Poławianie dolnośląskich pereł
Joanna Czajka
Jedna z wersji opowieści o królu Arturze, gdy ją czytałam za młodu, była pierwszą książką, nad zakończeniem której zalałam się łzami. Również w późniejszych latach łykałam wszelkie przejawy materii bretońskiej i pokrewnych motywów jak młody pelikan. Ba! O mały włos zaciągnęłabym się swego czasu do bractwa rycerskiego…
…a dopiero niedawno postanowiłam wreszcie dotrzeć do tytułowej perły wśród polskich miejsc arturiańskich.
Bywając w Jeleniej Górze przejazdem, jakoś nigdy nie zdarzyło mi się zajechać do Siedlęcina. A to przecież tyle, co splunąć pestką od czereśni, tak blisko. Zwłaszcza że było się już i w Pilchowicach na zaporze, i w pałacu Lenno w pobliżu… Tym razem więc postanowiłam za główny cel obrać przesławną wieżę – bez żadnych wymówek, że przecież jeszcze tyle innych ciekawych miejsc jest tam dookoła (a jest sporo…).
Droga „do” jest z gatunku tych, które lubię najbardziej – z widokiem na coraz wyraźniej wyłaniające się górki. W takich okolicznościach przyrody na dalszy plan schodzi nawet jakość asfaltu pod kołami, a jednak wcale nie była najgorsza (jak się obawiałam). Dodając do tego rozbuchaną wiosenną zieleń, urokliwe zabudowania i ogólną atmosferę pogórza… No cud, miód i orzeszki.

A to nie wszystko, co okolica ma do zaoferowania… Wszak jedziemy przez Park Krajobrazowy Doliny Bobru. Rzeczkę ową od czasu do czasu widać wzdłuż drogi (aż prosi się o zwodowanie kajaka…), a na odcinku Czernica-Nielestno mamy do dyspozycji wspaniałą, dość wąską ścieżynę z baśniowymi widokami.

Napawając się tym wszystkim, prawie przeoczyłam skręt do wieży. Od strony Jeleniej jest łatwiej – ma się drogowskaz jak wół przed nosem – ale jadąc od północy, albo się wie, żeby skręcić koło sklepu na rozjeździe w prawo, albo – tak jak w moim przypadku – przejeżdża się przez całą miejscowość, wypatrując oczy, by dopiero, gdy się skończą domy, zatrzymać się i zastanawiać co dalej. Bo Siedlęcin za plecami, a wieży coś nie ma… Na szczęście postój zarządziłam na kolejnym rozjeździe, pod byczym drogowskazem kierującym do Perły Zachodu (czyli po sąsiedzku z wieżą) i po smętnym rzuceniu okiem na tablice krajoznawcze w poszukiwaniu wskazówek, spojrzałam jeszcze bez nadziei przez ramię, a tam – JEST! Na brązowej, niedużej tabliczce: że wieża książęca to tam, prosto. No, to jesteśmy w domu… Potem już z górki – dosłownie – ku wieży, którą teraz z grubsza widać nad drzewami. Oczywiście znów o mało co nie zapędziłam się za daleko, widząc przed sobą ładny kratownicowy mostek, a to właśnie tuż przed nim należy odbić ostro w prawo, by znaleźć się od razu na dziedzińcu przed wieżą.

Przed bramą zwraca uwagę okazała, powykręcana lipa, o której krążą legendy. Konkretnie dwie. Jedna romantyczna, o miłości driady do mistrza malarskiego, zazdrosnym mężu i tragicznym końcu tej historii, a druga z dreszczykiem – o złej dziedziczce, zwanej siedlęcińską Zmorą, nieprzychylnej ludziom za życia, ale i… po zejściu z tego świata. Brr…
Po wejściu w progi wieży, chciałoby się z rozpędu biec od razu ku głównej atrakcji, ale najpierw należy udać się w lewo, celem pozyskania biletu. Zresztą może nie tylko – kasa jest bogato zaopatrzona w literaturę i pamiątki, a gospodarząca tu pani z chęcią opowiada o dziejach wieży i tym, co obecnie się odbywa w jej cieniu. A dzieje się sporo – cyklicznie organizuje się tu targ lokalnych produktów rolnych „Górskie Smaki”, zdarzają się warsztaty (np. malowania miniatur) i wiele innych ciekawych przedsięwzięć. Warto więc zaglądać na świetnie prowadzony facebookowy profil, pełen ciekawostek o malowidłach siedlęcińskich i pokrewnych, informacji z „życia” wieży i chyba o wszystkim, co arturiańskie.

Wróćmy tymczasem do zwiedzania. Naprzeciwko kasy jest mała salka z ekspozycją tutejszych wykopalisk, a obok kolejna – z odsłoniętymi fundamentami. Wszystko jak na dłoni, archeologia na żywo. Następnie, pokonawszy mały dziedziniec, wchodzimy do wieży „właściwej”. W poszukiwaniu ochłody warto zejść do piwnic, a w ramach rozgrzewki przed głównym daniem, w dolnej sali witają nas nastrojowe dźwięki filmu o etapach budowy i rozbudowy wieży oraz dalsze eksponaty z tutejszej ziemi.
Wszystkiemu towarzyszy ten specyficzny zapach starego drewna. I to nie jakiegoś tam pierwszego lepszego, lecz najstarszych zachowanych w Polsce drewnianych stropów (niedawno stuknęła im siódma setka).

I wreszcie, po odpowiednim narobieniu sobie smaku, można iść wyżej. W zaciemnionej sali światło pada głównie na jedną ścianę, wydobywając kolory z najstarszych w naszym kraju malowideł o tematyce świeckiej. W ich przypadku handlarskie określenie „jedyne takie” byłoby w zupełności uzasadnione. Nie ma na świecie innych – opowiadających o sir Lancelocie – które zachowałyby się w miejscu swojego powstania. Istny cud, że te tutaj przetrwały. Znając losy innych dolnośląskich zabytków…

Niesamowita rzecz, zobaczyć z bliska i móc niemalże dotknąć tego, co powstało przed tyloma wiekami i poruszało wyobraźnię tylu… Choć w sumie to samo można by powiedzieć po wejściu do pierwszego lepszego kościoła 😉 No, ale jeden lubi księdza, drugi księdza Kaśkę. Mnie porusza akurat coś takiego. Może przez tę unikatowość, może przez tego księcia, który wolał mieć na ścianie przygody baśniowego rycerza, zamiast baśniowych dwóch facetów z gołębiem… Każdy zobaczy tu, co mu wyobraźnia podpowiada i chyba to jest najlepsze. Nawet jeśli od niektórych teorii książę przypuszczalnie przewraca się w grobie 😉


Wieżę można zwiedzić do samej góry, aż do czwartej kondygnacji, a ze strychu widać piękne krajobrazy oraz wijący się tuż obok Bóbr i malutką przystań – czyli dobrze mi się wydawało, da się tu przypłynąć kajakiem!
– – – – – – – –
Druga perła to oczywiście gościniec „Perła Zachodu” – dawniej schronisko PTTK – wraz z przyległościami w postaci pięknej drogi dojazdowej wzdłuż Jeziora Modrego i przecinającego ów zbiornik zabytkowego mostka. Choć dla niezmotoryzowanych pewnie bardziej kusząca będzie trasa spacerowa z Jeleniej Góry przez Borowy Jar, z racji widoków i malowniczych skałek. Jednak również asfaltowy dojazd gwarantuje wspaniałe widoki, a dodatkowo z tej strony zobaczyć można niedużą zaporę przy elektrowni Bobrowice.
Budynek schroniska wyłania się parę zakrętów dalej i dzięki drewnianym „szatkom” sprawia przytulne wrażenie. Dopiero gdy wdrapiemy się na kamienną wieżyczkę przy nim lub udamy się na taras z drugiej strony, widać w jak spektakularnym miejscu zostało zbudowane.

Mój plan zakładał obiad z widokiem, ale trafiłam akurat na przygotowania przedweselne i kuchnia już nie wydawała strawy dla turystów. Mimo ciepłej aury, wzięłam więc w garść wszystkie graty (ach, uroki motocyklowych wycieczek…) i podążyłam milionem schodków w dół, za nic mając, że wrócić trzeba będzie tą samą drogą. Widoki są tego warte.


Za mostkiem można pójść ścieżką dalej w las, brzegiem jeziora, ale oparłam się pokusie trekkingu. Zobaczyłam co chciałam. Perły pozbierane.

Podsumowując – droga, kierunek i pora roku zgrane idealnie. Tyle cudnych zakrętów, zakręcików – takich nie za bardzo, lecz w sam raz… Tyle mleczy, zieleni i majowości (i rzepaku)… No bajka. Szkoda tylko, że bez smoków 😉






































Wymęczeni ale również podekscytowani, udaliśmy się taksówką do naszego hotelu, który wcześniej zarezerwowaliśmy na booking.com. Jak się później okazało hotel ten stał się nasza bazą wypadową. Plan zakładał dwa dni spędzenia w Leh w celu aklimatyzacji, zwiedzania okolicy, a następnie wyruszenie na trekking pod Stok Kangri i zdobycie góry. Plany się zmieniły kiedy udaliśmy się zakupić permit (pozwolenie na szczyt w cenie 50$), ponieważ przy zakupie trafiliśmy na doświadczonego Szerpę Sonama Wangyalla, który jest legendą himalaizmu indyjskiego. Pan Sonama poświęcił nam sporo czasu, zlustrował nas z góry na dół i zaproponował abyśmy więcej czasu poświecili na aklimatyzację i w pierwszej kolejności zrobili wypady, które planowaliśmy zrobić po zejściu z gór. Decyzja była jednogłośna, zmieniamy plany, najpierw udajemy się na poznawanie tej wspaniałej krainy z przełęczami powyżej 5 tys. m n.p.m. i noclegami na wysokości około 4 tys., czyli zgodnie ze sztuką aklimatyzacji.
Czas na przedstawienie naszej ekipy. Najmłodsza uczestniczka Pola – 14 latka, Mama Poli - Ania, Beatka, Ela, mój mąż Krzyś i ja (w naszym wypadku wiekiem się nie chwalę;). Skład 6 osobowy. Osobiście wolę podróżować ze znaną mi ekipę, z którą dobrze się czuję, świetnie rozumiem a w chwilach kiedy jestem spełniona i szczęśliwa, cieszę się, że mogę te emocje dzielić z bliskimi mi osobami. Z drugiej strony znam osoby które cenią sobie samotność na takich wyprawach lub poznawanie ludzi na trasie.
Ok wracamy do wyprawy :)
Pierwszy dzień rozpoczęliśmy od zwiedzania królewskiego pałacu, który góruje nad miastem, jego wysokość to 9 kondygnacji. Pałac został ukończony w I poł. XVII i do 1834 roku zamieszkiwała go rodzina królewska. Obecnie prowadzone są renowacje tego kompleksu, który częściowo jest udostępniony do zwiedzania. Z pałacowego dachu, gdzie znajduje się punkt widokowy, rozciąga się rozległa panorama na Leh i okolicę, m.in na górę Stok Kangri.
W samym Leh jest mnóstwo agencji, które mają bardzo podobne ceny w organizowaniu wyjazdów. Plusem naszej 6-cio osobowej grupy było to, że byliśmy niezależni i mogliśmy od razu wynająć samochód bez zbędnego oczekiwania na partnerów do zapełnienia samochodu, dlatego zakupiliśmy wyjazd bezpośrednio w naszym hotelu, ceny praktycznie takie same jak w agencji.
Naszym pierwszym celem był wyjazd do Doliny Nubry. Dolina ta oddziela pasmo Ladakhu od pasma Karakorum, w pobliżu znajduje się granica indyjsko-pakistańska oraz lodowiec Siachen.
Droga do doliny Nubry prowadzi przez Khardung-La 5359 m n.p.m. do niedawna uznawaną za najwyższą przejezdną przełęcz na świecie.
W planach mieliśmy zjazd z tej przełęczy wypożyczonymi rowerami, ale jak to w życiu bywa, na miejscu plany się pozmieniały. Okazało się, że trasa oprócz tego, że jest malownicza z niezliczoną ilością serpentyn, niebezpieczna co może stanowić dużą dawkę adrenaliny to przede wszystkim jest uciążliwa z uwagi na liczne bazy wojskowe i ciągnące się niezliczone kordony wojskowych ciężarówek. A zwały wydobywających się czarnych spalin i smrodu skutecznie wybiły nam rowery z głowy. Wystarczy nam smogu w grodzie Kraka.
Zapytacie może skąd tam tyle wojska? Tłumaczę, od uzyskania pod koniec lat 40-tych XX wieku niepodległości od Wielkiej Brytanii Indie i Pakistan uznają Kaszmir za terytorium sporne i oba kraje roszczą sobie do niego prawo, teren ten od ponad 60 lat jest punktem zapalnym i powodem konfliktów zbrojnych miedzy tymi krajami. Oba kraje utrzymują oddziały wojskowe na terenie położonym ponad 6000 m n.p.m. Znaczenia temu konfliktowi nadaje fakt, iż zarówno Indie, jak i Pakistan dysponują bronią jądrową. Większość mieszkańców Dżammu i Kaszmir stanowią wyznawcy islamu.
Sama przełęcz Khardung-La oblegana jest głównie przez ichniejszą ludność na motocyklach. Nas spotkała miła niespodzianka, kiedy weszliśmy na pobliską małą stupę, kobieta o rysach europejskich zagrała mini koncert na skrzypcach. Dziwne i niesamowite uczucie, jesteś na 5 tys.m n.p.m. i słuchasz muzyki klasycznej na żywo :) coś pięknego.
Po zjeździe z przełęczy, droga ciągnie się malowniczo wzdłuż rzeki, którą zewsząd okalają majestatyczne, piaskowe góry. Dostęp do wody powoduje iż dotychczasowy piaskowo, żwirowy krajobraz zmienia się w oazy zieleni z bujną roślinnością, to miła odmiana dla oka. Następnie krajobraz powoli zmienia się w pustynię, to znak że zbliżamy się do Nubry.
Po drodze mijamy wielbłąda… hm nie będę ukrywać, że widok ten robi wrażenie, jesteś w Himalajach, które kojarzą się ze śniegiem, zimnem a tu pustynia, gorąco, wielbłądy, a w oddali ośnieżone góry. Po prostu rewelka! Dolina Nubry to jedyne miejsce w Indiach, gdzie można spotkać wielbłądy dwugarbne (baktriany), tędy przed wiekami prowadził Jedwabny Szlak.
Naszą uwagę przyciąga zawieszony groźnie ponad 3000 m n.p.m na skraju pustyni otwierającej się na Doline Shyok - klasztor Diskit. Zrobił on na mnie i na naszej grupie największe wrażenie, jest to jeden z największych i najstarszych klasztorów Ladakhu, powstał w XIV w.
Po zwiedzeniu klasztoru udaliśmy się w dalszą podróż, zaczęło się już ściemniać, a nie ukrywam, iż podróżowanie tamtejszymi drogami o zmroku do przyjemności nie należy, drogi są bowiem bardzo wąskie i zawieszone nad urwiskami. Na szczęście do przejechania zostało tylko parę kilometrów i dotarliśmy na miejsce. Podróż, która liczyła 150 km trwała około 6 godzin.
Na miejscu naszego obozowiska przyjął nas gospodarz i zaprowadził do ogromnych dwuosobowych namiotów z łazienkami, które miały około 15 metrów kw., w sumie to takie małe domki.
Podano nam pyszną kolację i po raz pierwszy w Himalajach spotkaliśmy się ze szwedzkim stołem. Spędziliśmy miły wieczór z widokiem na góry. Drugi dzień to odwiedziny oazy z wielbłądami, relaks na pustyni i powrót tą samo droga przez Khardung-La do Leh.
Po powrocie do Leh, zajęliśmy się między innymi planowaniem kolejnego wypadu, tym razem zdecydowaliśmy się na wyjazd jeepem nad jezioro Pangong, które leży na wysokości 4300 m. n.p.m., jest to najwyżej na świecie położone słone jezioro, na pograniczu Chin 70% i Indii 30%. Wyjazd tam wiązał się z podróżą przez kolejną z najwyższych przejezdnych przełęczy na świecie, tym razem - Chang La 5360 m n.p.m., która bardziej skradła moje serce.
Po pierwsze, nie jest tak oblegana jak Khardung La, jest spokojniejsza, mija się mniej samochodów po drodze, co jest bardzo ważne zważywszy, iż droga prowadzi krętymi górskimi zboczami i każde wymijanie się z innym pojazdem jest nie lada wyczynem i dawką adrenaliny.
Co rusz na drodze napotykaliśmy znaki ostrzegające przed nadmierną prędkością, nie będę ukrywać, że są one opisane w zabawnej formie i ciągle ich wypatrywaliśmy. Muszę też przyznać, że mieliśmy świetnego kierowcę, który przez cztery dni obwoził nas swoim jeepem.
Zjazd z Chang La to już powolne oczekiwanie na jezioro i okrzyki zachwytu, kiedy ujrzeliśmy go po raz pierwszy. Kolor turkusowej tafli jeziora, na tle żółto-brązowo-czerwonych gór, wyglądał obłędnie. Kolejna wspaniała wycieczka którą gorąco polecam.
Po przyjeździe wspólna kolacja i nocleg w namiotach podobnych do tych w Nubrze. Noc była przepiękna z granatowym niebem i mnóstwem spadający gwiazd, akurat była to noc Perseidy, co chwilę wypowiadaliśmy marzenia u mnie królowało jedno – wejść na szczyt :)
Niedaleko nas tamtejsza młodzież paliła ognisko i bawiła się przy pięknej muzyce, która tego wieczoru nam również towarzyszyła. Nazwaliśmy ich „Shaolinowcy”, ponieważ nosili stroje takie same jak mnisi, prawdopodobnie byli to uczniowie jednego z tamtejszych klasztorów. Następnego dnia robiliśmy sobie wspólnie zdjęcia, my byliśmy ciekawi ich a oni nas.
To był piękny wieczór można by rzec wyjątkowy i bez zmartwień... ale mnie martwiło jedno, stan naszego auta. Kierowca ściągnął koło i długo grzebał w podwoziu, hmm myślę, że nie jeden Pan z bardziej cywilizowanego warsztatu złapał by się za głowę patrząc co on z tym kołem i samochodem robi, jakiego sprzętu używa;). Zbiegło się parę osób, podejrzewam, że to inni kierowcy i próbowali coś zaradzić. Na drugi dzień było widać, że z samochodem jest coś nie tak ponieważ nasz wspaniały kierowca pozwalał się wyprzedzać, czego wcześniej z nim jeżdżąc nie doświadczyliśmy.
Po wojażach zarówno do doliny Nubry jak i nad jezioro Pangong, aklimatyzacji powyżej 5 tys. i spaniu na wysokości ok. 4 tys. uznaliśmy że jesteśmy gotowi na trekking. Pogoda dopisywała, w Lehu było wręcz upalnie, miło było pomyśleć, że za chwilę przeniesiemy się w nieco chłodniejszy klimat.
Trekking rozpoczęliśmy z miejscowość Stok, to jest jakieś pół godziny jazdy samochodem od Leh. Trasa pierwszego dnia jest w miarę spokojna i łagodna, szło się fajnie, częściowo wzdłuż koryta rzeki, która dawała trochę ukojenia i powiewu chłodu.
Nie mieliśmy osła ani tragarza, więc cały dobytek potrzebny na 4 dni + 2 namioty targaliśmy na plecach. Nie ukrywam, że byliśmy jedną z nielicznych grup, która dźwigała wszystko na sobie.
Dziś stwierdzam, że niepotrzebnie. Oczywiście taki zamysł, że wszystko nosimy sami, mieliśmy od początku, takie poniekąd sprawdzenie siebie, ale jeśli miałabym teraz doradzić to lepiej wynająć osła, który odciąży nas od ciężkiego sprzętu typu raki, czekan, namiot.
Po około 6 godzinach dotarliśmy do campingu Mankarmo na wysokości 4380 m n.p.m. Na miejscu jest messa, w której można było zjeść, napoić się, porozmawiać z innymi osobami.
Osobiście indyjskie menu nie jest moim ulubionym, zdecydowanie za dużo kolendry;) Wieczór błogi, z polskimi rarytasami tzn. barszczyk z torebki, kiełbasa, chlebek a w oddali on - nasz cel, który z tej perspektywy i w tle zachodzącego słońca wydawał się być naprawdę groźną górą.
Na drugi dzień obudził nas odgłos dzwoneczków, okazało się, że to dzwonki osiołków, które niedaleko naszego namiotu miały postój w drodze do bazy.
Śniadanie, zwijanie namiotów i droga do Base Camp.
Góry w Himalajach Indyjskich bardzo się różnią od nepalskich, swoimi kształtami przypominają grzbiet smoka, pięknie mieniły się w słońcu, kolorami brązu, czerwieni, żółci i zieleni. Widoki cudowne a zarazem całkowicie odmienne od innych gór.
Ten dzień był dla mnie cięższy od pierwszego, po około 2-3 godzinach dotarliśmy do Base Campu na wysokości 4969 m n.p.m.
Ponownie rozbiliśmy namioty, zorientowaliśmy się w terenie, baza podobna do poprzedniej, głównym punktem była messa gdzie można było zakupić prawie wszystko (z wyjątkiem kleju ale o tym za chwilę), jest tam również możliwość wypożyczenia namiotów oraz raków.
Niestety w drodze do BC, Beatkę spotkała przykra przygoda, mianowicie odeszła jej podeszwa od buta. Podklejenie buta mocnymi taśmami, które ze sobą mieliśmy nie przyniosło efektu, taśma po dłuższym ocieraniu o kamienie po prostu się przecierała. Beatka szukała rozwiązania w messie, u przewodników, u innych trakersów. Niestety okazało się, że w bazie nikt nie posiadał kleju typu „super glue”, który tak naprawdę uratowałby sytuacje. To jest cenna nauczka na przyszłość, do tak zwanego niezbędnika należy również spakować szybkoschnący klej. Odchodząca podeszwa a w sumie to jej brak spowodował, że Beata nie była w stanie podjąć próby ataku szczytowego. Było nam z tego powodu bardzo przykro.
Po odpoczynku postanowiliśmy, że w takim wypadku w piątkę wyruszamy w stronę szczytu zaraz po północy. Położyliśmy się w miarę wcześnie aby trochę odpocząć przed wymarszem w górę, ale nie ukrywam, iż nie byłam w stanie zasnąć. Chyba emocje wzięły górę i już tylko oczekiwałam wyjścia. Około godziny 00:20 wyszliśmy z bazy i po przejściu jakiś 200 m na wysokość około 5100 m. Pola nasza najmłodsza uczestniczka nie do końca czuła się w formie, decyzja była szybka, schodzi z mamą z powrotem do bazy. My w trójkę podjęliśmy dalszą próbę zdobycia góry. Pierwszą cześć trasy zanim dojdzie się do lodowca wyznaczają co rusz ułożone małe kopczyki. Po około godzinie czasu od rozejścia się z dziewczynami, przeskoczyliśmy szczelinę w lodowcu, która jest wskazywana, jako najniebezpieczniejszy moment. Potem była mozolna praca każdego z nas ze sobą i wspinanie się coraz wyżej.
Odczuwałam zimno głównie podczas postojów, marzły mi palce u stóp, butami mocno uderzałam o śnieg lub skały, aby je ogrzać, wraz z pierwszymi promieniami i wschodem słońca robiło się cieplej i milej.
Po dojściu do grani pozostało nam jeszcze około godziny drogi na szczyt. To był piękny czas, ponieważ wewnętrznie już czułam, że dojdę do celu.
Wejście na szczyt to małe wypłaszczenie z mnóstwem modlitewnych chorągiewek. Po wejściu na szczyt, byłam najszczęśliwszą osobą na Ziemi. Ogromnie się wzruszyłam, poleciały łzy. Tego tak po prostu nie da się opisać, ale każdy kto walczy ze słabościami z samym sobą i spełnia swoje marzenie zapewne wie o czym pisze. Po prostu niesamowita chwila szczęścia. Wejście zajęło nam około 8 godzin. Po raz pierwszy byłam na takiej wysokości, wszystko inne było niżej, z jednej strony rozpościerał się widok na przepiękne pasmo Zanskar a z drugiej na pasmo Karakorum z K2 na czele przykryte chmurami.
Na górze obowiązkowa sesja zdjęciowa, powiesiliśmy chorągiewki które przyleciały z nami z wyprawy w Nepalu z wypisanymi naszymi imionami i datą wejścia. Dla Krzysia to również była najwyższa zdobyta wysokość, Ela była już wyżej zdobyła Pik Lenia 7134 m n.p.m.
Po jakimś półgodzinnym pobycie na górze zaczęliśmy schodzić. Po przejściu grani, zrobiło się bardzo ciepło, zaczęliśmy trawersować górę, niestety moja chwila braku skupienia spowodowało, iż zaliczyłam upadek i zjazd około 150-200 metrów w dół. Nie ukrywam, że trochę najadłam się strachu, na szczęście skończyło się tylko na obdarciu dłoni ze skóry, z którym borykałam się przez pół roku.
Przez mój upadek powrót się przedłużył, słoneczna pogoda spowodowała również, że zmienił się lodowiec, w wielu miejscach były niewielkie szczeliny i za bardzo nie wiedzieliśmy, w którym miejscu trzeba go bezpiecznie przejść. Widzieliśmy jednak, że za nami idzie przewodnik z japońskim turystą wiec poczekaliśmy na nich i wspólnie przeszliśmy to miejsce. Po przejściu lodowca, spotkaliśmy się z naszymi dziewczynami, które martwiąc się że długo nie wracamy wyszły nam naprzeciw. Gratulacjom nie było końca. To był piękny dzień, okraszony piwkiem, który Beatka dla nas zakupiła.
Tego samego wieczoru o 23:00 na szczyt z przewodnikiem wyruszyła ponownie Pola z Anią, udało im się zdobyć szczyt w wyjątkowo dobrym tempie i około godziny 10:00 były już z powrotem w bazie (dla porównania nam zajęło to około 4 godzin więcej).
Ogromy szacunek dla nich a zwłaszcza dla Polki, która miała ogromny zapał, determinacje i być może jest najmłodszą Polką, która zdobyła ten 6-cio tysięcznik, a nagrodą za ich trud był piękny widok na K2. Szkoda, że nie jest prowadzony dziennik wejść na Stok Kangri, tak ja czyniła to pięknie przez tyle lat Pani Elizabeth Hawley, kronikarka wypraw w Himalaje. Mielibyśmy wtedy pewność… aczkolwiek tak naprawdę to jest najmniej istotne.
Podsumowując wejście na szczyt to cała nasza piątka podczas podejścia czuła się bardzo dobrze, byliśmy dobrze zaaklimatyzowani. Pomimo naszego jakiegoś tam górskiego doświadczenia wiemy, że źle zaplanowaliśmy początek naszej wyprawy, dlatego tym bardziej doceniliśmy radę Sherpy Sonama i uważamy, że dzięki niemu udało nam się wyjść na szczyt w tak dobrej formie. Pamiętajcie aklimatyzacja najważniejsza!
Pozostało szczęśliwie zejść do Leh, po lekkim odpoczynku o godzinie 14.00 zaczęliśmy schodzić. To była bardzo długa droga powrotna, zmęczenie dawało znać o sobie. Tym razem wynajęliśmy osiołka, który wziął nasze namioty i cięższe rzeczy i około godziny 19-20 byliśmy w hotelu.
Emocje i zmęczenie wzięły górę, mieliśmy świętować urodziny Krzysia ale przenieśliśmy tę uroczystość na następny dzień i przysłowiowo padli na pyski do łóżek.
Kolejne dwa dni to zwiedzanie przepięknie położonych buddyjskich klasztorów:
Spituk -założony w XI wieku, znajduje się w nim gigantyczny posąg Kali.
Hemis - to największy i najbogatszy klasztor środkowego Ladakhu. Ufundowany w latach 30. XVII wieku przez króla Sengge Namgjala dla szkoły Drukpa.
Thikse - z XV wieku wzniesiony na szczycie wzgórza na wzór pałacu Potala w Lhasie. W klasztorze znajduje się największy w Ladakhu posąg Buddy Przyszłości – Maitrei, który zajmuje aż dwie kondygnacje a z dachu rozpościera się piękny widok na dolinę Indusu oraz pasmo Zanskar.
Pałacu Shey – wybudowany ok 1650 r, w którym do XIX wieku zamieszkiwała rodzina królewska. W pałacu znajduje się największa stupa w Ladakh, a jej wierzchołek wykonany jest z czystego złota.
Tylko dzięki położeniu w granicach Indii nie podzieliły one losu klasztorów w chińskiej części Tybetu i stoją nadal jak za czasów wiodącego tędy niegdyś Jedwabnego Szlaku.
Wieczorem rozpoczęliśmy świętowanie urodzin Krzysztofa i oczywiście oblewanie naszego sukcesu. Z tym oblewaniem musieliśmy się troszkę natrudzić, ponieważ rejon Lakdah zamieszkuje głównie ludność muzułmańska, co oznacza, że legalnie alkoholu nie uświadczysz nawet w restauracji (wyjątkiem była messa w BC;)). A tu przed nami takie dwie piękne uroczystości więc musieliśmy się nieźle nakombinować. Nie będę opisywać jak go zakupiliśmy dodam tylko, że chwilowo śmiesznie, chwilowo strasznie ale wieczór był nasz;)
Powoli zbliżał się czas wyjazdu, na ostatni dzień zostawiliśmy sobie do zwiedzenia Shanti Stupe, która została ufundowana w 1985 roku przez japońskiego mnicha Gyomyo Nakamura.
Jest ona położona na wzgórzu i rozpościera się z niej naprawdę przepiękny widok na całą dolinę Indusu z okalającymi ją białymi szczytami.
Jej biały kolor na tle błękitnego nieba i „naszej góry” dawał ukojenie i poczucie spokoju. I z takim spokojem, z planami na przyszłość, z radością w sercu wracaliśmy do Polski.
Nie mogę nie wspomnieć, o przepięknej panoramie widzianej z samolotu, podejrzewamy że to góra K2 a obok kolejne ośmiotysięczniki, do dziś zastanawiam się czy to Gaszebrumy a może Broad Peak?
Po lądowaniu w Delhi mieliśmy parę godzin na lot powrotny do Polski więc wykorzystaliśmy ten czas na zwiedzanie stolicy. Wynajęliśmy dwa tuk-tuki i na ile czas pozwolił zobaczyliśmy najciekawsze atrakcje Delhi: India Gate, Czerwony Fort, Park Gandhiego, Rajpath – Central Secretariat, czyli polityczne serce kraju.
Wyprawa się udała, cel osiągnięty, ekipa fantastyczna czy czegoś można chcieć więcej?
Tak, można. Więcej takich wypraw, w takim towarzystwie i w takim zdrowiu. A w głowie już marzenia o trekkingu wokół tej pięknej, majestatycznej góry, jedynej jeszcze niezdobytej zimą ;)
Małe podsumowanie: najlepszy czas na trekking oraz zdobywanie szczytu to koniec wakacji, początek jesieni. Naszym głównym celem było nie tylko zdobycie 6-cio tysięcznika, ale również poznanie kultury tybetańskiej. Ladakh jest głównie zamieszkały przez ludność pochodzenia tybetańskiego, ta część kraju bardzo różni się od Indii. Spotkaliśmy się z dużą życzliwością oraz bezinteresowną pomocą ze strony miejscowych. Na powitanie, na trasie wita się zwrotem Jullay ale zdarzyło nam się również usłyszeć ukochane przeze mnie słowa Namaste ( powitanie po nepalsku)
Całość wyjazdu organizowaliśmy sami, najważniejsze to kupić w miarę w dobrej cenie bilety na lot do Indii, a później do miejscowości Leh. Praktycznie cena biletu to połowa kosztów całego wyjazdu. Najlepiej już na początku roku szukać lotów nie tylko z Polski ale również z pobliskich lotnisk w innych krajach. Pomimo, iż co jakiś czas słyszymy niepokojące informacje odnośnie sytuacji politycznej w Kaszmirze, tam na miejscu nie czuliśmy zagrożenia ale również nie czuliśmy się w jakiś sposób przytłoczeni przez wojsko. Jednak za każdym razem wyjeżdżając z Leh napotykaliśmy na liczne punkty kontrolne.
Odnośnie permitów to mieliśmy je tylko sprawdzane w Base Campie przy opłacie za pole namiotowe. Jeśli chodzi o spanie i jedzenie to w samych Leh, jest mnóstwo hoteli, guest house oraz restauracji, które serwują zarówno lokalną kuchnię jak również i europejską.
Jeśli ktoś z Was myśli i marzy o zdobyciu sześciotysięcznika, i zetknięciu się z kulturą Tybetu to mam cichą nadzieję, że moja relacja troszkę go do tego przybliży.
Dziękuje moim kochanym towarzyszom podróży, bez których ten wyjazd nie byłby takim jakim był a w szczególności Ani za wspaniałe zdjęcia, które miedzy innymi wykorzystałam w publikacji.
Dziękuje Wam drodzy czytelnicy, że poświeciliście mi swój czas.































