Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Slajdowiska
    • Spotkania autorskie
  • Relacje
    • Europa
      • Albania
      • Austria
      • Bułgaria
      • Chorwacja
      • Czarnogóra
      • Czechy
      • Dania
      • Francja
      • Hiszpania
      • Holandia
      • Kosowo
      • Litwa
      • Luksemburg
      • Macedonia
      • Malta
      • Niemcy
      • Norwegia
      • Portugalia
      • Rosja
      • Rumunia
      • Serbia
      • Slowacja
      • Slowenia
      • Szwajcaria
      • Ukraina
      • Wegry
      • Wielka Brytania
      • Włochy
    • Polska informacje i fotorelacje
      • Forty i twierdze
      • Góry
      • Kolej
        • Parowozownie
      • Miasta
      • Miejsca wyjątkowe
      • Muzea
      • Podziemia
      • Polska na weekend
      • Skanseny w Polsce
      • Woda
      • Województwa
        • Dolny Śląsk
        • Kujawsko-pomorskie
        • Łódzkie
        • Lubelskie
        • Lubuskie
        • Małopolskie
        • Mazowieckie
        • Opolskie
        • Podkarpackie
        • Podlaskie
        • Pomorskie
        • Śląskie
        • Świętokrzyskie
        • Warmińsko-mazurskie
        • Wielkopolskie
        • Zachodniopomorskie
      • Zabytki sakralne
      • Zamki i pałace
    • Świat
      • Afryka
      • Ameryka Południowa
      • Ameryka Północna
      • Ameryka Środkowa i Karaiby
      • Antarktyda
      • Australia i Oceania
      • Azja
    • Schroniska Górskie
  • Filmy
  • Sprzęt
    • Polecamy
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Autorzy
    • Albin Marciniak
    • Karolina Zięba-Kulawik
    • Redakcja
  • Forum
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Kontakt
czwartek, 26 marca, 2026
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Slajdowiska
    • Spotkania autorskie
  • Relacje
    • Europa
      • Albania
      • Austria
      • Bułgaria
      • Chorwacja
      • Czarnogóra
      • Czechy
      • Dania
      • Francja
      • Hiszpania
      • Holandia
      • Kosowo
      • Litwa
      • Luksemburg
      • Macedonia
      • Malta
      • Niemcy
      • Norwegia
      • Portugalia
      • Rosja
      • Rumunia
      • Serbia
      • Slowacja
      • Slowenia
      • Szwajcaria
      • Ukraina
      • Wegry
      • Wielka Brytania
      • Włochy
    • Polska informacje i fotorelacje
      • Forty i twierdze
      • Góry
      • Kolej
        • Parowozownie
      • Miasta
      • Miejsca wyjątkowe
      • Muzea
      • Podziemia
      • Polska na weekend
      • Skanseny w Polsce
      • Woda
      • Województwa
        • Dolny Śląsk
        • Kujawsko-pomorskie
        • Łódzkie
        • Lubelskie
        • Lubuskie
        • Małopolskie
        • Mazowieckie
        • Opolskie
        • Podkarpackie
        • Podlaskie
        • Pomorskie
        • Śląskie
        • Świętokrzyskie
        • Warmińsko-mazurskie
        • Wielkopolskie
        • Zachodniopomorskie
      • Zabytki sakralne
      • Zamki i pałace
    • Świat
      • Afryka
      • Ameryka Południowa
      • Ameryka Północna
      • Ameryka Środkowa i Karaiby
      • Antarktyda
      • Australia i Oceania
      • Azja
    • Schroniska Górskie
  • Filmy
  • Sprzęt
    • Polecamy
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Autorzy
    • Albin Marciniak
    • Karolina Zięba-Kulawik
    • Redakcja
  • Forum
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Kontakt
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Forum
  • Relacje
    • Europa
    • Polska
    • Świat
  • Sprzęt
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Książka
  • Kontakt
Copyright 2025 - All Right Reserved
Australia i Oceania

Wśród mieszkańców Tasmanii

przez Karolina Zięba-Kulawik 2012-03-20
Napisane przez Karolina Zięba-Kulawik
Pod patronatem Klubu Podróżników Śródziemie
TransOceania eXpedition 2012 to wyprawa rowerowa rozpoczynająca się na północy Nowej Zelandii, a kończąca na północy Australii.
Wyprawa rozpoczęłą się w lutym i zakończy w kwietniu 2012 roku. W czasie przemierzania tych dwóch krajów podróżnicy pokonają ponad 6000 km.

Relacja z kolejnego etapu podróży:

Wśród mieszkańców Tasmanii

Czasem coś sobie zaplanujesz, a potem życie weryfikuje twoje plany. Tak też się stało, z naszymi planami dojechania do Davenport, gdzie mieliśmy wsiąść na prom i popłynąć do Melbourne, tym samym żegnając się z południową wyspą Australii.
W Scottsdale najpierw państwo w informacji turystycznej nie potrafili nam odpowiedzieć na zdawałoby się proste pytania i odesłali nas do pobliskiego biura turystycznego, gdzie zasiedliśmy w wygodnych fotelach, zadając proste pytanie.

– Chcielibyśmy dowiedzieć się, ile będzie kosztował prom z Davenport do Melbourne i czy są bilety na jutro. – zależy nam na tym, by jutro na wieczór dojechać do Davenport i mieć czas na zwiedzanie Melbourne.
– Poczekajcie. – odpowiedziała miła Pani, wpisując w komputer nasze zapytanie. – Na jutro? Tak są, po 220 dolarów, za miejsce w kabinie.
– Ile? – otwierając oczy za bardzo nie możemy uwierzyć iż dziesięciogodzinny rejs nocny będzie tyle kosztował. – A nie ma może jakiś miejsc, typu fotele?
– Zostały tylko miejsca w kabinach. a cała reszta jest wyprzedana. Poczekajcie, na po jutrze już nie ma żadnych miejsc, może na czwartek?
– To nam już kompletnie nie pasuje. A czy są jakieś samolotu z Lanceston, do Melbourne? – to też jest jakieś rozwiązanie, i do tego trochę bliżej.
– Są po 89 albo 130 dolarów, zależy od godziny.

I takim oto sposobem, jedziemy teraz może trochę okrężną drogą do Lanceston, bo przez Lilydale, ale nie nadkładamy specjalnie dużo kilometrów, a do tego droga jest mniej uczęszczana, i są mniejsze góry, niż na drodze przez Targa. Tak przynajmniej twierdziła Pani w biurze podróży.
Czy ona jest rzeczywiście mniej górzysta, to trudno powiedzieć, ale do płaskich na pewno się nie zalicza. Wije się, wznosi, opada, przecinając niewielkie mieściny, będące bardziej tylko skupiskiem farm, niż czymś co można by nazwać nawet wioską. Farmy, farmy, farmy i płoty, ciągnące się kilometrami, sprawiają że jak zwykle nie ma gdzie zanocować. A do Lilydale, dzisiaj nie damy już rady dotrzeć.
Cóż, trzeba próbować u ludzi. Winnica, zamknięta. Farma naprzeciwko też. Tylko psy szczekają z daleka. A dalej podjazd. Słońce powoli zachodzi, a my na razie nie mamy perspektywy na nocleg. Jeszcze kilka kilometrów i będzie Lebrina, może tam coś znajdziemy?
Przed nią jednak jest skręt na kolejną winnicę, niestety zamkniętą. Zaraz przy drodze stoi dom, wyglądający na że tak można powiedzieć, z wyższej półki. Piękny zielony dach, ogród zadbany, przed domem owalna weranda, za domem też widać piękny trawnik. Przed domem stoi samochód, co by oznaczało że w domu ktoś jest. Cóż, wg starej naszej zasady – najwyżej odmówią.
Z domu wychodzi Pani. Niewielkiego wzrostu, z natapirowaną fryzurą. Na naszą już wyuczoną jak modlitwa formułkę, krótko opowiada – Zapytam szefa. – Właściwie, trudno powiedzieć, a może to rzeczywiście ktoś ze służby. Bo dom swoim wyglądem, znacząco oddziela się od reszty tutejszej zabudowy. Po chwili wychodzi szef. A może my przeszkadzamy w jakimś spotkaniu?
Flanelowa koszula wpuszczona w spodnie, dżinsy, ręce jeszcze nie domyte po pracy. Widać też, że już po paru piwkach. Praktycznie od ręki wskazuje nam miejsce za domem, gdzie możemy postawić namioty. I o to właśnie nam chodziło. Nie jest to może kemping, czy nawet pole namiotowe, ale przynajmniej spokojnie i nikt nie będzie przeszkadzał. Rowery możemy przyczepić do przyczepy, na której stoi łódka, a stojąca obok metalowa szopa, będzie nas osłaniać przed wiatrem.
Nie mija kwadrans, a Brain, jak się też przedstawił nam przez płot, za którego domem rozbijamy namioty, oferuje nam prysznic i toaletę, z której możemy spokojnie korzystać. Dosłownie chwilę później, do oferty zostają dodane pokoje.

– Jeżeli chcecie, to mamy tutaj dwa wolne pokoje. Na razie nikt w nich nie mieszka. – prowadzać nas, opowiada Brain. W długim wąskim korytarzy, widać kolejne drzwi. Na podłodze elegancka ciemno zielona wykładzina a na ścianach do połowy drewno, a dalej w górę tapeta w odcieniach pasujących do wykładziny. Kiedy otwierają się drzwi, oczy nam otwierają się szeroko, a zdziwienie opanowuje nas oboje. Chyba za bardzo nie pasujemy do wystroju. My, przepoceni, brudni od pyłu, jesteśmy dokładny przeciwieństwem pokojów. Eleganckie, zadbane, z komodami, stolikami i lampkami przy dużych drewnianych łożach, na których leżą nie tylko zielono kwieciste pledy, ale i poduszki równo oparte o wezgłowia. – Na pewno to lepsze, niż mały namiot. – śmieje się Brain. I trudno mu nie przyznać racji. Ale też sami nie wiemy jak zareagować. – To wy teraz wykąpcie się, i jak już skończycie, to zapraszam na coś do picia i na kolację.

Ilość podziękowań, jaka płynie z naszych ust, nie może zapewne dorównać do gościnności, jaką zaoferowano nam. Nawet w najśmielszych marzeniach nie myśleliśmy, że przyjdzie nam nocować w takich warunkach. Można nawet powiedzieć, że w wielu hotelach takich nie ma.
Chwilę później, czyści i świeży, po cały dniu jazdy zasiadamy przy kuchennym stole. Na blacie, pod szkłem rozłożone są duże zdjęcia domu, zrobione z samolotu. Na stole stoją szklanki i puszki od piwa.

– To może piwa, czy kawa?
– Ja z chęcią napiłby się piwa. – opowiadam szybko na pytanie. I w tym momencie, Brain wstaje i z niewielkiej przeszklonej lodówki, stojącej w rogu kuchennego blatu, Pan domu wyjmuje schłodzone szklanki do piwa. Corny, jak się okazuje Pani domu, z dużej lodówki wyjmuje puszkę piwa i z uśmiechem stawia ją przede mną.
– Z daleka jedziecie? – pyta Brain.
– Z Weldborough.
– Skąd? – zdaje się, że źle wypowiadam tę nazwę i jeszcze kilak razy powtarzam, zanim dochodzimy skąd dokładnie. – To kawałek drogi. Słyszysz Corny, aż z Weldborough. To szmat drogi stąd. Dzielne z Was zuchy.

Sącząc zimne piwo, podziwiamy cały dom. W kuchni nad głowami wiszą, a to sztucery, wnyki na zające, czy inną zwierzynę. – Chyba polujesz? – rozkręcając się zadajemy pytanie. W mig Brain, oprowadza nas po kolejnych pomieszczeniach, gdzie zaraz za kuchnią znajduje się niewielki przedsionek, w którym prócz małego skalnego ogrodu, z fontanną i spływającym wodospadem, stoją wypchane zwierzęta – lis i dwa bażanty. W następnym pomieszczeniu zaraz za drzwiami, może trochę ponad metrowej wysokości biały jeleń po drugiej stronie orzeł, na drewnianym kołku sowa, a na ścianie ogromne pogłowie jelenia, przywiezionego z Kanady. Wszystko tak porządnie utrzymane, że ma się wrażenie, że nikt tu nie mieszka.
Wieczór upływa nam na długich rozmowach przy kuchennym stole. Z kolejnymi otwieranymi przez Brain-a puszkami, my coraz więcej rozumiemy z długich monologów. Jak się okazuje, Brian nie prowadzi farmy, na co dzień buduje domy. To też tłumaczy skąd tak okazały i tak misternie wykończony dom. Sam go zbudował i wykończył, sukcesywnie przez lata rozbudowując. zaraz za domem, w ogrodzie ma przepiękną kolekcję najróżniejszych ptaków. W wielkiej klatce kilka białych papug, które od kilku dni latają nam nad głowami. Na dużym wybiegu za to stado dwunastu białych jeleni. Będących atrakcją dla przejeżdżających tędy turystów, często wchodzących na jego posesję, mimo iż jelenie nie są one na pokaz.

– Wziąłbyś się w końcu za gotowanie. – Corny popędza, cały czas mówiącego Brain-a – powoli dochodzi północ, a oni zapewne umierają z głodu. Zawsze tak jest. Tylko gada i gada. Ale tutaj to on gotuje.
I nie potrzeba powtarzać dwa razy. Coraz mocniej wstawiony Pan domu, wstaje i zabiera się za smażenie. – Lubicie krewetki? A rekina? – gotowanie polega głównie na tym, że do prądu zostaje podłączona frytkownica zalana litrami oleju, Brian obtacza we wcześniej przygotowanej przez Corny panierce, każdy kawałek ryby, krewetki i ośmiornicy. Po chwili wyciąga, kładzie na talerzy zarumienione kawałki białego mięsa i wrzuca na olej kolejne. W tym czasie, Corny zasiada przy stole, odpala kolejnego papierosa i wzdycha. – Tak właśnie jest. Tylko gada i gada, i jak się go nie popędzi to będzie siedział do późnej nocy. Czasem nawet siedzą do czwartej nad ranem, a potem trudno zwlec go z łóżka.
– A ktoś musi wstać rano. – dodajemy.
– Ja nie jestem rannym ptaszkiem. Oj nie. On zawsze wcześnie wstaje. Ja lubię długo pospać. Jak ja wstaję, to jego już nie ma. mam wtedy spokój i ciszę.
Na krześle przy stole, cały czas leży mały pudel. Czasem tylko podnosi łeb i spogląda na Corny. – To jest pies domowy, a to jego miejsce. Praktycznie nie rusza się stąd. Czasem tylko rano, pobawi się swoją zabawką i chce byś też się z nią bawił. A tak, żeby miała wyjść na dwór, a jak pada, o skąd. Zawsze musi mieć czystą sierść i uwielbia się kąpać.
– To raczej nie spotykane jak dla psów.
– Właśnie. Ale ona po prostu uwielbia to. Nie odstępuje Cię na krok. Zawsze za tobą chodzi. – dodaje przez ramię Brain. – Są już talerze? Bo ryba i frytki są już gotowe.
Na stole lądują duże, wypełnione po brzegi talerze. Dla każdego z nas po jednym. Wydaje się, że nie ma możliwości byśmy to zjedli, ale nic bardziej mylnego. Od momentu pierwszego kęsa, tępo jedzenia sukcesywnie wzrasta. Czy to rekin, czy krewetki, czy ryba, nawet frytki są tak pyszne, że wszystko co do tej pory jedliśmy okazuje się być niczym w porównaniu do naszej obecnej uczty. Soczyste kawałki w przepysznej panierce, rozpływają się w ustach. Frytki, idealnie przypieczone, chrupią i znikają szybciej niż cała reszta, ale tylko dlatego by na koniec pozostawić sobie to co tak nam smakuje. Prawie nie odrywając się od talerzy, musimy wyglądać nie spragnionych, to jeszcze wygłodniałych. Nic nie mówimy, a wielkie z początku przeładowane talerze, kurcząc się w z każdą sekundą, kiedy to pochylamy się nad nimi.
– Było wyśmienite! – siedząc już spokojnie na rzęśle, nie możemy uwierzyć, że tak dobrze przyrządzone mogą być tak popularne tutaj kawałki ryby z frytkami. – Jaki jest sekret, że tak dobre jest to jedzenie? Naprawdę Brain, powinieneś zostać kucharzem.
– Panierka. – odpowiada spokojnie. – może jeszcze chcecie?
– Nie naprawdę, ja czuje się na jedzony. Ale to było wyśmienite.
– Specjalna receptura panierki – dodaje Corny – Mąka, masło, trochę wody, kilka przypraw, i ocet winny. Ale oczywiście też dobry kucharz – uśmiecha się Corny i spogląda na Brain-a.
Wieczór jeszcze długo ciągnie się, dla nas głównie wspomnieniem tak wyjątkowej kolacji. Tak innej niż dotychczasowe nasze jedzenie. Sami nie możemy do końca uwierzyć, że trafiliśmy właśnie tutaj. Do ludzi, którzy ugościli nas w wyjątkowy sposób. Nie tylko udostępniając prysznice, czy pokoje, ale i przygotowując kolację. I wszystko to, zupełnie bez interesowanie.
Poranek zaszedł szarymi chmurami. Co jakiś czas popaduje deszcz, a przed nami droga do Lanceston. Jeszcze śniadanie, kiedy reszta domu śpi, i tylko Brain, w tej samej flanelowej koszuli i spodniach na przywitanie dnia, odpala papierosa stojąc w szklanych drzwiach wychodzących przed dom, wpatruje się w horyzont.
– Dzisiaj nie będziecie mieli takiej złej drogi. Tylko dwa podjazdy, i z góry do miasta. O tam – wskazuje ręką z papierosem – biegnie wasza droga. Z tej strony jest o wiele łagodniejsza. Od drugiej strony gdybyście jechali, to jest podjazd. Potem zjeżdżacie do Lyladale, jeszcze jeden podjazd i zjazd i jesteście na miejscu.
Na pożegnanie Brain, pokazał nam jeszcze swoje stado białych jeleni, składające się głównie z łani, gdzie samiec z dużymi rozłożystymi rogami, siedzi w najdalej oddalonym kącie całego wybiegu. Tylko łanie, a to zbliżają się kiedy Brain je woła, a to uciekają widząc nas. – O ta, która stoi najbliżej. Wiele lat temu znalazłem ją w lesie. Przez długi czas mieszkała u nas, czasem znikała na trzy tygodnie, ale potem zawsze wracała. Teraz trzymam ją tutaj, bo ruch jest większy i może ją potracić jakiś samochód.
I rzeczywiście, droga tak też biegnie, jak zapowiedział Brain. Co prawda trochę bardziej strome są te podjazdy, niż by mogło się wydawać, ale za to jakie zjazdy. Z czasem i pokazują się przedmieścia, aż w końcu docieramy do położonego nad głęboko wchodzącą w ląd zatokę Tamara, na końcu której leży północna metropolia Tasmanii. Drugie co do wielkości miasto na wyspie, z goła inne niż Hobart. Rozłożyste, o niskiej zabudowie, zdaje się pędzić jak to przystało na miasta kontynencie.
Całe życie, skupia się w centrum, gdzie kwadratowe uliczki wypełnione są salonami samochodowymi, warsztatami, sklepami, sklepami, hotelami, hotelikami, motelami i hostelami, oddalonymi od brzegów zatoki.
Jedynie niewielki port, z długą promenadą, nad którą nic się nie dzieje. Jedynie przystań dla niewielki jachtów, zaraz za rogiem rzeki małą przystań dla statków wycieczkowych, i kilka hangarów przy których stoją stare kutry, osiadające przy odpływie na mulistym dnie łączącej się z rzeka zatoki.
Całe popołudniowe życie miasta przenosi się do przecinającej wysoki skały katarakt, leżących zaraz nieopodal centrum, na dnie których biegnie wartka rzeka. Poprowadzona dookoła przełomu ścieżka, jest dla mieszkańców swoistą ścieżką zdrowia.
Każdy, kto z kończył pracę, biegnie pod górę, a następnie zbiega w dół nad niewielki basen, by po przebiegnięciu mostu nad rzeką wrócić drugim brzegiem do miasta. Dosłownie tłumy ludzie wbiegają, w czasie kiedy my spokojnie staramy się odpocząć po naszym przedpołudniowym wjeżdżaniu na góry. A tutaj każdy mówi Ci „Cześć”, „Hi”, „Dzień Dobry”, a ty musisz odpowiedzieć, bo jakże by inaczej. I co chwilę ustępujesz miejsca, kolejnym biegnącym, czy to pojedynczo, w parze, czy też zorganizowanej grupie. Istny maraton, tylko nikt niema numerów startowych.
I tak kończy się nasz pobyt na tej niewielkiej wyspie, o której każdy słyszał. Wyspie, gdzieś na krańcach świata, gdzie prócz niesamowitych krajobrazów, pięknych zatok, malowniczych skał, tysięcy czarnych łabędzi, żyją ludzie, dla których to co za wodą nie ma większego znaczenia. Żyją spokojnie, w rytmie co chwilę zmieniającej się tutaj pogody, obok bujnych deszczowych lasów pachnących eukaliptusem, i zwierząt sprawiających, iż wyspa ta żyje.

PS. z powodu słabego łącza internetowego, zdjęcia prosimy oglądać na naszej stronie internetowej.

https://www.facebook.com/media/set/?set=a.384995808177688.101347.225204447490159&type=3

 

2012-03-20 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Spotkania, zloty, imprezy podróżników

Wiosenny piknik off-roadowy

przez Albin Marciniak 2012-03-19
Napisane przez Albin Marciniak
piknik
piknik

„Zamieszanie 4×4 wiosna”
1 kwietnia 2012 w Kokotowie


Wiosenny piknik off-roadowy dla wszystkich !

Klub Samochodów Terenowych 'Żubry Kraków’ i Klub Podróżników Śródziemie zapraszają.

W niedzielę1 kwietnia od godz. 9.00 wszyscy miłośnicy samochodów terenowych będą mieli okazję poznać smak tego sportu zasiadając na fotelach pilotów i pokonać odcinek specjalny. Będzie można podziwiać kunszt doświadczonych rajdowców a posiadacze własnych pojazdów z napędem 4×4 będą mogli samodzielnie pokonać „przeszkody” pod okiem fachowców.
Teren w Kokotowie jest specjalnie przygotowany do takich przejazdów a prowadzony jest przez KST Żubry Kraków.
Zapowiedziane są także ciężarówki prowadzone przez Andrzeja Świgosta i Józefa Cabałę.

Będzie nie tylko jazda w terenie ale ognisko i grillowanie wszystkiego co każdy ze sobą przywiezie.
Nie ma żadnego „wpisowego” więc zapraszamy z własnymi załącznikami.
Będzie sporo zabawy w formie konkursów i konkurencji sprawnościowych dla wszystkich. Zmiana koła na czas, przejazd z jajkiem czy konkurs rysunkowy dla dzieci.
Będą nagrody i dyplomy a wieczorem pokaz slajdów z Rajdu Dakar przy ognisku.
Zapraszamy całe rodziny !
Będzie można dokładnie oglądnąć a nawet zasiąść na fotelu słynnego „żółtego” czyli samochodu wielokrotnego Mistrza Polski Wojtka Polowca.
Dla odważnych – przejazd w fotelu pilota z mistrzami off-roadu !

„żółty” Wojtka Polowca

– dla publiczności w wersji czystej  przerzucanie koła „na Pudziana” , mniejsze dla kobiet i większe dla męszczyzn  na  dystansie 20m.
– przejazd rodzinny damsko męski z jajkiem
– wymiana koła na czas
– przeciąganie jeepa np na dystansie 10 m na czas

dla najlepszych upominki i dyplomy

– konkurs rysunkowy dla dzieci
Dla dzieci kamizelki odblaskowe od Fundacji Marka Kamińskiego i Peugeot Polska

http://www.2pigroup.pl/public/aktualnosci/kamizelka.jpg

 

 

Tak wyglądały zmagania pań w Podolanach 18 marca
www.klubpodroznikow.com/forum/18-off-roa…owanie-elastwaq#5157

W sród piknikujących i grillujących oraz rywalizujących rodzin pojawią się artyści m.in. Marta Honzatko i Maciek Półtorak

pełne info i rozmowy o pikniku
http://www.klubpodroznikow.com/forum/18-off-road/5158-qzamieszanie-4×4-wiosnaq-w-kokotowie#5158

2012-03-19 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Wywiady

Nie jestem reportażystą, ani podróżnikiem

przez admin 2012-03-19
Napisane przez admin

Danuta Sztuba

Wywiad z Jackiem Hugo – Baderem na Festivalu „3 Żywioły” w Krakowie.

,, Nie jestem reportażystą, ani podróżnikiem – jestem reporterem”

D. Sz.: Znany jest Pan z wielu wcieleń. Za młodu pracował Pan jako: ładowacz na
kolei, socjoterapeuta, sprzedawca w sklepie. Co skłoniło Pana do zwrotu w stronę
dziennikarstwa?

J. Hugo – Bader: Odpowiedzieć wyczerpująco?

D. Sz.: Tak.

J. Hugo – Bader: Żona mnie namówiła. W Gazecie Wyborczej ukazało się ogłoszenie,
że dziennikarzy. Było kilka warunków, z których dwóch nie spełniałem, ale kiedy
tam poszedłem to nikt mnie o te warunki nie zapytał. W ogłoszeniu było napisane
także, że to nie szukają absolwentów dziennikarstwa jakiejkolwiek uczelni, ale akurat
ten warunek spełniałem. Kazano mi napisać to co widzę w pokoju w którym jestem
i następnego dnia byłem przyjęty do roboty. Były to pierwsze dni `91 roku i tak się
rozpoczęła moja przygoda z dziennikarstwem. Ponieważ wszystkie moje teksty były za
długie wiec „wyrzucono” mnie do działu reportażu. Od tej właśnie pory działam w tej
dyscyplinie sportu.

D. Sz: Jacek Hogo – Bader to kto? Dziennikarz – usługodawca, dający relację z
miejsca do którego pojechał? Czy raczej wieszcz pokazujący ciemne strony życia
ludzkiego, blizny tego świata?

J. Hugo – Bader: Ależ to pani skomplikowała! Ponieważ jest pani ode mnie trochę
młodsza, prawdopodobnie ma pani tyle lat, ile ja w tym zawodzie pracuję, więc
proszę przyjąć ode mnie radę koleżeńską: im prościej tym lepiej. Jeśli mnie pani pyta,
podrzucając mi przy tym takie podpowiedzi to powiem pani bardzo prosto, że jestem
reporterem. Nawet nie nadaję się do tego miejsca w którym jesteśmy, czyli na Festivalu
3 Żywioły, bo nie jestem podróżnikiem. Właśnie dlatego mnie tu zaprosili, ponieważ
myślą, że nim jestem. Nic podobnego! Jestem reporterem, a ponieważ mam taką
specjalizację, która dotyczy byłego Związku Radzieckiego, czyli muszę tam czasami
pojechać, udać się w podróż. Jednak to jest wtórne, bo pierwotne jest to, że jadę do pracy,
w delegację. Nigdy nawet nie używam tego słowa „podróż”, jadę w delegację. Daleką,
odległą, ale w delegację.

D.Sz.: Czyli dziennikarstwo to usługa czy misja?

J. Hugo – Bader: Niełatwo odpowiedzieć na to pytanie. W jakimś stopniu i jedno

i drugie. Jest profesją, moją pracą. Dzięki temu zarabiam pieniądze, płacę rachunki.
Opłacam czesne dzieci, mogę pojechać na wakacje, ale nie o tym chcemy rozmawiać.
Mam nadzieję, że ma ona głęboki sens, że dzięki tej profesji, misji czy usłudze, jak pani
to nazywa, świat staje się lepszy. Czy pani wyobraża sobie świat bez dziennikarzy?
Nie. Może demokrację wyobraża sobie pani bez dziennikarstwa czy wolnej prasy? Też
trudno sobie ją wyobrazić. Jest przecież podział na pierwszą, drugą, trzecią i czwartą
władzę. My jesteśmy ta czwartą władzą. Patrzymy tym poprzednim na ręce, co oni
wyprawiają. Gdyby nie było nas, czyli tej czwartej władzy to robiliby straszne rzeczy.
Nie mówiąc o tym, że nie wiedzieliby nic o świecie, bo o tym dowiadują się od nas.
Uszła im by na uwadze cała rzesza ludzi, bo my im podpowiadamy, że gdzieś tam kogoś
krzywdzą, że gdzieś się źle dziej, ktoś głoduje. My świat o tym informujemy, dlatego
później się nas czepiają, jak to mówią Rosjanie, że zajmujemy się tylko czarnuchą,
widzimy tylko czarne strony życia. Tak nie jest, ale my musimy je pokazywać. Jeśli ich
nie pokażemy to nikt ich nie zauważy, Nikt nie będzie wiedział, że tak w ogóle było. Nie
możliwy jest świat bez dziennikarzy, dziennikarstwa i całej tej profesji.

D.Sz.: Słynie Pan głównie z reportaży. Kim jest Pan w reportażu? Jaka jest Pana
rola? Relacjonującym obserwatorem czy czuje się Pan bardziej częścią tej historii?

J. Hugo – Bader: Jestem obserwatorem i badaczem tej historii. Najpierw muszę
dowiedzieć się o tej historii, znaleźć ją. Usłyszeć od kogoś, że taka historia się
wydarzyła. Wtedy bywa, że staję się trybikiem w tej całej maszynie. Jestem tam
elementem istotnym w momencie badania. Istnieje takie pojęcie jak reportaż
uczestniczący: jest jakieś przedsięwzięcie i ja w nim uczestniczę. Odbywa się
jakaś demonstracja i ja idę razem z nią. Można w to jeszcze bardziej wejść, kiedy
uskuteczniamy reportaż wcieleniowy. Wcielamy się w jakąś postać, która uczestniczy
w tej grze. Bardzo rzadko się to zdarza, bo ten gatunek ma wielu przeciwników.
Wielu moich kolegów, znakomitych reporterów np. Wojciech Jagielski twierdzi, że
tą ,,wcieleniówkę” robi się tylko dla hecy. Po to tylko, żeby reporter mógł zabłysnąć.
Ja się do końca z nim nie zgadzam. Wiem, że tego gatunku nie należy nadużywać.
Jedynie wtedy jeśli jest absolutnie uzasadnione, że trzeba taki numer zrobić.
Zaledwie kilka razy w życiu to zrobiłem, tylko dlatego, że inaczej się nie dało. Na
przykład wtedy kiedy chciałem poznać świat ludzi bezdomnych. Po prostu zostałem
człowiekiem bezdomnym na jakiś czas. W tym właśnie czasie straciłem, tak jakby,
swoja poprzednią tożsamość i zyskałem nową. Wymyśliłem sobie ją.

D. Sz.: Emocjonujący moment z wyprawy. Czy zdarzyło się tak, że zobaczył Pan coś
co poruszyło Pana do łez?

J. Hugo – Bader: Nie koniecznie z wyprawy. W ogóle z pracy. Nie jestem mazgajem
i niełatwo się wzruszam. Gdybym tak hamletyzował i zalewał się łzami przy każdym
napisanym temacie to trzeba by mnie było już w Tworkach położyć. Musiałem się
trochę uodpornić na to. To jest tak jak z lekarzem – chirurgiem, któremu czasami ktoś
umrze na stole operacyjnym. Gdyby on po każdym taki przypadku rozpaczał, nie mógłby
wykonywać swojego zawodu. Ja też musiałem się uodpornić na te różne historie, których

wysłuchuję. Rozmawiałem kiedyś z taką panią z Poznania. Opowiadała mi o śmierci
swojego syna. Popłakałem się gdy tej historii słuchałem – tak to pięknie i sugestywnie
opowiadała. Potem płakałem kiedy odsłuchiwałem to nagranie i je spisywałem.
Następnie znowu się popłakałem gdy pisałem o tym. Jak pani widzi zdarzają się takie
historie.

D. Sz.: Nie jest tak, że gdy człowiek naoglądał się tylu tragicznych momentów,
dziwactw i poronionych poglądów ludzkich obojętnieje na coś takiego jak ból,
rozpacz, cierpienie? Zaczyna traktować to jako codzienność?

J. Hugo – Bader: Jeżeli przyzwyczaił się do tego to znaczy, że musi zmienić zawód.
To nie może stać się dla ciebie codziennością. Nie możesz sobie powiedzieć, że to
jest dla ciebie ok. Nie da się wtedy pracować. Nie możesz przywyknąć do rzeczy, do
których się nie powinno przywykać. Jak masz wtedy wykonywać swój zawód? Masz
przecież starać się zmieniać ten świat, żeby stał się lepszy. Odnajdywać te miejsca,
które nadają się do poprawienia. Jeżeli przywykniesz do tej straszności, okrucieństwa
to nie będziesz tego widział. Dlatego nigdy nie dałem się namówić do zostania stałym
korespondentem
z Rosji. Przestałby mnie ten kraj dziwić i dlatego za każdym razem
kiedy tam przyjeżdżam mówię: wow, coś niesamowitego !! Tą właśnie umiejętność
dziecinnego zdziwienia w sobie pielęgnuję. Nie ma nic gorszego dla dziennikarza jak
przywyknąć. Wtedy traci się zwyczajną wrażliwość. Stoi to trochę w sprzeczności do
tego co mówiłem poprzednio. Najpierw mówię, że uodporniam się, a teraz, że nie można
do tego przywyknąć. Kłóci się to trochę, ale trzeba jak i z jednym tak i z drugim żyć.
Wypośrodkować to: zostać wrażliwym i odpornym człowiekiem zarazem.

D.Sz.: W jednym z wywiadów mówił Pan, że nie interesuje Pana polityka, a raczej
ludzie prości, niskie warstwy społeczne? Jest Pan naturalistą? Fascynuje Pana
brzydota?

J. Hugo – Bader: Polityka nie interesuje mnie z dziennikarskiego punktu widzenia.
Nie lubię się zajmować polityką i politykami, jako dziennikarza. Ogólnie jest ona
fascynująca. Bardzo chętnie ją śledzę, ponieważ muszę wiedzieć co się dzieje na świecie.
Bardziej chodzi mi o to, że jeśli miałbym wybrać miedzy wywiadem z politykiem, a
jego szoferem to wybrałbym szofera. Zapyta pani dlaczego? Taka mam wrażliwość.
Jeden się nadaje to tego inny do czegoś odmiennego. Opisuję świat z poziomu trotuaru.
Nie lubię wchodzić na salony, nie lubię stąpać po miękkich dywanach. To jest kwestia
gustu, smaku, estetyki. Polityka? Tak owszem, ale jeśli to jest polityka ze sfery folkloru
politycznego, od strony dziwaczności politycznej. Byłem jedną z pierwszych osób
opisujących z upodobaniem Andrzeja Leppera. Był to mój ulubiony bohater polityczny,
dlatego, że znalazł się na scenie politycznej w bardzo szczególny i nietypowy sposób.
Nikt by wcześniej nie pomyślał, że taki ktoś może wejść to takiej sfery . Jednak mu się to
udało. Fascynujące.

D.Sz.: Ryszard Kapuściński także był reportażystą, sięga Pan po jego książki?
Może jest jakąś inspiracja, mimo, iż Panów twórczość różni się diametralnie
choćby pod względem relacjonowania wydarzeń.

J. Hugo – Bader: Ryszard Kapuściński to gigant reportażowy. Wszyscy czytali
jego książki po kilka razy. To jest nauczyciel, któremu każdy reporter chciał
dorównać. Mówię ,,reporter”, bo Kapuściński też często używał tego określenia.
Słowo ,,reportażysta” wydaje mi się dziwnie nadęte. Ryszard Kapuściński był
reporterem, a my wszyscy uczyliśmy się od niego profesji. Pochłaniamy jego książki.
Mówię ,,my” mając na myśli środowisko Gazety Wyborczej. Tam właśnie ta wybitna
szkoła reporterska znalazła swoje miejsce przetrwania.

D. Sz.: Słynnie Pan z zamiłowania do Rosji, nurtuje mnie pytanie: Czy ta więź
się jest tak silna, że nie czuję się Pan Rosjaninem polskiego pochodzenia?
Tyle czasu Pan spędził w tym kraju, chyba wystarczająco by przesiąknąć tą
mentalnością?

J. Hugo – Bader: Jest tak jak mówiłem wcześniej. Nie dałem się wstawić do tego
miejsca na stałe, ponieważ straciłbym zdolność do dziwienia się. Jeśli mam coś na co
dzień to przestaje nas to dziwić, prawda? Dlatego ja chciałem tego za wszelką cenę
uniknąć.

D. Sz.: Czytając Pana książki ma się wrażenie, że na Syberii samo przejście
na drugą stronę ulicy to wyczyn godny super bohatera. Rosja ogólnie jest
niebezpiecznym krajem. Nie boi się Pan, że kiedyś nie wróci z wyprawy?
Zdarzyła się przecież już kradzież plecaka, następnym razem może być to
kradzież życia.

J. Hugo – Bader: Walka o życie, prawda? Okradli mnie raz w Rosji. W Polsce mnie
częściej okradali. Poza tym jednym przypadkiem nie zdarzyło się nic innego. Nie
będę udawał, że nie wiem, że mają słabe statystyki jeżeli chodzi o bezpieczeństwo.
Kunszt reporterski, prawdziwego reportera nie sprowadza się do tego, że pojedzie w
świat
i pięknie, dobrze, mądrze napisze o tym. Także na tym, że potrafi wrócić
do domu. Nie jest sztuką dać się zabić, trzeba umieć tak się poruszać na obcym
terenie jak na polu minowym. Unikać niebezpieczeństwa, bo twoim zadaniem jest
powrócić do domu. Masz ważną rzecz do zrobienia. Masz przy sobie wielkie skarby,
czyli cały materiał dziennikarski, który zbierałeś na wyprawie. Owszem przyznam
się, podczas ostatniej wyprawy na Kołymę, zdarzyło mi się przeszarżować. Nie
powinienem przeprawiać się przez rzekę Auda, gdy płynęła nią straszna kra. Nawet
już nie pływał nią prom, a ja się na nią porwałem nawet nie z lodołamaczem tylko
z maleńką łodzią. Tylko po to, żeby przebrnąć przez nią. Po co? Teraz wiem, że to
było bezsensu. Pięciu towarzyszy mojej podróży miało bardziej poważniejsze powody
niż ja by przebrnąć przez nią i dostać się do Jakucka. Uparłem się, bo już prawie
widziałem ten Jakuck, prawie cała droga już była za mną, i co? Mam teraz wracać
te 1500 kilometrów
z hakiem? Właśnie powinienem wracać, nie wolno robić
takich rzeczy! Proszę mi powiedzieć, kto jest zdobywcą Everestu? Myśli Pani, że ten

który jest już na wierzchołku? Jeśli tak, to myli się pani. Zdobywcą Everestu jest ten,
kto wrócił na dół i zameldował się w bazie. Nie ważne czy go zniosą, zejdzie sam,
czy spadnie. Ma wrócić żywy. Opisać to, po co tam poszedł. Nie mówiąc o tym, że
przecież jest potrzebny w domu. Sporo chodziłem po górach i wiem, że najczęściej
ludzie giną przy zejściu na dół. Ja popełniłem ten błąd, że kiedy już schodziłem z góry
– już widziałem ten Jakuck, tylko rzeka mnie od dzieliła od niego, postanowiłem się
przez nią przeprawić. To było najstraszniejsze 7 minut w moim życiu…

D. Sz.: Parę miesięcy wstecz ukazała się książka Nicolasa Wethra ,,Wyspa
Kanibali” ukazujące z perspektywy historycznej okrucieństwo lagrów.
Wether porusza kwestię kanibalizmu w obozie pracy na wyspie Nazino, gdzie
w 1933 roku osadzeni zostali tzw. ,,więźniowie – elementy zdeklasowane i
szkodliwe społeczne”. Czy podczas pobytu w Rosji spotkał się Pan z jakimiś
wzmiankami na ten temat?

J. Hugo – Bader: Tak, znam mnóstwo opowieści. Szczególnie gdy uciekano z
obozu, zabierano ze sobą słabszego kolegę. Mówiło się wtedy: ucieczka z krową albo
kanapką. Pisze o tym literatura i ludzie tam też o tym mówią. Mówili mi: ,,wiesz,
mięso reniferów jest bardzo podobne w smaku do ludzkiego.” Zastanawiałem się
wtedy skąd oni mogą to wiedzieć? Rozmawialiśmy o tym, bo niedźwiedzie ze
względu na to podobieństwo smakowe często polują na ludzi. Jeśli raz zasmakują
mięsa ludzkiego to już będą na nich polować. Powód prosty. Człowieka łatwiej złapać.
Nie ma rogów i za szybko nie ucieka. Widzi pani, połowa społeczności na Kołymie to
drugie, trzecie pokolenie ludzi, którzy siedzieli tam w łagrach. Wyszli z nich założyli
rodziny, płodzili potomstwo. Oni wiedzą dobrze o tych wydarzeniach. To były sławne
ucieczki z krową, która szła za tobą tylko po to, żebyś ty ją późnej zjadł . Zasadniczo
z łagrów uciekało się po nic, bez żadnej nadziei, że się gdzieś dotrze. Uciekasz tylko
po to, żeby nie być tam przez jakiś czas i tylko w lecie, bo zimą nie ma nawet o tym
mowy. Bywało nawet tak, że jeśli uciekinierów nie załapali to sami wracali pod bramę
obozu. To były ucieczki po nic, żeby tylko odetchnąć od tego bicia i pracy.

D. Sz.: ,, Dzienniki kołymskie” prezentują życie ludzi na terenach byłych obozów
pracy, coś w rodzaju mieszkania na cmentarz ( jak zresztą sam Pan napisał). Był
Pan zaskoczony tym co zobaczył, czy raczej spodziewał się tego co tam zastał,
chociaż odrobinę?

J. Hugo – Bader: Najstraszniejsze rzeczy to już tam były. Mnie natomiast
interesowało, czy na tym ,,biegunie okrucieństwa”, w ,,białym obozie śmierci” –
bo tak się mówiło o Kołymie – można być szczęśliwym. Jak ci ludzie tam żyją,
właśnie w takim miejscu. Interesowało mnie czy ta trudna historia zaciążyła na życiu
współczesnym tego miejsca. Osobiście, gdy słyszę słowo Kołyma mam ciarki na
plecach podobnie z Oświęcimiem, a przecież żyje tam 80 tysiecy ludzi. Żyją jakoś.

D. Sz.: W Dziennikach kołymskich jest wielu bohaterów, który zapadł Panu
szczególnie w pamięć?

J. Hugo – Bader: Każdy następny. Uwielbiam ich wszystkich. Może wybrałbym
ze szczególnym wskazaniem Jurija, który jest zresztą na okładce. Może dlatego, że
jest piękny i równie pięknie zapolował mi do tego zdjęcia motocyklu. Niesamowicie
interesujący człowiek. Przegadałem z nim 2 doby, bez przerwy. Co jakiś czas jeden
z nas przysypiał, ale drugi cały czas coś mówił. Byliśmy głodni swoich opowieści.
Nie tylko on mi opowiadał, ale i ja jemu . Wynika to z faktu, że ja nie przeprowadzam
wywiadów, ja rozmawiam z ludźmi. Żeby ktoś mi coś opowiedział najpierw ja sam
jemu muszę opowiedzieć o czymś. Jurija poznałem przypadkiem, na złomowisku,
które prowadzi. Zainteresował mnie jego motor stojący przed jego kanciapą.
Niedawno zrobiłem prawo jazdy na motor i chciałem jechać nim na Kołymę. Gdy tak
przypatrywałem się jego maszynie, Jurij wyszedł do mnie. Moim oczom ukazał się
przepiękny mężczyzna, potężny krasawiec. Umył twarz śniegiem, popatrzył na mnie
i zapytał: ,,A ty kto?” Więc wytłumaczyłem. Na co on: ,,Dawaj, chodź na czaj”, który
okazał się koniakiem. Tak właśnie od rana piliśmy tą herbatę, równo dwie doby. Miał
bardzo dużo do powiedzenia, ale najpierw – jak już mówiłem wcześniej – musiałem
mu opowiedzieć o sobie: kto ja jestem, po co ty przyjechałem, dlaczego chcę z
nim porozmawiać, kim jest moja żona, dzieci. Normalnie jakbym spotkał człowiek
w pociągu. Jesteśmy w przedziale tylko we dwóch i rozmawiamy, przez 2 doby.

D. Sz.: Największe wartości jakie ceni Pan w ludziach to……….

J. Hugo – Bader: Nie odpowiem na to pytanie, bo nie potrafię na nie odpowiedzieć.
Może miłość. Miłość jest najważniejsza.


 

Jacek Hugo-Bader (ur. 9 marca 1957 w Sochaczewie) – polski dziennikarz i reportażysta, od 1990 związany z „Gazetą Wyborczą”.

Ukończył studia pedagogiczne. Pracował jako nauczyciel, pedagog szkolny i socjoterapeuta, a także jako ładowacz na kolei, wagowy w punkcie skupu trzody chlewnej, właściciel firmy kolportażowej i sprzedawca w sklepie spożywczym.

Istnieje przekonanie, że jego reportaż zamieszczony w Wysokich Obcasach stał się inspiracją dla autorów scenariusza filmu Plac Zbawiciela, jednak sam Hugo-Bader temu zaprzecza.

Otrzymał nagrody: Grand Press (dwukrotnie – w latach 1999 i 2003) i Bursztynowego Motyla (w 2010 za książkę Biała gorączka). Ponadto Biała gorączka została w 2010 nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia. W 2003 roku nominowany do Nagrody Nike za „W rajskiej dolinie wśród zielska.

2012-03-19 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Cykliczne Spotkania Podróżników

Maroko

przez Albin Marciniak 2012-03-15
Napisane przez Albin Marciniak
02.04.2012 godz. 19:00
Klub Podróżników „Śródziemie”
Kraków Piwnica pod Baranami
Maroko
Patryk Świątek i Bartek Szaro
Maroko
Patryk Świątek i Bartek Szaro

Nagroda główna BlogRoku 2011

„Na północy kraju, pośród plantacji kifu, udawaliśmy narkobiznesmenów,
na południu uciekaliśmy przed bojówkami Polisario, na Dżabal Tubkal
wychodziliśmy „od tyłu” i przejechaliśmy 2000 km prowadząc samochód
bez prawa jazdy. Jeśli chcecie posłuchać jak smakuje głowa kozy, jak
skutecznie uciekać przed policją, jak targować się o każdą złotówkę i
poznać szczyt szczytów w kategorii „świat jest mały” – zapraszamy na
spotkanie o Maroko – opowiemy Wam o swoich przygodach, które
przeżyliśmy w trakcie trzech swoich podróży do tego fantastycznego
kraju.”

Patryk Świątek i Bartek Szaro
www.paragonzpodrozy.pl

UWAGA
W trakcie slajdowiska rozlosujemy 2 osobowy bilet  na balon !
Niesamowite widoki z powietrza funduje
http://hiflyer.pl/

https://lh3.googleusercontent.com/-wyP6w6y0wDw/T2NvKBRpS9I/AAAAAAAAMEI/Hb_rAy_lgzE/s625/1.JPG

https://lh5.googleusercontent.com/-YR9xLDQjmGI/T2NvKFYHD1I/AAAAAAAAMEE/_c_iqkR0rPE/s585/2.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-3xivYvQfzuA/T2NvKtX3mlI/AAAAAAAAMEM/rx-3_IlA4R8/s590/3.JPG

https://lh5.googleusercontent.com/-vHJAs-vHH-U/T2NvLFvy_KI/AAAAAAAAMEU/Ho4kuhxf2iQ/s629/4.JPG

https://lh4.googleusercontent.com/-k2N_AtnR-rw/T2NvL9nQg2I/AAAAAAAAMEo/bS74t1WMzW4/s628/5.JPG

https://lh4.googleusercontent.com/-z-XLNXV5wRo/T2NvMIaruWI/AAAAAAAAMEk/8z6SBuoQe7g/s615/6a.JPG

2012-03-15 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Cykliczne Spotkania Podróżników

Wietnam przez żółto-białe okulary

przez Albin Marciniak 2012-03-15
Napisane przez Albin Marciniak
26.03.2012 godz. 19:00
Klub Podróżników „Śródziemie”
Kraków Piwnica pod Baranami
„Wietnam przez żółto-białe okulary”
Nguyen Tuan Long, Mariusz Kalandyk


„Wietnam przez żółto-białe okulary”
Nguyen Tuan Long, Mariusz Kalandyk

Wietnam zazwyczaj kojarzy się z lasami równikowymi, dżunglą i nieustającymi deszczami. Takie wyobrażenie jest spowodowane najprawdopobniej przez filmy amerykańskie opisujące wojne wietnamsko amerykańską.  Poprzez prezentacje prelegenci chcieliby pokazać, że Wietnam to nie tylko Rambo biegający z karabinem czy Forrest Gump przeprawiający się przez bagna . Wietnam to kraj położony w południowo-wschodniej azji na obszarze półwyspu Indochińskiego, pełnym zapierającym dech w piersiach krajobrazów, z zabytkami chronionymi przez UNESCO, rożnorodnych kultur i plemion oraz magicznych miejsc nieskażonych przez człowieka. Pierwszą część przedstawi były mieszkaniec Wietnamu, który wyjawi tajemnice i sekrety jego kraju. Natomiast w drugiej części Mariusz Kalandyk opowie jak wyglądało jego życie podczas roku pobytu w Wietnamie, o jego podróżach oraz wspomnieniach.

 

Ha Noi, Ho Chi Minh, Hue jest w top 10 listy priceoftravel.com najtanszych miast na swiecie na podróż.

 

Miasta, które zostaną przedstawione:

Ha Noi, Ho Chi Minh, Hue, Nha Trang, Phu Quoc, Sapa

 

UWAGA
W trakcie slajdowiska rozlosujemy 2 osobowy bilet  na balon !
Niesamowite widoki z powietrza funduje
http://hiflyer.pl/

 

Slajdowisko wyjątkowo odbędzie się w „Planetarium” czyli w sali po lewej stronie od wejścia.

(Kręcony będzie film na sali kabaretowej)

2012-03-15 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Australia i Oceania

TOE2012 – Zatoka Ognia

przez Karolina Zięba-Kulawik 2012-03-15
Napisane przez Karolina Zięba-Kulawik
Pod patronatem Klubu Podróżników Śródziemie

TransOceania eXpedition 2012 to wyprawa rowerowa rozpoczynająca się na północy Nowej Zelandii, a kończąca na północy Australii.
Wyprawa rozpoczęłą się w lutym i zakończy w kwietniu 2012 roku. W czasie przemierzania tych dwóch krajów podróżnicy pokonają ponad 6000 km.

Relacja z kolejnego etapu podróży:

TOE2012 – Zatoka Ognia

Łabędzie towarzyszą nam od kilku dni. Do tego jeszcze prawie każda jedna mieścina, rzeczka, czy zajazd ma w swojej nazwie coś z łabędzia. A to Swansea, a to Little Swanport albo Swan Creek. Nie tylko nazwy, ale i same ptaki opanowały wschodnie wybrzeże. Czarne z czerwonymi dziobami, tak rzadko spotykane w naszym kraju, tutaj panują. Zaraz za miastem, na dużych rozlewiskach spotykamy steki czarnych, spokojnie i dumnie pływających łabędzi. Jest ich tak dużo, że liczebnością mogły by chyba spokojnie konkurować z gołębiami pod kolumną Zygmunta z Warszawie.

Tutaj mają swoje gniazda. Widać pływające pary łabędzie, czy też tworzące się dopiero co nowe rodziny. Nic, a nic nie przeszkadza im idąca zaraz obok droga, gdzie dziesiątki, czy nawet setki samochodów dziennie podążą, z południa na północ, czy też w drugą stronę. Ale też mało kto zatrzymuje się tutaj. Każdy w swoim samochodzie, karawanie czy tracku, gna do miasta, a one dumne, żerują na wodach spokojnych i osłoniętych od porywistego wiatru, jaki cały czas gna znad morskich fal.
Ostatnie dni nie dostarczają nam gorących temperatur. Codziennie albo straszy albo pokapuje albo po prostu pada deszcz. Do tego wszystkiego co chwilę przebieranie. Zaczyna kropić, zakładamy peleryny. Przestaje, to akurat zaczyna się podjazd, i prócz kurtki przeciwdeszczowej, zdejmujemy jeszcze polary. Za chwile na zjeździe chłodny wiatr, wiejący od morza, mrozi nasze kości. I tak co chwilę przebieramy się, właściwie nie wiedząc co na nas czeka za zakrętem. Na tylnej sakwie przyczepiony polar, na przedniej kurtka, a na sobie oddychająca odzież.
O butach już dawno zapomnieliśmy. Nie ma sensu ich wyciągać, tylko zmokną, a w nocy i tak nie wyschną. Za chłodno i za wilgotno. Sandały sprawdzają się od dawna, do tego krótkie spodnie. Nawet jak zmokną to szybko wyschną. A jak nie zdąży wyschnąć dzisiaj, to jutro w czasie drogi na pewno. A tak liczyliśmy na lepszą pogodę, po ostatnich mokrych dniach na Nowej Zelandii. I proszę przyszła za nami, aż tutaj. Setki mil na wschód od wysp krańca świata.
Na szczęście w ciągu dnia, zawsze trafia się słoneczna chwila, kiedy to możemy spokojnie wysuszyć namioty, by tego samego dnia rozstawiać je suche, i schować się przed zimnym porywistym wiatrem, jaki ciągnie znad morza Tasmana. Można powiedzieć, że od momentu kiedy tylko wyjechaliśmy nad wybrzeże ciągle nam on towarzyszy. Z początku nawet pchał nasze wielkie rowery, jednak od jakiegoś czasu, powoli odwraca się i ten zimny południowy wiatr, zaczyna wiać ze wschodu, cały czas dmuchając zimnem i wilgocią, nawiewając kolejne ciężkie szare chmury.
Pech chyba nas prześladuje. Po odwiedzeniu Bicheno, gdzie nie znaleźliśmy małych pingwinów, które podobno odwiedzają codziennie plażę, cały dzień wiatr i deszcz towarzyszą nam na drodze. Jak tylko możemy to chowamy się, a to w barze, kawiarence, czy po prostu stacji benzynowej. Na jednej smakujemy w wyjątkowo dobrej smażonej rybie z frytkami.
Podana w styropianowym pudełku, nie dość że jest gorąca, to jeszcze bardzo dobrze usmażona na głębokim tłuszczu. Duże, soczyste kawałki, świeżej ryby, otoczone niewielką ilością panierki, zatopione zostały w głębokim tłuszczu, by po kilku minutach trafiły na nasze tymczasowe talerze. Ten smak, na długo zostanie w naszej pamięci. Jakaż to odmiana od puree, i puszki z pseudo indyjskim jedzeniem.
Ryba pozostała oleista i świeża. Jej białe, delikatne mięso rozpada się na równe kawałki, będąc ucztą bogów, po tych kilometrach na wietrze i chłodzie. A może by tak jeszcze domówić kilka kawałków? Ale wtedy już nie dojedziemy do celu, a pozostało nam tak niewiele.
Zaraz za St Helens skręcamy do miejsca uważanego za jedno z najpiękniejszych na świecie. Miejsca, które musi znaleźć się na liście, kiedy jesteś na Tasmanii i nie ma możliwości, by nie zostało odwiedzone. To Bay of Fire. Zatoka o bijącym po oczach białym piasku, ciągnie się kilometrami, niewielkim łukiem, będąc otoczoną niewielkimi kępami zieleni, gdzie liczne kempingi, aż kipią od ilości stacjonujących tutaj ludzi. Dla nas to też szczególne miejsce. Dzisiaj właśnie na liczniku pojawiło się 2000 kilometrów.
Dlatego też by uczcić ten fakt nabyliśmy w mieście wino Inheritance Chardonnay produkcji Australijskiej, i ochoczo zaraz po rozstawieniu namiotów, ruszamy na plażę. Porywisty wiatr, aż zdmuchuje z długich i wysokich grzywiastych fal, smugę wody zasnuwając okolicę mgłą. Woda przy brzegu, aż kipi wylewając się białą pianą na zimny i mokry piasek. Każda jedna skała, jaka znajduje się zaraz przy brzegu, musi odpierać zmasowany atak morza, dla którego ląd stał się przeszkodą w drodze na zachód. Ciężkie, szaro-brunatne chmury, ciągną w zwartych artyleriach ze wschodu, pchając wiatr i wodę.
Nie da się ustać, a co tu dopiero mówić o posiedzeniu na plaży. Zaraz obok, widać kilka skał za którymi wiatr odpuszcza swój atak. Tutaj też Chardonnay, o delikatnym, chłodnym, wyrazistym smaku, dojrzewającym w australijskim słońcu winorośli, wznosi się do góry, by uczcić minione już kilometry. To trzydziesty czwarty dzień naszej podróży, za nami wulkany, gorące źródła, lodowce, fiordy, poznani ludzie. Przed nami, setki kilometrów przez wielki kontynent, będący jeszcze większym wyzwaniem, niż dotychczasowe zmagania. I za to też wznosimy biały Inheritance.
Tak jak wieczorem, ale i w nocy i nad ranem, wiatr nie ustępuje. Do tego jeszcze deszcz, zamienia niewielki trakt koło namiotów w rzekę. Nie ma co siedzieć tutaj, bo nic nie zapowiada tego by miałoby być lepiej. Trzeba ruszać dalej, odbić od wybrzeża i wjechać w środek wyspy.
Długo by pisać o kolejnych podjazdach, deszczu i chłodzie, jaki zastał nas na przełęczy kilkadziesiąt kilometrów za miastem. Zziębnięci i cali mokrzy, dotarliśmy do niewielkiego miasteczka Weldborough, gdzie trzy domu przy drodze stanowią całą tę metropolię, a jeden z nich to przemiły bar, gdzie w środku ogień rozpalony w kominku, ogrzewa nasze wychłodzone od zimna nogi, a lokalne piwo rozgrzewa nas od środka.
– Skąd jesteście? – pyta się nalewając piwo barman.
– Z Polski. – jednogłośnie odpowiadamy.
– Dźen Diobri – z uśmiechem wypowiada barman. – Jakiś czas temu pracował u mnie Polak. Chyba jakoś przez rok. Kiedy skończył pracę, zostawił mi kartkę, ze wszystkimi zwrotami, żebym nie zapomniał, czego mnie nauczył. Dobry z niego pracownik był. Ale pojechał gdzieś dalej. A w skąd dzisiaj jedziecie?
– Z St Helens, tzn z Bay of Fire. Ale droga dzisiaj była okropna.
– To ostry podjazd mieliście. – lekko krzywi się, ale też patrzy na nas z małym podziwem.
– Do tego jeszcze na górze zaczął padać straszy deszcz, i zdaje się, że nie zapowiada się by miało się polepszyć. – lekko spoglądamy za okna, gdzie właśnie przechodzi kolejna fala deszczu.
– A gdzie jedziecie?
– Do Davenport. Tam chcemy złapać prom do Melbourne.
– O to spory kawałek jeszcze przed wami. Ale na szczęście teraz już generalnie w dół. Najgorsze za wami. – uśmiecha się, stawiając kolejne piwo.
– To jest jedyne pole namiotowe w okolicy? – pytamy się, bo za bardzo sami nie wiemy, czy zostać czy jechać dalej.
– W Derby na pewno coś jest.
– A ile to jest kilometrów?
– Hmmm, będzie tak około 20. Ale generalnie w dół. Możecie zostać tutaj. 5 dolarów od osoby, jest prysznic, i o 6 otwiera się kuchnia.
Do zmroku jeszcze daleko, ale chyba nie ma co męczyć się. Tutaj spokojnie możemy rozstawić się, wysuszyć mokre namioty, zjeść coś na ciepło i ogrzać przy kominku.
– Zostajemy! – oznajmiamy barmanowi.
– To wy przyjechaliście rowerami? – zagaduje nas młody chłopak, który właśnie wszedł do baru.
– Tak. Właśnie postanowiliśmy tutaj zostać na noc. A Wy chyba też na rowerach? – kiedy podjeżdżaliśmy, widziałem ich jak zdejmowali bagaże z rowerów i zanosili na pole.
– Tak. Widzieliśmy Was jak wjeżdżaliście. Bardzo stroma droga tam jest?
– A wybieracie się w tamtym kierunku? Oj to macie ostry podjazd przed Wami, ale później już do St. Helens, cały czas w dół. Stąd do przełęczy to jakieś siedem kilometrów. – teraz to chyba dziękuję, że my jednak zrobiliśmy to w tą stronę.
– My dzisiaj przyjechaliśmy z Braxholm, ale ostatnie kilometry podwiózł nas facet na pace. Bardzo mocno padało, i już nie daliśmy rady. – w tym czasie do baru wchodzi młoda dziewczyna z dredami, uśmiechając się do nas.
– My w tamtym kierunku jedziemy, i mamy nadzieję, że będzie w dół. A wy gdzie później jedziecie?
– Na południe w stronę Hobart. A Wy?
– My do Davenport, a potem do Melbourne, Adelaide, Alice Springs i Darwin.
– Przez środek? – otwiera oczy chłopak.
– Tak dokładnie. – lekko się uśmiechamy, bo rzadko zdarza się, by ktoś tak nie zareagował.
– To ile czasu wam to zajmie?
– Mamy jeszcze 2 miesiące.
– A długo już jesteście w drodze? – pyta się dziewczyna.
– To jest nasz piąty tydzień. Przed nami jeszcze prawie dwa miesiące? A wy jak długo już jeździcie?
– My dopiero zaczynamy. Ale chcemy pobyć tutaj tak ze dwa tygodnie. Poznaliśmy się kilka dni temu na zachodnim wybrzeżu. Ona chciała pozwiedzać Tasmanie na rowerze, ja pomyślałem że to fajny pomysł i tak ruszyliśmy. – oboje uśmiechnęli się do siebie, my za to popatrzyliśmy się na siebie, z lekkim niedowierzaniem.
– To chyba przyda się Wam ta broszurka. Tutaj macie opisane odcinki i wysokości. My już prawie skończyliśmy, tak więc nie przyda nam się już. A wam na pewno. – rano jeszcze podarowujemy im nasz przewodnik po kempingach, który dostaliśmy od Szwajcarki. Za to chłopak, który okazuje się być kucharzem podróżującym od dwóch lat, zdradza nam turystyczny przepis na karbonare, którą w kubku, na paliku przyrządza w kilka minut, kiedy my jemy nasze płatki z jogurtem. Z niedowierzaniem, wręcz tęskniąc za taką oto kuchnią, przez resztę dnia zastanawiamy się, kiedy to i my zrobimy w końcu coś innego poza standardową puszką.

 

2012-03-15 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Książka

Pojechane podróże – 17 relacji

przez Albin Marciniak 2012-03-13
Napisane przez Albin Marciniak
Księgarnia internetowa Pascal - Pojechane podróże - 17 relacji + 4 filmy na DVD Pojechane podróże – 17 relacji + 4 filmy na DVD

Klub Podrózników Śródziemei gorąco poleca
Pojechane podróże – 17 relacji + 4 filmy na DVD

 

Premiera: 21.03.2012

„Moją pasją jest wyciąganie ludzi z domów” – mówi Marek Tomalik, duch opiekuńczy tej książki, a potem – wraz z jej autorami – porywa nas w długą podróż przez drogi i bezdroża kontynentów. Pieszo, konno, traktorem, dwupłatowcem, rowerem, motocyklem czy niesamowitą pakistańską ciężarówką. Na lądzie, w powietrzu, pod wodą… Bohaterowie to ludzie zarażeni bakcylem przygody, nietuzinkowi, otwarci na świat, pełni dobrej energii i fantazji. W pasjonujący sposób opowiadają o najpiękniejszych, najdziwniejszych i najgroźniejszych zakątkach Ziemi oraz o swych najbardziej „pojechanych podróżach”.

Do książki dołączona została płyta DVD z filmami podróżniczymi:

* Długi Marsz 70 lat później
* Pakistańska ciężarówka
* Wielki Błękit Morza Czerwonego
* Traktoriada

Autorzy:

Anna Czerwińska negocjuje z maoistami w Nepalu. Dość ostro, bo kto to widział, odwiedzać naszą himalaistkę z kałachem, w dodatku o czwartej rano!

Marcin Obałek zdobywa Andy polskim traktorem. Omal się nie stacza (w przepaść), na szczęście ursus i chłopaki dają radę.

Mikołaj Golachowski zdradza miłosne sekrety fok. Ale najpierw żegna się z życiem w lodowej szczelinie.

Ryszard Czajkowski buja w przestworzach na pokładzie nostalgicznego dwupłatowca. Dociera z Bełchatowa do Konga, a po drodze z pasją fotografuje i opisuje świat.

Arek Ziemba odwiedza malgaskie wioski –  jak z książek Fiedlera! Pije kawę z królem, imprezuje na balu przy palu, odpoczywa w chacie na macie, a przede wszystkim pedałuje przez Madagaskar.

Katarzyna Gembalik i Mikołaj Książek gonią marzenia kupioną w Pakistanie psychodeliczną ciężarówką –  to nic, że czasem nie działają hamulce, nie ma wstecznego i prędkościomierza. Jest za to osiem klaksonów!

Tomasz Grzywaczewski przypomina wielką ucieczkę Witolda Glińskiego z sowieckiego łagru – przed 70 laty. Prowadzi nas jego śladami przez najbardziej niegościnne rejony Ziemi.

Jarosław Kuźniar potwierdza, że podróże kształcą, ale od razu dodaje, że nie zawsze jest pięknie, a folderowy świat Maroka trochę się różni od rzeczywistości…

Katarzyna i Andrzej Mazurkiewiczowe na własnych nogach wędrują po rzece do himalajskiego królestwa Zanskaru. Rzeka oczywiście jest skuta lodem.

Claudia Cardenas i Dominik Bac docierają do serca świata. Tam, w kolumbijskich Andach, odnajdują naszych starszych braci.

Piotr Ganczarski wraz z przyjaciółmi tnie motocyklem przez Azję. Nie zawsze idzie gładko jak po jedwabiu  – czasem trzeba zajrzeć do piekła…

Marta Owczarek i Tomasz Skowroński przekonują, że w misce strawy można wyczytać więcej niż w przewodniku, a do jedzenia nadaje się prawie wszystko –  łącznie z mrówkami, przyrodzeniem osła i… kurczakiem.

Robert „Robb” Maciąg wspomina pierwszą samodzielną wyprawę do Indii i Nepalu. Obowiązkowa lektura dla żółtodziobów! Kiedyś trzeba zacząć…

Jacek Szymczak wciąga w morskie głębiny. Zdradza sekrety podwodnego świata i oswajania go za pomocą kamery.

Jarek Sępek wciela się w korespondenta wojennego w Kongu. Zagląda do obozu uciekinierów, wojskowej bazy, wioski-widmo, do kopalni złota. A potem stwierdza, że togo przerasta…

Piotr Trybalski przypomina, że grunt to dobre towarzystwo. Wraz z przyjaciółmi wędruje drogą lądową do Indii. Przemierza słynny hippie trail, bezdroża Pakistanu, dociera do wymarzonych Himalajów.

Marek Tomalik powraca wspomnieniami na baśniową Tasmanię i utwierdza nas w przekonaniu, że jeśli nie byłoby Tasmanii, należałoby ją wymyślić.

autor:   zbiór relacji pod red. Marka Tomalika
liczba stron: 320
format: 165×222 mm
oprawa: miękka

cena: 44.90 zł    33.90 zł
http://ksiegarnia.pascal.pl/ksiazka.php?id=2148_Pojechane_podroze_-_17_relacji_+_4_filmy_na_DVD

http://ksiegarnia.pascal.pl/data/produkty/duze_okladki/POJECHANE_PODROZE.jpg

2012-03-13 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Australia i Oceania

Równoleżnik 42’S

przez Karolina Zięba-Kulawik 2012-03-10
Napisane przez Karolina Zięba-Kulawik
Pod patronatem Klubu Podróżników Śródziemie

TransOceania eXpedition 2012 to wyprawa rowerowa rozpoczynająca się na północy Nowej Zelandii, a kończąca na północy Australii.
Wyprawa rozpoczęłą się w lutym i zakończy w kwietniu 2012 roku. W czasie przemierzania tych dwóch krajów podróżnicy pokonają ponad 6000 km.

Planowana trasa:
1. Nowa Zelandia – z północy na południe, przez dwie wysypy i dwie strefy czasowe – w sumie 1500 km.
2. Tasmania – ze wschodu na zachód, szukając diabła tasmańskiego – 500 km.
3. Australia – z południa na północ Australii przez trzy strefy klimatyczne
i dwie strefy czasowe, – przeszło 4 000 km w tym Outback, czyli 1200 km przez pustynię.

„W czasie tej podróży będziemy poszukiwać małego nielota Kiwi, legendarnego diabła Tasmańskiego, oraz kangurów na dalekich bezdrożach Australii… Przełamiemy swoje bariery i osiągniemy to co wydaje się dla większości z nas nieosiągalne!”

Relacja z kolejnego etapu podróży:

Równoleżnik 42’S

Zjeżdżając z głównej drogi, do końca nie wiemy co nas czeka. Szuter ciągnie się przed nami, kładąc się na kolejnych wzgórzach i pagórkach. Na prawo od drogi, widać tylko migoczące refleksy pofalowanego wiatrem morza. Z czasem jednak i morze ginie gdzieś za drzewami tworzącymi nad drogą bujny zielony żywopłot, sięgający czasem i zdawałoby się, że dziesięciopiętrowego budynku. Zbity, bujny, tylko kilka metrów nad drogą odsłania strzeliste pnie eukaliptusowych drzew.
Dawno już nie jechaliśmy taką drogą. Poranna wilgoć zdążyła już odparować, a pył spod ciężkich górskich kół, wzbija się i osiada na sakwach. Rzadko też, ktokolwiek nas mija. A jak już mija, to albo trąbi albo zatrzymuje się i z otwartego okna krzyczy, starając się chyba nas zmotywować do dalszej drogi, czy też gratulować nam odwagi. W zasadzie nie wiemy dlaczego, bo sama droga jakoś straszna nie jest. Nawet podjazdy da się spokojnie forsować.
Gdzieś daleko za ostatnimi farmami, głęboko w lesie pokazał się mały zjazd, ze stolikami, wiatą i miejscem do gotowania. Jest nawet i bieżąca woda. Dzisiaj to miejsce gdzie można udać się na spacer w głąb, jak się okazuje 200 letniego lasu. A kiedyś było to miejsce gdzie wycinano wielkie drzewa, które następnie transportowano niewielką kolejką na wybrzeże. Dokładnie tą samą, której stare elementy widzieliśmy w fabryce czekolady. Zachował się też stary pień, wznoszący się na dobre trzy metry w górę, a którego obwód to nawet i trudno oceni, bo ze cztery osoby musiałby go obejmować swoimi ramionami.
Leżąc na ławce, po skonsumowaniu kilku kanapek i wypiciu przedpołudniowej kawy, pierwsze co zauważasz, to tętniący życiem las. Co rusza ptak zagwiżdże, to przeleci obok chowając się, wydawałoby się w niedostępnych i niemożliwych do przejścia krzakach. A to inna kępa liści zostanie poruszano, przez kolejnego małego latającego jak strzała tubylca. Do tego wszystkiego zapach. Zapach eukaliptusowego lasu. Jest tak intensywny, że nie sposób nie zwrócić na niego uwagi. Każdy jeden wdech to partia wdzierającej się tak charakterystycznej woni, która aż się delektujesz, i starasz złapać jej jak najwięcej, wypełniając po same brzegi płuca. Aż nie chcesz się ruszać i jechać dalej. Można tu zostać i delektować się tym deszczowym buszem.
I chyba powinniśmy tak byli zostać. Droga z niewinnej, czasem tylko pagórkowatej, zamieniła się w paskudny, wyłożony wielkimi kamieniami podjazd. Żar leje się z nieba, a tutaj taka męka. Żeby było ciekawiej to mogliśmy kilka kilometrów wcześniej skręcić nad brzeg. Jednak kiedy i na mapie i w przewodniku Lonely Planet, zaznaczony jest wspaniały, zapierający dech w piersiach widok na wyspę Maria, to koniecznie trzeba tam jechać. Przecież nie można ominąć tak zachwalanej atrakcji.
I proszę, dojechaliśmy do rozjazdu, gdzie na tabliczce zaraz przy stromym podjeździe widnieje napis – Lookout 2km. Jeszcze dwa kilometry w bok pod górę, to już za dużo jak dla nas. Stąd też ładny widok, a i tak w południowym ostrym słońcu wyspa rozmywa się i na horyzoncie widać tylko wielki ciemny postrzępiony szarawo-zielony kontur wyspy. Jedynym pocieszeniem tego, iż pojechaliśmy tą drogą, a nie skręciliśmy na wybrzeże, jest to że jeszcze przed podjazdem, na drodze siedział przyczajony mały kangur. Z początku, nie widział nas, kiedy jednak zbliżyliśmy się, spojrzał się na nas i zniknął w przydrożnych krzakach.
Zjazd z wzniesienia do Orford, jest chyba jeszcze gorszy. Stromy, z wielkimi kamieniami, i od razu przypomina nam się nasza przeprawa przed Nelson. O której chcieliśmy zapomnieć.
Na szczęście w Orford, lądujemy na plaży, leżącej nad niewielką zatoczką. Zbliża się pora obiadu, ale my jedyne o czym marzymy, to odstawić rowery i położyć się na ciepłym jasnym piasku. Zapomnieć o ostatnich kilometrach i nabrać sił, na kolejne kilometry.
Teraz już na szczęście po równym asfalcie do Little Swanport. Tam znajdziemy gdzieś nocleg nad zatoką. Jakaż to odmiana tak jechać bez wielkich podjazdów, bez szutru, z wiatrem w plecy. Sama rozkosz.
Little Swanport, a dokładniej sama zatoka okazuje się być wielkim rozlewiskiem, gdzie trudno cokolwiek znaleźć. Kilka kilometrów dalej jest niewielka mieścina bardziej nad morzem, może tam znajdziemy coś u miejscowych.
Droga odchodzi od głównego asfaltu, lekko się wznosi by po chwili już szutrem opaść w stronę morza. Dookoła farmy, i dacze. Gdzieś po lewej wielka plantacja oliwek, dalej droga biegnąc nad brzeg. A tam skarpa, wysoka trawa, kilka drzew, niewielkie ruiny, wiatr urywający głowę.
– Dobry wieczór – zaczynamy, po tym jak wtargnęliśmy na czyjąś posesję położoną kilkanaście metrów od samej skarpy. – Szukamy miejsca do postawienia dwóch namiotów i czy byłaby taka możliwość by postawić je u Pani.
– Niestety nie. Nie mamy tutaj żądnego zaplecza. Ale ludzie zwykle stawiają namioty zaraz nad rzeką, przy rampie dla motorówek. To jest zaraz tutaj, za zakrętem. – odpowiedziała starsza Pani, która wyraźnie oderwaliśmy od jakiejś czynności, a która za bardzo nie ma ochoty na nieznajomych gości.
Właściciel posesji obok, gdzie jest gaj oliwny też nas tam kieruje. I zdaje się, że nie ma co tutaj liczyć na nocleg na czyjejś posesji. Trzeba rozstawiać się, byle nie w wysokiej trawie. Do rampy dla motorówek też nie chcemy jechać, a zaraz nad skarpą, zaraz przy ruinach dawnej fabryki soli, jest kawałek płaskiego terenu, nawet z przystrzyżoną trawą. Nie ma co dalej zastanawiać się. Stawiamy namioty.
Wiatr i fale, przygrywają nam do obiadokolacji, a rozciągający się stąd piękny widok na drugą stronę zatoki i Freycinet National Park, w pełni rekompensuje dzisiejsze zmagania.
Pogoda wyraźnie nas chce sprawdzić. Jeszcze kilka dni temu były tutaj upały, a teraz nie dość, że z południa wieje silny zimny wiatr, to szare ciężki chmury zasnuwają całe niebo. Co sprawia, że siedząc na plaży jedyne na co masz ochotę to schować się gdzieś w małej kawiarence, a takich tu też na drodze nie ma. Dopiero za Swansea, zaraz przy drodze niewielki kierunkowskaz – WineYard. A co trochę przyjemności należy zakosztować.
Na niewielkim pagórku, stoi biały dom. Weranda, kilka ławek na niej, a w środku bar, sofy i widok na staw, za który rozciągają się idealnie równo poustawiane krzaki winogron.
Widok ten dopełnia różowy Milton Pinot. Schłodzony, aromatyczny, w delikatnym kieliszku z charakterystycznym emblematem, gdzie duże M, przekreślone jest cienką linią, symbolizującą właśnie 42 południk, na którym znajduje się winnica.
Pudła, pudełka, całe blaty zastawione pełnymi butelkami przygotowanymi albo do wysyłki albo do spożycia, przez co chwile odwiedzających miejsce koneserów, testujących każdy jeden rodzaj. I czego więcej chcieć od życia.? Mała winnica, zaraz obok rozlewnia, stojąca niedaleko baru maszyna do nalepiania naklejek na butelki, w zupełności wystarczają by spokojnie żyć i to w jakich okolicznościach przyrody.
Deszcz i burza jakie przeszły zaraz przed zakrętem do zatoki Wineglass, nieomal spowodowały, że chcieliśmy już zrezygnować z jechania do parku, bo w końcu co to za przyjemność oglądania zatoki w deszczu. Na szczęście, twarda decyzja iż ryzykujemy i w nagrodę, kilka chwil później nie dość, że wyszło słońce to jeszcze siedzimy w na farmie, gdzie serwują owoce morza. Co tylko możesz sobie zamarzyć. Małże, krewetki, ośmiornice, wędzony łosoś, ostrygi, na najróżniejsze sposoby podawane na niewielkich plastikowych talerzach w muszlach, muszelkach, na zimno, na ciepło, z serem Bree, i świeżą bułką. Są jak nagroda za dobrą decyzje, i są też przedsmakiem tego co nas ma czekać. A przynajmniej na to właśnie liczymy.
Z samego rana, zwijamy się i zostawiając rowery z bagażami na specjalnym parkingu właśnie dla rowerów, ruszamy niewielką ścieżką pod górę w stronę Wineglass Bay. Żadnych strażników, i tylko niewielkie kangury wallaby czatują zaraz koło Ciebie, by skorzystać z okazji i a nóż może coś uda się albo dostać od jakiegoś turysty, a może ktoś coś zostawi i wtedy będzie można skorzystać z okazji.
Na każdym rogu jednak są tabliczki, gdzie widnieje wielki napis, by nie dokarmiać dzikich zwierząt pozostawiając je nadal dzikimi. My niestety, w nocy dokarmiliśmy jednego z oposów, który zabuszował w jednej z torebek leżących pod tropikiem mojego namiotu. Prócz torebek z kawą, sam nie zauważyłem że są tam jeszcze daktyle. Mały łasych idealnie zwęszył je i nad ranem wkradł się i opędzlował całą otwartą torebkę. Czaił się już od wieczora, kiedy to schowaliśmy się w namiotach przed wiatrem. I wpierw wdrapał się na drewnianą poręcz do której były przyczepione rowery na których stały nasze menażki, i wisiały śmieci. Wtedy jednak odgoniliśmy go, ale mocno wiejący wiatr spowodował, że nie dało się już usłyszeć kiedy wkradł się pod tropik. Nawet przewrócił stojący tam palnik, ale byłem święcie przekonany, że to właśnie wiatr był autorek tego huku, i niestety małe słodkości zasiliły już nie nasze baterie.
Ścieżka, z niezliczoną ilością schodków, pnie się do góry, a po jej bokach leżą porozrzucane wielkie głazy. Całość krajobrazu wygląda jak wielki plac zabaw dla wielkich kamiennych stworów niczym z Niekończącej się opowieści. Porozrzucane kamienne czerwono rudawe klocki, leża to tu to tam, bez większego ładu i składu. Tworząc piękne formy, z których wyrastają gdzie nie gdzie niewielkie kępy trawy, krzewów czy też pałeczki małych mogłoby się wydawać drzew.
Po około 20 minutach dochodzimy do niewielkiego skrzyżowania ścieżek. Taras widokowy w lewo, do zatoki w prawo. Do tarasu minut dwie, nad zatokę w dwie strony półtorej godziny. Pogoda nadal nas nie rozpieszcza i nie wiadomo czy warto schodzić na dół. Dla tego skręcamy pierw w lewo.
Błękitna zatoka w kształcie półksiężyca, z białą krawędzią oddzielającą błękit od zieleni, a całość otoczona pagórkami. Gdzieś daleko widać niewielkie małe punkciki ludzi, zmierzających w drugi koniec zatoki, która rzeczywiście wygląda jak kieliszek wina. Jednak co by nie powiedzieć ani ono czerwone, a ni białe. Nazwa wzięła się jednak z zupełnie innej historii.
Płytka zatoka, była idealnym miejsce, gdzie zaganiano wieloryby. Otoczone z trzech stron brzegami zatoki, mając za sobą wielorybników nie były wstanie uciec. I tutaj kończyły swój żywot, kiedy dziesiątki harpunów wbijały się ich wielkie, masywne ciała, barwiąc wodę w zatoce na czerwono. Czerwień wody i biała krawędź plaży sprawiały, że całość rzeczywiście przypominała kieliszek czerwonego wina.
Wejście tutaj zajęło nam mniej niż było na drogowskazie, a godzina jeszcze młoda, to może jednak zejdziemy na plażę? Po dłużącej się drodze, dochodzimy do szumiącego kielicha.
Największą atrakcją dla wszystkich jest mały, siedzący dokładnie przy wyjściu ścieżki, kangur. Każdy obowiązkowo robi sobie z nim zdjęcie, a ten pozuje do każdego z nich, oczywiście czekając na słodką zapłatę.
Fale z jednej strony rozbijają się o piaszczysty brzeg, zalewając sporą jego część, oraz o postrzępione brązowe skały, z gruba na około metr pomarańczową kreską ciągnącą się dokładnie na tej samej wysokości, przez całą długość sąsiadujących z morzem skał. I mogłoby się zdawać, że to pozostałość po dawnych dniach wielorybników, pozostawiła na skałach ślad dawnych czasów.
Małe kangury towarzyszą nam cały czas. Kilka kilometrów na północ od Wineglass Bay, leży Friendly bay, gdzie znajdujemy wyśmienite miejsce na obiad. Stawiamy rowery na plaży, i zasiadamy w zacisznym miejscu, rozkoszując się zarówno ciepłym słońcem, ale i widokiem, gdzie już tylko nieliczni docierają, omijając ten kawałek parku narodowego. Małe wallaby, zaraz po tym jak tylko otworzyliśmy sakwy, pojawiają się i podjadając małe, soczyste listki plażowych krzewów czekają, aż może coś dostaną od nas.

2012-03-10 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Wywiady

Wielkie serce bijące tysiącami mniejszych

przez admin 2012-03-08
Napisane przez admin
https://lh6.googleusercontent.com/-koCNRtWBJmg/T1kbFCANGYI/AAAAAAAAMAo/xnFqLWfGmbY/s400/%C5%82ukasz.jpg

Wielkie serce bijące tysiącami mniejszych

Pod koniec ubiegłego roku wsiadł do samolotu i poleciał tam, gdzie od wielu
miesięcy, niezwykle zdeterminowani ludzie walczą o wolność i lepszy byt. Pilot
wycieczek – Łukasz Bejster wspomina chwile spędzone wśród demonstrantów,
na Placu Tahrir w Kairze. Dni, które mogą być prawdziwą lekcją życia dla
młodego Polaka.

Karolina Gołda: Dlaczego ludzie wciąż demonstrują na Placu Wyzwolenia?

Łukasz Bejster: Bo tak naprawdę wiele się nie zmieniło od czasu obalenia Mubaraka. Ci
ludzie nadal nie czują się wolni, są biedni, mają utrudnione wyjazdy z kraju. Walczą o swoją
wolność, chcą tak jak my, normalnie pracować, studiować i cieszyć się życiem. Warto ich
sytuację porównać do tej, którą mieliśmy w latach 80-tych w naszym kraju. Polacy też o to
walczyli.

Nam się udało, myślisz, że im też się uda?

Myślę, że tak, ale w mniejszym stopniu niż nam. Wydaje mi się, że ktoś musi stać na czele
tych ludzi. Oni potrzebują kogoś, kto będzie ich trzymał otwartą ręką, ale nie w tak brutalny
sposób jak teraz. Ich przywódca musi dbać głównie o to, by mieli za co żyć, a nie o swój
majątek.

Dlaczego potrzebują takiej jednej, konkretnej osoby?

Wydaje mi się, że chodzi tutaj o kwestie kulturowe. Przede wszystkim ich wiara warunkuje
pewne rzeczy. Poza tym przez lata przyzwyczaili się do tego, że zawsze ktoś stał nad nimi z
batem. Ciężko im będzie, z trzymania w mocnych ryzach, przejść do całkowitej wolności. Do
tej demokracji, w której każdy robi co mu się podoba. Dla nich to może być zbyt duży szok,
chociaż nie wykluczam, że za kilkanaście lat, zaczną żyć tak samo jak Europejczycy.

Miałeś okazję zobaczyć życie ludzi, którzy walczą o to wszystko. Co musi zrobić taki
zwykły turysta, żeby znaleźć się w miejscach, które są niedostępne?

Musi mieć dużo szczęścia, umieć się zakręcić wśród pewnych ludzi i wykorzystać to, co
daje mu los. To, gdzie ja się dostałem, to tak naprawdę przypadek. Gdybym wcześniej zrobił
dwie rzeczy inaczej, prawdopodobnie nie doszłoby do jednego czy drugiego spotkania i nie
znalazłbym się w tych niedostępnych miejscach.

Łatwo było zakręcić się wokół tych ludzi?

W moim przypadku to chyba oni zakręcili się wokół mnie. Siedzieliśmy razem
i rozmawialiśmy. Na tym wyjeździe nikogo o nic nie prosiłem, to mieszkańcy zaproponowali
mi zobaczenie czegoś więcej. Zgodziłem się, ale na to trzeba uważać, bo czasem chcą po
prostu wyłudzić pieniądze.

Niektórzy odradzali Ci wizytę na Tahrir, jednak mimo ostrzeżeń, postanowiłeś go

zobaczyć. Miałeś jakieś zahamowania przed wejściem na plac?

Miałem spore obawy. Nie wiedziałem jak to wszystko się skończy. Gdy patrzyłem na to z
daleka, przeczuwałem, że odbędzie jakaś demonstracja. Chciałem znaleźć temat na reportaż,
ale nie spodziewałem się, że uda mi się zobaczyć rzeczy, które mało kto widział.

Co czułeś, kiedy już znalazłeś się w środku jednej z demonstracji?

Czułem, że mam ogromne szczęście. A skoro udało mi się to zobaczyć, fajnie byłoby wrócić
stamtąd i to pokazać innym.

Jak wygląda to „Serce Kairu”?

Niesamowicie. Jest tam mnóstwo ludzi, namiotów, transparentów, budek z jedzeniem.
Większość ulic wokół placu wygląda jak w każdym większym mieście, ale oczywiście
są wyjątki. Ulica Mohammed Mahmoud jest zamknięta dla ludzi. Chodzą tam wybiórcze
jednostki, które nikogo nie wpuszczają. Na jej końcu wojsko postawiło mur, który miał
zakończyć krwawe potyczki. Ten mur to dla Egipcjan symbol walki o wolność. Z kolei ulicę
przy parlamencie zajmują demonstranci, którzy tam koczują, śpią, jedzą, śpiewają, po prostu
żyją.

A jak wygląda typowy dzień demonstrantów?

Zazwyczaj idą spać o późnych porach, dlatego wstają koło godziny 9–10. Jedzą śniadanie,
następnie część z nich idzie do pracy a część zostaje cały dzień na placu. Godziny mijają na
rozmowach i demonstracjach. Najwięcej ludzi gromadzi się tam wieczorem, kiedy mają już
wolne. Za coś muszą żyć, dlatego pracują normalnie. Niektórzy prowadzą interesy na placu,
tam zarabiają i tam toczy się całe ich życie.

Kiedy idą do pracy, zostawiają dobytek w swoich namiotach?

Ciężko mówić o jakimś dobytku, to są głównie ubrania i jedzenie. Nie sądzę, żeby chcieli
okradać siebie nawzajem, bo między nimi jest taka więź, stworzona z myśli, że walczą o to
samo. Nie wykluczam, że zdarzają się kradzieże, bo zawsze w stadzie znajdzie się czarna
owca, ale myślę, że takie wypadki nie mają skali masowej, tym bardziej, że zawsze jest ktoś
w pobliżu.

Co myślałeś, kiedy widziałeś kilkunastoletnich chłopców, żyjących na placu od miesięcy?

Pomyślałem, że ci ludzie są bardzo zdeterminowani do walki. Nasze pokolenie już tego nie
docenia. Od zawsze żyjemy w wolnej Polsce, nie mamy większych problemów, przejmujemy
się głównie tym, czy nam dobrze pójdzie na studiach, czy poznamy fajną dziewczynę albo
chłopaka. Uciekamy od tych prawdziwych problemów, takich jak walka o życie czy o
wolność. Oni muszą to wszystko przerabiać dodatkowo, bo takie zwykłe kłopoty jak nasze,
też mają…

Po tym wszystkim, co zobaczyłeś w Kairze, słowo „patriotyzm” nabrało dla Ciebie,
młodego Polaka, innego, głębszego znaczenia?

Może tu nie chodzi o sam patriotyzm, bo to słowo zawsze miało dla mnie duże znaczenie.

Staram się być patriotą. Zawsze podkreślam, że jestem Polakiem i nie zamierzam się tego
wypierać. Nie podoba mi się na przykład to, że coraz więcej osób tworzy zapożyczenia
z języków obcych. Jesteśmy w Polsce – mówmy polsku, jak wyjeżdżamy za granicę –
dostosujmy się do innych języków. Pamiętajmy, że jesteśmy Polakami a nie biegnijmy za tym
Zachodem i za innymi kulturami.

Skoro nie o patriotyzm, to o co chodzi?
Dzięki wizycie na Midan Tahrir w końcu zrozumiałem to, co działo się w Polsce, w czasie
stanu wojennego. Opowieści mojego ojca, który działał w Solidarności czy filmy, które
oglądałem na ten temat, nie docierały do mnie. Wiedziałem o co chodziło, ale nic poza tym.

Co Cię najbardziej zszokowało w Egipcie?

Na pewno zszokowała mnie organizacja ludzi na placu. Spodziewałem się, że zobaczę tam
taki chaos, jaki widziałem na początku wizyty w Kairze. A tu przede mną stał niezwykle
zorganizowany naród. Wcześniej nie znałem żadnych Arabów a miałem do nich trochę
negatywny stosunek. Teraz wiem, że to są normalni, fajni ludzie. Wiadomo, że wszędzie
znajdą się oszuści, ale nie powinniśmy od razu wszystkich traktować jak terrorystów.

A co wywarło na Tobie największe wrażenie?

Chyba sam fakt, że mogłem być na tym placu i zobaczyć na żywo to, co kilka miesięcy
wcześniej widziałem jedynie z perspektywy siedzącego przed telewizorem. Dzięki temu
przekonałem się jaka jest prawda i że to, co przekazują nam media, nieco odbiega od
rzeczywistości.

Dlaczego media kreują fałszywy obraz tego miejsca?

Bo nie mają w tym żadnego interesu, żeby pokazywać prawdę. A niestety często pokazują
prawdę wtedy, kiedy mają z tego korzyści. Egipt nie ma nic do zaoferowania, poza turystyką.
Przykładowo, Libia miała ropę, więc wszyscy się nią interesowali. Egipt czegoś takiego
nie ma. Dla jego władz to nawet lepiej. Im mniej ofiar, tym mniej strachu. Dane na których
opierają się agencje zagraniczne, pochodzą głównie ze szpitali. Media na tej podstawie nie są
w stanie przeliczyć ile osób naprawdę tam zginęło. Nie wierzę, że wszystko pokazują tak, jak
jest w rzeczywistości.

Nauczyłeś się czegoś w ciągu dwóch dni spędzonych wśród demonstrantów?

Trzeba uważać komu się ufa i być pozytywnie nastawionym do ludzi, a wszelkie problemy
rozwiązywać z uśmiechem.

Zacząłeś bardziej doceniać nasz kraj?

Tak, chociaż doceniałem go od pewnego czasu. Polacy mówią, że u nas wszystko jest złe, ale
wystarczy wyjechać do kilku innych krajów, żeby się przekonać, że wcale tak źle nie mamy.
To narzekanie chyba wynika z naszej natury. Wiem, że każdy chce mieć jak najwięcej, jak
najlepiej, ale zacznijmy od siebie i przestańmy narzekać, bo inni mają gorzej…

2012-03-08 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Góry

z widokiem na Tatry

przez Albin Marciniak 2012-03-04
Napisane przez Albin Marciniak
https://lh4.googleusercontent.com/-XesTSv50gRs/T1NDT1wT_1I/AAAAAAAAL34/MEScaKNznaA/s400/tatr.jpg




Panorama Tatr z Gubałówki


Choć sama Gubałówka to miejsce przesiąknięte komercją i tandetą to jednak przy dobrej pogodzie widoki ze szczytu są niesamowite.


https://lh6.googleusercontent.com/-50xx1pGmzQ0/T1O0VXpGtxI/AAAAAAAAL4c/yh7ELc8VT2c/s800/DSC_4270.jpg

Panorama na Tatry z Zakopenem w dole


https://lh4.googleusercontent.com/-wDFQXsc_SWA/TwNjUaOwsyI/AAAAAAAAJ_E/ACN6E06e028/s1113/DSC_1894.jpg

Przy odpowiednich warunkach Tatry można podziwiać także z Krakowa

https://lh5.googleusercontent.com/-JNcb3sHk1_s/TwNjZoap4nI/AAAAAAAAJ_U/2s14PttK4PI/s1303/DSC_1898.jpg


Duże zbliżenia z niezbyt dobrego obiektywu 300 mm więc jakosćnie oszałamnia.
Podciągnięte w HDR

Polecamy najnowszą mapę legendarnego szlaku


DSC_4097-jpg
DSC_4097-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4097-jpg
DSC_4098-jpg
DSC_4098-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4098-jpg
DSC_4099-jpg
DSC_4099-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4099-jpg
DSC_4101-jpg
DSC_4101-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4101-jpg
DSC_4102-jpg
DSC_4102-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4102-jpg
DSC_4103-jpg
DSC_4103-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4103-jpg
DSC_4108-jpg
DSC_4108-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4108-jpg
DSC_4109-jpg
DSC_4109-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4109-jpg
DSC_4110-jpg
DSC_4110-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4110-jpg
DSC_4111-jpg
DSC_4111-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4111-jpg
DSC_4116-jpg
DSC_4116-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4116-jpg
DSC_4129-jpg
DSC_4129-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4129-jpg
DSC_4130-jpg
DSC_4130-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4130-jpg
DSC_4189-jpg
DSC_4189-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4189-jpg
DSC_4190-jpg
DSC_4190-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4190-jpg
DSC_4191-jpg
DSC_4191-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4191-jpg
DSC_4192-jpg
DSC_4192-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4192-jpg
DSC_4195-jpg
DSC_4195-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4195-jpg
DSC_4197-jpg
DSC_4197-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4197-jpg
DSC_4198-jpg
DSC_4198-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4198-jpg
DSC_4199-jpg
DSC_4199-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4199-jpg
DSC_4200-jpg
DSC_4200-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4200-jpg
DSC_4203-jpg
DSC_4203-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4203-jpg
DSC_4204-jpg
DSC_4204-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4204-jpg
DSC_4205-jpg
DSC_4205-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4205-jpg
DSC_4206-jpg
DSC_4206-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4206-jpg
DSC_4207-jpg
DSC_4207-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4207-jpg
DSC_4208-jpg
DSC_4208-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4208-jpg
DSC_4209-jpg
DSC_4209-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4209-jpg
DSC_4210-jpg
DSC_4210-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4210-jpg
DSC_4211-jpg
DSC_4211-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4211-jpg
DSC_4212-jpg
DSC_4212-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4212-jpg
DSC_4213-jpg
DSC_4213-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4213-jpg
DSC_4214-jpg
DSC_4214-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4214-jpg
DSC_4216-jpg
DSC_4216-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4216-jpg
DSC_4217-jpg
DSC_4217-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4217-jpg
DSC_4218-jpg
DSC_4218-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4218-jpg
DSC_4219-jpg
DSC_4219-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4219-jpg
DSC_4220-jpg
DSC_4220-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4220-jpg
DSC_4221-jpg
DSC_4221-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4221-jpg
DSC_4222-jpg
DSC_4222-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4222-jpg
DSC_4223-jpg
DSC_4223-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4223-jpg
DSC_4224-jpg
DSC_4224-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4224-jpg
DSC_4225-jpg
DSC_4225-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4225-jpg
DSC_4226-jpg
DSC_4226-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4226-jpg
DSC_4227-jpg
DSC_4227-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4227-jpg
DSC_4228-jpg
DSC_4228-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4228-jpg
DSC_4242-jpg
DSC_4242-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4242-jpg
DSC_4243-jpg
DSC_4243-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4243-jpg
DSC_4244-jpg
DSC_4244-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4244-jpg
DSC_4245-jpg
DSC_4245-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4245-jpg
DSC_4246-jpg
DSC_4246-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4246-jpg
DSC_4247-jpg
DSC_4247-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4247-jpg
DSC_4248-jpg
DSC_4248-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4248-jpg
DSC_4249-jpg
DSC_4249-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4249-jpg
DSC_4250-jpg
DSC_4250-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4250-jpg
DSC_4251-jpg
DSC_4251-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4251-jpg
DSC_4252-jpg
DSC_4252-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4252-jpg
DSC_4256-jpg
DSC_4256-jpg relacje/panorama_tatr/DSC_4256-jpg
DSC_4261
DSC_4261 relacje/panorama_tatr/DSC_4261
DSC_4313
DSC_4313 relacje/panorama_tatr/DSC_4313
2012-03-04 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Cykliczne Spotkania Podróżników

Wśród ludzi pierwotnych Oceanii

przez Albin Marciniak 2012-03-04
Napisane przez Albin Marciniak
19.03.2012 godz. 19:00
Klub Podróżników „Śródziemie”
Kraków Piwnica pod Baranami

Żyłem wśród ludzi pierwotnych Oceanii (Vanuatu)

Jerzy Grębosz

Żyłem wśród ludzi pierwotnych Oceanii (Vanuatu)

Jerzy Grębosz

Bardzo trudno w tak zwanym egzotycznym świecie znaleźć ludzi
nieskażonych cywilizacją zachodnią.
Szukałem ich długo, aż wreszcie znalazłem na kilku wyspach Oceanii.
Ludzie pierwotni, którzy znają białych ludzi, ale mimo wszystko
postanowili być wierni stylowi życia ich ojców i dziadów.
Mieszkają głęboko w dżungli, chodzą niemal nago, są oczywiście analfabetami,
ale z ich strony doświadczyłem bardzo dużo dobroci.
W rozmowach z nimi – uświadamiałem im, jak ważne, żeby nie
porzucali dawnych wierzeń, tradycji i legend. Nie stawiali się,
tak jak inni ich rodacy – żałosnymi naśladowcami kultury zachodniej.
Oni zaś w zamyśleniu mówili: „You are very special white man”,
bo inni biali ludzie najczęściej przychodzą do nich po to, by koniecznie
nawracać na chrześcijaństwo.

Pokażę  liczne fotografie obrazujących życie w takich wioskach,
a także w takich, w których już za późno… bo zaczęli już nosić
koszulki z Bobem Marleyem.

dr Jerzy Grebosz,
IFJ PAN
The Niewodniczanski Institute of Nuclear Physics
Polish Academy of Sciences
http://www.ifj.edu.pl/~grebosz

UWAGA
W trakcie slajdowiska rozlosujemy 2 osobowy bilet  na balon !
Niesamowite widoki z powietrza funduje
http://hiflyer.pl/

https://lh3.googleusercontent.com/-3lEyeEPJ0eI/T1NDRrWZqJI/AAAAAAAAL3c/YHRJLSQRFM8/s483/1.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-rhrT8bSG79o/T1NDR5pog8I/AAAAAAAAL3k/w7a5KCe-vJo/s643/2.JPG

https://lh4.googleusercontent.com/-bsJrF7Tlz-w/T1NDR6z7sDI/AAAAAAAAL3g/L9O8FnaKzNw/s645/3.JPG

https://lh6.googleusercontent.com/-d83gNYiKKJs/T1NDTFRcp4I/AAAAAAAAL3w/Y84fKvwy4Ig/s642/4.JPG

https://lh4.googleusercontent.com/-ir3hQ_tBvRg/T1NDTuC460I/AAAAAAAAL38/RNwy13-qnDM/s640/5.JPG

https://lh5.googleusercontent.com/-3nWJN8Yx26I/T1NDUfSx8-I/AAAAAAAAL4E/Z4fPc3EkXPc/s485/6.JPG

2012-03-04 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Newsy

PINK JAM – freestylowe zawody

przez Karolina Zięba 2012-03-03
Napisane przez Karolina Zięba


Pink Jam, czyli piknik snowboardowo-freeskiingowy

W pierwszą sobotę marca (3.03.2012) w snowparku na Gubałówce odbyła się najbardziej kobieca z zimowych imprez sportowych – Pink Jam, czyli snowboardowo-freeskiingowy piknik dla dziewczyn. Chłopcy też się pojawili. Pomysłodawczynią wydarzenia była świeżo upieczona Mistrzyni Polski w Big i zawodniczka teamu Burn – Kasia Rusin. Wszystkie dziewczyny mogły wspólnie pojeździć, podszlifować swoje umiejętności, a także zgarnęły ciekawe nagrody.
Każda z biorących udział w zawodach pań miała szansę zaprezentować swoje umiejętności już w czasie piątkowych treningów. W sobotę natomiast odbyły się eliminacje, podczas których sędziowie wyłonili finalistki – snowboardzistki i narciarki.
Sobotnia impreza rozpoczęła się o godzinie 10:00 w snowparku na Gubałówce. Był to słoneczny i kolorowy dzień pełen emocji…

WYNIKI:

Top 3 freeski
1. Zuza Witych
2. ALINA TRYBUS
3. Dominika Czuma

Top 3 snb
1. Marzena Zając
2. Ania Moskal
3. Joanna Gałysa

BEST TRICK : Anna Lalik!

2012-03-03 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 251
  • 252
  • 253
  • 254
  • 255
  • …
  • 299

Archiwa

  • marzec 2026
  • luty 2026
  • styczeń 2026
  • grudzień 2025
  • listopad 2025
  • październik 2025
  • wrzesień 2025
  • sierpień 2025
  • lipiec 2025
  • czerwiec 2025
  • maj 2025
  • kwiecień 2025
  • marzec 2025
  • luty 2025
  • styczeń 2025
  • grudzień 2024
  • listopad 2024
  • październik 2024
  • wrzesień 2024
  • sierpień 2024
  • lipiec 2024
  • czerwiec 2024
  • maj 2024
  • kwiecień 2024
  • marzec 2024
  • luty 2024
  • styczeń 2024
  • grudzień 2023
  • listopad 2023
  • październik 2023
  • wrzesień 2023
  • sierpień 2023
  • lipiec 2023
  • czerwiec 2023
  • maj 2023
  • kwiecień 2023
  • marzec 2023
  • luty 2023
  • styczeń 2023
  • grudzień 2022
  • listopad 2022
  • październik 2022
  • wrzesień 2022
  • sierpień 2022
  • lipiec 2022
  • czerwiec 2022
  • maj 2022
  • kwiecień 2022
  • marzec 2022
  • luty 2022
  • styczeń 2022
  • grudzień 2021
  • listopad 2021
  • październik 2021
  • wrzesień 2021
  • sierpień 2021
  • lipiec 2021
  • czerwiec 2021
  • maj 2021
  • kwiecień 2021
  • marzec 2021
  • luty 2021
  • styczeń 2021
  • grudzień 2020
  • listopad 2020
  • październik 2020
  • wrzesień 2020
  • sierpień 2020
  • lipiec 2020
  • czerwiec 2020
  • maj 2020
  • kwiecień 2020
  • marzec 2020
  • luty 2020
  • styczeń 2020
  • grudzień 2019
  • listopad 2019
  • październik 2019
  • wrzesień 2019
  • sierpień 2019
  • lipiec 2019
  • czerwiec 2019
  • maj 2019
  • kwiecień 2019
  • marzec 2019
  • luty 2019
  • styczeń 2019
  • grudzień 2018
  • listopad 2018
  • październik 2018
  • wrzesień 2018
  • sierpień 2018
  • lipiec 2018
  • czerwiec 2018
  • maj 2018
  • kwiecień 2018
  • marzec 2018
  • luty 2018
  • styczeń 2018
  • grudzień 2017
  • listopad 2017
  • październik 2017
  • wrzesień 2017
  • sierpień 2017
  • lipiec 2017
  • czerwiec 2017
  • maj 2017
  • kwiecień 2017
  • marzec 2017
  • luty 2017
  • styczeń 2017
  • grudzień 2016
  • listopad 2016
  • październik 2016
  • wrzesień 2016
  • sierpień 2016
  • lipiec 2016
  • czerwiec 2016
  • maj 2016
  • kwiecień 2016
  • marzec 2016
  • luty 2016
  • styczeń 2016
  • grudzień 2015
  • listopad 2015
  • październik 2015
  • wrzesień 2015
  • sierpień 2015
  • lipiec 2015
  • czerwiec 2015
  • maj 2015
  • kwiecień 2015
  • marzec 2015
  • luty 2015
  • styczeń 2015
  • grudzień 2014
  • listopad 2014
  • październik 2014
  • wrzesień 2014
  • sierpień 2014
  • lipiec 2014
  • czerwiec 2014
  • maj 2014
  • kwiecień 2014
  • marzec 2014
  • luty 2014
  • styczeń 2014
  • grudzień 2013
  • listopad 2013
  • październik 2013
  • wrzesień 2013
  • sierpień 2013
  • lipiec 2013
  • czerwiec 2013
  • maj 2013
  • kwiecień 2013
  • marzec 2013
  • luty 2013
  • styczeń 2013
  • grudzień 2012
  • listopad 2012
  • październik 2012
  • wrzesień 2012
  • sierpień 2012
  • lipiec 2012
  • czerwiec 2012
  • maj 2012
  • kwiecień 2012
  • marzec 2012
  • luty 2012
  • styczeń 2012
  • grudzień 2011
  • listopad 2011
  • październik 2011
  • wrzesień 2011
  • sierpień 2011
  • lipiec 2011
  • czerwiec 2011
  • maj 2011
  • kwiecień 2011
  • marzec 2011
  • luty 2011
  • styczeń 2011
  • grudzień 2010
  • listopad 2010
  • październik 2010
  • wrzesień 2010
  • sierpień 2010
  • lipiec 2010
  • czerwiec 2010
  • maj 2010
  • kwiecień 2010
  • marzec 2010
  • luty 2010
  • styczeń 2010
  • grudzień 2009
  • listopad 2009
  • październik 2009
  • wrzesień 2009
  • sierpień 2009
  • lipiec 2009
  • czerwiec 2009
  • maj 2009
  • kwiecień 2009
  • styczeń 2009
  • listopad 2008
  • październik 2008

Kategorie

  • Administracyjna
  • Afryka
  • Akcje eko
  • Aktualności
  • Aktualności inne
  • Albania
  • Aleja Podróżników
  • Ameryka Północna
  • Ameryka Południowa
  • Ameryka Środkowa i Karaiby
  • Artykuły testowe
  • Australia i Oceania
  • Austria
  • Azja
  • Bez kategorii
  • Biegi
  • BUŁGARIA
  • Chorwacja
  • Ciekawostki
  • Cykliczne Spotkania Podróżników
  • CZARNOGÓRA
  • Czechy
  • Czyste Góry Czyste Szlaki
  • Czyste Tatry
  • Czyste Tatry
  • Dania
  • Dolny Śląsk
  • Europa
  • Festiwale
  • Filmy
  • Francja
  • Góry
  • HISZPANIA
  • HOLANDIA
  • Konkurs Fotograficzny
  • Konkursy
  • Konkursy inne
  • Korona
  • Kościoły i obiekty sakralne
  • KOSOWO
  • Książka
  • Kuchnia
  • Kuchnie świata
  • Kujawsko-pomorskie
  • LITWA
  • Łódzkie
  • Lotniska i powietrze
  • Lubelskie
  • Lubuskie
  • LUKSEMBURG
  • MACEDONIA
  • Małopolskie
  • Malta
  • Materiał zewnętrzny
  • Miasta
  • Miejsca wyjątkowe
  • Muzea
  • Najciekawsze szlaki piesze i rowerowe w Europie
  • Newsy
  • NIEMCY
  • NORWEGIA
  • Opolskie
  • Parowozownie
  • Podkarpackie
  • Podlaskie
  • Podziemia
  • Podziemia
  • Podziemia turystyczne w Europie Underground in Europe
  • Polecamy
  • Polska
  • Pomorskie
  • Portugalia
  • PRACE KONKURSOWE POLSKA
  • PRACE KONKURSOWE ŚWIAT
  • Projekt 4 Pory Roku
  • Projekt Mali Melomani
  • Projekt Mali Melomani II
  • Recenzje sprzętu
  • Reklama
  • Robocze inne
  • ROSJA
  • Rower
  • Różne media
  • Rumunia
  • Schroniska
  • SERBIA
  • Skanseny w Polsce
  • Śląskie
  • Slowacja
  • Slowenia
  • Spływy kajakowe
  • Spotkania autorskie
  • Spotkania, zloty, imprezy podróżników
  • Sprzęt
  • Świat
  • Świętokrzyskie
  • SZWAJCARIA
  • Tanie loty
  • Tatromaniak
  • Testy sprzętu
  • Twierdze i Forty
  • Ukraina
  • unesco
  • Via Adriatica Trail
  • Warmińsko-mazurskie
  • Warsztaty i plenery fotograficzne
  • WĘGRY
  • WIELKA BRYTANIA
  • Wielkopolskie
  • WŁOCHY
  • Woda
  • Wspomnienia z podróży
  • Wystawy
  • Wywiady
  • Zabytki sakralne
  • Zachodniopomorskie
  • Zamki i pałace
  • Zostań w domu nie odwołuj

Obserwuj nas

Top Selling Multipurpose WP Theme

Ostatnie posty

  • Skansen Przemysłu Naftowego Magdalena w Gorlicach

    2026-03-25
  • Skansen Józefa Chełmowskiego w Brusach – artysta z innego świata

    2026-03-24
  • Grota Mechowska – największa osobliwość przyrody na Niżu Europejskim

    2026-03-22
  • Jeziora Plitwickie – fenomen przyrodniczy w Chorwacji

    2026-03-22
  • krokusy w Tatrach – gdzie można podziwiać szafrany spiskie?

    2026-03-22
  • Park Gródek Polskie Malediwy w Jaworznie

    2026-03-21

Kanał społecznościowy

Kanał społecznościowy

Wybór redaktorów

zamek Drakuli w Poenari

2016-01-25

Rezerwat Groapa Ruginoasa, Góry Bihor w Rumunii

2022-08-06

Zamek – Twierdza Rupea w Rumunii

2022-08-09

Rezerwat Cheile Turzii – wąwóz Turda

2024-01-23

Zamek Drakuli w Hunedoarze w Rumunii

2024-03-03

Klub Podróżników Śródziemie

Ogólnopolski portal podróżniczy poświęcony odkrywaniu Polski i świata. Od znanych miast i zabytków, przez górskie szlaki i podziemia, po miejsca nieoczywiste i zapomniane.

Rzetelne relacje, autorskie przewodniki oraz praktyczne wskazówki dla turystów, pasjonatów historii i miłośników aktywnego podróżowania.

Odkrywaj świat z nami – świadomie, krok po kroku i z pasją.

Ciekawe w województwach

    • Dolnośląskie
    • Kujawsko-pomorskie
    • Lubelskie
    • Lubuskie
    • Łódzkie
    • Małopolskie
    • Mazowieckie
    • Opolskie
    • Podkarpackie
    • Podlaskie
    • Pomorskie
    • Śląskie
    • Świętokrzyskie
    • Warmińsko-mazurskie
    • Wielkopolskie
    • Zachodniopomorskie
dhosting

Polecane

Skansen Przemysłu Naftowego Magdalena w Gorlicach
Skansen Józefa Chełmowskiego w Brusach – artysta z innego świata
Grota Mechowska – największa osobliwość przyrody na Niżu Europejskim
Jeziora Plitwickie – fenomen przyrodniczy w Chorwacji

Ostatnio dodane

Skansen Przemysłu Naftowego Magdalena w Gorlicach
Skansen Józefa Chełmowskiego w Brusach – artysta z innego świata
Grota Mechowska – największa osobliwość przyrody na Niżu Europejskim
Jeziora Plitwickie – fenomen przyrodniczy w Chorwacji
Facebook Twitter Youtube Linkedin Envelope Rss

klubpodroznikow.com – Copyright & Copy 2025/26

Created by Konfig.Info

  • Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Forum
  • Relacje
    • Europa
    • Polska
    • Świat
  • Sprzęt
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Książka
  • Kontakt
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Home
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat

Wybór redaktorów

  • Sighișoara miasto w środkowej Rumunii w Siedmiogrodzie

    2026-02-02
  • Góry solne w Rumunii – Muntele de sare

    2026-02-01
  • Droga Transfogaraska w Rumunii

    2025-09-17
  • Wulkany błotne w Rumunii, wyjątkowy rezerwat przyrody

    2024-08-20
  • Jaskinia Meziad, Peşteră

    2024-08-20
  • Kopalnia soli Salina Turda w Rumunii

    2024-08-17
@2021 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu zapewnienia prawidłowego działania serwisu oraz analiz ruchu. Zobacz politykę prywatności .