Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Slajdowiska
    • Spotkania autorskie
  • Relacje
    • Europa
      • Albania
      • Austria
      • Bułgaria
      • Chorwacja
      • Czarnogóra
      • Czechy
      • Dania
      • Francja
      • Hiszpania
      • Holandia
      • Kosowo
      • Litwa
      • Luksemburg
      • Macedonia
      • Malta
      • Niemcy
      • Norwegia
      • Portugalia
      • Rosja
      • Rumunia
      • Serbia
      • Slowacja
      • Slowenia
      • Szwajcaria
      • Ukraina
      • Wegry
      • Wielka Brytania
      • Włochy
    • Polska informacje i fotorelacje
      • Forty i twierdze
      • Góry
      • Kolej
        • Parowozownie
      • Miasta
      • Miejsca wyjątkowe
      • Muzea
      • Podziemia
      • Polska na weekend
      • Skanseny w Polsce
      • Woda
      • Województwa
        • Dolny Śląsk
        • Kujawsko-pomorskie
        • Łódzkie
        • Lubelskie
        • Lubuskie
        • Małopolskie
        • Mazowieckie
        • Opolskie
        • Podkarpackie
        • Podlaskie
        • Pomorskie
        • Śląskie
        • Świętokrzyskie
        • Warmińsko-mazurskie
        • Wielkopolskie
        • Zachodniopomorskie
      • Zabytki sakralne
      • Zamki i pałace
    • Świat
      • Afryka
      • Ameryka Południowa
      • Ameryka Północna
      • Ameryka Środkowa i Karaiby
      • Antarktyda
      • Australia i Oceania
      • Azja
    • Schroniska Górskie
  • Filmy
  • Sprzęt
    • Polecamy
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Autorzy
    • Albin Marciniak
    • Karolina Zięba-Kulawik
    • Redakcja
  • Forum
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Kontakt
niedziela, 29 marca, 2026
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Slajdowiska
    • Spotkania autorskie
  • Relacje
    • Europa
      • Albania
      • Austria
      • Bułgaria
      • Chorwacja
      • Czarnogóra
      • Czechy
      • Dania
      • Francja
      • Hiszpania
      • Holandia
      • Kosowo
      • Litwa
      • Luksemburg
      • Macedonia
      • Malta
      • Niemcy
      • Norwegia
      • Portugalia
      • Rosja
      • Rumunia
      • Serbia
      • Slowacja
      • Slowenia
      • Szwajcaria
      • Ukraina
      • Wegry
      • Wielka Brytania
      • Włochy
    • Polska informacje i fotorelacje
      • Forty i twierdze
      • Góry
      • Kolej
        • Parowozownie
      • Miasta
      • Miejsca wyjątkowe
      • Muzea
      • Podziemia
      • Polska na weekend
      • Skanseny w Polsce
      • Woda
      • Województwa
        • Dolny Śląsk
        • Kujawsko-pomorskie
        • Łódzkie
        • Lubelskie
        • Lubuskie
        • Małopolskie
        • Mazowieckie
        • Opolskie
        • Podkarpackie
        • Podlaskie
        • Pomorskie
        • Śląskie
        • Świętokrzyskie
        • Warmińsko-mazurskie
        • Wielkopolskie
        • Zachodniopomorskie
      • Zabytki sakralne
      • Zamki i pałace
    • Świat
      • Afryka
      • Ameryka Południowa
      • Ameryka Północna
      • Ameryka Środkowa i Karaiby
      • Antarktyda
      • Australia i Oceania
      • Azja
    • Schroniska Górskie
  • Filmy
  • Sprzęt
    • Polecamy
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Autorzy
    • Albin Marciniak
    • Karolina Zięba-Kulawik
    • Redakcja
  • Forum
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Kontakt
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Forum
  • Relacje
    • Europa
    • Polska
    • Świat
  • Sprzęt
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Książka
  • Kontakt
Copyright 2025 - All Right Reserved
PRACE KONKURSOWE POLSKA

Poławianie dolnośląskich pereł – Praca Konkursowa

przez Redakcja 2019-03-31
Napisane przez Redakcja
Poławianie dolnośląskich pereł

Poławianie dolnośląskich pereł

 Poławianie dolnośląskich pereł

Joanna Czajka

Jedna z wersji opowieści o królu Arturze, gdy ją czytałam za młodu, była pierwszą książką, nad zakończeniem której zalałam się łzami. Również w późniejszych latach łykałam wszelkie przejawy materii bretońskiej i pokrewnych motywów jak młody pelikan. Ba! O mały włos zaciągnęłabym się swego czasu do bractwa rycerskiego…
…a dopiero niedawno postanowiłam wreszcie dotrzeć do tytułowej perły wśród polskich miejsc arturiańskich.

Bywając w Jeleniej Górze przejazdem, jakoś nigdy nie zdarzyło mi się zajechać do Siedlęcina. A to przecież tyle, co splunąć pestką od czereśni, tak blisko. Zwłaszcza że było się już i w Pilchowicach na zaporze, i w pałacu Lenno w pobliżu… Tym razem więc postanowiłam za główny cel obrać przesławną wieżę – bez żadnych wymówek, że przecież jeszcze tyle innych ciekawych miejsc jest tam dookoła (a jest sporo…).
Droga „do” jest z gatunku tych, które lubię najbardziej – z widokiem na coraz wyraźniej wyłaniające się górki. W takich okolicznościach przyrody na dalszy plan schodzi nawet jakość asfaltu pod kołami, a jednak wcale nie była najgorsza (jak się obawiałam). Dodając do tego rozbuchaną wiosenną zieleń, urokliwe zabudowania i ogólną atmosferę pogórza… No cud, miód i orzeszki.

01

A to nie wszystko, co okolica ma do zaoferowania… Wszak jedziemy przez Park Krajobrazowy Doliny Bobru. Rzeczkę ową od czasu do czasu widać wzdłuż drogi (aż prosi się o zwodowanie kajaka…), a na odcinku Czernica-Nielestno mamy do dyspozycji wspaniałą, dość wąską ścieżynę z baśniowymi widokami.

02

Napawając się tym wszystkim, prawie przeoczyłam skręt do wieży. Od strony Jeleniej jest łatwiej – ma się drogowskaz jak wół przed nosem – ale jadąc od północy, albo się wie, żeby skręcić koło sklepu na rozjeździe w prawo, albo – tak jak w moim przypadku – przejeżdża się przez całą miejscowość, wypatrując oczy, by dopiero, gdy się skończą domy, zatrzymać się i zastanawiać co dalej. Bo Siedlęcin za plecami, a wieży coś nie ma… Na szczęście postój zarządziłam na kolejnym rozjeździe, pod byczym drogowskazem kierującym do Perły Zachodu (czyli po sąsiedzku z wieżą) i po smętnym rzuceniu okiem na tablice krajoznawcze w poszukiwaniu wskazówek, spojrzałam jeszcze bez nadziei przez ramię, a tam – JEST! Na brązowej, niedużej tabliczce: że wieża książęca to tam, prosto. No, to jesteśmy w domu… Potem już z górki – dosłownie – ku wieży, którą teraz z grubsza widać nad drzewami. Oczywiście znów o mało co nie zapędziłam się za daleko, widząc przed sobą ładny kratownicowy mostek, a to właśnie tuż przed nim należy odbić ostro w prawo, by znaleźć się od razu na dziedzińcu przed wieżą.

03

Przed bramą zwraca uwagę okazała, powykręcana lipa, o której krążą legendy. Konkretnie dwie. Jedna romantyczna, o miłości driady do mistrza malarskiego, zazdrosnym mężu i tragicznym końcu tej historii, a druga z dreszczykiem – o złej dziedziczce, zwanej siedlęcińską Zmorą, nieprzychylnej ludziom za życia, ale i… po zejściu z tego świata. Brr…

Po wejściu w progi wieży, chciałoby się z rozpędu biec od razu ku głównej atrakcji, ale najpierw należy udać się w lewo, celem pozyskania biletu. Zresztą może nie tylko – kasa jest bogato zaopatrzona w literaturę i pamiątki, a gospodarząca tu pani z chęcią opowiada o dziejach wieży i tym, co obecnie się odbywa w jej cieniu. A dzieje się sporo – cyklicznie organizuje się tu targ lokalnych produktów rolnych „Górskie Smaki”, zdarzają się warsztaty (np. malowania miniatur) i wiele innych ciekawych przedsięwzięć. Warto więc zaglądać na świetnie prowadzony facebookowy profil, pełen ciekawostek o malowidłach siedlęcińskich i pokrewnych, informacji z „życia” wieży i chyba o wszystkim, co arturiańskie.

04

Wróćmy tymczasem do zwiedzania. Naprzeciwko kasy jest mała salka z ekspozycją tutejszych wykopalisk, a obok kolejna – z odsłoniętymi fundamentami. Wszystko jak na dłoni, archeologia na żywo. Następnie, pokonawszy mały dziedziniec, wchodzimy do wieży „właściwej”. W poszukiwaniu ochłody warto zejść do piwnic, a w ramach rozgrzewki przed głównym daniem, w dolnej sali witają nas nastrojowe dźwięki filmu o etapach budowy i rozbudowy wieży oraz dalsze eksponaty z tutejszej ziemi.
Wszystkiemu towarzyszy ten specyficzny zapach starego drewna. I to nie jakiegoś tam pierwszego lepszego, lecz najstarszych zachowanych w Polsce drewnianych stropów (niedawno stuknęła im siódma setka).

05

I wreszcie, po odpowiednim narobieniu sobie smaku, można iść wyżej. W zaciemnionej sali światło pada głównie na jedną ścianę, wydobywając kolory z najstarszych w naszym kraju malowideł o tematyce świeckiej. W ich przypadku handlarskie określenie „jedyne takie” byłoby w zupełności uzasadnione. Nie ma na świecie innych – opowiadających o sir Lancelocie – które zachowałyby się w miejscu swojego powstania. Istny cud, że te tutaj przetrwały. Znając losy innych dolnośląskich zabytków…

06

Niesamowita rzecz, zobaczyć z bliska i móc niemalże dotknąć tego, co powstało przed tyloma wiekami i poruszało wyobraźnię tylu… Choć w sumie to samo można by powiedzieć po wejściu do pierwszego lepszego kościoła 😉 No, ale jeden lubi księdza, drugi księdza Kaśkę. Mnie porusza akurat coś takiego. Może przez tę unikatowość, może przez tego księcia, który wolał mieć na ścianie przygody baśniowego rycerza, zamiast baśniowych dwóch facetów z gołębiem… Każdy zobaczy tu, co mu wyobraźnia podpowiada i chyba to jest najlepsze. Nawet jeśli od niektórych teorii książę przypuszczalnie przewraca się w grobie 😉

07

08

Wieżę można zwiedzić do samej góry, aż do czwartej kondygnacji, a ze strychu widać piękne krajobrazy oraz wijący się tuż obok Bóbr i malutką przystań – czyli dobrze mi się wydawało, da się tu przypłynąć kajakiem!

– – – – – – – –

Druga perła to oczywiście gościniec „Perła Zachodu” – dawniej schronisko PTTK – wraz z przyległościami w postaci pięknej drogi dojazdowej wzdłuż Jeziora Modrego i przecinającego ów zbiornik zabytkowego mostka. Choć dla niezmotoryzowanych pewnie bardziej kusząca będzie trasa spacerowa z Jeleniej Góry przez Borowy Jar, z racji widoków i malowniczych skałek. Jednak również asfaltowy dojazd gwarantuje wspaniałe widoki, a dodatkowo z tej strony zobaczyć można niedużą zaporę przy elektrowni Bobrowice.
Budynek schroniska wyłania się parę zakrętów dalej i dzięki drewnianym „szatkom” sprawia przytulne wrażenie. Dopiero gdy wdrapiemy się na kamienną wieżyczkę przy nim lub udamy się na taras z drugiej strony, widać w jak spektakularnym miejscu zostało zbudowane.

09

Mój plan zakładał obiad z widokiem, ale trafiłam akurat na przygotowania przedweselne i kuchnia już nie wydawała strawy dla turystów. Mimo ciepłej aury, wzięłam więc w garść wszystkie graty (ach, uroki motocyklowych wycieczek…) i podążyłam milionem schodków w dół, za nic mając, że wrócić trzeba będzie tą samą drogą. Widoki są tego warte.

10

11

Za mostkiem można pójść ścieżką dalej w las, brzegiem jeziora, ale oparłam się pokusie trekkingu. Zobaczyłam co chciałam. Perły pozbierane.

12

Podsumowując – droga, kierunek i pora roku zgrane idealnie. Tyle cudnych zakrętów, zakręcików – takich nie za bardzo, lecz w sam raz… Tyle mleczy, zieleni i majowości (i rzepaku)… No bajka. Szkoda tylko, że bez smoków 😉

2019-03-31 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
PRACE KONKURSOWE ŚWIAT

Spotkanie w ugandyjskim lesie Bwindi – praca konkursowa

przez Redakcja 2019-03-31
Napisane przez Redakcja
Spotkanie w ugandyjskim lesie Bwindi

Spotkanie w ugandyjskim lesie Bwindi

 Spotkanie w ugandyjskim lesie Bwindi

 Ewa Bąchor 

 

01

 

Na początek obowiązkowe szkolenie. Szkolenie z savoir vivre, sposobu poruszania się i współpracy między nami. Czterdziestominutowy instruktaż tego co możemy, czego nie możemy lub co może się nam przydarzyć. Jest też czas na sprawdzenie naszego stanu zdrowia! Nie, to nie jest szkoła dobrych manier, ani kurs przygotowawczy do pracy w dyplomacji. To obowiązkowe szkolenie dla każdego z uczestników chcących stanąć oko w oko z gorylami. Gorylami wysokogórskimi. Jesteśmy w dżungli, wilgotnym lesie deszczowym. Deszczowy las jest bowiem pełen owadów, płazów, gadów, innych „żyjątek” i roślin, stanowiących ogromne zagrożenie dla człowieka, który nie ma odpowiednio osłoniętego ciała. Dowiadujemy się też, że w deszczowym lesie żyją duże zwierzęta, np. słonie leśne. Dostajemy jasne, proste, wręcz żołnierskie instrukcje jak należy się zachować. A dokładnie mówiąc…. jak zachowywać się nie należy. A mianowicie nie należy się zachowywać się głośno ani też wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Nie należy się zbliżać do goryli zbyt blisko, tylko na tyle, na ile pozwolą nam na to traperzy i same goryle. Nie należy dotykać goryli, choć zakaz ten nie obowiązuje samych goryli. Mają prawo one mianowicie całkowite prawo nas głaskać, poklepywać itp. I wówczas, absolutnie nie możemy reagować zbyt szybkimi ruchami, ani gwałtowną ucieczką. W zasadzie goryli żadne zakazy nie dotyczą. Jesteśmy też pouczani, że jeśli komuś zechce się np. kichnąć w obecności goryli, trzeba obowiązkowo odwrócić głowę. Zakazano nam też używania lamp błyskowych przy robieniu zdjęć. Dowiadujemy się również, iż potężne goryle (samce mogą osiągać nawet do 200 kg wagi!) nie są wobec ludzi agresywne. No i są wegetarianami więc ludzie nie interesują ich jako posiłek:) Uff, cóż za ulga. No czuję się zupełnie bezpieczna….Przed wyruszeniem pozostaje jeszcze sprawdzenie naszego stanu zdrowia. Jest to raczej subiektywna ocena rangera, będącego naszym przewodnikiem, który patrzy na nas i okiem mędrca pozwala nam na uczestnictwo w wędrówce. Nawet katar jest podstawą do odmowy uczestnictwa. Katar dla goryli, z wizytą do których się wybieramy, może być śmiertelny….

Wyruszamy. Początkowo nie jest ciężko. Nawet pomyślałam, że tak dużo mówiono mi o tym trudzie i błocie, jak to jest ciężko, a tu proszę całkiem przyjemna wędrówka. Co prawda jest ciepło i wilgotno, ale idziemy przez zacienione obszary. Z minuty na minutę szlak staje się coraz trudniejszy. Szlak, to dużo powiedziane. Posuwamy się krok po kroku za naszym przewodnikiem, który maczetą wyznacza ścieżkę.

2

Jesteśmy wszyscy przygotowani i odpowiednio ubrani do tak trudnej drogi. Niemniej jednak opowieści o trudnym trekkingu nie są przesadzone. Po 40 minutach jesteśmy kompletnie przemoczeni, ubłoceni i spoceni. Przez następne 2 godziny warunki bynajmniej nie zmieniają się na lepsze. Czuć za to atmosferę oczekiwania, podekscytowania – że jeszcze chwila, jeszcze trochę, jeszcze kilka metrów i zobaczymy goryle. W takim „mało wyjściowym” stanie nagle zdaję sobie sprawę z tego co widzę. SĄ!! Mimo zmęczenia, zaczynamy niemal biegiem pokonywać ostatni odcinek dzielący nas od wskazanego przez naszego przewodnika miejsca. Widzimy je! Naprawdę są! Cała rodzina!

3

 

W odnalezieniu rodziny pomagali tropiciele. Pracownicy parku narodowego Bwini, którzy szli przed nami aby odnaleźć ślady rodzin goryli i wskazać rangersom, gdzie mieli iść. Goryle zostawiają bowiem wyraźne znaki swojej obecności w danym miejscu: to odchody i ślady. Oraz „gniazda” na drzewach – choć te zwierzęta prowadzą naziemny tryb życia, to śpią na drzewach, w zbudowanych przez siebie legowiskach. Abyśmy mogli ich podziwiać wspięliśmy się na wysokość 2500 m.n.p.m. Pozwolono nam podchodzić do goryli nawet na odległość metra. Bez strachu, bo główna agresja, jaką możemy u tych zwierząt zobaczyć nie dotyczy ludzi, tylko jest podyktowana wewnętrznymi w stadzie walkami między samcami: o terytorium czy samice. Jednak i to nie są walki na śmierć i życie, kończą się zazwyczaj niewielkimi ranami. Często wystarczającym „atakiem” w walce o hierarchię jest porykiwanie, pohukiwanie czy znane z filmów uderzanie się goryli w pierś. Niemniej jednak przegrane samce zostają wykluczone ze stada i odsunięte na margines rodziny. To dla wykluczonych osobników jest wielkim dramatem. O tym też nam opowiedziano. W każdym razie ludzie – jeśli tylko zachowują się w obecności goryli spokojnie – nie mają się czego bać. Nie zmieniło, to jednak poczucia przepełnionego szacunkiem wobec tych olbrzymów, które towarzyszyło mi przez cały czas trwania spotkania.

4

Cała rodzinka goryli na wyciągnięcie ręki.

5

Serce mocno bije, do oczu napływają łzy wzruszenia i poruszenia. Mega metafizyczne chwile. Patrzę, patrzę i napatrzeć się nie mogę! Ta wyczekiwana rodzina goryli to raczej harem: piękny samiec, kilka samic, stadko dzieci i „dziadek” – wyraźnie stary „pan goryl”.

6

Dopiero po dłuższej chwili dostrzegam jeszcze jednego osobnika. Jest on bowiem w pewnej odległości od stada. Dowiadujemy się, że to odsunięty przez rodzinę samiec, który przegrał walkę o przywództwo i samicę. Jest wyraźnie smutny, przygnębiony… To przykry widok. Jednak takie są prawa natury tego gatunku. Jedyne, co możemy zrobić to przyjąć do wiadomości, że tak w świecie goryli jest. W duszy liczę na to, że odrzucenie samca przez stado nie będzie trwać wiecznie. I że „smutas” powróci na łono rodziny.

7

A obraz tej szczęśliwej, gorylej rodzinki, jest niesamowity! Dorosłe osobniki kręcą się po leśnym „domu”, przeżuwają zerwane z drzew gałązki i z troską doglądają rozbrykanych maluchów.

8

Dzieciaki są przesłodkie! Szaleją na polanie, zaczepiają innych członków stada i siebie nawzajem. Nagle… podbiegają także do nas! Klepią nas po udach, jakby chciały wybadać czy mamy ochotę na wspólną zabawę. Pewnie, że mamy! Ale mamy też w pamięci wytyczne ze szkolenia, których nie wolno nam ignorować. Musimy więc postępować tak, aby goryle w żadnym wypadku nie mogły oswoić się z człowiekiem. Pozostaje nam jedynie obserwowanie tego cudu, jakim są dziko żyjące goryle. Patrzymy więc jak maluchy wspinają się na drzewa albo łażą po grzbiecie mamy. Wkładają palce do oczu dziadkowi, który ze stoickim spokojem tylko wzdycha. Zupełnie jak w rodzinie ludzi, podczas leniwego niedzielnego popołudnia… Podczas wyprawy mieliśmy możliwość przebywania z gorylami tylko przez godzinę. Ale niesamowitą godzinę! Jedyną taką w życiu. Goryle pozwoliły nam bowiem oglądać siebie bez skrępowania, odganiania nas, nie ukrywając żadnych tajemnic ze swojego życia. Zachowywały się swobodnie, akceptując naszą obecność. To było niezwykłe, metafizyczne wręcz przeżycie! Wzruszający widok małych, brykających gorylątek napawał nadzieją, że może nie będzie tak źle i plan ochrony goryli wysokogórskich przyniesie efekty?

9

Godzina mija szybko, zbyt szybko chciałoby się powiedzieć. Czas wracać. Byłam przekonana, że dojście do lokum goryli było wyzwaniem. Nic bardziej mylnego. Zejście, może nie jest tak bardzo wymagające kondycyjnie, ale jest z pewnością dużo bardziej niebezpieczne. Jest mordercze. Znów przedzieramy się przez dżunglę, schodząc po stromych zboczach, które są już tak zabłocone, że grzęźniemy po pas. I jest niewiarygodnie ślisko. W zasadzie, gdyby nie przeszkadzające drzewa, można było się pokusić o wyścigi w ślizgu na pupie w dół na czas. Niektórzy z naszej grupy spróbowali tego rozwiązania, przyspieszając zejście. …….Zejście jest bardzo ciężkie, ale adrenalina i przeżycia jakie mieliśmy nie pozwalają na zmęczenie i marudzenie. Po powrocie do obozu czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka. Zasłużony odpoczynek oraz pamiątkowe dyplomy.

 

10

Po wizycie wielokrotnie wracałam do tamtego trekkingu. Za każdym razem zdumiewa mnie jak metafizycznym przeżyciem było spotkanie z gorylami. Rozumiem, podziwiam i doceniam pracę Dian Fossey, i założonemu przez nią Gorilla Fund International, dzięki efektom ich pracy czemu mogłam oglądać goryle w naturalnym środowisku. Spotkanie, które było spełnieniem moich marzeń i którego pewnie długo nie zapomnę.

2019-03-31 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Różne media

wielki pożar na Uroczysku

przez Redakcja 2019-03-31
Napisane przez Redakcja
Wielki pożar łąk i krzewów na terenie Uroczyska Górka Pychowicka

Wielki pożar łąk i krzewów na terenie Uroczyska Górka Pychowicka

 Wielki pożar Uroczyska Górka Pychowicka w Krakowie

Wielki pożar na terenie Uroczyska Górka Pychowicka. Pożar szybko się rozprzestrzeniał, na co wpływ miała słoneczna pogoda i wiatr. Słup dymu widoczny był z wielu kilometrów. Także tysiące osób wypoczywających pod Wawelem, mogły odnieść wrażenie że to płonie coś na Zakrzówku. Wielkie łąki i lasek pomiędzy ulicą Tyniecką, Skotnicką i Winnicka, to obszar gdzie nie ma możliwości wjazdu ciężkim sprzętem jakim są wozy Straży Pożarnej. Tym samym gaszenie pożaru było mocno utrudnione i w zasadzie ograniczało się do powstrzymywania dalszego rozprzestrzeniania ognia. Na drodze pożaru znajdowały się zabudowania od strony ulicy Winnickiej. Głupota i nieodpowiedzialność mogły doprowadzić do jeszcze większej tragedii. Większej, bo w płomieniach spłonęło nie tylko wiele hektarów łąk, krzewów i kawałek lasu, ale w płomieniach zginęło wiele małych zwierząt i owadów. Owadów dzięki którym funkcjonuje ekosystem a to dzięki niemu żyjemy i my…

 

pożar łąk w Krakowie 3

wielki słup dymu widoczny był spod Wawelu i sprawiał wrażenia źródła ognia na wysokości Zakrzówka

 

pożar łąk w Krakowie 5

dym widoczny od ulicy Tynieckiej

pożar łąk w Krakowie 7

Uroczysko Górka Pychowicka

pożar łąk w Krakowie 8

akcja straży od ulicy Tynieckeij

pożar łąk w Krakowie 9

nie sposób rozwinąć kilometra węży …

pożar łąk w Krakowie 13

ogień pojawia się w wielu miejscach…

pożar łąk w Krakowie 15

Na terenie Małopolski nie ma ŻADNEGO samolotu czy śmigłowca do gaszenia pożarów z powietrza…

pożar łąk w Krakowie 30

wchodzenie wgłąb płonącej łąki to igranie z włąsnym życiem ….

pożar łąk w Krakowie 31

pożar łąk w Krakowie 32

pożar łąk w Krakowie 36

pożar łąk w Krakowie 37

pożar łąk w Krakowie 38

pożar łąk w Krakowie 39

pożar łąk w Krakowie 40

pożar łąk w Krakowie 42

pożar łąk w Krakowie 43

pożar łąk w Krakowie 45

pożar łąk w Krakowie 47

pożar łąk w Krakowie 48

pożar łąk w Krakowie 50

pożar łąk w Krakowie 51

pożar łąk w Krakowie 54

Spłonęło wiele hektarów łąk, krzewów i kawał lasu. Słonęło wiele drobnej zwierzyny która nie zdążyła uciec przezd szalejącym ogniem. Spłonęło wiele owadów. Powstała wielka ilość dwutlenku węgla… Mogło spłonąć kilka domów i mógł także ktoś zginąć… Przez głupotę. Nie wydaje mi się by to był przypadek. Takich podpaleń corocznie jest w Polsce wiele tysięcy. A kary ? To mandaty groteskowo niskie jeżeli już kogokolwiek dosięgną, a czyn zbyt lekceważony przez organa ścigania i wymiar sprawiedliwości.  Czas to radykalnie zmienić.  

2019-03-31 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
PRACE KONKURSOWE ŚWIAT

Podróż życia Polska – Izrael – praca konkursowa

przez Redakcja 2019-03-30
Napisane przez Redakcja
Izrael

Izrael

 Z pamiętnika podróżnika
Podróż życia Polska – Izrael

Anna Popieko

Nadchodzą Was czasami spontaniczne, szalone pomysły. Znacie to uczucie ekscytacji i nadchodzącej przygody. Ta podróż należała właśnie do tego typu przeżyć. Pomysł na spędzenie ferii w ten sposób narodził się pod wpływem spontanicznego pomysłu i chwili czasu spędzonego przy komputerze. Trochę szukania i naszym oczom ukazał się intrygujący Izrael.

27.01

    Dziś nastał oczekiwany dzień wylotu. Odprawa na lotnisku przeszła niespodziewanie szybko i bezpiecznie. Jak na machnięcie różdżką po kilku minutach znaleźliśmy się przy naszym samolocie. W samolocie okazało się, że nie siedzimy z tata obok siebie. No cóż. Ja udałam się do pierwszego rzędu od strony okna. Moim towarzystwem podczas podróży okazali się śmieszni panowie z Polski. Widać, że pili coś procentowego przed wylotem. Opowiadali zabawne żarty i ciekawe historie, więc czas upłynął niespodziewanie szybko. Pozwoliłam sobie jeszcze na odrobinę przyjemności i relaksu przy filmie. Koło 20.00 wylądowaliśmy na lotnisku w Ovdzie. Było ono bardzo przytulne, malutkie i urocze.
W odróżnieniu od Modlina, nie było tam żadnych sklepików, jedynie wygodne, puszyste kanapy i ozdobne wodopoje. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, świeże powietrze owiało nasze twarze, a naszym oczom ukazał się niesamowity widok pal, piasku i wielbłądów. Niebieskim autobusikiem udaliśmy się do naszego miejsca docelowego – Ejlatu. Po dotarciu na dworzec przespacerowaliśmy się jeszcze po malowniczej okolicy i poszliśmy za głosem żołądków, aby spróbować regionalnych specjałów.
Tutejszy kebab to coś wspaniałego. Smaku hummusu i falafeli nie można porównywać do tych u nas, te są o wiele lepsze. Po prostu niebo w gębie. Oprócz tego obsługa uśmiechnięta, żartobliwa i pomocna, mimo późnej godziny. Potem odetchnęliśmy chwilkę siedząc na pięknych drewnianych ławeczkach i ruszyliśmy do hotelu. Pokoik był malutki, ale czysty i dobrze zorganizowany. Z naszego okna rozpościerał się niesamowity widok na morze. Po dość długiej i męczącej podróży poszliśmy spać.

 

1

2

 

28.01

    Dzień dobry kochani. Zaraz, zaraz, ale czy to na pewno jest poranek. Nie, nie to już południe. Czasem wygodne łóżko i promyczki azjatyckiego słoneczka sprawiają, że człowiek zatraca się w odpoczynku. Pełni energii i pozytywnego nastawienia ruszyliśmy w miasto. Pierwszym punktem na naszej dzisiejszej mapie był sklep. Chcieliśmy rozeznać się w lokalnych produktach. Okazało się, że można zauważyć tu spory wkład Amerykanów jak i lokalnej produkcji. Pordukty były zupłnei inne niż w Polsce. Niestety ceny także odbiegały od naszych standardów. Butelka 1,5 l wody kosztowała na przykład 6 zł. Skosztowaliśmy lokalnych pizzo-cebularzy zakupionych w piekarni. Dodane miały śmieszne warzywom, które wyglądało jak chmiel i byłko lekko goszkawe w smaku. Temperatura sięgała 20 stopni. W środku zimy przechadzaliśmy się w samych T-shirtach. Oglądaliśmy przepiękną, kolorową nadmorską roślinność, liczne palmy i drzewka bambusowe. Wypatrywaliśmy słodziutkich kotków, które stanowiły sporą część tutejszych zwierząt. Drogi w miasteczku były bardzo zadbane, a każde rondo inaczej przyozdobione. Na ulicach było niestety trochę śmieci. Miasteczko przemysłowe, na każdym kroku były, więc liczne sklepy i fabryki. Pchani przez powiew nadmorskiej bryzy poszliśmy na plażę. Piękne, ciepłe Morze Czerwone odbijało się o brzeg skalistego wybrzeża. Cos cudownego. Oczywiście nie można zapomnieć o ogromnych, czerwonych górach w tlę. Moczyliśmy stopy w tej przejrzystej, czyściutkiej wodzie, spacerowaliśmy piaskiem wzdłuż złocistego wybrzeża i robiliśmy mnóstwo zdjęć. Nigdzie się nie spieszyliśmy, odpoczywaliśmy i cieszyliśmy się tutejszym klimatem. Okoliczne hotele tętniły życiem bogaczy całego świata. Były wielkie i luksusowe. Skoro są bogaci ludzie, to nie mogło również zabraknąć galerii i sklepów. Bardzo zaskoczyły mnie niewyobrażalnie niskie ceny perfum w drogeriach. Wieczorem odebraliśmy auto z wypożyczalni. Zrobiliśmy sobie tak zwane safari po okolicy. Wieczorkiem pograliśmy jeszcze w karty przy nadmorskim brzegu i spałaszowaliśmy masło orzechowe i hummus (W Izraelu te produkty są naprawdę godne polecenia). Ten wspaniały dzień zakończyliśmy maratonem filmowym w hotelu. Poszliśmy spać dosyć wcześnie, gdyż następnego dnia mieliśmy w planach wczesne wstanie.

 

3

4

 

29.01

    Budzik na 5.00. Dryń, dryń, dryń!!! Wstawaj śpiochu!!! Otwórz oczka, światło zgaś, słońce wstanie jak na znak. Szybko, szybko zbieraj się, bo przygoda czeka cię. Nie mruż oczu, czapkę włóż lub kapelusz pełen róż. Wsiądź do auta, zapnij pas, ruszaj prze pustyni pas. Kilometrów trochę jest do przebycia w urlop ten. Nikt nie płacze, nie marudzi, kiedy kamel głowę sobie studzi. My po drodze oglądamy i zabytków wciąż szukamy. Wprost z Ejlatu ruszyliśmy przez piękne, malownicze drogi. Dookoła nas rozciągały się przepiękne góry o formacji pustynnej. Miały piękny czerwono-złoty kolor. Mijaliśmy liczne oazy palmowe z wielbłądami, pustynne liski. Naszym pierwszym celem podróży był punkt obserwacyjny z widokiem na Crater Ramon. Powiem tak czegoś takiego to ja w życiu na własne oczy nie widziałam. Po prostu cudo. Dolina, przez którą rozciągały się liczne, piaskowe dróżki otoczone górkami i skałami. Cały teren był bezludny i przestronny. Porobiliśmy krajobrazowe zdjęcia, nagrywaliśmy też vloga i kontemplowaliśmy na łonie natury. Następnie krętą serpentyną przedostaliśmy się do plaży położonej przy Morzu Martwym. W kostiumach kąpielowych i klapkach rozłożyliśmy się na brzegu.

    Daliśmy nura w morską głębine. Środek zimy, rozumiecie to. Dryfowaliśmy po słonej, oleistej tafli i korzystaliśmy z leczniczej działalności minerałów. Sól zostawała na każdym fragmencie ciała i nie chciała się odczepić. Po kąpieli zajechaliśmy jeszcze do najniżej położonego punktu na kuli ziemskiej. Dalsza część drogi do Jerozolimy przeszła w pełnym skupieniu i spokoju. Po drodze zatrzymaliśmy się tylko na stacji benzynowej. Uwaga, bo w tym kraju gaz można tankową jedynie przy użyciu karty płatniczej w samoobsługowym terminalu. Do Jerozolimy dotarliśmy w godzinach szczytu i przyznam szczerze, ze kilkadziesiąt dobrych minut postaliśmy w korkach. Roślinność tutaj była już nieco mniej stepowa. Z gleby wyrastały liczne, zielone krzaki. Gdzieniegdzie rozpościerały się tez przestronne baobaby. Samochód zaparkowaliśmy w galerii, gdyż znajdujący się tam parking był najbardziej przestronny i tani. Obeszliśmy mury starówki dookoła. W przelocie zerknęliśmy na bramę Dawida. Potem ruszyliśmy na południe, okrążając dzielnic ormiańską. Na samą starówkę weszliśmy przez wrota bramy Syjońskiej. Cały teren był bardzo zadbany. Wszędzie można było dostrzec rękę ogrodnika. Na murach mających około 3000 lat nie widać było zaniedbania i upływu wieków. Cały teren był zagospodarowany pod turystów. Liczne stragany, sklepiki, restauracje i puby. Każdy zachęcał, aby to właśnie u niego wydać swoje szekle. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od dzielnicy żydowskiej. Poszliśmy wzdłuż urokliwego Bizantyjskiego Cardo – murów, które historia sięgają starożytnego Rzymu. Następnie na północny-wschód poprzez kolorowy targ, na którym niejednokrotnie się zgubiliśmy, aż do Ściany Płaczu. Widok milionów ludzi o licznych wyznaniach modlących się w jednym miejscu był imponujący. Podążaliśmy wielkim placem zakończonym Bramą Gnojną, przez którą wyszliśmy poza mury starówki. Następnie przez spory kawałek spacerowaliśmy przez otaczające ścieżki. Idąc, obserwowaliśmy Górę oliwną, cmentarz żydowski oraz liczne kościoły i cerkwie. Największe wrażenie wywarła na mnie prawosławna świątynia, której kopuła połyskiwała w słońcu. Bramą Lwów weszliśmy do części muzułmańskiej. Wstąpiliśmy do uroczego kościoła św. Anny, aby w ciszy i skupieniu powierzyć swoje intencje Bogu. Po chwili przeszliśmy do dzielnicy chrześcijańskiej. Tutaj widzieliśmy kościół Odkupiciela, Golgotę i liczne katolickie miejsca kultu. Dla uwieńczeni naszego spaceru wstąpiliśmy do Bazyliki Grobu Pańskiego. Nasze zwiedzanie skończyliśmy na bramie Jaffa. Wcześniej udało nam się zakupić jeszcze piękne pamiątki i uliczne jedzonko. Podsumowując Jerozolimę uważam za piękne miejsce, które warto zobaczyć. Jedyne, co mnie zniechęciło to zbyt wielka komercjalizacja i brak strefy sacrum. Mieliśmy jeszcze odrobinę sił, wiem udaliśmy się oświetloną droga w kierunku Betlejem. Bez problemu przekroczyliśmy granice i od razu znaleźliśmy się w Palestynie. Po zaparkowaniu weszliśmy do bazyliki Narodzenia Pańskiego, która była bardzo monumentalna. Obeszliśmy tez ryneczek. Z powodu nawigacji, która nie potrafiła wyprowadzić nas z Betlejem, krążyliśmy przez dobre 30 minut. W drodze powrotnej na granicy czekała nas kontrola. Przebiegła na szczęście szybko i sprawnie. Droga powrotna to był koszmar. Szczerze mówią dbałam się, że w ogóle nie wrócimy do Ejlatu. Nawigacja, co chwilę myliła trasy i gubiła otaczające nas miejsca, po drugie nie mieliśmy paliwa, a terminale nie czytały naszej karty, po trzecie byliśmy już bardzo zmęczeni. Ostatecznie udało nam się bezpiecznie dotrzeć do domu i nie zostaliśmy zaatakowani przez żadne plemię. Weszliśmy do pokoju i od razu poszliśmy spać. Ten dzień był bardzo intensywny, pełen atrakcji i przeżyć, których nie zapomnę do końca życia.

 

5

6

 

30.01

    Odsypianie wczorajszego dnia było bardzo przyjemne, nieco czasochłonne, ale to nic. Dzisiejszy, kolejny, piękny zdjęć w Izraelu był dla mnie całkowita niespodzianką. Nie wiedziałam, co będziemy robić, w jakim kierunku podążać. Nie rozczarowałam się na szczęście. Wręcz przeciwnie to, co zobaczyłam dzisiaj na długo zostanie w moim sercu i głowię. Kręta droga do Czerwonego Kanionu to było coś. Powiem wam szczerze, że takich skał i gór to ja nawet nie byłam w stanie sobie wyobrazić. Liczne kolory skał. Od czerwonych, przez różowe i fioletowe. Formy skalne, w których każdy mógł odnaleźć cząstkę siebie. Wspaniałe wspinaczki. Miejsce idealne na park linowy, robienie zdjęć oraz kręcenie filmów. Mogłabym tam spędzić cały dzień. Czułam się zachwycona, tym, co widziałam. Na niebie nie było ani jednej chmury, a temperatura na prawdę nas rozpieszczała. To nie było wszystko na dzisiejszy dzień. Po drodze do następnego cudu wstąpiliśmy do piekarni. Kolejne przysmaki, które pieściły dzisiaj nasze podniebienia to calzone z przyprawami na wierzchu nadziewane warzywami oraz smaczne czekoladowe rogaliki. Następnym punktem wyprawy był Timna Park. Nie no, tego to się po prostu nie da opisać. Wielki rezerwat krajobrazowy. Wszystko zrobione troszkę w formie safari. Jeździliśmy samochodem i obserwowaliśmy piękno natury. Co chwile dostrzec można było liczne punkty widokowe. Przepiękne formacje skalne o różnorodnych kolorach oraz kształtach rozpieszczały nasze oczy. Każda z nich miała nazwę. Od Lwiej Głowy, przez Salomonowe Palce, aż po Grzybki. Do każdej atrakcji prowadziły także szlaki rowerowe oraz turystyczne. Fascynujące dla mnie były również elementy z parku linowego umieszczone miedzy skałami. Cała trasa zajęła nam około trzy godziny. Na sam koniec czekała nas przemiła niespodzianka – małe buteleczki, które samodzielnie wypełniało się różnobarwnym piaskiem na pamiątkę. Bardzo ciekawa rzecz. Gdy nasz czas zwiedzania minął, zmęczeni wróciliśmy do Ejlatu. Pojechaliśmy jeszcze na owocowy targ i do żydowskiej restauracji. Po chwilowym odpoczynku i rundzie w makao, ruszyliśmy jeszcze na pożegnalny spacer.
Przechadzaliśmy się wzdłuż oświetlonych alejek z palmami. Dużo rozmawialiśmy i rozmyślaliśmy nad tak udanym wyjazdem. Tak oto zakończył się ten czadowy, emocjonujący dzień.

 

7

8

9

 

31.01

   Dzisiejszy dzień był naszym ostatnim w płynącej hummusem krainie. Rano obudził nasz koguci śpiew budzika. Spakowanie naszych manatków nie zajęło dużo czasu. Wymeldunek też przebiegł sprawnie. Ostatni dzień postanowiliśmy przeznaczyć na totalny odpoczynek i luz. Na początku spacerowaliśmy po naszej miejscowej plaży. Wszędzie było pusto, brak żywej duszy. Kupiliśmy kilka pamiątek na pobliskich straganach. Nie obyło się także bez kosmetyków z Morza Martwego. Na upiększenie cery. Na pożegnanie pojechaliśmy do naszej ulubionej piekarni na najlepsze calzone ever. Popołudnie spędziliśmy na kąpielach w morzu, graniu w karty i opalaniu się w kolorowych kostiumach. Czas upłynął nam bardzo przyjemnie. Prze odlotem oddaliśmy wypożyczone auto, kupiliśmy przekąski na lot. Niebieskim busikiem ruszyliśmy do Ovdy, nasz samolot był nieco opóźniony, co absolutnie nam nie przeszkadzsło. Lotnisko zaopatrzone było w wygodne kanapy i wifi. Leżeliśmy, więc sobie i gadaliśmy. Sam lot upłynął szybko. Głownie na spaniu i oglądaniu oświetlonych miasteczek prze szyby samolotu. Bezpiecznie wylądowaliśmy na Modlinie i Pankiem wróciliśmy do domku. Ta podróż była jedną z najlepszych w moim życiu. Mam nadzieję, że będę miała jeszcze kiedyś okazje, żeby wrócić do Izraela.

 

10

11

2019-03-30 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
PRACE KONKURSOWE ŚWIAT

Podróż wokół Lago di Garda – praca konkursowa

przez Redakcja 2019-03-30
Napisane przez Redakcja
Podróż wokół Lago di Garda

Podróż wokół Lago di Garda

 Podróż wokół Lago di Garda

 Monika Garcon

Lago di Garda to największe jezioro Włoch położone na północy kraju, nad którym miałam szczęście wypoczywać. Północ otulona jest alpejskim pasmem górskim, natomiast kierując się ku południu teren staje się coraz bardziej pofałdowany. Panuje tam klimat środziemnomorski. Nadmorskie miasteczka to mekka dla fascynatów historii, architektury, dobrej kuchnii, wspinaczek górskich i windserfingu. Stosunkowo niewielki teren daje ogrom możliwości do spędzenia czasu wedle własnego uznania. Pozwólcie, że pokaże Wam kilka miejsc wartych w mojej ocenie odwiedzenia.

 

zdj 1

 

  1. Urokliwe miasteczka

Nad Gardą jest wiele urokliwych miasteczek, w których możecie poczuć prawdziwie włoski klimat. Wąskie uliczki, piękne glicine pnące się po balustradach, boskie gelatto. Moja wielka trójka to Limone sul Garda, Malcesine i Sirmione.

W Limone spędziłam najwięcej czasu, ponieważ właśnie tę miejscowość wybraliśmy na bazę wypadową.Wydaje się być wręcz przytulona do zobocza góry, cały dzień skąpana w słońcu. Słynie z wszelkiego rodzaju wyrobów z cytryn, jak chociażby limoncello, dżemy, słodycze i mydełka, które nadają się doskonale na upominki.

 

zdj 2

 

Dzień można spędzić na szerokiej plaży, zaś wieczorem spacerować po promenadzie oraz zasiąć w jeden z licznych knajpek i raczyć się słodkim aperolem. Prawdziwe dolce vita każdego dnia.

 

zdj 3

 

Z Limone bardzo łatwo dostać się do Malcesine, położonego na drugim brzegu jeziora. W tym celu warto skorzystać z przeprawy stateczkiem. Te kursują bardzo często. Jest kilku operatorów. Koszt to 9 euro w obie strony, a czas rejsu ok. 20 minut. Polecam chociażby dla samych widoków, świetnych zdjęć, które można zrobić podpływając do miasteczka od strony zamku. Po zejściu na ląd wysiadamy w uroczym porcie.

 

zdj 4

 

W Malcesinie proponuję skorzystać oczywiście z bogatej oferty kulinarnej, można także zwiedzić zamek (wstęp 6 euro; osobiście odradzam, ekspozycja dotyczy lokalnej flory i fauny, mnie niestety rozczarowała). Atrakcją, którą polecam z czystym sumieniem jest wjazd na Monte Baldo. Koszt to 22 euro. Widoki z góry na jezioro są oszałamiające. Można podziwiać je z dwóch punktów widokowych. Całe jezior na wyciągnięcie ręki, a w oddali

bielące się szczyty Alp. Dodatkowo liczne szlaki do wędrówek pieszych, trasy rowerowe, a dla odważniejszych możliwość skoku na lotni.

 

zdj 5

 

Do Sirmione również można popłynąć statkiem. Alternatywą jest podróż samochodem, co pozwala na zwiedzenie miasteczek położonych na zachodnim wybrzeżu jeziora. W Sirmione podobnie jak Malcesine znajduje się zamek Scalgierich, który można oczywiście zwiedzić. My jednak udaliśmy się spacerem na sam koniec cypla w kierunku Grotte di Catullo. To ruiny rzymskiej willi z czasów starożytnych zachowane w całkiem niezłym stanie. Na terenie parku archeologicznego znajduje się również muzeum, w którym prezetowane są liczne eksponaty z terenu wykopalisk. Koszt zwiedzania ekspozycji to 6 euro. Ciekawostką jest, że w drodze do grot mija się dom słynnej divy Marii Calass. Jedynym mankamentem Sirmione jest ogromny natłok ludzi w sezonie, ciężko tu o spokój (z wyjątkiem wykopalisk, niekażdy tam dociera) i miejsce parkingowe. Dlatego warto pomimo sporej odległości zaparkować dalej od historycznego centrum i poprostu kawałek się przejść.

 

zdj 6

 

  1. Górski oddech

Warto wybrać się w góry, aby odpocząć od zgiełku. Poza wspomnianym Monte Baldo ciekawą propozycją jest wyprawa nad Lago di Tenno. Niewielkie, lazurowe jezioro położone 10 km na północ od Riva del Garda. Jest to miejsce nadające się zarówno na spacer, piknik, jak i orzeźwiającą kąpiel.

 

zdj 7

 

W pobliżu jeziora znajduję się także średniowieczna wioska Cannale di Tenno. Spacerując jej uliczkami człowiek odnosi wrażenie jakby stał się bohaterem słynnej powieśći Umberto Eco

 ,,Imię rózy”. Cisza, spokój, grube kamienne mury i wszechobecna historia sięgająca początków XIII wieku. Niegdyś była to osada rolników i pasterzy, póżniej opuszczona, by powrócić do łask licznie przybywających tu artystów w II poł. XX wieku. Praktycznie nie zmieniona od wieków, autentyczna, a wciąż mało znana światu. Polecam również wizytę w pobliskich jaskiniach, gdzie można podziwiać wodospad Varone. Koszt zwiedzania to 6 euro.

 

zdj 8

 

  1. Miasta pełne historii

Słynna na cały świat dzięki dramatowi Sheakspera Werona, stała się miejscem pielgrzymek zakochanych ludzi. Wejście do słynego Casa Julietta, gdzie znjaduje się posąg i

balkon młodej Capuletti, wyklejona jest licznymi wyznaniami miłości, bądź prośbami o jej spełnienie. Ale Werona to nie tylko miasto słynnych kochanków.

 

zdj 9

 

Właśnie w Weronie znjaduje się jeden z najlepiej zachowanych rzymskich amfiteatrów. Arena, niegdyś miejsce krwawych walk gladiatorów, dziś cieszy melomanów muzyki i teatru. Spacer koronom budowli należy do niezapomnianych. Pokazuje jej splendor i ogrom wysiłku, jaki musieli włożyć starożytni w jej budowę. Gratka dla fascynatów historii, warta zaledwie 10 euro.

 

zdj 10

 

 Poza tym zachęcam do obejrzenia licznych zabytków architektury sakralnej oraz placu Maffel ze słynną kolumną zwięczoną lwem, niczym jego słynny odpowiednik wenecki z placu św. Marka. Od Limone do Werony jest ok. 80 km, więc warto skorzystać z okazji, bo to tylko ponad godzina jazdy.

Trydent swoją sławę zyskał, dzięki dość ponurym czasom walki z reformacją i herezją. To właśnie w tym mieście odbywał się słynny sobór trydencki. Wielkie umysły kościóła katolickiego obradowały w Castello del Buonconsiglio. Na zwiedzenie zamku należy poświęcić conajmniej 2 godziny. Na szczególną uwagę zasługują misternie wykonane freski zdobiące ściany i sklepienia komnat. Niezbicie świadczą one o przepychu i bogactwie, w jakim pławił się wówczas kler. Punkt obowiązkowy dla miłośników historii i teologii.

 

zdj 11

 

Warto udać się także do centrum na Piazza del Duomo. W jego centralnym punkcie stoi fontanna Neptuna z XVIII wieku. Uwagę przykuwa także romańska Katedra San Vigilio z pięknymi freskami z XIV wieku, będąca także miejscem obrad soboru.

 

zdj 12

2019-03-30 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
PRACE KONKURSOWE ŚWIAT

Tymczasem na Północy – praca konkursowa

przez Redakcja 2019-03-29
Napisane przez Redakcja
Tymczasem na Północy

Tymczasem na Północy

 Tymczasem, na Północy…

Paulina Kanska

… noc była ciemniejsza, niż to sobie biały człowiek z miasta potrafi wyobrazić. Niby dwadzieścia stopni mrozu, ale gdy usłyszeliśmy wilki wyjące w oddali, od razu zrobiło się ciepłej. Wracamy do igloo. Dzisiaj już się nie uda. Jutro przecież też jest dzień…

 

1

 

Z tym dniem to nie do końca prawda. W wiosce Kakslauttanen, 250 kilometrów na północ od granicy koła podbiegunowego, przez 6 tygodni panuje noc. Słońce nie wychodzi wtedy ponad horyzont. Ale noc polarna jest dużo widniejsza, niż nasze wyobrażenia o niej. Taką noc to my właściwie mamy w Warszawie od października do marca, w każdy pochmurny dzień. Na początku stycznia w Kakslauttanen, od 9 rano do 3-ciej popołudniu, przy naturalnym świetle odbijanym przez śnieg, można spokojnie poruszać się bez latarki. W pozostałe godziny panuje jednak diabelska ciemność. Długi zmrok, małe zachmurzenie i niskie zanieczyszczenie świetlne prawie niezamieszkałej okolicy (2 osoby na 1 kilometr kwadratowy) sprawiają, że polarna noc daje najlepsze warunki w roku na podziwianie gwiazd i polowania na zorzę polarną.

 

2

 

3

 

– Będzie kupa!
Krzyczy mój pasażer, leżąc wygodnie pod futrem renifera w saniach zaprzągu. Z trudem hamuję próbując z całych sił przerzucić swój ciężar ciała na jedną belkę. Okazuje się, że nocne wycie zawdzięczamy nie wilkom, a pobliskiej farmie Husky. Oglądając psie zaprzęgi w filmach dokumentalnych jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że trzeba przewidzieć przymusowe przerwy na wypróżnienie piesków, inaczej cały ’ rozładunek’ wylatuje na moich butach (lub twarzy pasażera). Ten drobiazg nie przeszkadza jednak w czerpaniu przyjemności z jazdy. Kierowanie saniami w skrócie sprowadza się do trzech czynności. Po pierwsze 'uruchamiamy silnik’ podając głośno odpowiednią komendę. Najlepiej 3 razy, bo szczekające, pełne werwy psiaki mogą się nawzajem zagłuszyć.

 

4

5

 

Po drugie za kierownicę służy nam ciężar ciała, którym balansujemy odpowiednio do nadchodzących zakrętów, trochę tak jak na snowboardzie (albo, zależnie od życiowych preferencji, na nartach). Po trzecie, jak każdy szanujący się kierowca musimy obserwować drogę. Dodatkowo musimy też obserwować zwierzęta i reagować odpowiednio do sytuacji – od subtelnego muśnięcia hamulca, koniecznego czasami, żeby wyrównać bieg par, do drastycznego wskakiwania obiema nogami na pedał, jeśli np. zgubiliśmy pasażera na zakręcie. Dodam, że zaprzęgi rozwijają prędkość do 60 km/h. Po godzinie prowadzenia pojazdu, kiedy moje pieski dopiero się rozgrzewały, ja spociłam się bardziej niż w poprzedni wieczór na fińskiej saunie. Jednak największą niespodzianką okazali się hodowcy. Na północy Laponii, w leśnym krajobrazie przeciętym pojedynczą linią ośnieżonej drogi, nie spodziewałam się zastać nikogo poza niskimi i krzepkimi Lapończykami. Tymczasem mój zaprzęg przygotowywali (też krzepcy, ale całkiem regularnej postury) Damian i Łukasz, chłopaki znad Bałtyku, którzy przeprowadzili się na stałe na odludzia Finlandii, gdzie trenują swoją sforę do światowych mistrzostw.

 

6

 

Jeśli istnieje przeciwieństwo dla psa Husky, to musi nim być renifer. Podczas gdy psi pyszczek obszczeka namiętnie każdą nie głaszczącą go kończynę człowieka, dużym sukcesem będzie jeśli renifer w ogóle pozwoli łaskawie dotknąć swojego dostojnego futerka. Renifery z północnej Laponii to zwierzęta pół-dzikie. Każde lato spędzają przemieszczając się pomiędzy łąkami Rosji, Finlandii,Szwecji i Norwegii, za to na zimę schodzą spowrotem dobrowolnie do lapońskich zagród. Wiedzą, że w zamian za rzetelną pracę czeka ich wikt i opierunek, o który ciężko zimową porą. Dwa pokolenia temu, za czasów babci mojego przewodnika, miejscowi zawdzięczali reniferom swój styl życia. Lapończycy mieszkali wtedy w mobilnych, lekkich namiotach i przemieszczali się podążając za reniferami. Dziś potomkowie ludów Sami przeprowadzili się do dużo wygodniejszej zabudowy, a tym samym osiedlili się na stałe, ale jak widać, ich symbioza z reniferami trwa nadal. Jak opowiada mój przewodnik, Sami z renifera czerpią wszystko: mięso, futro, poroże (gubione naturalnie przez zwierzęta), a nawet inspirację do lokalnych pieśni (chociaż mi lapońskie przyśpieweki przypominają bardziej to nocne psie wycie). Wiśta wio! Ruszyliśmy. Tym razem siedzę wygodnie zawinięta w futro, bo sanie renifera prowadzą się właściwie same. Pierwsze zaskoczenie to dziwny klekoczący dźwięk, który wydobywa się z kolan. I to nie moich! Charakterystyczna budowa reniferów sprawia, że ich stawy wydają dźwięki, dzięki którym stado będzie w stanie trzymać się razem nawet podczas zimowych zamieci.

 

7

 

Drugie zaskoczenie to siła, z jaką ciągną nas te niepozorne zwierzęta. Jak twierdzi nasz przewodnik zdrowy renifer, pomimo wątło wyglądających, klekoczących nóżek, może śmiało pociągnąć 500kg. Pół tony. Dla zobrazowania podam, ze obok mnie mogłoby na tych na saniach leżeć pół słonia afrykańskiego, krowa rasy holsztyńskiej lub dwa Kawasaki Ninja. Na szczęście, zamiast tego, leży koło mnie mój chłopak, Daniel, bez którego pewnie bym zamarzła. Podczas dwugodzinnej przejażdżki czuję jak, jeden po drugim, moje palce u stóp przestają reagować na wydane odgórnie polecenia, tymczasem renifery to zwierzęta wykorzystywane na długie, czasem kilkudniowe podróże. Jak Sami radzą sobie z zimnymi stopami? I tu znów przychodzi z pomocą renifer. Tradycyjne buty z reniferowej skóry, wypełnione dodatkowo ususzoną trawą, to ich sekret na ciepło.

 

8

9

 

Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego igloo. Zrobiliśmy go we dwójkę z bratem na naszym warszawskim podwórko i byliśmy z siebie bardzo dumni, bo nawet tato się zmieścił. Szklane igloo w Kaksauttanen to zupełnie co innego. Na dzieńdobry taka forma zakwaterowania zaskakuje wyjątkowym komfortem termicznym. 21 stopni Celsjusza to stała temperatura wnętrza igloo, nawet jeśli wychodzimy i wchodzimy milion razy (tzw. ‘brexiting’) po zapomniane telefony i rękawiczki. W środku jest wystarczająco dużo miejsca żeby rozpakować walizkę i zrobić sobie herbatę (jest czajnik, gniazdka i prąd). Jednocześnie do igloo warto zabrać ze sobą osobę, z którą dzielimy się wszystkim, nawet odgłosami z toalety, bo malutka ubikacja(z umywalką i lustrem) wewnątrz igloo nie zapewni zbyt wiele prywatności.

 

10

 

Dużym minusem mieszkania w igloo jest brak prysznica. Ogólnodostępny prysznic, oddzielny dla kobiet i mężczyzn, jest oczywiście nieopodal. Pomimo tak niewielkiego dystansu wyprawa pod prysznic jest bardzo czasochłonna. Pamiętajmy ze każdorazowo zakładamy (i zdejmujemy z siebie) 3 warstwy ubrań, co potrafi być niezwykle uciążliwe jeśli na końcu okaże się, ze zapomnieliśmy klapek albo szamponu. Nasz wysiłek nagrodzi natomiast relaks w rozgrzewającej saunie, której nie może zabraknąć w fińskiej łazience (szacuje się ze na terenie Finlandii istnieje około 2 milionów saun).

 

11

 

Największym minusem szklanego igloo jest oczywiście jego cena. Tym bardziej, ze podczas zorzy każdy poszukiwacz i tak wyskoczy na zewnątrz, aby chłonąć tak niesamowite zjawisko całym sobą wraz z wszechobecnym zimnem i odgłosami lasu. Jednak zasypianie w komfortowym cieple z widokiem miliona gwiazd jakby na wyciągnięcie ręki wskakuje na szczyt listy najcudowniejszych przeżyć na tym globie. Spektakularna zorza może trwać godzinami i wierzcie mi, nie chcecie uronić ani chwili z takiego widowiska, poczas gdy nos zamarza już po pierwszym kwadransie. Dodatkowo szklane igloo wyposażone jest w alarm informujący o zorzy polarnej. Nie wiem czy działa, (my wybiegliśmy na zewnątrz przy pierwszych oznakach przejaśniającego się nieba) ale jest. A jak powstaje zorza?

 

12

13

14

 

Dawno, dawno temu, w odległości 149 600 000 km od Ziemi, silny wybuch Słońca powoduje wiatr słoneczny. Wiatr przedmuchuje naładowane ogromną energią elektrony i protony w naszą stronę. W jonosferze zderzają się z obecnymi tam atomami, co powoduje ich rozświetlenie. Jeżeli zostaną wzbudzone cząsteczki tlenu wówczas na niebie można zaobserwować czerwone lub zielone światło, jeśli azot to światło będzie purpurowe, a hel i wodór powodują, że świetliste refleksy przyjmują niebieską barwę. Z naszej perspektywy wygląda to tak, jakby magiczny pył rozsypywał się po niebie taneczną spiralą , zmieniając powoli swój kolor. Każdy, kto miał przyjemność podziwiać ten cud natury przyzna, że zorza polarna powinna być czasownikiem. Jej piękno kryje się w nieustannym ruchu. Zorza nie jest wcale zjawiskiem rzadkim. Tej zimy zdarza się w Kakslauttanen średnio raz na dwa tygodnie. Jest jednak ogromnie nieprzewidywalna. Pomimo daleko idącej technologii i aplikacji prognozujacych gdzie dojdzie do tego zjawiska, nigdy nie mamy stuprocentowej pewności, czy nie przysłonią jej chmury ani tez na jaki kolor rozbłyśnie. Tylko jedno jest pewne: zachwyca.

 

15

 

W co się ubrać? – znany dylemat każdej kobiety, podczas zimowych wypraw na podziwianie zorzy do Laponii nabiera jeszcze większego znaczenia. Podczas polarnej zimy warto wzorem Shreka mieć warstwy, a dokładnie ubierać się na cebulkę. Po pierwsze długa bielizna termiczna. Na to najlepiej nałożyć materiały wełniane lub polar. Wisienką na torcie będzie zestaw składający się ze spodni narciarskich i cieplej kurtki, przeciwdeszczowej i nie przepuszczającej wiatru. Ubrani powinniśmy być od stóp do głów, z drobną przerwą na oczy. Warto też dbać, aby odzież nie zamokła. Oprócz tego co spakować, ważne jest również jak to zrobić. Większość lini lotniczych w przypadku zagubienia głównego bagażu pokrywa koszty podstawowych produktów. Pamiętajmy jednak, że północne lotniska to nie Singapur, ani nawet Okęcie, i o ile znajdziemy tu jeden sklep z pamiątkami, w którym będzie czapka, to jest duża szansa, że będzie akurat zamknięty. Zanim zgłosimy zaginięcie plecaków łamane przez walizek, odjedzie też zapewne jedyny miejscowy autobus, którego rozkład pokrywa się z godzinami przylotów. Dlatego jeden zestaw bielizny termicznej, szalik, czapkę, rękawiczki i ciepłe skarpetki warto wozić w bagażu podręcznym. Odpowiednia kreacja na noc polarną to nie wszystko.

Na koniec załączam moją listę Top Fajw polarnych niezbędników:
Miejsce #1: dobry krem na wiatr i mróz (który może zająć w walizce miejsce zarezerwowane zazwyczaj na krem przeciwsłoneczny);
Miejsce #2: czekolada;
Miejsce #3: latarka (na wypadek, gdyby zdażyło się nam rozładować telefon robiąc bez przerwy zdjęcia);
Miejsce #4: statyw, jeśli pragniemy uwiecznić zorzę na ostrym zdjęciu;
Miejsce #5: Wiele ośrodków poleca zabrać ze sobą do Laponii dobra książkę na długie godziny po zapadnięciu zmroku. Jako alternatywę mogę śmiało polecić czytanie opinii wystawionych przez gości luksusowych polarnych resortów. Turyści, którzy pragną wymienić swój zaprzęg Husky na mniej szczekający, to tylko wierzchołek góry lodowej arktycznych opowieści.

2019-03-29 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
PRACE KONKURSOWE ŚWIAT

Himalaje Indyjskie – Mały Tybet – praca konkursowa

przez Redakcja 2019-03-29
Napisane przez Redakcja
Himalaje Indyjskie Mały Tybet
Himalaje Indyjskie Mały Tybet

 Himalaje Indyjskie – Mały Tybet i wejście na Stok Kangri 6153 m n.p.m.

Gerta Sochańczak Nowakowski – sierpień 2017
 
Pomysł wyjazdu i wejścia na 6-cio tysięcznik narodził się zaraz po trekkingu wokół Annapurny czyli w listopadzie 2016 r. Po wejściu na przełęcz Thorong La na wysokości 5416 m n.p.m. z całym dobytkiem czyli około 15kg na plecach, tak posmakowałam wysokich gór i większych wyzwań, że zaraz po powrocie do Polski usiadłam nad nowym projektem - celem, który obejmował większe wyzwanie jakim było zdobycie sześciotysięcznika. Opcje były dwie: Stok Kangri w Himalajach Indyjskich lub Huayna Potosi w Boliwii.  Ze względu na miłość, jaką darze Azję a zwłaszcza Himalaje oraz koszty organizacji padło na Stok Kangri, szczyt o wysokości 6153 m n.p.m. 
Po wybraniu celu, kolejnym krokiem była organizacja, zwerbowanie przyjaciół, kupowanie biletów i czekanie na sierpień.  Naszym głównym celem był Ladakh – kraina pomiędzy głównym pasmem Himalajów a górami Karakorum zwana „Małym Tybetem”, jest to najbardziej wysunięta na zachód część Wyżyny Tybetańskiej. Wchodzi w skład indyjskiego stanu Dżammu i Kaszmir, a jej stolica to Leh położona na wysokości około 3500 m n.p.m. Obszar ten został otwarty dla ruchu turystycznego dopiero w 1974 r.


1
Nasz lot rozpoczął się w Warszawie z przesiadką we Frankfurcie, następnie lot do Delhi, kolejna przesiadka i lot do Leh. Cała podróż finalnie trwała długo bo 40 godzin. Wynikało to ze złego poinformowania nas na lotnisku w Warszawie, że nasz bagaż główny leci prosto do miejsca docelowego czyli do miejscowości Leh. Co niestety okazało się nieprawdą, bowiem w New Delhi trzeba odebrać bagaż z lotniska międzynarodowego i nadać go w dalszą podróż już na lotnisku krajowym. Ta pomyłka kosztowała nas dużo czasu, nerwów i wyjaśnień. Ostatecznie dowiedzieliśmy się, że musimy zakupić nowe bilety i możemy udać się w dalszą podróż… ale dopiero za dwa dni!!! Chyba każdy zrozumie naszą ogromną irytacje z tego powodu, chciano nam zabrać dwa dni z naszej górskiej włóczęgi – nie do przyjęcia!, ale po twardych negocjacjach na szczęście wylecieliśmy tego samego dnia. Jeżeli Wasze plany będą związane z tym kierunkiem, proszę miejcie to na uwadze. Samo lądowanie w Leh, bliskość gór podczas lądowania było zapowiedzią niezłej przygody, muszę szczerze przyznać, że dla mnie było to bardziej emocjonujące niż np. lądowanie na najniebezpieczniejszym lotnisku świata w Lukli. Po wylądowaniu na 3500 m, naszym oczom ukazał się nasz główny cel trekkingu Stok Kangri, serca jakby zaczęły szybciej bić. 2 Wymęczeni ale również podekscytowani, udaliśmy się taksówką do naszego hotelu, który wcześniej zarezerwowaliśmy na booking.com. Jak się później okazało hotel ten stał się nasza bazą wypadową. Plan zakładał dwa dni spędzenia w Leh w celu aklimatyzacji, zwiedzania okolicy, a następnie wyruszenie na trekking pod Stok Kangri i zdobycie góry. Plany się zmieniły kiedy udaliśmy się zakupić permit (pozwolenie na szczyt w cenie 50$), ponieważ przy zakupie trafiliśmy na doświadczonego Szerpę Sonama Wangyalla, który jest legendą himalaizmu indyjskiego. Pan Sonama poświęcił nam sporo czasu, zlustrował nas z góry na dół i zaproponował abyśmy więcej czasu poświecili na aklimatyzację i w pierwszej kolejności zrobili wypady, które planowaliśmy zrobić po zejściu z gór. Decyzja była jednogłośna, zmieniamy plany, najpierw udajemy się na poznawanie tej wspaniałej krainy z przełęczami powyżej 5 tys. m n.p.m. i noclegami na wysokości około 4 tys., czyli zgodnie ze sztuką aklimatyzacji. Czas na przedstawienie naszej ekipy. Najmłodsza uczestniczka Pola – 14 latka, Mama Poli - Ania, Beatka, Ela, mój mąż Krzyś i ja (w naszym wypadku wiekiem się nie chwalę;). Skład 6 osobowy. Osobiście wolę podróżować ze znaną mi ekipę, z którą dobrze się czuję, świetnie rozumiem a w chwilach kiedy jestem spełniona i szczęśliwa, cieszę się, że mogę te emocje dzielić z bliskimi mi osobami. Z drugiej strony znam osoby które cenią sobie samotność na takich wyprawach lub poznawanie ludzi na trasie. Ok wracamy do wyprawy :) Pierwszy dzień rozpoczęliśmy od zwiedzania królewskiego pałacu, który góruje nad miastem, jego wysokość to 9 kondygnacji. Pałac został ukończony w I poł. XVII i do 1834 roku zamieszkiwała go rodzina królewska. Obecnie prowadzone są renowacje tego kompleksu, który częściowo jest udostępniony do zwiedzania. Z pałacowego dachu, gdzie znajduje się punkt widokowy, rozciąga się rozległa panorama na Leh i okolicę, m.in na górę Stok Kangri. 3 W samym Leh jest mnóstwo agencji, które mają bardzo podobne ceny w organizowaniu wyjazdów. Plusem naszej 6-cio osobowej grupy było to, że byliśmy niezależni i mogliśmy od razu wynająć samochód bez zbędnego oczekiwania na partnerów do zapełnienia samochodu, dlatego zakupiliśmy wyjazd bezpośrednio w naszym hotelu, ceny praktycznie takie same jak w agencji. Naszym pierwszym celem był wyjazd do Doliny Nubry. Dolina ta oddziela pasmo Ladakhu od pasma Karakorum, w pobliżu znajduje się granica indyjsko-pakistańska oraz lodowiec Siachen. 4 Droga do doliny Nubry prowadzi przez Khardung-La 5359 m n.p.m. do niedawna uznawaną za najwyższą przejezdną przełęcz na świecie. 5 W planach mieliśmy zjazd z tej przełęczy wypożyczonymi rowerami, ale jak to w życiu bywa, na miejscu plany się pozmieniały. Okazało się, że trasa oprócz tego, że jest malownicza z niezliczoną ilością serpentyn, niebezpieczna co może stanowić dużą dawkę adrenaliny to przede wszystkim jest uciążliwa z uwagi na liczne bazy wojskowe i ciągnące się niezliczone kordony wojskowych ciężarówek. A zwały wydobywających się czarnych spalin i smrodu skutecznie wybiły nam rowery z głowy. Wystarczy nam smogu w grodzie Kraka.

6 Zapytacie może skąd tam tyle wojska? Tłumaczę, od uzyskania pod koniec lat 40-tych XX wieku niepodległości od Wielkiej Brytanii Indie i Pakistan uznają Kaszmir za terytorium sporne i oba kraje roszczą sobie do niego prawo, teren ten od ponad 60 lat jest punktem zapalnym i powodem konfliktów zbrojnych miedzy tymi krajami. Oba kraje utrzymują oddziały wojskowe na terenie położonym ponad 6000 m n.p.m. Znaczenia temu konfliktowi nadaje fakt, iż zarówno Indie, jak i Pakistan dysponują bronią jądrową. Większość mieszkańców Dżammu i Kaszmir stanowią wyznawcy islamu. Sama przełęcz Khardung-La oblegana jest głównie przez ichniejszą ludność na motocyklach. Nas spotkała miła niespodzianka, kiedy weszliśmy na pobliską małą stupę, kobieta o rysach europejskich zagrała mini koncert na skrzypcach. Dziwne i niesamowite uczucie, jesteś na 5 tys.m n.p.m. i słuchasz muzyki klasycznej na żywo :) coś pięknego. 7 Po zjeździe z przełęczy, droga ciągnie się malowniczo wzdłuż rzeki, którą zewsząd okalają majestatyczne, piaskowe góry. Dostęp do wody powoduje iż dotychczasowy piaskowo, żwirowy krajobraz zmienia się w oazy zieleni z bujną roślinnością, to miła odmiana dla oka. Następnie krajobraz powoli zmienia się w pustynię, to znak że zbliżamy się do Nubry. Po drodze mijamy wielbłąda… hm nie będę ukrywać, że widok ten robi wrażenie, jesteś w Himalajach, które kojarzą się ze śniegiem, zimnem a tu pustynia, gorąco, wielbłądy, a w oddali ośnieżone góry. Po prostu rewelka! Dolina Nubry to jedyne miejsce w Indiach, gdzie można spotkać wielbłądy dwugarbne (baktriany), tędy przed wiekami prowadził Jedwabny Szlak. 8 9 Naszą uwagę przyciąga zawieszony groźnie ponad 3000 m n.p.m na skraju pustyni otwierającej się na Doline Shyok - klasztor Diskit. Zrobił on na mnie i na naszej grupie największe wrażenie, jest to jeden z największych i najstarszych klasztorów Ladakhu, powstał w XIV w. 10 11 12 Po zwiedzeniu klasztoru udaliśmy się w dalszą podróż, zaczęło się już ściemniać, a nie ukrywam, iż podróżowanie tamtejszymi drogami o zmroku do przyjemności nie należy, drogi są bowiem bardzo wąskie i zawieszone nad urwiskami. Na szczęście do przejechania zostało tylko parę kilometrów i dotarliśmy na miejsce. Podróż, która liczyła 150 km trwała około 6 godzin. 13 Na miejscu naszego obozowiska przyjął nas gospodarz i zaprowadził do ogromnych dwuosobowych namiotów z łazienkami, które miały około 15 metrów kw., w sumie to takie małe domki. 14 Podano nam pyszną kolację i po raz pierwszy w Himalajach spotkaliśmy się ze szwedzkim stołem. Spędziliśmy miły wieczór z widokiem na góry. Drugi dzień to odwiedziny oazy z wielbłądami, relaks na pustyni i powrót tą samo droga przez Khardung-La do Leh. 15 Po powrocie do Leh, zajęliśmy się między innymi planowaniem kolejnego wypadu, tym razem zdecydowaliśmy się na wyjazd jeepem nad jezioro Pangong, które leży na wysokości 4300 m. n.p.m., jest to najwyżej na świecie położone słone jezioro, na pograniczu Chin 70% i Indii 30%. Wyjazd tam wiązał się z podróżą przez kolejną z najwyższych przejezdnych przełęczy na świecie, tym razem - Chang La 5360 m n.p.m., która bardziej skradła moje serce. 16 Po pierwsze, nie jest tak oblegana jak Khardung La, jest spokojniejsza, mija się mniej samochodów po drodze, co jest bardzo ważne zważywszy, iż droga prowadzi krętymi górskimi zboczami i każde wymijanie się z innym pojazdem jest nie lada wyczynem i dawką adrenaliny. 17 Co rusz na drodze napotykaliśmy znaki ostrzegające przed nadmierną prędkością, nie będę ukrywać, że są one opisane w zabawnej formie i ciągle ich wypatrywaliśmy. Muszę też przyznać, że mieliśmy świetnego kierowcę, który przez cztery dni obwoził nas swoim jeepem. 18 Zjazd z Chang La to już powolne oczekiwanie na jezioro i okrzyki zachwytu, kiedy ujrzeliśmy go po raz pierwszy. Kolor turkusowej tafli jeziora, na tle żółto-brązowo-czerwonych gór, wyglądał obłędnie. Kolejna wspaniała wycieczka którą gorąco polecam. 19 20 Po przyjeździe wspólna kolacja i nocleg w namiotach podobnych do tych w Nubrze. Noc była przepiękna z granatowym niebem i mnóstwem spadający gwiazd, akurat była to noc Perseidy, co chwilę wypowiadaliśmy marzenia u mnie królowało jedno – wejść na szczyt :) 21 Niedaleko nas tamtejsza młodzież paliła ognisko i bawiła się przy pięknej muzyce, która tego wieczoru nam również towarzyszyła. Nazwaliśmy ich „Shaolinowcy”, ponieważ nosili stroje takie same jak mnisi, prawdopodobnie byli to uczniowie jednego z tamtejszych klasztorów. Następnego dnia robiliśmy sobie wspólnie zdjęcia, my byliśmy ciekawi ich a oni nas.
22 To był piękny wieczór można by rzec wyjątkowy i bez zmartwień... ale mnie martwiło jedno, stan naszego auta. Kierowca ściągnął koło i długo grzebał w podwoziu, hmm myślę, że nie jeden Pan z bardziej cywilizowanego warsztatu złapał by się za głowę patrząc co on z tym kołem i samochodem robi, jakiego sprzętu używa;). Zbiegło się parę osób, podejrzewam, że to inni kierowcy i próbowali coś zaradzić. Na drugi dzień było widać, że z samochodem jest coś nie tak ponieważ nasz wspaniały kierowca pozwalał się wyprzedzać, czego wcześniej z nim jeżdżąc nie doświadczyliśmy. 23 Po wojażach zarówno do doliny Nubry jak i nad jezioro Pangong, aklimatyzacji powyżej 5 tys. i spaniu na wysokości ok. 4 tys. uznaliśmy że jesteśmy gotowi na trekking. Pogoda dopisywała, w Lehu było wręcz upalnie, miło było pomyśleć, że za chwilę przeniesiemy się w nieco chłodniejszy klimat. 24 Trekking rozpoczęliśmy z miejscowość Stok, to jest jakieś pół godziny jazdy samochodem od Leh. Trasa pierwszego dnia jest w miarę spokojna i łagodna, szło się fajnie, częściowo wzdłuż koryta rzeki, która dawała trochę ukojenia i powiewu chłodu.
25 Nie mieliśmy osła ani tragarza, więc cały dobytek potrzebny na 4 dni + 2 namioty targaliśmy na plecach. Nie ukrywam, że byliśmy jedną z nielicznych grup, która dźwigała wszystko na sobie. 26 Dziś stwierdzam, że niepotrzebnie. Oczywiście taki zamysł, że wszystko nosimy sami, mieliśmy od początku, takie poniekąd sprawdzenie siebie, ale jeśli miałabym teraz doradzić to lepiej wynająć osła, który odciąży nas od ciężkiego sprzętu typu raki, czekan, namiot. 27 Po około 6 godzinach dotarliśmy do campingu Mankarmo na wysokości 4380 m n.p.m. Na miejscu jest messa, w której można było zjeść, napoić się, porozmawiać z innymi osobami. Osobiście indyjskie menu nie jest moim ulubionym, zdecydowanie za dużo kolendry;) Wieczór błogi, z polskimi rarytasami tzn. barszczyk z torebki, kiełbasa, chlebek a w oddali on - nasz cel, który z tej perspektywy i w tle zachodzącego słońca wydawał się być naprawdę groźną górą.
28 Na drugi dzień obudził nas odgłos dzwoneczków, okazało się, że to dzwonki osiołków, które niedaleko naszego namiotu miały postój w drodze do bazy. 29 Śniadanie, zwijanie namiotów i droga do Base Camp. 30 Góry w Himalajach Indyjskich bardzo się różnią od nepalskich, swoimi kształtami przypominają grzbiet smoka, pięknie mieniły się w słońcu, kolorami brązu, czerwieni, żółci i zieleni. Widoki cudowne a zarazem całkowicie odmienne od innych gór. 31 32 33 Ten dzień był dla mnie cięższy od pierwszego, po około 2-3 godzinach dotarliśmy do Base Campu na wysokości 4969 m n.p.m. Ponownie rozbiliśmy namioty, zorientowaliśmy się w terenie, baza podobna do poprzedniej, głównym punktem była messa gdzie można było zakupić prawie wszystko (z wyjątkiem kleju ale o tym za chwilę), jest tam również możliwość wypożyczenia namiotów oraz raków. Niestety w drodze do BC, Beatkę spotkała przykra przygoda, mianowicie odeszła jej podeszwa od buta. Podklejenie buta mocnymi taśmami, które ze sobą mieliśmy nie przyniosło efektu, taśma po dłuższym ocieraniu o kamienie po prostu się przecierała. Beatka szukała rozwiązania w messie, u przewodników, u innych trakersów. Niestety okazało się, że w bazie nikt nie posiadał kleju typu „super glue”, który tak naprawdę uratowałby sytuacje. To jest cenna nauczka na przyszłość, do tak zwanego niezbędnika należy również spakować szybkoschnący klej. Odchodząca podeszwa a w sumie to jej brak spowodował, że Beata nie była w stanie podjąć próby ataku szczytowego. Było nam z tego powodu bardzo przykro. 34 Po odpoczynku postanowiliśmy, że w takim wypadku w piątkę wyruszamy w stronę szczytu zaraz po północy. Położyliśmy się w miarę wcześnie aby trochę odpocząć przed wymarszem w górę, ale nie ukrywam, iż nie byłam w stanie zasnąć. Chyba emocje wzięły górę i już tylko oczekiwałam wyjścia. Około godziny 00:20 wyszliśmy z bazy i po przejściu jakiś 200 m na wysokość około 5100 m. Pola nasza najmłodsza uczestniczka nie do końca czuła się w formie, decyzja była szybka, schodzi z mamą z powrotem do bazy. My w trójkę podjęliśmy dalszą próbę zdobycia góry. Pierwszą cześć trasy zanim dojdzie się do lodowca wyznaczają co rusz ułożone małe kopczyki. Po około godzinie czasu od rozejścia się z dziewczynami, przeskoczyliśmy szczelinę w lodowcu, która jest wskazywana, jako najniebezpieczniejszy moment. Potem była mozolna praca każdego z nas ze sobą i wspinanie się coraz wyżej. 35 Odczuwałam zimno głównie podczas postojów, marzły mi palce u stóp, butami mocno uderzałam o śnieg lub skały, aby je ogrzać, wraz z pierwszymi promieniami i wschodem słońca robiło się cieplej i milej. Po dojściu do grani pozostało nam jeszcze około godziny drogi na szczyt. To był piękny czas, ponieważ wewnętrznie już czułam, że dojdę do celu. 36 Wejście na szczyt to małe wypłaszczenie z mnóstwem modlitewnych chorągiewek. Po wejściu na szczyt, byłam najszczęśliwszą osobą na Ziemi. Ogromnie się wzruszyłam, poleciały łzy. Tego tak po prostu nie da się opisać, ale każdy kto walczy ze słabościami z samym sobą i spełnia swoje marzenie zapewne wie o czym pisze. Po prostu niesamowita chwila szczęścia. Wejście zajęło nam około 8 godzin. Po raz pierwszy byłam na takiej wysokości, wszystko inne było niżej, z jednej strony rozpościerał się widok na przepiękne pasmo Zanskar a z drugiej na pasmo Karakorum z K2 na czele przykryte chmurami. 37 Na górze obowiązkowa sesja zdjęciowa, powiesiliśmy chorągiewki które przyleciały z nami z wyprawy w Nepalu z wypisanymi naszymi imionami i datą wejścia. Dla Krzysia to również była najwyższa zdobyta wysokość, Ela była już wyżej zdobyła Pik Lenia 7134 m n.p.m. 38 Po jakimś półgodzinnym pobycie na górze zaczęliśmy schodzić. Po przejściu grani, zrobiło się bardzo ciepło, zaczęliśmy trawersować górę, niestety moja chwila braku skupienia spowodowało, iż zaliczyłam upadek i zjazd około 150-200 metrów w dół. Nie ukrywam, że trochę najadłam się strachu, na szczęście skończyło się tylko na obdarciu dłoni ze skóry, z którym borykałam się przez pół roku. 39 Przez mój upadek powrót się przedłużył, słoneczna pogoda spowodowała również, że zmienił się lodowiec, w wielu miejscach były niewielkie szczeliny i za bardzo nie wiedzieliśmy, w którym miejscu trzeba go bezpiecznie przejść. Widzieliśmy jednak, że za nami idzie przewodnik z japońskim turystą wiec poczekaliśmy na nich i wspólnie przeszliśmy to miejsce. Po przejściu lodowca, spotkaliśmy się z naszymi dziewczynami, które martwiąc się że długo nie wracamy wyszły nam naprzeciw. Gratulacjom nie było końca. To był piękny dzień, okraszony piwkiem, który Beatka dla nas zakupiła. 40 41 Tego samego wieczoru o 23:00 na szczyt z przewodnikiem wyruszyła ponownie Pola z Anią, udało im się zdobyć szczyt w wyjątkowo dobrym tempie i około godziny 10:00 były już z powrotem w bazie (dla porównania nam zajęło to około 4 godzin więcej). 42 Ogromy szacunek dla nich a zwłaszcza dla Polki, która miała ogromny zapał, determinacje i być może jest najmłodszą Polką, która zdobyła ten 6-cio tysięcznik, a nagrodą za ich trud był piękny widok na K2. Szkoda, że nie jest prowadzony dziennik wejść na Stok Kangri, tak ja czyniła to pięknie przez tyle lat Pani Elizabeth Hawley, kronikarka wypraw w Himalaje. Mielibyśmy wtedy pewność… aczkolwiek tak naprawdę to jest najmniej istotne. 43 Podsumowując wejście na szczyt to cała nasza piątka podczas podejścia czuła się bardzo dobrze, byliśmy dobrze zaaklimatyzowani. Pomimo naszego jakiegoś tam górskiego doświadczenia wiemy, że źle zaplanowaliśmy początek naszej wyprawy, dlatego tym bardziej doceniliśmy radę Sherpy Sonama i uważamy, że dzięki niemu udało nam się wyjść na szczyt w tak dobrej formie. Pamiętajcie aklimatyzacja najważniejsza! 44 Pozostało szczęśliwie zejść do Leh, po lekkim odpoczynku o godzinie 14.00 zaczęliśmy schodzić. To była bardzo długa droga powrotna, zmęczenie dawało znać o sobie. Tym razem wynajęliśmy osiołka, który wziął nasze namioty i cięższe rzeczy i około godziny 19-20 byliśmy w hotelu. Emocje i zmęczenie wzięły górę, mieliśmy świętować urodziny Krzysia ale przenieśliśmy tę uroczystość na następny dzień i przysłowiowo padli na pyski do łóżek. Kolejne dwa dni to zwiedzanie przepięknie położonych buddyjskich klasztorów: Spituk -założony w XI wieku, znajduje się w nim gigantyczny posąg Kali. Hemis - to największy i najbogatszy klasztor środkowego Ladakhu. Ufundowany w latach 30. XVII wieku przez króla Sengge Namgjala dla szkoły Drukpa. Thikse - z XV wieku wzniesiony na szczycie wzgórza na wzór pałacu Potala w Lhasie. W klasztorze znajduje się największy w Ladakhu posąg Buddy Przyszłości – Maitrei, który zajmuje aż dwie kondygnacje a z dachu rozpościera się piękny widok na dolinę Indusu oraz pasmo Zanskar. Pałacu Shey – wybudowany ok 1650 r, w którym do XIX wieku zamieszkiwała rodzina królewska. W pałacu znajduje się największa stupa w Ladakh, a jej wierzchołek wykonany jest z czystego złota. 45 Tylko dzięki położeniu w granicach Indii nie podzieliły one losu klasztorów w chińskiej części Tybetu i stoją nadal jak za czasów wiodącego tędy niegdyś Jedwabnego Szlaku. 46 Wieczorem rozpoczęliśmy świętowanie urodzin Krzysztofa i oczywiście oblewanie naszego sukcesu. Z tym oblewaniem musieliśmy się troszkę natrudzić, ponieważ rejon Lakdah zamieszkuje głównie ludność muzułmańska, co oznacza, że legalnie alkoholu nie uświadczysz nawet w restauracji (wyjątkiem była messa w BC;)). A tu przed nami takie dwie piękne uroczystości więc musieliśmy się nieźle nakombinować. Nie będę opisywać jak go zakupiliśmy dodam tylko, że chwilowo śmiesznie, chwilowo strasznie ale wieczór był nasz;) Powoli zbliżał się czas wyjazdu, na ostatni dzień zostawiliśmy sobie do zwiedzenia Shanti Stupe, która została ufundowana w 1985 roku przez japońskiego mnicha Gyomyo Nakamura. 47 Jest ona położona na wzgórzu i rozpościera się z niej naprawdę przepiękny widok na całą dolinę Indusu z okalającymi ją białymi szczytami. 48 Jej biały kolor na tle błękitnego nieba i „naszej góry” dawał ukojenie i poczucie spokoju. I z takim spokojem, z planami na przyszłość, z radością w sercu wracaliśmy do Polski. 49 Nie mogę nie wspomnieć, o przepięknej panoramie widzianej z samolotu, podejrzewamy że to góra K2 a obok kolejne ośmiotysięczniki, do dziś zastanawiam się czy to Gaszebrumy a może Broad Peak? 50 51 Po lądowaniu w Delhi mieliśmy parę godzin na lot powrotny do Polski więc wykorzystaliśmy ten czas na zwiedzanie stolicy. Wynajęliśmy dwa tuk-tuki i na ile czas pozwolił zobaczyliśmy najciekawsze atrakcje Delhi: India Gate, Czerwony Fort, Park Gandhiego, Rajpath – Central Secretariat, czyli polityczne serce kraju. Wyprawa się udała, cel osiągnięty, ekipa fantastyczna czy czegoś można chcieć więcej? Tak, można. Więcej takich wypraw, w takim towarzystwie i w takim zdrowiu. A w głowie już marzenia o trekkingu wokół tej pięknej, majestatycznej góry, jedynej jeszcze niezdobytej zimą ;) Małe podsumowanie: najlepszy czas na trekking oraz zdobywanie szczytu to koniec wakacji, początek jesieni. Naszym głównym celem było nie tylko zdobycie 6-cio tysięcznika, ale również poznanie kultury tybetańskiej. Ladakh jest głównie zamieszkały przez ludność pochodzenia tybetańskiego, ta część kraju bardzo różni się od Indii. Spotkaliśmy się z dużą życzliwością oraz bezinteresowną pomocą ze strony miejscowych. Na powitanie, na trasie wita się zwrotem Jullay ale zdarzyło nam się również usłyszeć ukochane przeze mnie słowa Namaste ( powitanie po nepalsku) Całość wyjazdu organizowaliśmy sami, najważniejsze to kupić w miarę w dobrej cenie bilety na lot do Indii, a później do miejscowości Leh. Praktycznie cena biletu to połowa kosztów całego wyjazdu. Najlepiej już na początku roku szukać lotów nie tylko z Polski ale również z pobliskich lotnisk w innych krajach. Pomimo, iż co jakiś czas słyszymy niepokojące informacje odnośnie sytuacji politycznej w Kaszmirze, tam na miejscu nie czuliśmy zagrożenia ale również nie czuliśmy się w jakiś sposób przytłoczeni przez wojsko. Jednak za każdym razem wyjeżdżając z Leh napotykaliśmy na liczne punkty kontrolne. Odnośnie permitów to mieliśmy je tylko sprawdzane w Base Campie przy opłacie za pole namiotowe. Jeśli chodzi o spanie i jedzenie to w samych Leh, jest mnóstwo hoteli, guest house oraz restauracji, które serwują zarówno lokalną kuchnię jak również i europejską. 52 Jeśli ktoś z Was myśli i marzy o zdobyciu sześciotysięcznika, i zetknięciu się z kulturą Tybetu to mam cichą nadzieję, że moja relacja troszkę go do tego przybliży. Dziękuje moim kochanym towarzyszom podróży, bez których ten wyjazd nie byłby takim jakim był a w szczególności Ani za wspaniałe zdjęcia, które miedzy innymi wykorzystałam w publikacji. Dziękuje Wam drodzy czytelnicy, że poświeciliście mi swój czas. 53


 

2019-03-29 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Różne media

Promocja KLM

przez Redakcja 2019-03-29
Napisane przez Redakcja
Promocja KLM 4

Promocja KLM 4

 Promocja KLM na start z Wrocławia
Na miesiąc przed inauguracją nowego połączenia – loty z Wrocławia w super cenach! Amsterdam od 379 PLN, Nowy Jork od 1559 PLN i inne atrakcyjne destynacje.

Warszawa / Wrocław, 29.03.2019 – Za nieco ponad miesiąc KLM rozpocznie regularne loty z Wrocławia. Już dziś linie startują z atrakcyjną promocją na loty do wybranych, bardzo popularnych turystycznie miejsc na świecie. Mieszkańcy Dolnego Śląska będą mogli komfortowo rozpocząć podróż z Wrocławia i polecieć do Amsterdamu – od 379 PLN Nowego Jorku od 1559 PLN, Hawany od 2147 PLN, Pekinu – od 1749 PLN, Hongkongu – od 2089 PLN, Toronto – od 1779 PLN, a do Szanghaju od 1789 PLN. Bilety w promocyjnych cenach można kupować od dziś do 8 kwietnia na przeloty aż do 10 grudnia b.r.*
Pierwszy lot między Wrocławiem, a portem bazowym KLM w Amsterdamie odbędzie się 6 maja b.r. Połączenie będzie oferowane codziennie.

 

Promocja KLM 3

Wybrane destynacje w super cenach!
Aktualna promocja „na start” obejmuje siedem najbardziej popularnych kierunków z siatki KLM: Amsterdam, Nowy Jork, Toronto, Hawanę, Pekin, Szanghaj oraz Hongkong.
Planując wyjazd do tych miejsc polecimy nie tylko tanio, ale też szybko i wygodnie, dzięki optymalnej przesiadce w Amsterdamie – na jednym z najbardziej lubianych lotnisk w Europie.
Amsterdam – od 379 PLN
Wylot z Wrocławia o 14:05, przylot do Amsterdamu: 15:55

 

Promocja KLM 2

 

Co sprawia, że Amsterdam przyciąga turystów z całego świata? Może unikalny klimat tego miasta, jego słynne kanały, wszędobylskie rowery, bogata historia, ogromny wybór muzeów i teatrów, sklepy, wszechobecne kwiaty czy liczne imprezy kulturalne? A może tradycja wolności i duch tolerancji? Z pewnością połączenie tych wszystkich cech sprawia, że zarówno sam Amsterdam, jak i jego okolice są warte odwiedzenia. Na obowiązkowej liście powinny znaleźć się Rijksmuseum, Muzeum Van Gogha, Dom Anny Frank czy Hermitage. Niezapomnianą atrakcją będzie także rejs statkiem po amsterdamskich kanałach i wizyta na targu kwiatowym.

 

Promocja KLM 1

 

Nowy Jork – od 1559 PLN
Wylot z Wrocławia o 14:05, przylot do Amsterdamu: 15:55
Wylot z Amsterdamu o 17:55, przylot do Nowego Jorku o 19:50
Nowy Jork to miejsce kultowe. Nie ma chyba nikogo, kto by go nie znał z tysięcy nakręconych tu filmów, z obrazami Woody’ego Allena na czele. Między innymi dzięki temu miasto to cieszy się niesłabnącą popularnością wśród turystów.
Obowiązkowymi punktami na mapie zwiedzania jest oczywiście Statua Wolności i Times Square, nazywane Skrzyżowaniem Świata, gdzie znajduje się jedno z najbardziej ruchliwych przejść dla pieszych na Ziemi. Podczas wycieczki nie może też zabraknąć Wall Street, dzielnicy Chinatown i Central Parku. Trzeba też wjechać na szczyt Empire State Building, obejrzeć spektakl na Brodway’u przejść się Mostem Brooklińskim, Piątą Aleją i przystanąć w Ground Zero. Big Apple robi wrażenie o każdej porze roku swoją niepowtarzalną atmosferą, znanymi restauracjami, żółtymi taksówkami i wielonarodowościową mieszanką kultur mieszkańców.

 

Szanghaj – od 1789 PLN
Wylot z Wrocławia o 14:05, przylot do Amsterdamu: 15:55
Wylot z Amsterdamu o 17:20, przylot do Szanghaju o 10:05 (następnego dnia)

Szanghaj to fascynująca metropolia, pełna zaskakujących miejsc i odmiennych krajobrazów. Miasto pełne zgiełku w ciągu dnia i tętniące życiem również w nocy, zwłaszcza na zachodnim brzegu rzeki Huanpu. Okazała promenada Bund kryje wiele modnych klubów i barów oraz wyśmienitych restauracji. W Szanghaju z pewnością warto odwiedzić Promenadę Bund i wybrać się na kolację do restauracji z pięknym widokiem na rzekę Huangpu. Będąc w Chinach warto oczywiście skosztować tamtejszych przysmaków!
Już niebawem z Wrocławia do Amsterdamu i dalej w świat!
Od 6 maja 2019 KLM będzie oferował codzienne połączenie (7 lotów w tygodniu) na nowej trasie Wrocław-Amsterdam. Samolot będzie startował z lotniska Wrocław- Strachowice im. Mikołaja Kopernika o godzinie 14:05, z lądowaniem w Amsterdamie o 15:55. Loty powrotne na nowej trasie zaplanowano o następujących porach: wylot z Amsterdamu o godzinie 11:50 i przylot do Wrocławia o 13:35.**

 

Nr rejsu     trasa       Wylot godz.  Przylot godz.

KL1271    Amsterdam – Wrocław   11:50   13:35

KL1272    Wrocław – Amsterdam    14:05   15:55

 

Nowy lot będzie obsługiwany przez linię-córkę KLM Cityhopper należącą do grupy Air France KLM, która jest dedykowana do lotów europejskich. Na wspomnianej trasie pasażerowie będą podróżować samolotem typu Embraer E175, w konfiguracji 60 miejsc w klasie ekonomicznej, 8 w strefie Economy Comfort oraz 20 miejsc w klasie biznes. Dzięki nowemu połączeniu mieszkańcy Dolnego Śląska zyskają dostęp do globalnej siatki lotów holenderskiego przewoźnika przez lotnisko bazowe Amsterdam-Schiphol, skąd KLM oferuje loty do 165 miast na 5 kontynentach.
Bilety na promocyjne loty KLM można od dziś rezerwować na klm.pl oraz z biurach podróży w całej Polsce.

*podróże do Azji do 31.03.2020, a do reszty miast do 10.12.2019
**rozkład lotów może ulec zmianie

2019-03-29 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
PRACE KONKURSOWE ŚWIAT

Sycylia – w poszukiwaniu mafii i – praca konkursowa

przez Redakcja 2019-03-28
Napisane przez Redakcja
Sycylia

Sycylia

 Sycylia – w poszukiwaniu mafii i … Targa Florio

 Wojciech Matz

Z Warszawy ruszamy 17 kwietnia i po szybkiej przesiadce w Rzymie, lądujemy na lotnisku Punta Raisi pod Palermo. Niezwłocznie odbieramy zarezerwowany przez internet samochód i ruszamy w kierunku stolicy wyspy, ponieważ chcemy zameldować się w hostelu jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Niestety nasze plany biorą w łeb, w mieście odbywają się koncerty, festyny i inne wydarzenia, które skutecznie utrudniają nam dotarcie do celu. Samochodowa nawigacja wariuje i nie pozostaje nam nic innego, jak szukanie hostelu tradycyjnymi metodami. Ostatecznie klucze od naszego pokoju odbieramy około 21. Krótki spacer po okolicy, pierwsze lokalne piwo w miejscowym pubie i idziemy spać, bo najbliższy tydzień będzie dla nas bardzo intensywny. Czeka nas przecież emocjonująca podróż po perle Morza Śródziemnego – Sycylii.

1

Port w Palermo

Rano ruszamy na zwiedzanie niezwykle malowniczego, zatłoczonego i głośnego miasta. Pierwsze wrazenie jest takie, że miasto żyje bardzo intensywnie. Wszędzie jeżdżą samochody, skutery, autobusy. Wszędzie gwar, zgiełk i tumult.Wszyscy się gdzieś spieszą, ale inaczej niż w Polsce – tu wszystko odbywa się z uśmiechem na ustach, bez niepotrzebnych nerwów i agresji. Czas nas goni, więc zmuszeni jesteśmy skupić się na żelaznych punktach palermiańskiego programu, takich jak Palazzo dei Normanni, Cattedrale di Palermo, cudowny Piazza Vigliena, kościół San Cataldo, czy kościół San Giovanni degli Eremiti. Niestety na więcej nie możemy sobie pozwolić, musimy ruszać dalej.

2

 Porta Felice (Palermo)

Pierwszy przystanek robimy tuż pod miastem, w Monreale. Znajduje się tu przepiękna katedra Santa Maria Nuova, naszym celem jest jednak nie tylko zwiedzanie, ale drugie śniadanie. Jemy tu prawdziwe, sycylijskie cannoli. Tak, to te same podłużne ciastka nadziewane serkiem riccota, które zyskały sławę wśród fanów „Ojca Chrzestnego”, w którym padły słynne słowa „leave the gun, take the cannoli”. Po zaspokojeniu głodu ruszamy w dalszą drogę szlakiem sycylijskiej mafii – kolejny przystanek to słynne Corleone. To od nazwy tego 12-tysięcznego miasteczka nazwisko przyjął tytułowy bohater książki i filmu „Ojciec Chrzestny”, Vito Corleone.

 

3
 Corleone

Jednak historia opisana w dziele Mario Puzo to tylko romantyczna fikcja literacka, prawda jest dużo bardziej przerażająca. Corleone to miejsce urodzenia niesławnego Salvatore „Toto” Riiny, bossa Cosa Nostry, który dorobił się nie bez przyczyny przydomka „Bestia”… Miejscowość nie jest szczególnie ciekawa, dlatego po krótkim spacerze ruszamy dalej, do miasta o nazwie Lercara Friddi. Ta niewielka miejscowość rzadko pojawia się w przewodnikach turystycznych nie bez przyczyny – jest raczej nieciekawa i nie obfituje w zabytkową, klasyczną architekturę. Dla nas ciekawa jest z konkretnego powodu – to tu 24 listopada 1897 roku przyszedł na świat jeden z najpotężniejszych bossów świata przestępczego Stanów Zjednoczonych
Ameryki – Charles „Lucky” Lucciano, a właściwie Salvatore Lucania. Jest to postać o tyle ciekawa, że jego rozległe, nie zawsze legalne wpływy, dostrzegł i docenił rząd USA. Był rok 1943, trwała II wojna światowa, alianci szykowali się do zdobycia Sycylii i właśnie wtedy pomoc Luciano okazała się niezbędna. Dzięki jego wstawiennictwu u lokalnych sycylijskich bossów wojska amerykańskie napotykały bardzo słaby opór, dzięki czemu Operacja Husky zakończyła się pełnym sukcesem, ale to już zupełnie inna historia…

4

 W drodze do Agrigento

Pierwszy dzień podróży po tej jednej z najpiękniejszych wysp Morza Śródziemnego kończymy w Agrigento. Stąd już tylko rzut kamieniem do naszego kolejnego celu, czyli Valle dei Templi (Dolina Świątyń). Za zwiedzanie zabieramy się następnego dnia rano. Zostawiamy naszego Volkswagena na parkingu i ruszamy na podbój starożytnych ruin. Najlepiej zachowana, a co za tym idzie najbardziej imponująca jest Tempio della Concordia. Ta powstała w V w. p.n.e. świątynia grecka zbudowana została na planie prostokąta o wymiarach 42 metry na 20 metrów. Co ciekawe budowla w 597 r.n.e. została zmieniona w chrześcijańską bazylikę San Gregorio delle Rape i dopiero w XVIII wieku przywrócono świątyni pierwotną formę.
W dalszej kolejności zwiedzamy ruiny Tempio di Giunone, Tempio di Ercole czy Tempio di Giove – wszystkie bardzo wiekowe i niestety czas równie mocno zniszczone. Nie miały tyle szczęścia, co Świątynia Concordii.

5

Świątynia Concordii pod Agrigento

Po południu ruszamy w dalszą drogę i obieramy kierunek na Caltagirone. Miasto wpisane jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO, dlatego uznajemy, że warto je odwiedzić, choć musimy zboczyć z trasy. Po wspaniałej jeździe górskimi serpentynami docieramy do pięknego, położonego na trzech wzgórzach miasta, słynącego z wyrobu ceramiki artystycznej. Wiele tutejszych budynków udekorowanych jest glinianymi ozdobami, w tym słynne, długie schody La Scalinata di Santa Maria del Monte di Caltagiro, wyłożone pięknymi, różnobarwnymi płytkami. Warto pokonać wszystkie 142 stopnie, wykonane z lawy wulkanicznej, by dotrzeć do znajdującego się na górze Kościoła pw. Świętej Marii z Gór, skąd rozpościera się wspaniały widok na całą okolicę.

6

Syrakuzy

Czas nas goni, opuszczamy więc piękne Caltagirone i ruszamy do miejsca naszego dzisiejszego noclegu – Syrakuz. Nasze lokum, zlokalizowane tuż przy historycznej części miasta, daje nam duży komfort zwiedzania, ale najpierw trzeba tam dojechać. Jazda samochodem po Sycylii potrafi być męcząca – znaki drogowe traktowane są jedynie jako wskazówki, zakazy parkowania to tylko drobne sugestie, a klakson służy miejscowym kierowcom do pozdrawiania znajomych. Jednak w tej drogowej anarchii jest coś pociągającego i wstyd się przyznać, ale już po dwóch dniach zachowywałem się na drodze dokładnie tak, jak Sycylijczycy. To bardzo pomaga nam dotrzeć do hotelu. Gdybyśmy kilka razy nie pojechali „pod prąd”, pewnie do teraz błąkalibyśmy się po wąskich uliczkach tego zabytkowego miasta, z którym nie radzi sobie nawet najlepsza nawigacja samochodowa  Jeśli chodzi o zwiedzanie, to zacząć należy od wyspy Ortygii, na której znajduje się stare miasto. Dostajemy się tam jednym z dwóch mostów, które przecinają wąski pas morza, oddzielający Ortygię od Sycylii. To, co zastajemy na miejscu z pewnością oczaruje każdego – fantastyczne wąskie uliczki, greckie ruiny, gotyckie pałace, barokowe kamienice i piękne, monumentalne kościoły, w tym Duomo di Siracusa. Wszystko to robi niesamowite wrażenie. Zwiedzamy Plac Archimedesa z Fontanną Diany, Opactwo św. Łucji kryjące we wnętrzu obraz „Pogrzeb Łucji” autorstwa Caravaggio, spacerujemy Foro Vittorio Emanuele II aż do Zamku Maniace. Miasto zachwyca swą urodą, ale czas nas goni, dlatego kilka godzin poświęcamy na zwiedzanie Parku Archeologicznego Neapolis, który kryje m.in. ruiny rzymskiego amfiteatru, całkiem dobrze zachowany teatr grecki oraz jaskinię zwaną Uchem Djonizjusza.

7

Park Archeologiczny Neapolis

Jeszcze tylko ostatnie zakupy, powrót do samochodu i ruszamy w dalszą drogę. Najbliższy postój – Taormina! A tak naprawdę to przedmieścia Taorminy o nazwie Giardini Naxos. Tu zatrzymujemy się na dwa dni, bowiem właśnie osiągnęliśmy jeden z podstawowych celów naszego przyjazdu na Sycylię – start Targa Florio! 21 kwietnia rusza wyścig samochodów zabytkowych, który przejedzie przez Sycylię już po raz sto pierwszy. W latach 1906-1977 roku na drogach Sycylii rozgrywała się najprawdziwsza walka o ułamki sekund między kierowcami takich wspaniałych maszyn jak Maserati 6CM, Porsche 908/3, Alfa Romeo 8C, Ferrari 166MM, Mercedes-Benz 300 SLR czy Lancia Stratos Turbo. Dziś kontynuacją tamtych zmagań jest
rajd samochodowy będący rundą Rajdowych Mistrzostw Włoch, odbywający się w górach Parco delle Madonie oraz towarzyski przejazd kawalkady samochodów zabytkowych, który startuje w Taorminie. I to właśnie ten klasyczny „odłam” Targa Florio jest naszym celem. Po zameldowaniu w hotelu jedziemy do miasta, znajdującego się na wysokiej skale, górującej nad Morzem Jońskim. Dostanie się tam samochodem wcale nie jest takie proste, nasz małolitrażowy VW Polo ledwo radzi sobie ze stromymi podjazdami. Ostatecznie udaje nam się dotrzeć na kilkupoziomowy parking, z którego do miasta dojeżdżamy … windą. Taormina jest cudownie położona. Z jednej strony góry Sycylii i Etna, z drugiej morze, Cieśnina Mesyńska, a przy dobrej widoczności także góry Kalabrii. Zwiedzanie zaczynamy od głównej arterii – Corso Umberto. Ulica ciągnie się przez całą długość starej części miasta i jest rzecz jasna wyłączona w ruchu kołowego. No właśnie, ale czy na pewno? Teoretycznie nie można po niej jeździć, ale Włosi kochają piękne auta i dla uczestników Targa Florio zrobiono wyjątek. Dzięki temu turyści, odwiedzający rankiem tego dnia Piazza Duomo i Katedrę San Nicolo mieli okazję podziwiać wolne, defiladowe przejazdy takich wspaniałych aut jak Tatra TF z 1925 roku, Bugatti T40, Porsche 356 Pre A, Simca 8 Sport, Fiat Giannini 750 Sport, Alfa Romeo Giulietta SZ, Ermini 1100 Sport Motto i wiele, wiele innych cudownych, pięknych, zjawiskowych pojazdów.

8

Targa Florio (Taormina)

9

Piazza Duomo w Taorminie

W Taorminie żelaznym punktem programu jest zwiedzanie teatru greckiego, z którego rozciąga się wspaniały widok na wyspę, a jeśli pogoda jest łaskawa, to można stąd dojrzeć szczyt Etny. Prócz tego spacerujemy po zabytkowych uliczkach, wchodzimy w wąskie zaułki i w każdy zakamarek tego pachnącego historią miasta. Cały dzień zwiedzania Taorminy to jednak dla nas za mało. Schodzimy ze wzniesienia na morski brzeg, skąd już tylko rzut kamieniem na wyspę o dźwięcznej nazwie Isola Bella. To zdecydowanie perła Morza Jońskiego i jeśli się jej nie odwiedzi, to wizyta w Taorminie jest niepełna. Wysepka do niedawna pozostawała w prywatnych rękach i była… domem pewnej brytyjskiej rodziny. Fantazyjnie poprowadzone korytarze, pomieszczenia wyglądające, jakby wykute w skale, basen, bujna, egzotyczna roślinność i wąska, piaszczysta grobla, prowadząca na wyspę sprawiają, że Isola Bella robi niesamowite wrażenie. Następnego dnia opuszczamy piękną Taorminę i ruszamy do Cefalu. Żeby jednak nie było zbyt łatwo, decydujemy się omijać autostrady i utarte szlaki – ruszamy drogą przez góry. Kręta nitka asfaltu pnie się coraz wyżej i wyżej, prowadzi nas przez opustoszałe miasteczka, ruchu turystycznego właściwie tu nie ma. Tak, to jest ta najciekawsza, pusta Sycylia, kraina małych osad ludzkich, gdzie życie jest ciężkie, ale niezbyt spieszne. Surowe góry, oszczędna roślinność, pola ogrodzone kamiennymi murkami. Jest cudownie! Tuż przed miejscowością Petralia Sottana spotykamy zmierzającą w przeciwnym kierunku kawalkadę aut, uczestniczących w Targa Florio. Lepiej nie mogliśmy trafić

10

W drodze do Cefalu

Chwilę później zjeżdżamy z drogi krajowej i lokalną szosą przejeżdżamy przez sam środek dzikiego i bezludnego rezerwatu Parco delle Madonie. Choć na wybrzeżu jest już ciepło jak latem w Polsce, to tu, na wysokości 1300 m. n. p. m. temperatura spada do 1-2 stopni C, a na poboczach jeszcze leży jśnieg. Ale mimo chłodu czujemy się tu cudownie, mamy wrażenie, że w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie ma żywej duszy, jesteśmy tylko my i piękna, niczym niezmącona natura.

11

Parco delle Madonie

Jadąc w kierunku wybrzeża Morza Tyrreńskiego zbaczamy do miejscowości Collesano, gdzie mieści się Muzeum Targa Florio. Oglądamy tu kombinezony, kaski, wyposażenie samochodów, medale, zdjęcia i wiele innych pamiątek po tym tak bardzo kochanym na Sycylii wyścigu. Tu też dociera do nas bardzo smutna wiadomość o wypadku, jaki zdarzył się na trasie rajdu. Na trzecim odcinku specjalnym Rally Targa Florio zginęły dwie osoby, a impreza została odwołana. Targa Florio to ważne wydarzenie dla mieszkańców wyspy, widać, ze ta tragedia nimi wstrząsnęła.

12

Collesano

Do Cefalu docieramy wczesnym popołudniem i od razu zabieramy się za zwiedzanie. Punkty obowiązkowe to jedna z najważniejszych sycylijskich katedr znajdująca się oczywiście przy Piazza Duomo. Prócz tego warto odwiedzić Piazza Marina nad samym morzem, pospacerować klimatycznymi wąskimi uliczkami i oczywiście wdrapać się na górującą nad miastem skałę o dźwięcznej nazwie La Rocca.

 

13

 Cefalu

Następnego dnia ruszamy do Termini Imerese, gdzie mieści się kolejne muzeum poświęcone sycylijskiemu wyścigowi – Museo del motorismo Siciliano e della Targa Florio. Szybko zaprzyjaźniamy się z jego właścicielem, Pana Nuccio Salemi, który miał okazję uczestniczyć w wyścigu i opowiada nam wspaniałe historie o tradycji ścigania się po krętych, sycylijskich drogach. Oglądamy plakaty, kombinezony, pamiątki oraz piękne i bardzo rzadkie auta, które wiele lat temu brały udział w Targa Florio – Paganucci-BMW, Lancia Fulvia HF Barchetta, Alfa Romeo Tipo 33/3 i inne śliczne okazy.

 

14
 Lancia Fulvia HF Barchetta w Museo del motorismo Siciliano e della Targa Florio

Po wylewnym pożegnaniu z Nuccio ruszamy jeszcze na ostatnie zakupy do Palermo, a potem na lotnisko, by z żalem oddać do wypożyczalni samochód, który przez ostatni tydzień stał się naszym przyjacielem. Do Polski wracamy dopiero następnego dnia rano, dlatego na ostatni nocleg wybieramy miejscowość położoną najbliżej Punta Raisi, czyli Terrasini. To małe, spokojne miasteczko wolne jest od rzeszy turystów, znanych z Taorminy, Syrakuz, czy Cefalu. Dzięki temu można poczuć tu klimat prawdziwej Sycylii, na której żyje się powoli, po cichu, spokojnie. To idealne miejsce na ostatnią noc na Sycylii.

 

15

 Terrasini

To niestety koniec naszej wyspiarskiej przygody. Szukaliśmy mafii i wyścigów samochodowych. Czy znaleźliśmy? Tak, ale nie tylko tym oczarowała nas na Sycylia…

 

2019-03-28 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
PRACE KONKURSOWE POLSKA

na Krawcowym Wierchu – praca konkursowa

przez Redakcja 2019-03-28
Napisane przez Redakcja
na Krawcowym Wierchu

na Krawcowym Wierchu

„Trzy wieczory , trzy noce” na Krawcowym Wierchu.

Andrzej Buliński

To by były ostatnie dni sierpnia, kończył się okres wakacji, okres urlopów. Coraz mniej turystów odwiedzało bacówkę leżącą z dala od popularnych szlaków, bacówkę bez wygód, energii elektrycznej, za to z niepowtarzalną atmosferą, miejscem które ukochali prawdziwi górscy łazicy. Obsługa już zeszła w „dół ,do swoich domów , rodzin. Zostałem sam z samym sobą, w tej swojej pustelni, zresztą gdzie wracać miałem? Do kogo? Jedynym towarzystwem było stadko sarenek i jelonków które podchodziły nieomal pod same drzwi bacówki. A pogoda była wymarzoną na górskie wędrówki i spacery, na słowacką stronę z których wracałem z plecakiem wypełnionym rumem i borowiczką. Tyle słońca było tego roku, tyle błękitnego nieba i tylko od czasu do czasu zawiewał niewinny jak puch biały , lekki zefirek. A gdy słońce chowało się za grań Beskidu Śląskiego, nadchodziły wieczory, noce , jedynie sen nie nadchodził, biłem się tedy ze swoimi myślami, refleksjami a oczy wypatrywały zagubionego turysty- łazika, mnie podobnemu z którym mógłbym zamienić kilka słów przy ognisku opodal starego szałasu pasterskiego, czy też przy bacówkowym kominku.

 

1

2

 

Każdego dnia wychodziłem hen na halę by podziwiać zachody słońca, co dnia inne , piękniejsze, inne niż gdziekolwiek na świecie. Siadałem na pniu przy starym szałasie, rozpalałem tradycyjną górską watrę wpatrując się w oświetlone na czerwono przez zachodzące słońce zbocza i urwiska Fatry. Wpatrzony w buzujące płomienie, nasłuchiwałem odgłosów prastarej, buczynowej puszczy . Słuchałem szemrzącego strumienia i zastanawiałem się co on dzisiaj ma mi do powiedzenia. Coraz częściej i coraz dłużej przesiadywałem przy szałasie. Aż przyszedł dzień gdy zauważyłem że o określonej porze coś mnie zaczyna niepokoić, coś dziwnego, trudnego do wyłapania, do wytłumaczenia. Moment kiedy wkrada się dziwny nastrój, a i ja
zaczynam się czuć delikatnie mówiąc nieswojo. Dogaszałem ognisko i szybko zbiegałem do schroniska by oczekiwać wschodu słońca. Aż przyszedł dzień gdy do bacówki zawitał Pan Janek, stary górski wyga, łazik i psotnik. Gdański jubiler, dziwak, taki jak my wszyscy pozytywnie zakręceni w górach zakochani, ich wiernością i odwzajemnioną miłością zachwyceni.

 

3

 

Janek, znany gdański jubiler specjalizujący się w obróbce bursztynu, o którym to mógł opowiadać godzinami. Ten stary górski wyga kochał i jantar i góry ,a te ostatnie w szczególności, tak jak i my wszyscy. Bywał w Alpach, Pirenejach, Dolomitach, może prościej było by powiedzieć gdzie nie bywał.. Dwa, trzy razy do roku odwiedzał naszą bacówkę w której jak mawiał czuje się najlepiej, urzekała go atmosfera samego schroniska , jaką staraliśmy się stworzyć ale i samego miejsca, miejsca gdzie cywilizacja jeszcze nie dotarła. To były kilkudniowe pobyty, to było jego miejsce wypadowe w pobliskie Beskidy i na Fatre. Wracał zwykle po 21,zjadał kolację , dzielił się wrażeniami z mijającego dnia, a póżnym wieczorem w zależności od pogody siadaliśmy przy kominku czy też ognisku. Był gawędziarzem, opowiadał ciekawie i obrazowo , znał cały nasz górski światek. A że pogoda dopisywała tego lata zwykle siadaliśmy przy ognisku tuż obok starego pasterskiego szałasu.
Już pierwszej nocy w pewnym momencie przerwał swoje opowieści…Słuchaj , zauważyłeś coś?, co się dzieje? czujesz to co ja? zapytał trochę zaniepokojonym głosem. Tak to było „TO”!, wiedziałem o czym mówi. A co się dzieje? odpowiedziałem. Nie wiem coś mi tu nie gra, dziwnie się jakoś zrobiło.
Wydaje Ci się rzekłem, może borowiczka którą wypiliśmy tak nas działa, odpowiedziałem. Wypiliśmy jeszcze odrobinkę i udaliśmy się do pokoi. Następnego ranka przy śniadaniu wróciłem do „tematu”.
Pamiętasz wczorajszy wieczór?, pamiętasz to dziwne uczucie? zapytałem. Widzisz, ja „To coś” czuję, to coś przychodzi, nadchodzi już od kilkunastu dni. Zbagatelizowałem „to coś” wczoraj ,bo byłem ciekaw Twojej reakcji. Zamruczał coś pod nosem, a wychodząc ze schroniska rzekł. Jak wrócę , rozpalimy ognisko tam gdzie wczoraj, przygotuj dużo drewna, to będzie długa noc, będę tam siedział chociażby go rana…….

Tym co powiedział wprowadził mnie w doskonały humor, przez cały dzień uśmiechałem się sam do siebie .
Wiedziałem przecież jak proste jest rozwiązanie „zagadki” Krawculowej Hali. Cykady tysiące cykad, kiedy słońce chowało się za horyzontem rozpoczynało swój nieziemski koncert jakże piękny dla ucha. Ale tak jak wszystko i on musi mieć swój finał. Po północy w jednej tysięcznej sekundy orkiestra świerszczy kończyła swe subtelne granie, wprowadzając niepokój i ten nieziemski nastrój który dla tych którzy matki natury nie znają do dzisiaj pozostaje tajemnicą

 

4

 

Była to jedna z bardziej udanych wycieczek w Beskidzie Żywieckim.
Spokój i cisza i te wspaniałe zachody słońca o których zapomnieć się nie da.

Zachody piękniejsze niż wschody słońca na Babiej Górze.

 

5

6

Krawców Wierch .

 

 

Wspomnienia z Podróży – Polska

3 miejsce
Plecak Rockland PLUME 25
Śpiwór Rockland Ultra Light 800
 
 
RAVEN

Jesteśmy krakowską firmą handlową, od 2005 roku funkcjonującą w branży outdoor. Jako RAVEN zajmujemy się dystrybucją i handlem wysokiej jakości odzieżą, butami oraz sprzętem turystycznym. Swoje produkty kierujemy do sklepów detalicznych, których docelowymi odbiorcami są pasjonaci świata gór, miłośnicy podróży i aktywnej turystyki oraz biegacze i rowerzyści – zarówno miejscy, jak i górscy. Jesteśmy wyłącznym, krajowym dystrybutorem kilkunastu uznanych – i wciąż przy tym dynamicznie rozwijanych brandów, takich jak Marmot, Aku, Teva, Hoka One One czy Smartwool. Ponadto, bazując na znajomości branży oraz zdobytym doświadczeniu, od 2009 rozwijamy autorską markę Rockland, oferującą sprzęt turystyczno – kempingowy. Poza polskim rynkiem, część naszych marek dystrybuujemy do 11 krajów Europy Wschodniej, na czele z Czechami i Węgrami. Ekonomiczny aspekt związany z prowadzeniem generującej zysk firmy nigdy nie przesłonił nam wartości, jakimi kierujemy się na co dzień w życiu. Bardziej niż biznesmenami czujemy się pasjonatami zdrowego i sportowego stylu życia, którego czynnymi praktykami są również nasi klienci oraz ich finalni odbiorcy. Razem z nimi tworzymy jedną wielką, „outdoorową” rodziną, dla której góry, sport, podróże czy bieganie stanowi nie tylko hobby po godzinach, ale i pasją, którą udało nam się połączyć z pracą. Wierzymy, iż produkty, które oferujemy, przyczynią się do realizacji Waszych turystyczno – sportowych ambicji.  http://www.ravenco.eu.

Raven           Rockland

2019-03-28 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
PRACE KONKURSOWE ŚWIAT

Szwecja w jeden dzień – praca konkursowa

przez Redakcja 2019-03-26
Napisane przez Redakcja
Szwecja w jeden dzień czyli Karlskrona
Szwecja w jeden dzień czyli Karlskrona

 Szwecja w jeden dzień czyli Karlskrona naszymi oczami

Iwona Zielińska-Buta
 
Jestem właśnie w trakcie urlopu, 9 dni na wyjeździe już za mną (co oczywiście nie oznacza , że mam czas 🙂 ale podobno na twarzy jestem wypoczęta … ha, ha, ha)
 
1
 
Część urlopu spędziliśmy na północy Polski tj. Kaszuby, Gdańsk i przez chwilę Szwecja … i o niej właśnie będzie słów kilka Wypłynęliśmy promem o 21.00 . Kiedy tylko weszliśmy na pokład słoneczny spojrzałam na szalupy ratunkowe, pojemniki z kamizelkami i od razu pomyślałam … Tittanic ….. i żeby tylko w razie co miejsc w szalupach starczyło, i żebyśmy tylko szczęście mieli , bo zdrowie na razie mamy … potem sprawdziłam czy głowa Marcyśki nie zmieści się między szczebelkami okalających pokład balustrad … uff, nie zmieści się … no i wyluzowałam się i wtedy już mogłam podziwiać widoki pozostającej w tyle Gdyni … oczywiście z moim lękiem wysokości w tle (to było XI piętro) Na promie całkiem fajnie, choć nie mogę powiedzieć żeby tanio … może dla Szwedów, sądząc po ilości kupowanego przez nich alkoholu. Z proponowanych atrakcji byliśmy na … Mini Disco 🙂 no bo cóż poszaleją rodzice z małym dzieckiem … ale takich jak my było całkiem dużo Kabinę mieliśmy z oknem, łazienką … bardzo przytulną. Tylko to wstawanie … trzeba było ją opuścić chwilę po 6.00 rano. Moja Marcysia pije wieczorem kaszę mannę a mój patent na nią był taki … na wieczór w termosie, na rano w termotorbie z wkładem chłodzącym, w „wieczorny” termos gorącej wody z kranu (był prawie wrzątek), w to butelkę z kaszą i po takim podgrzewaniu była cieplutka 🙂 Dziecko obudzone więc na kawkę i podziwiać szwedzkie wybrzeże
 
2
 
3
 
Z terminala autobusem nr 6 do centrum Karlskrona ok. 30 min – 20 sek bilet dla jednej osoby.
Po wyjściu z autobusu (wysiada się przy skwerze obok Mc Donaldsa) poszliśmy do kawiarni Cafe TreG na tradycyjną kawę i cynamonowe bułeczki a Marcysia – fanka arbuzów, na miseczkę tegoż owocu – ok. 130 sek całość.
Dalsze kroki skierowaliśmy do biura informacji turystycznej , żeby wypożyczyć rowery (tak nam powiedziano na promie) co okazało się nie prawdą ale przynajmniej dokładną mapkę dostaliśmy i info gdzie po te rowery. Bo niestety oficjalny przewodnik z promu niewiele wniósł w nasze życie 🙂
Mapka poniżej … zaznaczyłam krzyżykiem w kółku gdzie po rowery 😉
 
4
 
Wypożyczalnia znajduje się blisko rynku głównego, przy ulicy Hantverkareg, na tyłach sklepu sportowego.czynna od 10.00 Obsługa bardzo miła, nie wymaga okazywania dokumentu tożsamości a jedynie wpisania swoich danych i nr telefonu.
Koszt wynajęcia roweru na cały dzień to 100 sek. Bez problemu tez mogliśmy zostawić sobie w wypożyczalni jeden plecak (na promie nie , bo wracaliśmy drugim promem) Wypożyczenie rowerów to był świetny pomysł, bo zwiedzanie Karlskrona pieszo to moim zdaniem porażka – miasto jest rozległe i obfituje we wzniesienia a opisane w przewodniku atrakcje są mocno od siebie oddalone.
Podczas jazdy na rowerach spotykaliśmy utrudzonych pasażerów z naszego promu , którzy „modlili się” żeby ten dzień już się skończył.
 
5
 
6
 
Jeździliśmy sobie tak do 14.00, zwiedzając to co napotkaliśmy czyli … place zabaw , które mnie urzekły z miękkim podłożem , wyścielone korkiem lub ścinkami drewna , które wprost zachęcało do zdjęcia butów … co nasze dziecko robiło ekspresowo 🙂 z fantastycznymi „sprzętami”
 
7
 
8
 
Targ rybny ze słynna „Rybaczką”
9
 
i dalej brzegiem do campingu Dragso podziwiając po drodze piękne miejsca jak osiedle domków drewnianych Bjorkholmen
10
 
11
 
a na Dragso wykapaliśmy się , zjedliśmy świetne lody i pobawiliśmy się na polu do mini golfa
 
12
 

i na obiad ….

zjedliśmy w restauracji Castello przy głównym rynku – łosoś z ziemniakami i surówką (mniam, mniam polecam). Za dwie porcje z piciem zapłaciliśmy 190 sek. (zdjęć nie ma 🙂

a potem dalej rowerami

13
 
finałem były zakupy … w Lidlu m.in. (prosty dojazd nadbrzeżem od targu rybnego ok. 10 min.)
Lubię zwiedzać Lidle w różnych krajach 😉
kupiliśmy m.in. kawę Zoega (smaczna, czytałam wcześniej w internecie i to prawda), deser Soppa – coś jak sok przecierowy , nasz z owocu dzikiej róży i z borówek, chlebek, który zdaje się nazywa się polarny , w każdym razie bardzo smaczny i długo świeży – na zdjęciu poniżej
 
14
 
no i jeszcze gofrownice ze zwierzątkami 🙂
 

gofry już robimy … 🙂

Żeby tradycji stało się zadość chcieliśmy tez konika Dala … w Lidlu nie było 🙂
cena tej najczęściej drewnian j pamiątki wahała się od 340 sek do 600 sek (zależnie od rozmiaru konika … co też nie było współmierne do ceny 🙂
W sumie kupiliśmy … magnes na lodówkę :-)za 70 sek

15

2019-03-26 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
PRACE KONKURSOWE ŚWIAT

POLSKI GRZEBIEŃ – praca konkursowa

przez Redakcja 2019-03-25
Napisane przez Redakcja
POLSKI GRZEBIEŃ

POLSKI GRZEBIEŃ

 POLSKI GRZEBIEŃ

Anna Prościńska

Słyszę dzwoniący budzik i wyciągam rękę by go wyłączyć. Jest czwarta nad ranem. Pobudka! Przecieram zaspane oczy i wyłaniam się spod ciepłej pościeli. Otwieram okno i patrzę. Tatry są! Widać je pięknie, choć nocne lenistwo jeszcze tli się dookoła w postaci niewielkiej pierzynki nad Giewontem, który kurzy faję. Światełko na Kasprowym już przyblakło, znak, że zaczyna się nowy dzień. Nagle przeszedł mnie dreszcz. Zimno jest na dworze, pomimo tego, że sierpień, że lato. Ale to są góry. Mieszkam na wysokości 820 m npm i to normalne, że rano jest tu rześko. Nie ma nawet dziesięciu stopni , chociaż w dzień będzie zapewne koło dwudziestu pięciu a na dworze termometr-zgrywus pokazuje minus siedem. Tak już ma…
Za oknem, u sąsiadów biały kundelek zaczyna swą serenadę. Zaczyna wyć jak wilk jak słyszy gdzieś hen daleko karetkę, choć dla ucha człowieka jest ona jeszcze niesłyszalna. Idę do łazienki, potem ubieram górskie buty, gruby czerwony polar, chustkę góralską z okularami na głowę i ruszam. Paweł już czeka przed domem w aucie. Widać tylko przez otwarte drzwi jego przyjazną, uśmiechniętą twarz. Słychać kłapnięcie drzwi i już silnik mruczy swą kołysankę, kołysankę do nowej przygody, która w tej chwili właśnie rozpoczyna się. Celem jej jest dzisiaj Polski Grzebień – Przełęcz w Tatrach Wysokich na Słowacji. Samochód toczy się bezszelestnie w górską ciszę, za oknem trwa jeszcze walka pomiędzy cieniem a słońcem, między dniem a nocą. Góry zacienione wyglądają groźnie, jednak gdy tylko słońce chwyci je w swe ramiona, od razu rumienią się i błyszczą złotem aż ich blask odbija się w naszych oczach i one również płoną z zachwytu w barwach wschodzącego słońca.
Przejeżdżamy przez Tatrzańską Łomnicę i Stary Smokowiec by zatrzymać się w Tatrzańskiej Polance, gdzie w prawo prowadzi wąska asfaltowa dróżka na parking do początku szlaku. Samochód więc wtacza się powoli w tę ścieżynę i po chwili dojeżdża do szlabanu gdzie można zacumować naszą kapsułę czasu – kapsułę czasu, gdyż teraz oto wchodzimy w inną przestrzeń – tatrzańską – to tak jakby naprawdę przenieść się w czasie będąc w górach, zwłaszcza po słowackiej stronie, gdzie cisza i spokój. Turystów mijamy bardzo niewielu, bo w ilości palców u rąk…
Szybko dochodzimy równą wstążką asfaltu pomiędzy drzewami i trawami do schroniska a właściwie hotelu górskiego Śląski Dom.

 

1a

1b

 

Jego prostokątna bryła gra imponującą muzykę Tatr na swych akordeonowych, brązowych żebrach. Nad nim wystaje sina głowa Gerlacha a po przeciwnej stronie cała grań Granatów Wielickich, w dole zaś błyszczy podłużne oko Wielickiego Stawu, do którego spływa Siklawą potok ze stawów wyżej położonych. Tym razem Gerlach pali faję, a białe jęzory chmur sięgają najwyższej tatrzańskiej głowy.

Stąd idziemy prawą stroną stawu – mieniącego się tysiącem barw w odcieniach niezliczonych kolorów nieba i siności skał, gdzie z pozoru ponure góry odbijają się uroczo w tafli wody, niczym w najpiękniejszym lustrze – do szlaku prowadzącego na próg skalny, skąd dostajemy się do Wielickiego Ogrodu. Skały tutaj czasem płaczą a ich łzy spadają nam na głowę, przechodząc pod Mokrą Wantą, zaś powbijane haki świadczą o tym, że bywają tu wspinacze. Stajemy na progu wodospadu a oczom ukazują się najpierw piękne kozice zerkające niesfornie w naszą stronę. Całe to stado zgromadzone dookoła oddaje się miłemu leniuchowaniu, tylko niektóre skubią smaczną trawę, której w tym ogrodzie jest dostatek a kolejne po drugiej stronie strumyka schodzą spod Gerlacha. Jest niesamowite to, że są one tak blisko, że można dosłownie spojrzeć w ich piękne, brązowe, mądre oczy.

2 1

Wszędzie tu pełno zieleni, kwiatów i ziół a ich zapach roznosi się dookoła wraz z delikatnym powiewem wiatru i przyciąga niezliczoną ilość pięknych owadów. Motyl dopiero siadł mi na ramieniu… Ptaki również rozpoczęły swój koncert, do których dołączyły świstaki ze swoimi gwizdami. Normalnie czuję się jak w raju. No i Gerlach teraz jeszcze bliżej. Stąd taternicy rozpoczynają wspinaczkę na jego szczyt. Staw Wielicki z góry wygląda jak kałuża a Śląski Dom jak pudełeczko zapałek.

 

3 1

Idziemy kamienną ścieżyną, zielonym szlakiem przez piękny Ogród Wielicki. Pachnie łąką i latem a sine, groźne skały dodają uroku. Na wysokości 1939 m npm mijamy kolejny staw o nazwie Długi Staw. Jest pięknie położony w dolince, przytulony do Gerlacha, gdzie zalęgają wieczne śniegi. W pewnym momencie po prawej stronie widać kozicę. Dumnie stoi na brzegu skały na tle nieba. Po chwili podchodzi do niej koźlątko i zaczyna ssać mleko. Przepiękna scena.

 

4 1

5 1

6 1

 

Po około dwóch godzinach dochodzimy do ostatniej „prostej” – czyli najtrudniejszego etapu naszej wędrówki na Polski Grzebień. Do stromego podejścia, dużej ekspozycji i łańcuchów. Jest kilka miejsc gdzie strach było nawet patrzeć a co dopiero tamtędy przejść. Odcinek ten na szczęście nie jest długi i już po kilkunastu minutach wciągania się i podpychania w górę przez kolegę, wśród sinoniebieskich skał i wielkich głazów, dochodzimy do naszego celu!

7 1

8 1

Przełęcz Polski Grzebień położona jest na wysokości 2200 m npm i otoczona nieziemskim krajobrazem. Staję obok uroczego, drewnianego słupka – drogowskazu, a raczej wielkiego drzewa z poprzycinanymi konarami i obdartego z kory. Na nim wiszą żółte tabliczki ale najważniejsza dla nas jest ta, z napisem wskazującym, że właśnie jesteśmy TUTAJ i patrzymy na Gerlach, Jaworowy Szczyt, Wielicki Szczyt, Przełęcz Rohatka czy Małą Wysoką. Niebieski jak letnie niebo Zmarzły Staw, mruga w naszą stronę z doliny po drugiej stronie przełęczy, gdzie niebieski szlak przez Litworową Dolinę i kolejne stawy prowadzi do Doliny Białej Wody i ostatecznie do Łysej Polany. Jest on o wiele dłuższy. Siedzimy wpatrzeni w całe to piękno i nagle czujemy jak zaczepia nas Mała Wysoka i zaprasza na swój szczyt, na który jest jeszcze godzinka wspinaczki i który znajduje się na wysokości 2429 m npm. Stratusy jednak usilnie go zasłaniają więc rezygnujemy z dalszej wędrówki. Przepraszamy go pięknie i obiecujemy poprawę następnym razem. Teraz zaś postanawiamy posiedzieć w tym skalno- niebiańskim krajobrazie, zjeść pajdę chleba, która na tej wysokości i w tych warunkach smakuje niesamowicie i patrzeć, patrzeć, patrzeć…

 

9 1

10 1

11

12

 

Trzeba jednak kiedyś niestety zejść a schodząc mijamy po raz kolejny mnóstwo kozic i świstaka – pięknego brązowego futrzaka, który siedząc na skale, ostrzega kumpli głośnymi gwizdami przed niebezpieczeństwem. Dzień już chyli się ku wieczorowi, więc i my na czas schodzimy do naszej kapsuły czasu i znów przenosimy się w czasoprzestrzeni do teraźniejszości i razem ze Słońcem przytulamy od razu twarz
do poduszki…

(15 sierpnia 2017r.)

2019-03-25 0 komentarze/y
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 181
  • 182
  • 183
  • 184
  • 185
  • …
  • 299

Archiwa

  • marzec 2026
  • luty 2026
  • styczeń 2026
  • grudzień 2025
  • listopad 2025
  • październik 2025
  • wrzesień 2025
  • sierpień 2025
  • lipiec 2025
  • czerwiec 2025
  • maj 2025
  • kwiecień 2025
  • marzec 2025
  • luty 2025
  • styczeń 2025
  • grudzień 2024
  • listopad 2024
  • październik 2024
  • wrzesień 2024
  • sierpień 2024
  • lipiec 2024
  • czerwiec 2024
  • maj 2024
  • kwiecień 2024
  • marzec 2024
  • luty 2024
  • styczeń 2024
  • grudzień 2023
  • listopad 2023
  • październik 2023
  • wrzesień 2023
  • sierpień 2023
  • lipiec 2023
  • czerwiec 2023
  • maj 2023
  • kwiecień 2023
  • marzec 2023
  • luty 2023
  • styczeń 2023
  • grudzień 2022
  • listopad 2022
  • październik 2022
  • wrzesień 2022
  • sierpień 2022
  • lipiec 2022
  • czerwiec 2022
  • maj 2022
  • kwiecień 2022
  • marzec 2022
  • luty 2022
  • styczeń 2022
  • grudzień 2021
  • listopad 2021
  • październik 2021
  • wrzesień 2021
  • sierpień 2021
  • lipiec 2021
  • czerwiec 2021
  • maj 2021
  • kwiecień 2021
  • marzec 2021
  • luty 2021
  • styczeń 2021
  • grudzień 2020
  • listopad 2020
  • październik 2020
  • wrzesień 2020
  • sierpień 2020
  • lipiec 2020
  • czerwiec 2020
  • maj 2020
  • kwiecień 2020
  • marzec 2020
  • luty 2020
  • styczeń 2020
  • grudzień 2019
  • listopad 2019
  • październik 2019
  • wrzesień 2019
  • sierpień 2019
  • lipiec 2019
  • czerwiec 2019
  • maj 2019
  • kwiecień 2019
  • marzec 2019
  • luty 2019
  • styczeń 2019
  • grudzień 2018
  • listopad 2018
  • październik 2018
  • wrzesień 2018
  • sierpień 2018
  • lipiec 2018
  • czerwiec 2018
  • maj 2018
  • kwiecień 2018
  • marzec 2018
  • luty 2018
  • styczeń 2018
  • grudzień 2017
  • listopad 2017
  • październik 2017
  • wrzesień 2017
  • sierpień 2017
  • lipiec 2017
  • czerwiec 2017
  • maj 2017
  • kwiecień 2017
  • marzec 2017
  • luty 2017
  • styczeń 2017
  • grudzień 2016
  • listopad 2016
  • październik 2016
  • wrzesień 2016
  • sierpień 2016
  • lipiec 2016
  • czerwiec 2016
  • maj 2016
  • kwiecień 2016
  • marzec 2016
  • luty 2016
  • styczeń 2016
  • grudzień 2015
  • listopad 2015
  • październik 2015
  • wrzesień 2015
  • sierpień 2015
  • lipiec 2015
  • czerwiec 2015
  • maj 2015
  • kwiecień 2015
  • marzec 2015
  • luty 2015
  • styczeń 2015
  • grudzień 2014
  • listopad 2014
  • październik 2014
  • wrzesień 2014
  • sierpień 2014
  • lipiec 2014
  • czerwiec 2014
  • maj 2014
  • kwiecień 2014
  • marzec 2014
  • luty 2014
  • styczeń 2014
  • grudzień 2013
  • listopad 2013
  • październik 2013
  • wrzesień 2013
  • sierpień 2013
  • lipiec 2013
  • czerwiec 2013
  • maj 2013
  • kwiecień 2013
  • marzec 2013
  • luty 2013
  • styczeń 2013
  • grudzień 2012
  • listopad 2012
  • październik 2012
  • wrzesień 2012
  • sierpień 2012
  • lipiec 2012
  • czerwiec 2012
  • maj 2012
  • kwiecień 2012
  • marzec 2012
  • luty 2012
  • styczeń 2012
  • grudzień 2011
  • listopad 2011
  • październik 2011
  • wrzesień 2011
  • sierpień 2011
  • lipiec 2011
  • czerwiec 2011
  • maj 2011
  • kwiecień 2011
  • marzec 2011
  • luty 2011
  • styczeń 2011
  • grudzień 2010
  • listopad 2010
  • październik 2010
  • wrzesień 2010
  • sierpień 2010
  • lipiec 2010
  • czerwiec 2010
  • maj 2010
  • kwiecień 2010
  • marzec 2010
  • luty 2010
  • styczeń 2010
  • grudzień 2009
  • listopad 2009
  • październik 2009
  • wrzesień 2009
  • sierpień 2009
  • lipiec 2009
  • czerwiec 2009
  • maj 2009
  • kwiecień 2009
  • styczeń 2009
  • listopad 2008
  • październik 2008

Kategorie

  • Administracyjna
  • Afryka
  • Akcje eko
  • Aktualności
  • Aktualności inne
  • Albania
  • Aleja Podróżników
  • Ameryka Północna
  • Ameryka Południowa
  • Ameryka Środkowa i Karaiby
  • Artykuły testowe
  • Australia i Oceania
  • Austria
  • Azja
  • Bez kategorii
  • Biegi
  • BUŁGARIA
  • Chorwacja
  • Ciekawostki
  • Cykliczne Spotkania Podróżników
  • CZARNOGÓRA
  • Czechy
  • Czyste Góry Czyste Szlaki
  • Czyste Tatry
  • Czyste Tatry
  • Dania
  • Dolny Śląsk
  • Europa
  • Festiwale
  • Filmy
  • Francja
  • Góry
  • HISZPANIA
  • HOLANDIA
  • Konkurs Fotograficzny
  • Konkursy
  • Konkursy inne
  • Korona
  • Kościoły i obiekty sakralne
  • KOSOWO
  • Książka
  • Kuchnia
  • Kuchnie świata
  • Kujawsko-pomorskie
  • LITWA
  • Łódzkie
  • Lotniska i powietrze
  • Lubelskie
  • Lubuskie
  • LUKSEMBURG
  • MACEDONIA
  • Małopolskie
  • Malta
  • Materiał zewnętrzny
  • Miasta
  • Miejsca wyjątkowe
  • Muzea
  • Najciekawsze szlaki piesze i rowerowe w Europie
  • Newsy
  • NIEMCY
  • NORWEGIA
  • Opolskie
  • Parowozownie
  • Podkarpackie
  • Podlaskie
  • Podziemia
  • Podziemia
  • Podziemia turystyczne w Europie Underground in Europe
  • Polecamy
  • Polska
  • Pomorskie
  • Portugalia
  • PRACE KONKURSOWE POLSKA
  • PRACE KONKURSOWE ŚWIAT
  • Projekt 4 Pory Roku
  • Projekt Mali Melomani
  • Projekt Mali Melomani II
  • Recenzje sprzętu
  • Reklama
  • Robocze inne
  • ROSJA
  • Rower
  • Różne media
  • Rumunia
  • Schroniska
  • SERBIA
  • Skanseny w Polsce
  • Śląskie
  • Slowacja
  • Slowenia
  • Spływy kajakowe
  • Spotkania autorskie
  • Spotkania, zloty, imprezy podróżników
  • Sprzęt
  • Świat
  • Świętokrzyskie
  • SZWAJCARIA
  • Tanie loty
  • Tatromaniak
  • Testy sprzętu
  • Twierdze i Forty
  • Ukraina
  • unesco
  • Via Adriatica Trail
  • Warmińsko-mazurskie
  • Warsztaty i plenery fotograficzne
  • WĘGRY
  • WIELKA BRYTANIA
  • Wielkopolskie
  • WŁOCHY
  • Woda
  • Wspomnienia z podróży
  • Wystawy
  • Wywiady
  • Zabytki sakralne
  • Zachodniopomorskie
  • Zamki i pałace
  • Zostań w domu nie odwołuj

Obserwuj nas

Top Selling Multipurpose WP Theme

Ostatnie posty

  • Bezpieczne (prawie) szlaki zimowe w Tatrach- propozycje (prawie) dla każdego

    2026-03-28
  • Via Bulgarica – Bułgarski Szlak Przygody

    2026-03-28
  • Schrony i schroniska górskie w Chorwacji

    2026-03-27
  • Skansen Przemysłu Naftowego Magdalena w Gorlicach

    2026-03-25
  • Skansen Józefa Chełmowskiego w Brusach – artysta z innego świata

    2026-03-24
  • Grota Mechowska – największa osobliwość przyrody na Niżu Europejskim

    2026-03-22

Kanał społecznościowy

Kanał społecznościowy

Wybór redaktorów

zamek Drakuli w Poenari

2016-01-25

Rezerwat Groapa Ruginoasa, Góry Bihor w Rumunii

2022-08-06

Zamek – Twierdza Rupea w Rumunii

2022-08-09

Rezerwat Cheile Turzii – wąwóz Turda

2024-01-23

Zamek Drakuli w Hunedoarze w Rumunii

2024-03-03

Klub Podróżników Śródziemie

Ogólnopolski portal podróżniczy poświęcony odkrywaniu Polski i świata. Od znanych miast i zabytków, przez górskie szlaki i podziemia, po miejsca nieoczywiste i zapomniane.

Rzetelne relacje, autorskie przewodniki oraz praktyczne wskazówki dla turystów, pasjonatów historii i miłośników aktywnego podróżowania.

Odkrywaj świat z nami – świadomie, krok po kroku i z pasją.

Ciekawe w województwach

    • Dolnośląskie
    • Kujawsko-pomorskie
    • Lubelskie
    • Lubuskie
    • Łódzkie
    • Małopolskie
    • Mazowieckie
    • Opolskie
    • Podkarpackie
    • Podlaskie
    • Pomorskie
    • Śląskie
    • Świętokrzyskie
    • Warmińsko-mazurskie
    • Wielkopolskie
    • Zachodniopomorskie
dhosting

Polecane

Bezpieczne (prawie) szlaki zimowe w Tatrach- propozycje (prawie) dla każdego
Via Bulgarica – Bułgarski Szlak Przygody
Schrony i schroniska górskie w Chorwacji
Skansen Przemysłu Naftowego Magdalena w Gorlicach

Ostatnio dodane

Bezpieczne (prawie) szlaki zimowe w Tatrach- propozycje (prawie) dla każdego
Via Bulgarica – Bułgarski Szlak Przygody
Schrony i schroniska górskie w Chorwacji
Skansen Przemysłu Naftowego Magdalena w Gorlicach
Facebook Twitter Youtube Linkedin Envelope Rss

klubpodroznikow.com – Copyright & Copy 2025/26

Created by Konfig.Info

  • Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Fundacja Aleja Podróżników
  • Forum
  • Relacje
    • Europa
    • Polska
    • Świat
  • Sprzęt
    • Recenzje sprzętu
    • Testy sprzętu
  • Książka
  • Kontakt
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat
  • Home
Klub Podróżników – Śródziemie – portal podróżniczy | Polska, Europa, Świat

Wybór redaktorów

  • Sighișoara miasto w środkowej Rumunii w Siedmiogrodzie

    2026-02-02
  • Góry solne w Rumunii – Muntele de sare

    2026-02-01
  • Droga Transfogaraska w Rumunii

    2025-09-17
  • Wulkany błotne w Rumunii, wyjątkowy rezerwat przyrody

    2024-08-20
  • Jaskinia Meziad, Peşteră

    2024-08-20
  • Kopalnia soli Salina Turda w Rumunii

    2024-08-17
@2021 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu zapewnienia prawidłowego działania serwisu oraz analiz ruchu. Zobacz politykę prywatności .