/AAAAAAAAL0s/Vh39MbZ51aw/s594/1.JPG

https://lh5.googleusercontent.com/-iQ_VWOpnxm8/T0oGcA9wNrI/AAAAAAAAL0w/Ki5znUAXegU/s556/2.JPG

https://lh4.googleusercontent.com/-3yj82lgloSI/T0oGbe_dJDI/AAAAAAAAL0o/-NePNylksA4/s554/3.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-2JO3KyVnwlQ/T0oGc75vzPI/AAAAAAAAL08/i2gKICLSgGk/s556/4.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-JboLidv9oJg/T0oGdKllh1I/AAAAAAAAL1M/baI3I9jxxE8/s628/6.JPG

https://lh5.googleusercontent.com/-nE2mzcbzXcs/T0oGd0R3oCI/AAAAAAAAL1Q/5aVXuvE-wSs/s627/7.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-6NY7GacCC_A/T0oGd-SzZoI/AAAAAAAAL1U/9dlPI4IDxLE/s555/8.JPG

2012-02-26 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Australia i Oceania

TransOceania eXpedition 2012

przez Redakcja 2012-02-25
Napisane przez Redakcja
https://lh3.googleusercontent.com/-60i-lJh3WUw/T0jt9M6OTdI/AAAAAAAAL0c/z01ZeTNgsL0/s400/tr.jpg

Pod patronatem Klubu Podróżników Śródziemie

TransOceania eXpedition 2012 to wyprawa rowerowa rozpoczynająca się na północy Nowej Zelandii, a kończąca na północy Australii.
Wyprawa rozpoczęłą się w lutym i zakończy w kwietniu 2012 roku. W czasie przemierzania tych dwóch krajów podróżnicy pokonają ponad 6000 km.
Planowana trasa:
1. Nowa Zelandia – z północy na południe, przez dwie wysypy i dwie strefy czasowe – w sumie 1500 km.
2. Tasmania – ze wschodu na zachód, szukając diabła tasmańskiego – 500 km.
3. Australia – z południa na północ Australii przez trzy strefy klimatyczne
i dwie strefy czasowe, – przeszło 4 000 km w tym Outback, czyli 1200 km przez pustynię.

„W czasie tej podróży będziemy poszukiwać małego nielota Kiwi, legendarnego diabła Tasmańskiego, oraz kangurów na dalekich bezdrożach Australii… Przełamiemy swoje bariery i osiągniemy to co wydaje się dla większości z nas nieosiągalne!„

Relacja z kolejnego etapu podróży:

TOE2012 – Podróż w czasie

W końcu udało nam się znaleźć drogę będącą daleko od asfaltowych ścieżek, będących szlakiem wszystkich turystów podróżujących z północy na południe, czy w odwrotnym kierunku. Już zaczęliśmy powoli rozpoznawać twarze, i w kolejnych miastach pozdrawiać się.

Prowadząca z Queenstown do Manapouri szutrowa droga, była dostępna dla samochodów tylko od strony Manapouri, ale za to nas na drugi brzeg jeziora Wakatipu, przewozi nas prawdziwy parowiec, będący żywą ikoną dawnych czasów oraz potęgi angielskiej flot panującej na wodach całego świata.

Za nim jednak docieramy do samego Queenstown, pokonujemy najwyższą przełęcz w Nowej Zelandii o wysokości 1066 metrów zwaną Crown Pass, a z niej zjeżdżamy do niewielkie historyczne miasteczko Arrowtown, gdzie jeszcze sto lat temu dziesiątki, a nawet setki ludzi z całego świata, poszukiwało złota. Niestety, ale dzisiaj miasteczko to tylko jedna uliczka z markowymi sklepami, i dosłownie kilkoma kawiarniami. Zaraz obok, odrestaurowane ruiny chińskiej dzielnicy, z paroma małymi skromnymi domkami, rozsianymi to tu to tam. A poza nami, nikt tam nie fatygował się, woląc chyba spędzić czas przy piwie czy kawie.

Dla nas prawdziwym rarytasem  jest usiąść sobie na pufach na trawie przed kawiarnią w porcie w Queenstown i czekając na nasz statek TSS. „Earnslaw”. Co chwilę piekące słońce wyłania się zza chmur i roztapia nasze mrożone napoje, będącą mieszanką mleka, lodu i owoców – smoothie.

 

Długi na pięćdziesiąt dwa metry stalowy statek, codziennie wozi do Walter Peak Station dziesiątki turystów chcących odwiedzić pokazową farmę. Dla nas to już żadna atrakcja, szczególnie, że mieliśmy indywidualną wycieczkę po prawdziwej nowozelandzkiej farmie.

Bardziej nas interesuje sam statek. Pięknie odrestaurowany, na początku XX wieku był powiewem nowoczesności, w południowej części wyspy. Nie tylko woził pasażerów, ale też przeróżne towary, od owiec nawet po samochody, skracając drogę i czas wielu tutejszym ludziom.

Dzisiaj, nie tylko pęknie prezentuje się, ale też stanowi nie lada atrakcję. Cały silnik, został zachowany i udostępniony pasażerom. Można wejść do środka. Zobaczyć jak działają i ruszają się poszczególne wały napędzane parą, z podgrzewanego węglem kotła, do którego kilku młodych chłopaków co chwilę dorzuca węgiel.

Inni obsługujący parowiec, chodzą z małymi pojemnikami na olej i długimi na może 20 centymetrów końcówkami co chwilę oliwią poszczególne części silnika. Przy każdym manewrze, słuchać nadawany z mostka sygnał, odbierany potem w maszynowi, oraz odpowiedz, będącą odpowiedzią na rozkaz z mostka.

Przekraczając burtę statku, od razu przenosisz się w czasie. Muzyka, wydobywając się z fortepianu umieszczonego na rufie statku, na górnym pokładzie, zaraz koło baru,  dodatkowo jeszcze wzmacnia ten efekt. A nowoczesne samochody i domu, oddalające się na nabrzeżu wręcz nie pasują, do tego scenariusza.

Dźwięk poruszanych parą cylindrów, terkot silnika i wydobywająca się z komina para, a do tego my przybywający po tylu dniach podróży do portu by przedostać się na drugą stronę jeziora, to jak obrazek wyjęty z dawnych książek czy filmów, to też chwile, pozostające długo w pamięci.

Nie całą godzinę później załoga pozostawia nas w porcie, po drugiej stronie jeziora. Przed nami długa droga do Manapouri, po szutrowej, kamienistej drodze, a w dodatku pod wiatr.

I długo nie trzeba czekać by zmęczenie odeszło dosłownie w chwil kilka. Za jednym z zakrętów, około godzony drogi od portu objawia się widok, niczym z filmu, którego śladami znowu zaczęliśmy podążać.

Daleko na północy, na samym końcu jeziora wyrasta góra o tej samej nazwie, co nasz statek. Sięgająca prawie 3 000 m npm, lekko spowita obłokami, przepasana zaraz pod szczytami lodowcem, spływającym w kierunku jeziora. Odbijające się w zmąconym wiatrem jeziorze słońce, kontrastuje z oddaloną o wiele kilometrów górą. Nie pozostaje nic innego jak zsiąść do naszego obiadu z wyjątkowym krajobrazem, przypominając sobie sceny z pierwszej części filmu.

Dzisiejszy cel to jezioro Mavora. Tam będzie pole namiotowe z całym zapleczem. Tak przynajmniej zapewniali nas kilka dni temu Niemcy, którzy tędy jechali w przeciwnym kierunku. A kilka kilometrów za naszym postojem obiadowym kolejni Niemcy potwierdzają wcześniejsze zeznania.

Droga wiedzie przez dolinę, spokojnie przekraczając kolejne rzeki w bród. Wiatr, który cały czas pcha nas, tylko przyspiesza nasze tempo. Poza wysokimi, górami otaczającymi rzekę, oczywiście towarzyszą nam krowy. Teraz jednak widać zmianę, gdyż w dużej części nie są to już stada dojne, tylko krowy odchowujące młode. Jesteśmy dla nich taką niespodzianką i tak nas się boją, że praktycznie każda jedna nie dość, że wstaje na nasz widok, to do tego jeszcze ucieka, gdzie tylko się da. Jedna krowa, wraz z małym cielakiem tak się nas przestraszyły, że galopując wzdłuż ogrodzenia, z którego wcześniej musiały jakoś się wydostać, wykonują imponujący skok na pastwisko. Dość nie codzienny to widok, nie dość że galopującej krowy, to jeszcze wykonującej takie akrobacje.

Po kilkunastu kilometrach droga zaczyna odchodzić od rzeki i po stromym zboczu wspina się na górę. Z jednej strony stromo, z drugiej już nie takie podjazdy forsowaliśmy, a widok na koniec po raz kolejny przyćmiewa całe zmęczenie.

Wysoki na ponad 1500 m góry, ciągną się dalej wzdłuż wielkiej płaskiej trawiastej doliny, gdzie nasza droga spokojnie i powoli opada w kierunku południa. Rowery same gnają bez naszej pomocy, a my tylko patrzymy na liczniki, na których stale pokazuje się 30km/h. My możemy spokojnie podziwiać okolicę, będącą ostoją spokoju. Bez aut, bez ludzi, tylko my góry i wielka przestrzeń. Nawet szuter nie psuje nam tej przyjemności, bo spokojnie płyniemy przez niego. Gdzieś daleko za nami, pogoda straszy nas deszczem, jednak my uciekamy i po pewnym czasie dojeżdżamy do skrętu na nasze pole namiotowe.

Na znaku „2km”, okazują się być tylko informacją o odległości do informacji. Do pola jeszcze kolejne 5. Zmęczenie jednak powoli wychodzi, a na licznikach mamy już prawie 90 kilometrów.

Zaraz za skrętem pojawia się gęsty, ale inny niż dotychczasowy las. Wysokie, porośnięte mchem drzewa, z dość skąpą roślinnością poniżej koron, prowadzą nas na wielką polanę, będącą granicą pomiędzy dwoma jeziorami, Mavora North i Mavora South. Nad brzegiem każdego znajduje się kilka miejsc, ze stolikiem, kranem, wystającym z ziemi, i toaletą, w trochę lepszym wydaniu niż nasze sławojki, oraz niewielkie paleniska na ogniska.

Spodziewaliśmy się czegoś więcej, w końcu Niemcy mówili że będzie całe wyposażenie – pytaliśmy się o wodę – no i jest, o toalety – też są. Jak widać w ich rozumieniu „all facilities” znaczy coś zupełnie innego niż dla nas. Cóż, jesteśmy bez gazu, to rozpalimy ognisko i podgrzejemy puszki na nim, oraz podsmażymy kiełbaski. Będziemy żyć.

Mocny wiatr, i co chwilę kropiący deszcz lekko krzyżują nasze plany, spokojnego zjedzenia kolacji przy ciepłym ogniu. Do tego kiełbaski okazują się bliżej nie dookreślona masą, chyba nawet nie leżącą koło mięsa. Na zimno, smaku brak, na ciepło z ogniska, da się to jakoś zjeść. Puszki, nie podgrzewają się tak szybko, jak parówko-kiełbaski, ale kiedy razem wszystko się wymiesza, wejdzie do namiotu, to w sumie nie smakuje to aż tak bardzo źle.

Pogoda nie pozwala na to by spokojnie zasiąść nad brzegiem jeziora, i wpatrywać się w wysokie góry otaczające długie jezioro, zasnute szarymi ciemnymi i ciężkimi chmurami.

Deszcz, zaczął teraz już padać na dobre i kilka rozdań Makao, pokazuje nam jak bardzo jesteśmy zmęczeni. Dzisiaj na licznikach znowu mamy blisko 90 kilometrów, a jutro łatwiej nie będzie.

 

Zaraz koło nas stoją dwa kampery. Nikt z nich wczoraj nie wychodził, ale widać było że telewizor był włączony. Teraz za to, miła Pani widzą, iż jemy płatki z jogurtem, wychodząc pyta

–      Nie chcielibyście wrzątku?

–      Jeżeli była by taka możliwość, to z miłą chęcią. Niestety, ale skończył nam się gaz.

I po chwili, dostajemy nie tylko wrzątek, ale kilka saszetek z rozpuszczalną kawą Mocca, oraz trzy kawałki melona. Mili Państwo zagadują nas, nie wierząc iż dojechaliśmy tutaj aż z Auckland. Za to żeby było ciekawiej, sami lubią jeździć i właśnie zastanawiają się nad podróżą do Europy wschodniej, gdzie chcieliby zobaczyć trochę „wsi”.

 

Rozpuszczalna kawa jest jak zbawienie. A my od paru tygodni pijemy jak to tutaj nazywają Long Black. A przecież jest jeszcze coś takiego i nie dość, że wyjątkowo smaczne, to jeszcze takie proste. Najbliższy sklep, obowiązkowo zmiana repertuaru kawowego.

Chłodny poranek, spokojnie przechodzi w ciepłe południe, by później postraszyć nas kilka razy deszczem, a nawet i zmoczyć. Szutrowa droga w końcu kończy się po ponad 100 kilometrach i zamienia w czarny, gruboziarnisty asfalt, którym spokojnie i bez problemu dojeżdżamy do Manapouri.

 

TransOceania eXpedition 2012

na facebooku  http://www.facebook.com/TransOceania2012?sk=wall


TOE2012 – Na krańcu świata

Ostatnie kilometry to walka z zimnym wiatrem i deszczem. W nocy temperatura spadła do 8 st, a deszcz pada od kilkunastu godzin. W zasadzie, po kilku kilometrach nie ma już znaczenia, czy jest ci zimno czy mokro. Nawet postój nie sprawia przyjemności i jedyne o czym myślimy, to żeby wsiąść na rower i jechać dalej. Wtedy przynajmniej robi się ciepło, bo nogi pracują.

Deszcze leje się z nieba bez przerwy, odcinając nas od jakichkolwiek widoków. Silny porywisty wiatr, zmusza do ciągłego patrzenia dokładnie kilka metrów przed siebie, i skupiania się na jeździe, by nie zjechać z drogi. Kolejne przejeżdżające TIRy fundują nam prysznic, a podjazdy sprawiają że jesteśmy mokrzy zarówno od zewnątrz jak i od wewnątrz.

Z porannych prognoz wynikało, że taka pogoda utrzyma się przez kilka dni i dlatego też rezygnujemy z dłuższej drogi wzdłuż wybrzeża i kierujemy się krótszą, w stronę Invecargill. Popołudniu docieramy do niewielkiego miasteczka Otautau, mając na licznikach ponad 75km, licząc na znalezienie tutaj noclegu.

Zziębnięci, mokrzy, głodni, myślimy tylko o tym, by zrzucić z siebie mokre rzeczy i wziąć ciepły prysznic. I albo widać to w naszych oczach albo i co pewniejsze po nas samych, bo wyraźnie zwracamy na siebie uwagę. Każdy kto nas widzi, przystaje i stara się coś na otuchę powiedzieć miłego. A to odnośnie samej pogody, że paskudna i że leje,  a to że jesteśmy twardzi.

Samo miasteczko nie oferuje nazbyt bogatej bazy noclegowej. Jeden hotel, jeden hostel i baza skautów. Hotel pioruńsko drogi, hostel też do tanich nie należy, a u skautów, możemy rozstawić namioty, co jest nam na rękę, bo są mokre i wolelibyśmy je wysuszyć.

–         Możecie spać w środku w kuchni – otwierając drzwi do kuchni i pralni, proponuje mi starszy człowiek, będący tutaj chyba zarządcą. – W namiotach to będzie Wam za zimno. Poza tym jesteście przemoknięci. A tutaj dzisiaj i tak pewnie nikogo nie będzie. Jest ciepła woda w prysznicach i grzejnik, który działa.

Niewielkie pomieszczenie, gdzie zwykle ludzie śpiący w namiotach mogą zrobić coś do jedzenia, oraz wyprać rzeczy, po powrocie z gór. Warunki, przypominają schronisko, ale czego więcej nam potrzeba. Szczególnie, że pralkę i suszarkę mamy w cenie, oraz prysznice, które często na campingach są dodatkowo płatne. Rozstawi się namioty w środku i przy okazji je wysuszy. Nagrzeje niewielkie pomieszczenia i zrobić coś do jedzenia. Szybka decyzja i zostajemy.

–         To ile będzie to kosztować?

–         10 dolarów.

–         Od osoby?

–         Nie. Tylko jedne 10 dolarów, za was wszystkich. – uśmiecha się Pan. Lepiej nie mogliśmy trafić. Nie w takich warunkach się już spało. – A poczekajcie jeszcze. – zatrzymuje nas staruszek. – Macie tutaj jeszcze pomidory z naszego ogródka. Mamy ich sporo, a wam na pewno będą smakowały.

I kto by pomyślał. Nie dość, że mamy cały obiekt dla tylko dla siebie, to jeszcze taki mały prezent, który smakuje wyśmienicie.

Zajmujemy całą możliwą przestrzeń. Sypialnie namiotów rozstawione w obydwu pomieszczeniach, tropiki wiszące na drzwiach i pralce piorącej nasze rzeczy. Piecyk, i dwie elektryczne kuchenki, których czerwone rozpalone spirale nagrzewają pomieszczenie, a w tym wszystkim my, siedzący przy stole, z kubkami białego wina wertujemy mapy, przewodnik i… stosy magazynów o gwiazdach. Dziewczyny nadrabiając zaległości z ostatnich dwóch lat, zagłębiają się w bujne życie sławnych i brytyjskiej młodej pary, której perypetie opisywane są w każdej z nich.

 

To ostatni dzień na rowerze na nowozelandzkiej ziemi. Deszcz i wiatr nie odpuszczają, tylko słońce lekko przebija się od czasu do czasu, kiedy w gęstych deszczowych chmurach robi się niewielka dziura. Raz świeci, za chwilę pada ulewny deszcz, a za chwilę znowu słonce.  Wieje tak silny wiatr, że nie dość że jedziemy pod kątem starają się utrzymać równowagę, to czasem jesteśmy wręcz zdmuchiwani z jezdni na trawę na poboczu. Ani to przyjemne, ani bezpieczne. Ratuje nas tylko myśl, że za kilka kilometrów zjedziemy na inną drogę i wiatr będzie wiał nam w plecy, pchając nas przed siebie. I tak też się na szczęście dzieje. Rowery, jak strzały ruszają przed siebie, a my spokojnie odliczamy kolejne kilometry jakie pozostały nam do celu, powoli w myślach wspominając to co już za nami.

Przemierzyliśmy ponad 1 500 kilometrów, mając możliwość zobaczenia Nowej Zelandii z zupełnie innej perspektywy. Poznaliśmy wielu wspaniałych, ciekawych, miłych i uroczych ludzi. Ludzi, którzy pokazali nam jak inaczej patrzeć na dwie wyspy. Gdzie ośnieżone wulkany, strzeliste góry, niesamowite lodowce, urzekające fiordy, rozkoszne gorące źródła i bujne deszczowe lasy, sąsiadują z wielkimi farmami, krowami, owcami, jeleniami, niewielkimi miastami i mieszkańcami, tak często pomijanymi przez ciągnącą przez wyspę lawinę turystów, chcących odkryć piękno tej części świata.

My za to możemy dzisiaj śmiało powiedzieć – Warto było zrezygnować z pewnych obowiązkowych atrakcji, by móc jeszcze tu wrócić, ale też doświadczyć jak żyje się tutaj naprawdę.

Kraj ten to nie tylko zdjęcia jak z pocztówek. To farmy, gdzie miliony krów, będące dźwignią ekonomii kraju, zagarniają każdy wolny skrawek ziemi, gdzie mogą się wypasać. To walka pomiędzy ginącą endemiczną flora i fauną, z przywiezionymi przez Europejczyków roślinami i zwierzętami, skutecznie wdzierającymi się w każdy możliwy zakamarek wyspy i niszczącymi tak egzotyczne życie, pozbawione przez tysiące lat naturalnych drapieżników. Sławetne Kiwi, przegrywa nie równą walkę z sokołami, szczurami, nutriami czy oposami, plądrującymi ich gniazda. To jelenie i sarny uznawane tutaj też za szkodniki, wybijane są masowo przez myśliwych, lub też trzymane na farma, czekają na swój czas, by trafić na niemieckie stoły. To też walka rządu o utrzymanie naturalnej równowagi w ekosystemie, a jednocześnie na ich zlecenie rozrzucana trucizna 1080, zatruwająca dużą część tego ekosystemu, co sprawia, że lasy są tutaj ciche.

Na szczęście każdy medal na swoje dwie strony. Miliony lat działania natury, stworzyły piękno, które nawet ludziom trudno jest zniszczyć. Majestatyczne góry, ciągną się przez całą wyspę, sprawiają że kiedy zejdziesz z asfaltowej drogi, zobaczysz zapierający dech w piersiach widok, będący niezapomnianym, a którego nie znajdziesz w innych częściach świata. Piękne czarno-białe wulkany, podgrzewane przez bagna i strumienie, wraz ze swoimi różnobarwnymi formami, przenoszą cię w świat, gdzie zapominasz o dniu codziennym i nie chcesz z niego powracać do swojej rzeczywistości.

Spotkasz tu ludzi, będących po trochu Europejczykami, po trochu mając mentalność Amerykanów, ale też starających się odnaleźć swoją własną tożsamość. Świat w którym my żyjemy czasem jest nich daleki i inny. Tutaj chodzisz do sklepu, restauracji, czy jeździsz samochodem na bosaka. Nie dbasz o ubiór i facet pijący piwo, stojący przy barze w gumiakach, w których przed chwilą chodził po farmie, to nic nadzwyczajnego.

Tutaj jesteś dumny z tego co robisz, czym się zajmujesz. Mówisz ludziom dzień dobry, i pomagasz, jak są w potrzebie. Bo w kraju gdzie odległości są znaczące, każdy każdemu przyjacielem, bo nigdy nie wiesz, kiedy i ty sam będziesz potrzebował pomocy.

 

Dotarliśmy na sam kraniec świata. Za Invercargill, dalej już tylko biegun południowy, a daleko na wschodzie Chile i Horn. Samo miasto, zdaje się być miejscem na krańcu świata. Ludzie tutaj nigdzie się nie spieszą. Spokojnie oddają się codziennym obowiązkom, snując się pomiędzy różnymi bardziej lub mniej dziwnymi posągami, płaskorzeźbami, malowidłami, które nadają specyficznego kolorytu aglomeracji. Bez nich byłoby ono dokładnie takie samo, jak cała reszta nowozelandzkich miast. Niska zabudowa, kolorowe witryny sklepów, poprzedzielane restauracjami, serwującymi smaki z każdej strony świata. A tak, ma ono swój charakter, będący wyrazem tego co każdy tutaj chce pokazać, zaprezentować, z czego jest dumny.

 

My udajemy się teraz na zachód, na Tasmanie. Po przeszło 4 tygodniach w podróży, nasz 3 osobowy zespół dzieli się. Gosia S, tak jak planowała, wraca do Polski, z wielkim bagażem wrażeń. Przed nią jeszcze wiele godzin w drodze do kraju, ale już bez roweru, który zostaje w Invercargill, oddany do wypożyczalni. Też sprawował się dzielnie i chyba po raz pierwszy przebył taką drogę

My zaś pakujemy swoje rowery i ruszamy dalej. Opuszczamy zachodzące jesienią południe wyspy, by wylądować za kilak godzin w gorącym Hobart, słynącym ze znanych regat Sydney – Hobart. Stąd też ruszymy dalej na północ. Przez okna samolotu jeszcze ostatnie spojrzenie na Alpy Południowe i powoli zachodzące obłokami zachodnie wybrzeże.


TOE2012 – Fiordland

Z każdym kilometrem przesuwamy się coraz bardziej na południe, i zarówno temperatury spadają, ale też każdego dnia pada. Na szczęście dla nas, tylko w nocy, a poranek, oraz reszta dnia jest już sucha. Trzeba tylko codziennie suszyć w ciągu dnia namioty, w ciepłym południowym słońcu. To już nie te ciepłe noce, jakie mieliśmy na północy. Teraz albo zawijasz się dokładnie w śpiworze albo zakładasz czapkę, i skarpety, by przetrzymać noc, i dotrwać do rana.

4:30 rano, budziki rozdzwaniają się w kieszeniach namiotów, a my musimy wydostać się z naszych kokonów, i śpiworów, by zdążyć na 6:30, na nasz prom, który zabierze nas do Doubtful Sound wspaniałego fiordu Na szczęście rzadko uczęszczanego przez turystów, gdyż wszyscy jeżdżą do Milford Sound, by zobaczyć ten najsłynniejszy nowozelandzki.

Jeszcze wczoraj, kiedy dotarliśmy do Manapouri, z początku okazało się iż nie ma już miejsc na statkach, na rejs o 9. Dopiero w ostatniej, największej tutejszej firmie organizującej rejsy, zaproponowali nam rejs o 7 rano, bez możliwości odwiedzenia elektrowni wodnej. Nie zmartwiliśmy się zbytnio, bo nie dość, że wcześniej skończymy rejs, to jeszcze spokojnie będziemy mogli ujechać kilka kilometrów w stronę Invercargill, co jest nam bardzo na rękę. Jedynie ta ranna pobudka, ale pani zapewniła nas, że na pokładzie mamy nieograniczony dostęp do kawy.

I rzeczywiście, kawa jest, do tego w dużych kubkach w ilości pozwalającej kofeiną pobudzić nas, lekko zaspanych, kiedy nasz statek przemierza ciemno granatowe  jezioro Manapouri, odbijające mleczną mgłę wiszącą pomiędzy górami.

 

Milionami lat rzeźbione przez lodowce, wnikały coraz głębiej i głębiej, co rusz będąc zalewanymi przez wody mórz i oceanów. Dzisiaj są prawie niedostępne dla ludzi. Tylko kilka ścieżek wiedzie przez ten region, a dostać można się tutaj zaledwie dwoma droga od lądu, lub też od strony morza Tasmana, i oczywiście jeszcze nad nimi.

Wciskająca się pomiędzy góry woda morska, nie miesza się ze słodką wodą wtłaczaną przez tysiące wodospadów, spływających z wysokich gór zatrzymujących prawie każda chmurę próbującą przedostać się nad tą krainą. Do tego jeszcze wilgotny bujny las, sam oddaje tumany pary wodnej, unoszącej się każdego ranka, jak tylko słońce zacznie ogrzewać strome górskie zbocza. Głęboki na prawie pół kilometra fiord, ma dwie warstwy wody, ciepłą słoną unoszącą się na powierzchni, oraz zimną górską, opadająca na dno.

Magiczny świat, zasnutych zielonych zboczy ocierających się o błękitne lazurowe niebo, wyciąga każdego kto pod pokładem starał się jeszcze trochę zdrzemnąć. Słońce, będące tutaj reżyserem, perfekcyjnie układającym kolejne sceny porannego teatru, zaraz oświetla jedne zbocza, innym razem przysłania, by te stanowiły idealny kontrast dla poszczególnych planów, czy też aktorów.

Wygrzewające się na skałach, będących bramą do fiordu, foki leniwie spoglądają tylko na statek, z którego dziobu strzelają w ich kierunku setki obiektywów, starających się uchwycić zaspane morskie stwory.

Innym razem rozpędzony statek, nagle hamuje i zmienia kurs. Z głośników słychać przewodnika, który pobudza jeszcze tempo wychodzenia na pokład. Po naszej lewej burcie pokazały się pingwiny. Te jakże rzadkie okazy, też za bardzo nie zwracają już uwagi na statek, będący stałym elementem ich codziennego życia. Za to dla pasażerów, to nie lada atrakcja, mimo iż z wody wyłaniają się tylko małe główki, co pewien czas nurkujące, a nawet najlepsze obiektywy, nie są wstanie dobrze złapać w klatkę, te niewielkie morskie stwory.

Nasz przewodnik, stojący cały czas w krótkim rękawku na dziobie statku, gdzie my w polarach co czas jakiś musimy chować się do środka, by ogrzać się chodź troszkę, prawie bez przerwy opowiada różne historie, anegdoty, ciekawostki.

 

W drodze powrotnej, nasz statek nagle skręca w jedną z odnóg fiordu. Woda staje się gładsza, nie zmącona falami wiejącego od morza wiatru, który to też stał się bohaterem jednej z historii, o odkryciu fiordu przez James Cook-a.

Opływający dookoła nowy ląd wtedy jeszcze porucznik, wycofał się ze spokojnej wody nowo odkrytego fiordu, pomimo wielkiego nie zadowolenia zmęczonej załogi. Wiatr w fiordzie praktycznie nie zmienia się, a same wiatry na zachodnim brzegu wyspy, wieją przeważnie z zachodu, dając idealny wiatr dla statków. Jednak wypłynięcie staje się wtedy już o wiele cięższe, szczególnie dla dużych rejowych statków. Wpływać można w kilka godzin, a wypływać z ciasnego fiordu nawet i miesiąc.

Cook w czasie wycofał się i popłynął dalej na południe, odkrywając kolejne fiordy, i obierając kurs dalej na południe, gdzie po opuszczeniu wybrzeża Nowej Zelandii, starał się znaleźć jeszcze jeden ląd. Uznając, iż dalej już nic niema, powrócił na wschodnie wybrzeże nowej ziemi.

Nasza odnoga powoli staje się coraz spokojniejsza. Wyglądające jak zielone babki, góry z jednej strony otwierają kolejne zatoczki, z drugiej zamykają za nami swoje zielone wysokie wrota. Wiatr wysoko nad naszymi głowami, nie zanurza się w te rejony. W tym też momencie stajemy przed dwoma światami, będącymi dokładnym swoim odbiciem. Jedyne co powoduje iż jesteś wstanie rozróżnić, który jest prawdziwy a który nie to że wiesz gdzie jest góra, a gdzie dół. Gdybyś stanął na rękach, mógłbyś zatracić ten punkt odniesienia i zgubić się w lustrzanych pejzażach.

W tym też momencie, statek wyłącza swoje silniki. Zapada głucha cisza. Brak ciągłe warkotu silnika, do którego już przyzwyczailiśmy się, sprawia iż masz wrażenie że nagle ktoś wyłączył głos w twoim telewizorze. Tak dryfujemy przez kilka minut. Nikt też nie odzywa się, starając się wsłuchać w ciszę.  Po chwili nieliczne ptaki burzą ten stan, jednak nie w takim stopniu jakby można było się spodziewać. Głucha cisza cały czas przeważa, a tylko raz na czas jakiś słychać krótką melodię ptasiego śpiewu.

 

Dzień powoli rozpędza się, a mleczne obłoki znikają, przez co kraina staje się mniej tajemnicza, ale też malownicza. Powoli przysypiający pasażerowie, w tym i my, budzą się na widok, wyskakujących z wody delfinów. Duże, błękitne, o lśniącej skórze, wyskakują wysoko ponad lustro wody. Nie dość, że lot jest o wiele wyższy od zazwyczaj spotykanych delfinów, to do tego wszystkiego jeszcze te morskie ssaki, zaczynają kręcić piruety. Całe stado bawiące tymi skokami, przemyka kilkadziesiąt metrów od naszej prawej burty, powoli jednak znikając w zatoce, z której przed chwilą wypłynęliśmy.

Powoli wracamy nad jezioro Manapouri, zatrzymujemy się jeszcze na chwilę na przełęczy i minutą ciszy, wraz z innymi pasażerami autobusu wiozącego nas do portu nad jeziorem, oddajemy cześć tym, którzy dokładnie rok temu 22 stycznia 2011 roku, zginęli w Christchurch w wielkim trzęsieniu ziemi.

Wspaniały Doubtful Sound znika pomiędzy górami, pozostawiając niezapomniane wrażenie. Nikt z nas nie żałuje teraz tego, iż nie zdecydowaliśmy się jednak na obranie drogi na Milford Sound. Niesamowita przestrzeń, wspaniałe góry, mgły unoszące się nad zboczami, oraz tutejsza fauna, zrekompensowały nam nawet poranną pobudkę. I zdecydowanie, warto było wstać tak rano, bo wybranie późniejszego rejsu, te kilka godzin różnicy, nie dałyby już takiego efektu, który pozostanie na długo w naszej pamięci.

 

Droga do Invercargill z Manapouri, to już nasze ostatnie kilometry na wyspie. Jednak Nowa Zelandia, tak łatwo nie daje nam dotrzeć do celu naszej drogi. Silny południowy wiatr skutecznie spowalnia nasze tempo, studząc nasz zapał, iż jeszcze dzisiejszego dnia ujedziemy kilkadziesiąt kilometrów zbliżając się do południowego wybrzeża.

Na zupełnym pustkowiu, zmęczeni, niewyspani, widząc czekający nas podjazd, oraz chmury otulające szczyt góry na która mamy wjechać, zatrzymujemy się na farmie, będącej jednocześnie hostelem dla młodzieży. Rozstawiamy namioty i korzystając z dużej ilości czasu, oddajemy się błogiemu nic nie robieniu. Nikomu z nas nie chce się wychodzić na zewnątrz, gdzie stoją szargane wiatrem namioty. Do tego znowu zaczyna padać deszcz, a noc zapowiada się chłodna. Zdaje się, że jesień powoli wkracza.

2012-02-25 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Francja

Zamek i mury obronne w Carcassonne, Francja

przez Karolina Zięba-Kulawik 2012-02-18
Napisane przez Karolina Zięba-Kulawik

  Carcassonne to jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc we Francji i prawdziwa perła średniowiecznej architektury obronnej. Położone w historycznej Langwedocji, zaledwie 90 km na południowy wschód od Tuluzy, słynie z imponującego systemu murów, baszt i zamku, które tworzą unikatową warowną cytadelę wpisaną na listę UNESCO. Spacer po wąskich uliczkach otoczonych podwójnym pierścieniem murów przenosi wprost do czasów rycerzy i krucjat, pozwalając poczuć klimat dawnego średniowiecza. Carcassonne to nie tylko atrakcja turystyczna, ale także symbol historii Francji, zachwycający zarówno pasjonatów zabytków, jak i podróżników poszukujących autentycznych miejsc z duszą.

 

Średniowieczne fortyfikacje Carcassonne w regionie Langwedocja-Roussillion są jedną z największych atrakcji południowej Francji. Widoczne z daleka miasto otoczone podwójnymi murami obronnymi z licznymi basztami i wieżyczkami, leży na skraju stromego płaskowyżu.

 

Oryginalnego średniowiecza nie ma tu za wiele, ale całość sprawia niesamowite wrażenie. Celtycka osada na skrzyżowaniu szlaków handlowych łączących Atlantyk z Morzem Śródziemnym i Półwysep Pirenejski z resztą Europy istniała już ponoć w IV wieku. Na jej miejscu Rzymianie zbudowali w końcu I w. n.e. warowne miasto Carcasum.

 

 

Później to strategiczne miejsce jeszcze wiele razy zmieniało właścicieli. Podczas krucjaty przeciwko albigensom Carcassonne , które było ich warownią, zdobyte zostało w 1209 przez armię francuską dowodzoną przez okrutnego wodza Simona dc Montforta. Wymordowano wówczas większość mieszkańców, w tym wicehrabiego Trcncavela. Francuzi wzmocnili fortyfikacje miejskie i zbudowali nową część miasta po drugiej stronie rzeki Aude. Carcassonne stało się ważną twierdzą graniczną między Francją i Aragonią, której nie udało się zdobyć nikomu, nawet wodzowi angielskiemu Czarnemu Księciu podczas wojny stuletniej, w 1355 roku, chociaż jego piechota zniszczyła dolne miasto. Po zawarciu pokoju pirenejskiego w 1659 roku, kiedy Roussillon zostało zaanektowane przez Francję, Carcassonne utraciło militarne znaczenie, o fortyfikacje przestano dbać, a miasto stało ważnym ośrodkiem produkcji sukna. Z czasem fortyfikacje Carcassonne uległy takiemu zniszczeniu, że w 1849 r. rząd francuski postanowił rozebrać twierdzę, ale decyzja ta spotkała się z gwałtownym sprzeciwem społeczeństwa oraz dzięki interwencji architekta i pisarza Violett-le-Duc zaniechano tego. Rekonstrukcja i odbudowa pozwala dzisiaj podziwiać ten średniowieczny klejnot architektury.

 

 

Zabytkowa architektura Carcassonne stanowi największy w Europie średniowieczny kompleks urbanistyczny. Składa się z dwóch części: Cite ufortyfikowane górne miasto otoczone podwójnym pierścieniem murów obronnych z bramami, w tym okazałą Bramą Nabonese, barbakanem i 53 basztami oraz dolnego miasta La Ville Basie, gdzie najciekawsze zabytki to trzynastowieczna katedra St. Michel i kościół St. Vincent.

 
Brama Nabonese

 
 
W Cite wąziutkie uliczki prowadzą do zamku książęcego lub do katedry St. Nazaire z alabastrowymi sarkofagami biskupów, gdzie doskonale współgrają ze sobą nawa romańska i transept oraz gotycki chór.
 
 

 

Romańsko-gotycki kościół St.-Nazaire XI-XIV w.

 
Wnętrze bazyliki zdobią XIV-wieczne witraże oraz pochodzące z XVI wieku organy. Zamek książęcy był fortecą w fortecy, ma własną fosę, pięć baszt i drewniane ganki obronne wokół murów. W zamku jest Lapidarium, w którego zbiorach są rzymskie amfory, terakotowe naczynia, kamieniarka z katedry oraz średniowieczne kamienne pociski, Sale Romańska i Rycerska oraz Wieże Inkwizycji i Sprawiedliwości. Na głównym placu każde wolne miejsce wykorzystane jest pod kawiarniane stoliki, kryjące się w cieniu platanów. Najpiękniejsza panorama Carcassonne rozciąga się zza rzeki Aude. Dopiero stąd widać ogrom tej wspaniałej średniowiecznej warowni. W 1997 roku Carcassonne wpisane zostało na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Niezwykły klimat tego miejsca przyciąga tu rzesze turystów i filmowców. Kevin Costner właśnie w Carcassonne zrealizował swój film „Robin Hood – Książę Złodziei”.

 

 

 

 
Wstęp do miasta jest bezpłatny. Odpłatne jest wejście do zamku miejskiego.

Godziny otwarcia:
styczeń-marzec, październik-grudzień – 9.30-17.00
kwiecień-wrzesień – 9.30-18.30
nieczynne: 1 stycznia, 1 maja, 11 listopada, 25 grudnia

 

Centre des monuments nationaux
11000 Carcassonne

 
 
 

 
opracowanie & foto: Karolina Zięba
 
2012-02-18 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Podziemia turystyczne w Polsce

Jaskinia Wierzchowska

przez Redakcja 2012-02-17
Napisane przez Redakcja
  JASKINIA WIERZCHOWSKA
 
Jedna z kilku jaskiń na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, jaka jest udostępniona turystycznie.
 
 

 
 

JASKINIA WIERZCHOWSKA powstała w wapieniach górnojurajskich stanowiąc doskonały; przykład podziemnej formy krasowej. Długość Jaskini Wierzchowskiej to prawie 1000 m podziemnego labiryntu wiodącego przez bajkowe w wystroju i ukształtowaniu sale i korytarze. To największa jaskinia na terenie Jury Krakowskiej. Jej wnętrze budziło zainteresowanie wśród naukowców już w XIX w. Badania naukowe prowadzone wówczas m.in. przez Jana Zawiszę oraz Gotfryda Ossowskiego dały materialne dowody intensywnego osadnictwa w epoce neolitu (ok. 7 tys. lat). Podczas prac archeologicznych znaleziono fragmenty naczyń, narzędzi, ślady po ogniskach. Ciekawie prezentują się osady jaskiniowe z punktu widzenia paleontologii. W namulisku natrafiono m.in. na kości niedźwiedzi jaskiniowych, hien oraz innych zwierząt występujących na tym obszarze w epoce lodowcowej. Na XIX w. przypadł intensywny rozwój ruchu turystycznego. Do pobliskiego Ojcowa zjeżdżali kuracjusze, a część z nich chętnie odwiedzała znaną już wówczas Grotę Wierzchowską. Jako jedna z pierwszych jaskiń w Europie została przystosowana do obsługi ruchu turystycznego. Zabezpieczono otwory drewnianą palisadą, zainstalowano wewnątrz oświetlenie z chińskich lampionów oraz przygotowano do dyspozycji zwiedzających przewodników.
Trasa zwiedzania jaskini prowadzi krętym Przesmykiem Długim poprzez Salę z Kotłami i Hotelik do największej komory jaskiniowej – Sali Balowej i dalej do Sali Człowieka Pierwotnego. Ściany i strop komór pokrywa ładna szata naciekowa. Dużą atrakcją są nietoperze (gł. podkowce małe) oraz pająki meta menardi . Jaskinię Wierzchowską można zwiedzać z kwalifikowanym przewodnikiem. Prowadzi przez nią wytyczona, bezpieczna i profesjonalnie oświetlona trasa. Jaskinia posiada status pomnika przyrody na terenie Jurajskiego Parku Krajobrazowego „Dolinki Podkrakowskie” oraz stanowi jeden z kluczowych punktów programu turystyczno-rekreacyjnego pod nazwą Pierścień Jurajski.Jaskinia położona jest w Dolinie Kluczwody, wieś Wierzchowie k. Białego Kościoła, gmina Wielka Wieś, woj. małopolskie (ok. 15 km na pn-zach. Od Krakowa, niedaleko od trasy nr 94 (dawniej E-40) w kierunku Olkusza).

Dojazd:
Samochodem osobowym, autokarem od strony Krakowa, Katowic, Olkusza droga nr 94, we wsi Biały Kościół zjazd w kierunku Zabierzowa, następnie pierwszą w prawo asfaltową drogą w kierunku wsi Wierzchowie gdzie znajduje się plac postojowy dla samochodów, dalej pieszo według znaków (około 10 min.).
Środkami komunikacji publicznej PKS Kraków – Olkusz do przystanku Murownia, skąd pieszo ok. 10 minut.

 
 
 
 
 
 
 
 
Długość trasy – ok. 700 m.
Czas zwiedzania – ok. 50 min.
Temperatura wewnątrz stała +7,5oC.
Wilgotność ok. 90 – 98 %.
Trasa oświetlona elektrycznie.
Dla osób niepełnosprawnych ruchowo (na wózkach inwalidzkich) częściowo niedostępna (schody i wąskie przejścia).
Zalecane wygodne, sportowe obuwie i cieplejsze okrycie latem.
W kasie przy obiekcie regulamin dla zwiedzających i aktualny cennik.

Zwiedzanie wyłącznie z przewodnikiem.

 
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/55/Jaskinia_Wierzchowska_G%C3%B3rna_mapa.png

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
2012-02-17 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Cykliczne Spotkania Podróżników

Cud rajskich wysp

przez Redakcja 2012-02-16
Napisane przez Redakcja
05.03.2012 godz. 19:00
Klub Podróżników „Śródziemie”
Kraków Piwnica pod Baranami
Cud rajskich wysp

Aleksandra Czyż & Mariola Piekut & Jan Talaga


Cud rajskich wysp
Aleksandra Czyż & Mariola Piekut & Jan Talaga

W ramach obchodów Dni Kultury Indonezji w Krakowie, Aleksandra Czyż, Mariola Piekut i Jasiek Talaga opowiedzą o swoim pobycie w Indonezji. To nie tylko wielomiesięczna podróż na antypodach, lecz przede wszystkim codzienne obcowanie z ludźmi, ich kulturą i językiem.

Podczas slajdowiska zaprezentowane zostaną nie tylko główne atrakcje archipelagu (jak Borobudur, Bali, etc.)  ale również miejsca mniej znane i rzadziej odwiedzane przez turystów (jak Sumba, Madura, czy Padang).

Jasiek i Mariola swoje przygody opisywali na bieżąco pod adresem  http://azjatyckiesny.blogspot.com/ , zajmując 14 miejsce w konkursie na Blog Roku

Po przerwie zapraszamy na film
Laskar Pelangi (Tęczowy Szwadron)
czas trwania 2 h:04 m
film w oryginalnej wersji jezykowej z pl napisami
http://www.filmweb.pl/film/T%C4%99czowy+Szwadron-2008-498812

UWAGA
W trakcie slajdowiska rozlosujemy 2 osobowy bilet  na balon !
Niesamowite widoki z powietrza funduje
http://hiflyer.pl/

http://4.bp.blogspot.com/_4fwS9H4VNLU/TTFW285ZmQI/AAAAAAAAKyw/Q6Eu5RdpRjo/s1600/DSC07213.JPG

https://lh3.googleusercontent.com/-NQ6I6Nr6oaQ/T0PPKrWpK0I/AAAAAAAALlw/Jp1GNABHtME/w500-h336-k/DSC01781.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-XA_VPEJMLJo/T0PPK_N7yWI/AAAAAAAALls/juYet42xaQI/w233-h347-k/DSC04195.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-10DHE8Ge3rE/T0PPL7InOyI/AAAAAAAALl8/iZFCrR7vnQo/w500-h335-k/DSC04683.JPG

https://lh3.googleusercontent.com/-VSHdp0paY0M/T0PPMNXnNTI/AAAAAAAALmU/sb3LB_W5SRM/w500-h336-k/DSC04907.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-Og7sgykKc1o/T0PPM4VDKOI/AAAAAAAALmM/vHekaOMu93A/w500-h336-k/DSC05327.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-NJv3tUKQCss/T0PPNISCOnI/AAAAAAAALmY/b7TiNu0_GOk/w500-h336-k/DSC06704.JPG

2012-02-16 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Wywiady

Za horyzont i jeszcze dalej

przez Redakcja 2012-02-16
Napisane przez Redakcja
https://lh6.googleusercontent.com/-Y1toFehniMY/Tz0zwh6u-0I/AAAAAAAALj0/FnGerj64KMY/w823-h247-k/za.jpg

Za horyzont i jeszcze dalej

Z Mikołajem Korwin-Kochanowskim i Miłosławą Niezgodą rozmawia Karolina Gołda

W ubiegłe wakacje wsiedli na rowery i przemierzyli Azję Centralną. Swoją wyprawę rozpoczęli w Kazachstanie. Potem przejechali przez Kirgistan, Chiny i Pakistan. Na odpoczynek znaleźli czas w Indiach. Snowboardzistka freeridowa – Miłosława Niezgoda oraz student inżynierii biomedycznej – Mikołaj Korwin-Kochanowski, opowiadają o prawdziwym życiu w tamtych rejonach, magii Pakistanu oraz trudnościach, z jakimi przyszło im się zmierzyć…

Długo się znaliście zanim postanowiliście, że spędzicie razem trzy miesiące w Azji?

Mikołaj: Poznaliśmy się w liceum, a potem nasze drogi się rozeszły. Ponownie spotkaliśmy się po 4 latach, podczas prezentacji z Tadżykistanu.

Miłka: Wtedy powiedziałam Mikołajowi, że chciałabym pojechać na taką wyprawę, a on odpowiedział krótko: „No to jedźmy”.

I pojechaliście. W tych wszystkich miejscach, które zwiedziliście wspólnie, byliście pierwszy raz?

Mikołaj: Byłem kiedyś w Indiach, więc wiedziałem mniej więcej czego się spodziewać. Czytaliśmy różne relacje z wypraw i rozmawialiśmy ze znajomymi, którzy byli w niektórych miejscach, m.in. w Pakistanie, dlatego mieliśmy jakieś wyobrażenie o tych miejscach.

Jakie ono było?

Mikołaj: Pozytywne!

Miłka: Na początku mieliśmy jakieś wątpliwości w związku z całą tą sytuacją polityczną, ale na szczęście w żaden sposób nas to nie ograniczyło. Potem okazało się, że nie było się czego bać.

Jakie przygody Was tam spotykały?

Mikołaj: Jeżeli chodzi o jakieś straszne doświadczenia, że prawie zginęliśmy albo coś w tym stylu, to niestety ludzie się zawiodą.

Miłka: Ja powiedziałabym, że na szczęście (śmiech). Żadnych fajerwerków ani historii mrożących krew w żyłach nie mamy, bo tak naprawdę tam jest całkiem normalnie. Poza tym po pewnym czasie zupełnie inaczej patrzymy na to wszystko i pewne sytuacje nie są dla nas zaskakujące.

Czyli sytuacja, w której weszliście do namiotu przepełnionego bronią, nie była dla Was zaskoczeniem?

Miłka: Właściwie nie była. W jednej prowincji w Chinach, policja normalnie chodziła z bronią. Na ulicach tej broni widzieliśmy bardzo dużo, dlatego ­­w namiocie nie zrobiła na nas większego wrażenia. Byliśmy już do tego widoku przyzwyczajeni.

Mikołaj: Poza tym oni nie robili z tej broni żadnego pożytku. Widzieliśmy, że ją mają, ale jednocześnie nie widzieliśmy, żeby ktoś z niej strzelał.

Miłka: Teraz, kiedy pokazujemy zdjęcia albo opowiadamy co tam przeżyliśmy, to ludzie bardzo się tym emocjonują. My, w trakcie wyprawy, tak się do tego przyzwyczailiśmy, że nic nas już specjalnie nie zaskakiwało po drodze.

Przyzwyczailiście się chyba do wszystkiego, ale pewnie nie obyło się bez kryzysowych momentów, w których mieliście dość wyprawy?

Miłka: Mieliśmy pełno kryzysów, ale na szczęście nie w tych samych momentach. Jedno drugie zawsze ciągnęło do przodu. Z resztą to były głównie takie drobnostki. Nie chciało nam się jechać, rozmawiać, patrzeć na siebie… Czasami, jak trafi się na zły dzień i fatalny humor, wszystko zaczyna człowieka przytłaczać. Jednak gdyby w tamtych momentach ktoś mi powiedział: „masz bilet do domu, jutro wracasz”, to nie wróciłabym.

Mikołaj: Na tej wyprawie chwil, w których miałem naprawdę dość, chyba nie było. Wiedziałem, że ta sielanka, w której codziennie jest coś innego, odkrywamy nowe miejsca i poznajemy nowych ludzi, zaraz zniknie.

Nie dla każdego taki wyjazd jest sielanką. Chyba trzeba mieć w sobie sporo determinacji, żeby zdecydować się na coś takiego?

Miłka: To chyba nie jest kwestia determinacji, ale tego, czy coś takiego podoba się człowiekowi czy nie. Sama jazda na rowerze nie jest problemem.

A co nim jest?

Miłka: Chodzi o to, że śpisz w namiocie, kąpiesz się w rzece, gotujesz na jednym palniku, na butli gazowej. Kaszę, ryż, kaszę – ciągle to samo. Tu rodzi się pytanie: czy jesteś w stanie przeżyć trzy miesiące bez komputera, bez Internetu, bez suszarki do włosów, itd.

Mikołaj: Jeśli chodzi o aspekt fizyczny, to każdy po pewnym czasie przyzwyczaja się do długiej jazdy. Natomiast nie każdy psychicznie wytrzymuje takie warunki. Niecodziennie szczęka opada z wrażenia. Często jest nudno, monotonnie i trzeba sobie z tym poradzić w głowie.

Warto przeżyć coś takiego?

Mikołaj: Myślę, że przynajmniej raz warto. W pustyniach jest coś magicznego i wydaje mi się, że człowiek zmienia się trochę pod ich wpływem. Kiedy jedziesz pod górę, to koncentrujesz się na celu, bo gdzieś widzisz ten szczyt. Jadąc przez pustynię, patrząc na ten horyzont, nigdy nie wiesz, kiedy to się skończy – to ma taki ciekawy wymiar…

Przez trzy miesiące można przeżyć naprawdę wiele. Co czuliście, kiedy ta przygoda zbliżała się ku końcowi i musieliście wracać do domu?

Miłka: Kiedy wsiadaliśmy do samolotu w Delhi, czułam się strasznie dziwnie. Przyzwyczaiłam się, że jesteśmy w innym miejscu, jeździmy na tych rowerach i śpimy w namiotach. Będąc tam poczuliśmy, że tak naprawdę nie ma barier i odległości. A te dystanse na świecie zbiegają się, zmniejszają, skracają…

Stwierdziliście, że nie ma barier, ale przecież niekiedy ludzie je tworzą. Mieszkańcy tamtych regionów nie robili Wam jakichś problemów?

Mikołaj: Nie. Oni byli niezwykle gościnni. Każdy, kto był w tamtych rejonach, właściwie powie to samo. Ludzie zaproszą cię do domu, ugoszczą czym mają, chociaż czasem nie mają za wiele. Kiedy jedziesz autobusem i ten zatrzymuje się na postoju, to niektórzy są nawet w stanie postawić ci obiad.

Jak myślicie, dlaczego tak robią?

Miłka: Oni mają takie poczucie, że kiedy odwiedzamy ich kraj, to tak jakbyśmy ich odwiedzali. Pamiętam jak pewnego dnia dziewczyna w autobusie ściągnęła bransoletki z ręki i założyła je na moją. Potem dostałam od niej misia. To było niesamowite.

Często spotykaliście się z takimi sytuacjami?

Miłka: Tak, takich przyjemnych i pozytywnych wydarzeń było mnóstwo. Dla tych ludzi byliśmy zaskoczeniem i atrakcją. Nie wiem kto musiałby przyjechać do Polski, żeby był dla Polaków tak egzotyczny, że zachowywaliby się w stosunku do niego w taki sposób.

Mikołaj: Jechaliśmy na rowerach i co chwilę obok nas zatrzymywały się samochody. Kierowcy pytali czy mamy co jeść i pić. Dawali nam numery telefonów. Mówili, żebyśmy zadzwonili jak gdzieś tam dojedziemy, to oni ugoszczą nas u siebie.

To rzeczywiście niesamowite. Myślicie, że ludzie wykorzystują tę ich gościnność?

Mikołaj: Pewnie nieraz tak. Ja nie pasożytowałbym na nich, ale kiedy np. student jest na takim wyjeździe i nie ma wypchanego banknotami portfela, to może być prawie pewny, że jak rozbije się w okolicy jakiegoś domu to ktoś z niego wyjdzie i zaprosi go na obiad.

I nie będzie oczekiwał nic w zamian?

Mikołaj: Nie. Oni po prostu bardzo chcą poznać takiego przybysza.

Miłka: Niesamowite jest też to, że cieszą się z drobiazgów. Np. kiedy dostaną zwykły krem, są ogromnie wdzięczni. W sklepach nie brakuje takich produktów, ale są dla nich zbyt drogie.

Mikołaj: Pamiętam jak w Tadżykistanie dawaliśmy dziewczynom krem do opalania. Tak się cieszyły, że wreszcie będą miały jasną cerę. To było wspaniałe, kiedy widzieliśmy jak ludzie radują się z takich na pozór normalnych rzeczy.

Co tam na Was wywarło największe wrażenie?

Miłka: Ciężko podać jedną rzecz.

Mikołaj: Na pewno ta gościnność, bo była dla nas czymś niecodziennym. Mieszkając w Europie nie doświadczysz takich sytuacji ot tak. Poza tym krajobrazy są obłędne. Żadne zdjęcia i filmy tego nie oddadzą. I jeszcze ta przestrzeń… Znienawidzone przez nas słowo, które co chwilę powtarzaliśmy.

Miłka: Czasem myślałam, że oszaleję. Kiedy Mikołaj mówił: „Ale przestrzeń!” to miałam ochotę „puknąć” go w głowę.

Właśnie, co czuje człowiek, kiedy tak jedzie, jedzie, jedzie i końca nie widzi?

Miłka: Nigdy więcej nie pojadę do Kazachstanu! (śmiech) – To czuje i myśli człowiek, jak jedzie prosto i końca nie widzi. Ma wrażenie, że oszaleje. Naprawdę lepiej jechać pod górkę i w dół, niż za horyzont i jeszcze dalej.

Mikołaj: Dobrze mieć licznik czy GPS, który generalnie nie przydaje się zbyt często, ale w takiej sytuacji pomaga. Widzi się progres. Pedałuję, pedałuję, pedałuję, a tu praktycznie nic się nie zmienia. Zerkam na licznik i widzę, że jednak zrobiłem te 60 km, choć mam wrażenie, że stoję w miejscu. W Polsce jest inaczej. Po drodze z Krakowa do Zakopanego mija się pagórki, wioski, domy, itd. Tam nawet po kilkudziesięciu kilometrach jazdy, mieliśmy wrażenie, jakbyśmy dopiero wsiedli na rowery.

Często wracając z podróży, dochodzimy do wniosku, że było inaczej, niż to sobie na początku wyobrażaliśmy. Zastanawiam się czy podczas tej wyprawy rozczarowało Was coś?

Mikołaj: Nie. Byłem już w tamtym rejonie i wiedziałem czego się spodziewać. Kiedy się tam jedzie, trzeba być bardzo otwartym na wszystko, co się tam zastanie.

Miłka: Wiele rzeczy okazało się innych niż to sobie wyobrażaliśmy. Ja trochę zawiodłam się Indiami. Tam mieszkańcy są tak nastawieni na turystów i wyciąganie pieniędzy od nich, że mogą doprowadzić człowieka do szału. Na szczęście ten kraj był na końcu naszej trasy, więc już bez żalu, że coś tracę, mogłam wracać do domu.

Mikołaj: Miłka przed wyjazdem bardzo chciała jechać do Indii i strasznie żałowała, że tak mało czasu tam spędzimy. Powiedziałem jej wtedy: „Poczekaj, pojedziesz, zobaczysz, Pakistan ci się spodoba.” A ona uparcie twierdziła, że chce do Indii.

Kolejność krajów, które odwiedzaliście, miała jakieś znaczenie?

Mikołaj: Myślę, że ta sekwencja była trafna, bo można powiedzieć, że apetyt rósł w miarę jedzenia. Zaczęliśmy od Kazachstanu, który w pewnych miejscach był taki europejski. Potem Kirgistan, Chiny… I te nowo wybudowane miejscowości, gdzie wszystkie domy są identyczne, robione jakby od linijki. Fajnie to zobaczyć i mieć świadomość tego, jak to naprawdę wygląda, ale nie są to miejsca, w których chciałoby się dłużej przebywać.

Miłka: A Pakistan to już inna bajka…

Bajka kojarzy mi się z pewną magią. W tym kraju jest coś magicznego?

Miłka: Dla nas w pewnym sensie tak. Kumulacja tych dobrych sytuacji, niesamowitych widoków i fantastycznych ludzi, których spotkaliśmy, tworzy w naszych głowach obraz czegoś niezwykłego.

Mikołaj: Tam przyjezdny nie jest odbierany jak turysta tylko jak gość, a to naprawdę duża różnica. Oni nie widzą w nim pieniądza, lecz człowieka…

2012-02-16 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Aktualności inne

Trasa Pamięci MHK

przez Redakcja 2012-02-13
Napisane przez Redakcja

http://mhk.pl/zalaczniki/image/o_muzeum/Trasa%20Pami%C4%99ci/billboard_TP_zmniejszony.jpg

Klub Podróżników Śródziemie
poleca
Trasę Pamięci Muzeum Historycznego Miasta Krakowa

Trasę Pamięci tworzą trzy oddziały Muzeum Historycznego Miasta Krakowa: Ulica Pomorska, Apteka pod Orłem oraz Fabryka Emalia Oskara Schindlera. Te trzy punkty na mapie Krakowa to trzy dopełniające się opowieści o wojnie i czasie, który po niej nastał.


ULICA POMORSKA

„Pomorska”, przez wiele lat po zakończeniu okupacji niemieckiej Krakowa, była powszechnie zrozumiałym skrótem, symbolem nazistowskich zbrodni, jednoznacznie kojarzonym z miejscem, z którego naziści kierowali systemem terroru zwróconym przeciwko społeczności Krakowa. „Pomorska” to jednak nie tylko dawna siedziba gestapo, a właściwie siedziba Urzędu Komendanta Służby Bezpieczeństwa i Policji Bezpieczeństwa Dystryktu Kraków Generalnego Gubernatorstwa w latach 1939–1945, ale przede wszystkim miejsce, gdzie zachował się jedyny w swoim rodzaju autentyczny dokument, „Krzyk uwieczniony”. W kilku niewielkich piwnicach, dostępnych po wejściu na podwórko Domu Śląskiego przy ul. Pomorskiej 2, zachowały się uwiecznione na ścianach aresztu gestapo napisy z lat 1939–1945, pozostawione przez zatrzymane i tu przesłuchiwane osoby.
Zadaniem nowej wystawy Krakowianie wobec terroru 1939–1945–1956 jest komentowanie zasadniczego przekazu tego miejsca, „Krzyku uwiecznionego” zachowanego w dawnych celach, historii Domu Śląskiego, jako siedziby gestapo. Wystawa pomyślana jest jako rodzaj istotnego uzupełnienia przekazu ekspozycji w Fabcyce Emalia Oskara Schindlera, zbudowanego wokół mitu Oskara Schindlera. Na Pomorskiej zwiedzający ma możliwość nawiązania „intymnego” kontaktu z ciągle bliską nam historią, która ciągle pozostaje żywa i ma szanse pozostać żywa dla kolejnych pokoleń.


APTEKA POD ORŁEM

Drugi punkt na Trasie Pamięci to muzeum Apteka pod Orłem z wystawą Apteka w getcie krakowskim poświęconą zagładzie krakowskich Żydów. Mieści się na terenie dawnego getta utworzonego przez Niemców w marcu 1941 r. w Podgórzu. Muzeum działa w dawnej aptece Pod Orłem, prowadzonej przez Tadeusza Pankiewicza przed wojną, podczas jej trwania i przez krótki okres powojenny. Apteka Pankiewicza, przy ówczesnym placu Zgody, była jedyną apteką funkcjonującą w obrębie getta, a jej właściciel jedynym Polakiem mającym prawo do stałego w nim przebywania. Apteka stała się miejscem spotkań żydowskich intelektualistów, naukowców i artystów przebywających w getcie. W czasie krwawych akcji wysiedleńczych na placu Zgody w 1942 r. personel apteki bezpłatnie wydawał rannym opatrunki i lekarstwa. Apteczne zakamarki wykorzystywane były jako schowki, ratujące przed deportacją do obozów zagłady. Pankiewicz i jego asystentki: Irena Droździkowska, Aurelia Danek i Helena Krywaniuk byli łącznikami pomiędzy Żydami w getcie i poza nim, przekazując informacje i szmuglowaną żywność.


FABRYKA EMALIA OSKARA SCHINDLERA

Fabryka Schindlera położona jest również w Podgórzu, w poprzemysłowej dzielnicy Zabłocie. Podobnie jak apteka Tadeusza Pankiewicza, jest symbolem ocalenia i zachowania humanitarnej postawy w najtrudniejszych sytuacjach. Niemiec Oskar Schindler, właściciel Niemieckiej Fabryki Naczyń Emaliowanych, zatrudniał w swojej fabryce krakowskich Żydów, a w 1943 r. doprowadził do powstania przy ul. Lipowej podobozu obozu Płaszów, w którym skoszarowano więźniów pracujących w Fabryce Schindlera i kilku innych okolicznych zakładach. Warunki stworzone przez Schindlera przy ul. Lipowej umożliwiły około tysiącu osobom przetrwanie pobytu w obozie. W 1944 r. Schindler ewakuował część zbrojeniową fabryki do Brünnlitz na Morawach wraz z tysiącem robotników – więźniów obozu Płaszów. Dzięki temu uratował im życie. Obecnie budynek administracyjny dawnej fabryki jest jednym z oddziałów Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. Prezentowana w nim wystawa stała Kraków – czas okupacji 1939–1945 stanowi najważniejszy element tej trójdzielnej struktury opowiadającej o historii okupowanego Krakowa. Ekspozycja w Fabryce Schindlera prezentuje w sposób całościowy historię Krakowa lat 1939–1945, a w pozostałych placówkach tworzących Trasę Pamięci  rozwinięcie znalazły wybrane tematy.


ARCHIWUM OFIAR TERRORU NAZISTOWSKIEGO I KOMUNISTYCZNEGO W KRAKOWIE 1939–1965

Elementem łączącym Trasę Pamięci jest dostępna w Internecie baza biograficzna, poświęcone krakowianom lat 1939–1956, szczególnie ofiarom terroru nazistowskiego i komunistycznego. Zapoznać się z nią można na wystawie przy ul. Pomorskiej 2 lub online: http://krakowianie1939-56.mhk.pl/.

Łączony bilet wstępu Trasa Pamięci (Ulica Pomorska, Apteka pod Orłem, Fabryka Schindlera):
bilet normalny:17 zł (20 zł od 1 marca 2012 r.)
bilet ulgowy: 15 zł (17 zł od 1 marca 2012 r.)
bilet rodzinny: 35 zł (47 zł od 1 marca 2012 r.)
bilet grupowy: 21 zł (w cenie usługa przewodnicka po Fabryce Emalia Oskara Schindlera, w pozostałych oddziałach możliwość zarezerwowania usługi przewodnickiej za dodatkową opłatą)
bilet grupowy szkolny: 17 zł (w cenie usługa przewodnicka po Fabryce Emalia Oskara Schindlera, w pozostałych oddziałach możliwość zarezerwowania usługi przewodnickiej za dodatkową opłatą)
Bilet ważny przez 7 dni od daty zakupu.

http://mhk.pl/
2012-02-13 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 250
  • 251
  • 252
  • 253
  • 254
  • …
  • 288

Archiwa

  • sierpień 2026
  • lipiec 2026
  • czerwiec 2026
  • maj 2026
  • kwiecień 2026
  • marzec 2026
  • luty 2026
  • styczeń 2026
  • grudzień 2025
  • listopad 2025
  • październik 2025
  • wrzesień 2025
  • sierpień 2025
  • lipiec 2025
  • czerwiec 2025
  • maj 2025
  • kwiecień 2025
  • marzec 2025
  • luty 2025
  • styczeń 2025
  • grudzień 2024
  • listopad 2024
  • październik 2024
  • wrzesień 2024
  • sierpień 2024
  • lipiec 2024
  • czerwiec 2024
  • maj 2024
  • kwiecień 2024
  • marzec 2024
  • luty 2024
  • styczeń 2024
  • grudzień 2023
  • listopad 2023
  • październik 2023
  • wrzesień 2023
  • sierpień 2023
  • lipiec 2023
  • czerwiec 2023
  • maj 2023
  • kwiecień 2023
  • marzec 2023
  • luty 2023
  • styczeń 2023
  • grudzień 2022
  • listopad 2022
  • październik 2022
  • wrzesień 2022
  • sierpień 2022
  • lipiec 2022
  • czerwiec 2022
  • maj 2022
  • kwiecień 2022
  • marzec 2022
  • luty 2022
  • styczeń 2022
  • grudzień 2021
  • listopad 2021
  • październik 2021
  • wrzesień 2021
  • sierpień 2021
  • lipiec 2021
  • czerwiec 2021
  • maj 2021
  • kwiecień 2021
  • marzec 2021
  • luty 2021
  • styczeń 2021
  • grudzień 2020
  • listopad 2020
  • październik 2020
  • wrzesień 2020
  • sierpień 2020
  • lipiec 2020
  • czerwiec 2020
  • maj 2020
  • kwiecień 2020
  • marzec 2020
  • luty 2020
  • styczeń 2020
  • grudzień 2019
  • listopad 2019
  • październik 2019
  • wrzesień 2019
  • sierpień 2019
  • lipiec 2019
  • czerwiec 2019
  • maj 2019
  • kwiecień 2019
  • marzec 2019
  • luty 2019
  • styczeń 2019
  • grudzień 2018
  • listopad 2018
  • październik 2018
  • wrzesień 2018
  • sierpień 2018
  • lipiec 2018
  • czerwiec 2018
  • maj 2018
  • kwiecień 2018
  • marzec 2018
  • luty 2018
  • styczeń 2018
  • grudzień 2017
  • listopad 2017
  • październik 2017
  • wrzesień 2017
  • sierpień 2017
  • lipiec 2017
  • czerwiec 2017
  • maj 2017
  • kwiecień 2017
  • marzec 2017
  • luty 2017
  • styczeń 2017
  • grudzień 2016
  • listopad 2016
  • październik 2016
  • wrzesień 2016
  • sierpień 2016
  • lipiec 2016
  • czerwiec 2016
  • maj 2016
  • kwiecień 2016
  • marzec 2016
  • luty 2016
  • styczeń 2016
  • grudzień 2015
  • listopad 2015
  • październik 2015
  • wrzesień 2015
  • sierpień 2015
  • lipiec 2015
  • czerwiec 2015
  • maj 2015
  • kwiecień 2015
  • marzec 2015
  • luty 2015
  • styczeń 2015
  • grudzień 2014
  • listopad 2014
  • październik 2014
  • wrzesień 2014
  • sierpień 2014
  • lipiec 2014
  • czerwiec 2014
  • maj 2014
  • kwiecień 2014
  • marzec 2014
  • luty 2014
  • styczeń 2014
  • grudzień 2013
  • listopad 2013
  • październik 2013
  • wrzesień 2013
  • sierpień 2013
  • lipiec 2013
  • czerwiec 2013
  • maj 2013
  • kwiecień 2013
  • marzec 2013
  • luty 2013
  • styczeń 2013
  • grudzień 2012
  • listopad 2012
  • październik 2012
  • wrzesień 2012
  • sierpień 2012
  • lipiec 2012
  • czerwiec 2012
  • maj 2012
  • kwiecień 2012
  • marzec 2012
  • luty 2012
  • styczeń 2012
  • grudzień 2011
  • listopad 2011
  • październik 2011
  • wrzesień 2011
  • sierpień 2011
  • lipiec 2011
  • czerwiec 2011
  • maj 2011
  • kwiecień 2011
  • marzec 2011
  • luty 2011
  • styczeń 2011
  • grudzień 2010
  • listopad 2010
  • październik 2010
  • wrzesień 2010
  • sierpień 2010
  • lipiec 2010
  • czerwiec 2010
  • maj 2010
  • kwiecień 2010
  • marzec 2010
  • luty 2010
  • styczeń 2010
  • grudzień 2009
  • listopad 2009
  • październik 2009
  • wrzesień 2009
  • sierpień 2009
  • lipiec 2009
  • czerwiec 2009
  • maj 2009
  • kwiecień 2009
  • styczeń 2009
  • listopad 2008
  • październik 2008

Kategorie

  • Administracyjna
  • Afryka
  • Akcje eko
  • Aktualności
  • Aktualności inne
  • Albania
  • Aleja Podróżników
  • alejapodroznikow
  • Ameryka Północna
  • Ameryka Południowa
  • Ameryka Środkowa i Karaiby
  • Artykuły testowe
  • Australia i Oceania
  • Austria
  • Azja
  • Bez kategorii
  • Biegi
  • BUŁGARIA
  • Chorwacja
  • Ciekawostki
  • Cykliczne Spotkania Podróżników
  • CZARNOGÓRA
  • Czechy
  • Czyste Góry Czyste Szlaki
  • Czyste Tatry
  • Czyste Tatry
  • Dania
  • Dolny Śląsk
  • Europa
  • Festiwale
  • Filmy
  • Francja
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Góry
  • HISZPANIA
  • HOLANDIA
  • Kolej
  • Konkurs Fotograficzny
  • Konkursy
  • Konkursy inne
  • Korona
  • Kościoły i obiekty sakralne
  • KOSOWO
  • Książka
  • Kuchnia
  • Kuchnie świata
  • Kujawsko-pomorskie
  • LITWA
  • Łódzkie
  • Lotniska i powietrze
  • Lubelskie
  • Lubuskie
  • LUKSEMBURG
  • MACEDONIA
  • Małopolskie
  • Malta
  • Materiał zewnętrzny
  • Miasta
  • Miejsca wyjątkowe
  • Muzea
  • Najciekawsze szlaki piesze i rowerowe w Europie
  • Newsy
  • NIEMCY
  • noclegi
  • NORWEGIA
  • Opolskie
  • Parowozownie
  • Podkarpackie
  • Podlaskie
  • Podziemia turystyczne w Europie Underground in Europe
  • Podziemia turystyczne w Polsce
  • Podziemia w Europie i na świecie
  • Polecamy
  • Polska
  • Pomorskie
  • Portugalia
  • PRACE KONKURSOWE POLSKA
  • PRACE KONKURSOWE ŚWIAT
  • Projekt 4 Pory Roku
  • Projekt Mali Melomani
  • Projekt Mali Melomani II
  • Recenzje sprzętu
  • Reklama
  • Robocze inne
  • ROSJA
  • Rower
  • Różne media
  • Rumunia
  • Schroniska górskie w Polsce
  • SERBIA
  • Skanseny w Polsce
  • Śląskie
  • Slowacja
  • Slowenia
  • Spływy kajakowe
  • Spotkania autorskie
  • Spotkania, zloty, imprezy podróżników
  • Sprzęt
  • Świat
  • Świętokrzyskie
  • SZWAJCARIA
  • Tanie loty
  • Tatromaniak
  • Testy sprzętu
  • Twierdze i Forty
  • Ukraina
  • unesco
  • Via Adriatica Trail
  • Warmińsko-mazurskie
  • Warsztaty i plenery fotograficzne
  • WĘGRY
  • WIELKA BRYTANIA
  • Wielkopolskie
  • WŁOCHY
  • Woda
  • Wspomnienia z podróży
  • Wystawy
  • Wywiady
  • Zabytki sakralne
  • Zachodniopomorskie
  • Zamki i pałace
  • Zostań w domu nie odwołuj

Obserwuj nas

Top Selling Multipurpose WP Theme

Ostatnie posty

  • Czyste Góry Czyste Szlaki, Beskid Sądecki

    2026-08-06
  • Najpiękniejsze miejsca UNESCO w Tunezji

    2026-08-05
  • Ogólnopolski Zlot Podróżników, Piwniczna-Zdrój 2026

    2026-08-03
  • Sidi Bou Said niebiesko-białe miasto w Tunezji

    2026-08-03
  • Opactwo Mniszek Benedyktynek w Staniątkach

    2026-08-03
  • Nowy ILS w Kraków Airport

    2026-08-03

Kanał społecznościowy

Kanał społecznościowy

Wybór redaktorów

zamek Drakuli w Poenari

2016-01-25

Rezerwat Groapa Ruginoasa, Góry Bihor w Rumunii

2022-08-06

Zamek Drakuli w Hunedoarze w Rumunii

2024-03-03

Kopalnia złota Rosia Montana w Rumunii

2024-08-17

Kopalnia soli Salina Turda w Rumunii

2024-08-17

FIND US

[icon_bar icon="icon-facebook" link="https://www.facebook.com/groups/betheme" target="" size="small" social="facebook"][icon_bar icon="icon-gplus" link="#" target="" size="small" social="google"][icon_bar icon="icon-x-twitter" link="#" target="" size="small" social="twitter"][icon_bar icon="icon-vimeo" link="#" target="" size="small" social="vimeo"][icon_bar icon="icon-play" link="https://www.youtube.com/@MuffinGroup" target="" size="small" social="youtube"]

Najnowsze komentarze

  1. KlubowiczAdmin - Najpiękniejsze zamki i obiekty obronne w Polsce polecane do zwiedzania
  2. KlubowiczAdmin - Jak spać spokojnie w krainie niedźwiedzi – sprawdzony sposób z Via Adriatica
  3. Maciej - Jak spać spokojnie w krainie niedźwiedzi – sprawdzony sposób z Via Adriatica
  4. krzysiek - Jak spać spokojnie w krainie niedźwiedzi – sprawdzony sposób z Via Adriatica
  5. KlubowiczAdmin - Największe zabytkowe amfiteatry na świecie – TOP 10

Kategorie

  • Administracyjna
  • Afryka
  • Akcje eko
  • Aktualności
  • Aktualności inne
  • Albania
  • Aleja Podróżników
  • alejapodroznikow
  • Ameryka Północna
  • Ameryka Południowa
  • Ameryka Środkowa i Karaiby
  • Artykuły testowe
  • Australia i Oceania
  • Austria
  • Azja
  • Bez kategorii
  • Biegi
  • BUŁGARIA
  • Chorwacja
  • Ciekawostki
  • Cykliczne Spotkania Podróżników
  • CZARNOGÓRA
  • Czechy
  • Czyste Góry Czyste Szlaki
  • Czyste Tatry
  • Czyste Tatry
  • Dania
  • Dolny Śląsk
  • Europa
  • Festiwale
  • Filmy
  • Francja
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Góry
  • HISZPANIA
  • HOLANDIA
  • Kolej
  • Konkurs Fotograficzny
  • Konkursy
  • Konkursy inne
  • Korona
  • Kościoły i obiekty sakralne
  • KOSOWO
  • Książka
  • Kuchnia
  • Kuchnie świata
  • Kujawsko-pomorskie
  • LITWA
  • Łódzkie
  • Lotniska i powietrze
  • Lubelskie
  • Lubuskie
  • LUKSEMBURG
  • MACEDONIA
  • Małopolskie
  • Malta
  • Materiał zewnętrzny
  • Miasta
  • Miejsca wyjątkowe
  • Muzea
  • Najciekawsze szlaki piesze i rowerowe w Europie
  • Newsy
  • NIEMCY
  • noclegi
  • NORWEGIA
  • Opolskie
  • Parowozownie
  • Podkarpackie
  • Podlaskie
  • Podziemia turystyczne w Europie Underground in Europe
  • Podziemia turystyczne w Polsce
  • Podziemia w Europie i na świecie
  • Polecamy
  • Polska
  • Pomorskie
  • Portugalia
  • PRACE KONKURSOWE POLSKA
  • PRACE KONKURSOWE ŚWIAT
  • Projekt 4 Pory Roku
  • Projekt Mali Melomani
  • Projekt Mali Melomani II
  • Recenzje sprzętu
  • Reklama
  • Robocze inne
  • ROSJA
  • Rower
  • Różne media
  • Rumunia
  • Schroniska górskie w Polsce
  • SERBIA
  • Skanseny w Polsce
  • Śląskie
  • Slowacja
  • Slowenia
  • Spływy kajakowe
  • Spotkania autorskie
  • Spotkania, zloty, imprezy podróżników
  • Sprzęt
  • Świat
  • Świętokrzyskie
  • SZWAJCARIA
  • Tanie loty
  • Tatromaniak
  • Testy sprzętu
  • Twierdze i Forty
  • Ukraina
  • unesco
  • Via Adriatica Trail
  • Warmińsko-mazurskie
  • Warsztaty i plenery fotograficzne
  • WĘGRY
  • WIELKA BRYTANIA
  • Wielkopolskie
  • WŁOCHY
  • Woda
  • Wspomnienia z podróży
  • Wystawy
  • Wywiady
  • Zabytki sakralne
  • Zachodniopomorskie
  • Zamki i pałace
  • Zostań w domu nie odwołuj

Nasz magazyn

Vitae adipiscing turpis. Aenean ligula nibh in, molestie id viverra a, dapibus at dolor. Aenean ligula nibh in molestie id.

Reklama

SIGN UP FOR
NEWSLETTER

Aenean ligula nibh, mole stie id viverra a, dapibus ante lobortis

[button title="Subscribe" link="#"]

Tagi

afryka Albin Marciniak Albin Marciniak podróżnik azja Chorwacja Czyste Góry Czyste Szlaki Czyste Tatry foto: Albin Marciniak góry jaskinie katakumby Klub Podróżników Klub Podróżników Śródziemie konkurs Konkurs fotograficzny kopalnie Kościoły i obiekty sakralne Kraków Kraków Airport mapa zamków maroko military mine muzeum najpiękniejsze podziemia w Europie do zwiedzania Orla Perć Piwnica pod Baranami podziemia w Polsce podziemia świata polska polska na weekend RYANAIR schronisko skansen slajdowisko słowacja tatry The most beautiful underground in Europe to explore Underground cave w Krakowie w Polsce wyprawa zamek Zamki Polskie Zamki w Polsce

Klub Podróżników Śródziemie

Ogólnopolski portal podróżniczy poświęcony odkrywaniu Polski i świata. Od znanych miast i zabytków, przez górskie szlaki i podziemia, po miejsca nieoczywiste i zapomniane.

Rzetelne relacje, autorskie przewodniki oraz praktyczne wskazówki dla turystów, pasjonatów historii i miłośników aktywnego podróżowania.

Odkrywaj świat z nami – świadomie, krok po kroku i z pasją.

Ciekawe w województwach

    • Dolnośląskie
    • Kujawsko-pomorskie
    • Lubelskie
    • Lubuskie
    • Łódzkie
    • Małopolskie
    • Mazowieckie
    • Opolskie
    • Podkarpackie
    • Podlaskie
    • Pomorskie
    • Śląskie
    • Świętokrzyskie
    • Warmińsko-mazurskie
    • Wielkopolskie
    • Zachodniopomorskie

Polecane

Czyste Góry Czyste Szlaki, Beskid Sądecki
Najpiękniejsze miejsca UNESCO w Tunezji
Ogólnopolski Zlot Podróżników, Piwniczna-Zdrój 2026
Sidi Bou Said niebiesko-białe miasto w Tunezji

Ostatnio dodane

Czyste Góry Czyste Szlaki, Beskid Sądecki
Najpiękniejsze miejsca UNESCO w Tunezji
Ogólnopolski Zlot Podróżników, Piwniczna-Zdrój 2026
Sidi Bou Said niebiesko-białe miasto w Tunezji
Facebook Twitter Youtube Linkedin Envelope Rss

klubpodroznikow.com – Copyright & Copy 2025/26

Created by Konfig.Info

  • Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Forum
  • Relacje
    • Europa
    • Polska
    • Świat
  • Sprzęt
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Książka
  • Kontakt Klub Podróżników Śródziemie
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Home
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat

Wybór redaktorów

  • Wulkany błotne w Rumunii, wyjątkowy rezerwat przyrody

    2026-06-22
  • Sighișoara miasto w środkowej Rumunii w Siedmiogrodzie

    2026-06-18
  • Rezerwat Cheile Turzii – wąwóz Turda

    2026-05-29
  • Góry solne w Rumunii – Muntele de sare

    2026-04-10
  • Droga Transfogaraska w Rumunii

    2025-09-17
  • Jaskinia Meziad, Peşteră

    2024-08-20
@2021 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign