- Ten temat ma 22 odpowiedzi, 3 głosy, a ostatnio został zaktualizowany 12 lat, 10 miesięcy temu przez
Anonimowy.
-
AutorWpisy
-
2013-03-09 o 18:29 #134429
RedakcjaModeratorDrodzy podróżnicy, turyści, globtroterzy.
W oczekiwaniu na kolejny sezon turystyczny i chęci pomocy w wyborze wszystkim poszukującym pomysłów na wakacje,
zachęcamy Was do podzielenia się swoimi ulubionymi miejscami w formie fotorelacji.
Nie jest istotne czy byliście na krańcu świata, w romantycznym Paryżu czy w Chochołowie. Ważne by Wasza fotorelacja była ciekawą wskazówką i zachętą dla innych osób, poszukujących magicznych miejsc. Najciekawsze propozycje mają szansę pojawić się na onet.pl/podróże a najlepszy nagrodzimy super nagrodą ! Voucher wartości 300 euro !!!
Każda fotorelacja będzie uważnie czytana a jednym z decydujących o wyborze będzie Redaktor Onet.pl.podróżeNa Wasze fotorelacje czekamy do 31 marca.
Zwycięzcę ogłosimy do 7 kwietniaVoucher można wykorzystać na całym świecie. Nie ma limitu czasowego.
Wimdu jest internetową platformą z szerokim wyborem prywatnych zakwaterowań na każdą kieszeń i w każdym guście. Łącząc gości z gospodarzami na całym świecie, Wimdu oferuje wyłącznie przyjemne doświadczenia przy szukaniu wspaniałej alternatywy dla hoteli.
Zaczynając od apartamentów w Nowym Jorku, poprzez domy wakacyjne na Majorce, a kończąc na kawalerkach w Paryżu, Wimdu to ponad 150,000 kwater w ponad stu krajach, co zapewnia, że każdy może znaleźć dokładnie to czego szuka – atrakcyjne, w odpowiedniej cenie zakwaterowanie w na swoją kolejną podróż.
Jak zgłaszać prace do konkursu ?
Fotorelacje prosimy zamieszczać jako Odpowiedź w tym temacie.
Zdjęcia zamieszczane w tekście nie mogą przekraczać 800 pikseli po dłuższym boku i nie więcej niż 20 sztuk w tekście.
Jedna osoba może zamieścić do 3 fotorelacji.
Zamieszczone teksty nie mogą być kopiowane z innych stron czy przewodników. Każdy autor musi posiadać prawa do zamieszczanych tekstów i zdjęć.
Najlepsze prace będziemy zamieszczać na stronie głównej a swobodnej oceny do publikacji na portalu dokona redakcja onet.pl/podróże.
.Attachments:2013-03-14 o 21:19 #134469Anonimowy
GośćRozumiem że można wrzucić 3 fotorelacje po max 20 zdjęć każda? A czy do tego jakiś opis czy same fotki?
2013-03-14 o 21:50 #134470
RedakcjaModeratorFotki jako dodatek obrazujący wyprawę czy wycieczkę ale opis i praktyczne informacje to podstawa. Jak to fotorelacja a nie tylko galeria…
Czekanie z zamieszczaniem swoich relacji do samego końca i czekanie na innych jest złą taktyką.
Piszecie wiele maili z pytaniami stąd wiemy że zgłoszeń może być sporo. Dajcie zatem czas redaktorom na przeczytanie i przemyślenia by wybrać najlepsze.2013-03-26 o 23:45 #134636Anonimowy
GośćPrzesyłam cykl relacji o podróży do Indii – prosze wszystkie części traktować jako całość- jedną relację.
Podróż do Indii zaczynamy od Haridwaru. Okazało się, że jest święto boga Siwy i ciągną zewsząd nieprzebrane tłumy pielgrzymów z całych Indii. Miasto jest niewiarygodnie kolorowe, pomarańczowe głównie i… okropnie duszne i głośne. Klaksony, klaksony, klaksony… Wg mnie powinno być chłodniej, bo jesteśmy przecież w górach.
Taszczymy się z plecakami, a żaden rikszarz nie chce nas zabrać do Rishikeshu. Taxi jest pre-paid i udaje mi się wynegocjować cenę 920 rupii. Jedziemy.
Sama jazda do świętego miasta, dostarcza wielu religijnych i nie tylko, wrażeń. Modlę się w duchu, aby wehikuł, szumnie zwany taksówką, nie rozleciał się po drodze.Kierowca ustawił sobie lusterko i nieźle chyba się bawi moim przerażeniem. No i ani przez chwilę nie zdejmuje nogi z gazu. Jakoś udaje mu się lawirować między wszystkimi, nawet święte krowy schodzą mu z drogi, powoli, ale schodzą. Z jednej strony policja nas zawraca, musimy jechać inną. Zastanawiam się, czy w ogóle dojedziemy. Kierowca ma gdzieś tłum, tłum ma gdzieś kierowcę i wszyscy przesuwają się w swoją stronę. Czasami 2 pojazdy jadą z naprzeciwka, i już już ma się wrażenie, że się zderzą, ale jakimś cudem mijają się o milimetry i pędzą dalej. W pojeździe nie ma lusterek bocznych, więc pojazdy jadące z tyłu obwieszczają swoje przybycie głośnym trąbieniem. Stąd ten przeraźliwy hałas. Kierowca za każdym razem, jak coś mijamy tłumaczy co to. Nie mam nic naprzeciwko, ale on wtedy odwraca się do nas i coś tam gada. W końcu nie wytrzymuję i mówię mu, żeby patrzył na drogę. Potem zaczyna padać deszcz a on nie włączył wycieraczek (1 miał) i nie zdjął nogi z gazu.
A pielgrzymi jak ciągnęli przez cały wieczór, całą noc, tak ciągną też teraz. Nie wiem skąd ich się tyle bierze… Wszyscy idą nad rzekę. Główny ghat (rodzaj schodów, schodzących do rzeki) zbudowany został w tym miejscu, gdzie Ganges rozlewa się na równinę. Hindusi wierzą, że to tutaj woda ma największą siłę obmywania z grzechów. No to ci tutaj, to muszą być nieźli grzesznicy, bo pluskają się, że aż miło. Ubrani w pomarańczowe szaty mężczyźni, (czasem są to zwykłe kiczowate t-shirty) przemierzają ghat. Na ramionach mają piętrowe patery, w których płonie ogień. W internecie czytałam, że w przeciwieństwie do pobliskiego Haridvaru, to nie Hinduscy pielgrzymi,
lecz zachodni turyści zdominowali ulice miasteczka. Nic bardziej błędnego!!! Oprócz nas, widziałam może 2 turystów. Reszta pewnie uciekła stąd i przybędą po święcie…
Czytałam też, że Rishikesh jest chyba najcichszym i najspokojniejszym miasteczkiem w Indiach. FAŁSZ!!!!
Oprócz nieprzebranego tłumu pieszych, na drogach Rishikeshu spotkać można wszelkiego rodzaju bydło rogate i garbate, widziałam też tłustą świnie grzebiącą w odpadkach, są też długoogoniaste małpy langury. Złośliwe bestie jak nie wiem co. Baśka tam zacmokała do jednej, to prawie się na nią rzuciła. A zęby ma, że ho ho. Kolejna cenna wskazówka – omijać małpy. Most, którym postanowiłam przejść na drugą stronę, to raczej kładka na linach. Mosty są dwa: łączą brzegi Gangesu na wysokości Swarg Ashram i Lakshmanjuli. Kłębi się na nich tłum pieszych, ale często jeżdżą też i motory, które często starają się przebić przez tłum pieszych obwieszczając swoje przybycie głośnymi klaksonami.
Rishikesh składa się z kilku połączonych ze sobą osad, rozlokowanych po obu stronach rzeki.
Rishikesh – centrum, z dworcem autobusowym, jak każde miasto, jest brudny, duszny i mało zachęcający. Za to jak się idzie w górę Gangesu, dociera się do skupiska asramów (ośrodków duchowych, jakby ktoś nie wiedział) na prawym brzegu oraz, po przebyciu drugiego mostu nad Gangesem, do Sivananda Nagar, gdzie dominuje olbrzymi Sivananda Ashram – bogów mają mało urodziwych – najwięcej jest małpoludów – czyli postaci z głową małpy. Brr:( – właśnie przeczytałam, że bóg z głową małpy, to Hanuman.
Most na moje odczucie, jest niezbyt stabilny. Chwieje się wraz z każdym krokiem. Jakoś może uda mi się zapomnieć o tym, że pływać nie potrafię i go przejdę. Hindusi oczywiście nie idą sznureczkiem, tylko całą szerokością w obie strony… No to przepychanka niezła. Most ma na oko około kilometra, jakoś przechodzę na druga stronę, a tam już szaleństwo totalne… Pełno pomarańczowych, jest też coraz więcej SADHU.
Mimo tego, że są wiecznie naćpani, ciekawe czym, coś sobie tam popalają, traktowani są z szacunkiem, ludzie przychodzą do nich, aby uzyskać duchowe wsparcie. Oddają swoje pieniądze Guru, który rozdaje je następnym przybyłym (chowa je pod dywan, na którym siedzi). Sadhu jest nomadem. Nie ma nic. Całe życie poświęca temu, aby wyzwolić się z „mokshy”, reinkarnacyjnego koła wcieleń, by stać się jednością z Bogiem. Żyje z tego, co otrzyma od ludzi, nie prosi o nic. Podobno, część rzeczywiście sobie tak siedzi, wyglądają fantastycznie i aż czasem głupio zrobić zdjęcie. Ale część, na moje oko to zwykłe cwaniaczki, które chcą jak najwięcej wyciągnąć kasy od ludzi. Zatrzymuje mnie jakiś pseudo – Sadhu i maluje pomarańczową kropkę na czole, oferując w zamian błogosławieństwo różnych bogów. Oczywiście, im więcej kasy dasz, tym więcej błogosławieństw otrzymasz.
Zeszłam na gathach nad brzeg Gangesu, chlupią się tam i kobiety, i dzieci, i mężczyzni, część z nich odprawia jakieś rytuały, ale część po prostu bryka w wodzie. Tutaj budzimy jeszcze większą sensację, ale i sami Hindusi są bardziej natrętni i nieprzyjemni, potrafią popchnąć, przepchnąć się, itd. I gapią się niesamowicie. Kiedy robimy sobie zdjęcia, od razu zbiera się tłumek ciekawskich.
Czas chyba wracać, bo nóg nie czuję.
Policjanci przy moście rzeczywiście nie chcą nas przepuścić, ale zaczynam miauczeć, że boli mnie noga (pokazuję na dowód – nadal mam plaster:))). Policjant lituje się i macha ręką. Mam ochotę odwrócić się i zagrać na nosie tym, których odprawił z kwitkiem i nie pozwolił przejść.Attachments:2013-03-26 o 23:49 #134643Anonimowy
GośćChciałam wstać na wschód słońca nad Gangesem. Budzik zadzwonił o 5 godzinie, ale nie dałam rady wstać.
Dzisiaj na śniadanko zamiast samosów czy chlebka z jajkiem – ryż z warzywami – w ogóle nie używają tu soli, smak potrawy uzyskuje się przyprawami. Jasne, jak coś jest tak ostre, że przekręca podniebienie na drugą stronę, to trudno wyczuć czy jeszcze jest sól potrzebna…
W Risikhesu nie wolno jeść mięsa ani spożywać alkoholu. Oprócz Sadhu, można też spotkać BABE, dokładnie Baba znaczy ojciec, ale czym tak naprawdę się różni od Sadhu, to nie wiem. Podobnie, na sadhu mówi się potocznie baba. Mieszkają w brudnych barakach lub namiotach, albo po prostu leżą sobie na kawałku brudnego koca na ziemi.
Mam wrażenie, że większość tych tutaj to fałszywi sadhu, ale w sumie co ja tam wiem…
Dzisiaj idziemy odrobinkę w górę do drugiego mostu. Ten jest lepiej zorganizowany, bo przynajmniej podzielony na 2 części: jedną stroną idą ludzie w jedną stronę, a drugą w drugą stronę. Ta część Riskikhesu nie różni się zbytnio od tej dzielnicy, w której mieszkamy, może jest więcej asramów. Już dwa razy wlazłam w wielki krowi placek. Podobno na szczęście.
Zresztą kupy są tu na porządku dziennym, wiec chyba muszą tu codziennie sprzątać, inaczej to gówno płynęło by szerokim strumieniem.
Jedzenie robi się trochę monotonne. Jest tylko ryż z sosami, chiapaty, trójkątne samosy, chlebki z jajkiem i na tym koniec. To znaczy w naszej okolicy. Nie chce mi się pylać pod górę do jakiejś innej dzielnicy, bo od razu mi odchodzi apetyt. Mimo wszystko, miałabym ochotę na coś innego. No, ale jak się uprzeć, to takie chlebki (2 sztuki razy 3 posiłki – 7 rupii razy 6 + 2 butelki wody 30 rupii, to daje 72 rupie dziennego wyżywienia, czyli około 4,8 zł).
Chciałam jutro pojechać do Dehra Dun, trochę wyżej w góry, ale zażądano od nas 2800 rupii, więc poszłam do innego i powiedziano mi, że to po prostu wielkie miasto, tak jak Delhi i nic tam nie ma.
Jeśli chcemy górskie widoki, to trzeba jechać do… i tutaj następuje nazwa, której zapomniałam. Przy dobrej pogodzie widać ośnieżone szczyty Himalajów, które są dosyć blisko. A podobno Rishikesh też jest w Himalajach. Ale jakieś takie cieniutkie są… Pewnie to jak Alpy i Alpiki (są Alpiki!) we Francji, tzn. takie przedgórze. No, ale nazywa się że jesteśmy w Himalajach:) Do wyboru 2 opcje – na wschód albo na zachód słońca. Biorę na zachód. Na wschód mogę się nie obudzić. Za tą przyjemność kasują nam 1000 rupii. Wygląda już nieco lepiej.
Podczas wieczornego spaceru łapie mnie monsun. Nareszcie wiem jak to wygląda. A wygląda tak, jakby ktoś wiadrami wodę lał. Drzewo, pod którym sobie stanęłam, momentalnie zaczęło przeciekać, ulica zamieniła się w rwący potok i płynęło sobie to wszystko zabierając ze sobą tony śmieci…
Przepływały kolejno obok mnie papiery, resztki jedzenia, buty, paski, szmaty… Zauważyłam, że od biedy w Indiach można się kompletnie ubrać, podczas spaceru kompletując powoli strój: tu leży koszula, co prawda z jednym rękawem, ale zawsze, tu bucik, jak się ma szczęście, to kilka metrów dalej można znaleźć drugi do pary:), tam pasek, spodnie.
Monsun nie trwał nawet pół godziny, ale wysuszyć się w tym klimacie nie jest zbyt łatwo… W każdym razie, po deszczu powietrze się ochłodziło i poszłyśmy tym razem do restauracji hotelowej na kolację. Zamówiłam naany z masłem (tzn. ja zamówiłam bez, ale gościu przyniósł z masłem, bo droższe) a do tego curry z tofu. Bardzo dobre i nareszcie coś innego. Cena tez inna:) 140 rupii za 2 naany i jeden sos do podziału.
Właśnie przeczytałam sobie, że znaczenie nazwy Rishikesh tłumaczone jest też jako miejsce, gdzie medytowali starożytni mędrcy, czyli ryszi. Teraz już mniej trochę medytują, bo święto się skończyło i od razu zrobiło się przyjemniej.
Szukam czegoś innego do picia niż woda albo kola. Napiłabym się kawy, takiej z mleczkiem… Albo herbaty, ale nie mam pojęcia, jakiej wody użyto do przygotowania, więc się trochę boję. Indie to największy producent herbaty na świecie. Herbatę pija się tu wielokrotnie w ciągu dnia. Hindusi przyrządzają ją w jakiś dziwny sposób, nazywa się to Masala Tea. Herbatę gotuje się z dodatkiem mleka i ostrych przypraw, dodając mieszankę garam masala i dużą ilość cukru. Kawa, którą piłam w pociągu była bardzo słaba. Hindusi, jeśli już piją kawę, to jest ona bardzo słaba, w smaku przypomina kawę zbożową. Czyli muszę poczekać trochę jeszcze, żeby napić się dobrej kawy o poranku z mleczkiem:)
Dzisiaj w końcu zdecydowałam się na obejście Rishikhesu na około. Wyszłyśmy bez śniadania, mając nadzieję, że zjemy w przydrożnej wielkiej restauracji po drodze. Ale widać już, że święto się skończyło, ludzi mniej to i restauracje się zwinęły… Kupujemy więc po nieśmiertelnym trójkątnym chlebku, ale powoli zaczynam go mieć dosyć…
Jest tutaj wiele świątyń, ale nie mam zupełnie pojęcia, która należy do jakiej religii… Każda jest inna i zawiera jakieś dziwne monstrum: odróżniam już shiwę i tego małpowatego, no lakshmi też ale reszta to kompletny kosmos. No, ale co się dziwić – pod względem praktykowanej religii, Indie są uważane za najbardziej zróżnicowany kraj świata.
No i mamy: hinduizm: 80% ludzi; islam: 12%; chrześcijaństwo: 3%; sikhizm: 2%; buddyzm: 1%; dżinizm: 1%; zoroastryzm (parsowie): 1%.
Kilka cech wspólnych dla całego hinduizmu:
szacunek dla świętych ksiąg Wed,
wiara w reinkarnację (wcielanie duszy po śmierci w kolejne ciała),
uznanie karmy: prawa przyczyny i skutku,
dążenie do wyzwolenia z koła życia i śmierci.
Hindusi wierzą, że bogowie zstępują na ziemię w różnych wcieleniach i angażują się w ludzkie losy. Uczcie się, uczcie:)))
W Indiach popularną formą modlitwy jest powtarzanie mantr (formuł lub sylab, mających uspokoić umysł) przy równoczesnym przesuwaniu koralików przypominających różaniec.
Powszechną formą oddawania czci bogom jest pudża (tam ma być z z kropką) – składanie ofiar w postaci owoców, kwiatów, ghi (klarowanego masła) lub kadzidła. Właśnie jak spacerowałam po „plaży” nad Gangesem w drugą stronę Rishikeshu, mała dziewczynka koniecznie chciała, żebym kupiła kwiaty w miseczce. Chciała 20 rupii ale dałam jej 10, tylko za bardzo nie wiedziałam co z nimi zrobić. W zestawie była miseczka, kwiatki, kadzidełko i mała, przezroczysta kostka. Wbiłam kadzidełko do środka, ale mała wzięła je ode mnie, kostkę podpaliła, kwiaty kazała puścić z biegiem rzeki a zapalone kadzidełko kazała wbić w piasek i zostawić na brzegu. No cóż, przynajmniej już wiem, jak się celebruje pudżę.
Po południu pojechałam do Kunjapuri Temple of Himalaya. Niestety godzinę przed wyjazdem zaczęło padać, zresztą od samego rana była mgła. W czasie wyjazdu deszcz przestał padać. Kierowca przyjechał o czasie. Do świątyni jest około godziny drogi, a wije się ona serpentynami stromo pod górę. A kierowcy hinduscy, jak to kierowcy hinduscy: wyprzedzają na trzeciego, jadą prosto na pojazd z naprzeciwka, wymijają dopiero w ostatnim momencie, na zakrętach nie zdejmują nogi z gazu… Nasz kierowca do wyjątków niestety nie należał. A jestem coraz wyżej, z mojej strony przepaść, szukam w dole sławetnych wraków ciężarówek, które nie zdążyły się wyrobić na zakrętach, niestety albo może i stety, żadnego nie widać. Za to po obu stronach drogi „złote myśli” typu: „jedź wolniej – żyj dłużej”, „ciesz się pięknem natury – wybierz życie”, „zwolnij – warto”, itd. Tylko, że z moich obserwacji wynika, że to czysta teoria, bo nikt się do tego nie stosuje. Jeżdżą jak wariaci. Jakoś jednak dojeżdżamy na miejsce, kierowca jest bardzo z siebie zadowolony – nie wiem dlaczego.
Sama świątynia – tak naprawdę nic ciekawego. Ciekawe są widoki, które roztaczają się dookoła, albo raczej, które roztaczałyby się, gdyby cokolwiek było widać. Coś tam majaczy w dole, więc nie jest tak źle.
Za nami biegnie stadko dzieci, niestety cały czar pryska, kiedy już z daleka wołają „rupies”. Pewnie za Pewnie za zrobienie zdjęcia dałabym im coś, ale takie małe natręty mnie denerwują. Robię sobie rundkę dookoła świątyni, cykam parę fotek i w sumie można wracać. Gdyby pogoda była lepsza – można by zobaczyć ośnieżone szczyty Himalajów, a tak kicha… Zbierają się ciemne chmury – wolę jechać już na dół, nie zamierzam się zastanawiać jak będzie wyglądać droga w strugach deszczu. Ściany skalne nie są zabezpieczone żadną siatką, a są to i kamienie, i ziemia, więc pewnie w czasie dużego deszczu wszystko się elegancko obsuwa.
Wracamy przed 19, jeszcze zdążymy na wieczorne Ganga Aarti, ceremonię ognia, która trwa ok. 30 minut tuż przed zmrokiem w dzielnicy Riskihesu Laxman Jhula. Na wodę puszczane są płonące łódki z liści, wypełnione kwiatami, a mistrzowie ceremonii roznoszą ogień wśród zgromadzonych na brzegu. Za bardzo nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale wygląda to po prostu bajecznie i można chłonąć wszystkimi zmysłami. Indyjska melodia (niestety z głośników, ale jak się za bardzo nie przypatrywać co skąd pochodzi – to ujdzie), odbija się echem po Gangesie, który już powolutku zasnuwa mgła. Do tego dym z lampek i mamy lekko przydymiony, magiczny pejzaż. Mężczyźni tańczą z latarenkami w kształcie piramid, potem zapalają ogień w lampkach kształtem przypominających te z baśni o Alladynie, na koniec wylewają pachnące olejki do Gangesu. Swój klimat to ma, trzeba przyznać, kobiety roznoszą płatki kwiatów, z którymi nie za bardzo wiem co zrobić, a które wybitnie przeszkadzają mi w robieniu zdjęć. Po ostatnich dźwiękach melodii wszyscy zebrani na brzegu podchodzą do Gangesu i zanurzając dłonie, oblewają się wodą. Nie chcę obrażać niczyich uczuć religijnych, ale ja za kontakt z gangeską wodą serdecznie dziękuję. Chyłkiem więc się wycofuję.
Czas wracać, bo tu już po 19 robi się ciemnawo.
Aha, dzisiaj oprócz 1,5 chlebka z jajkiem, zjadłam jeszcze poor – pustą bułeczkę w środku – podczas pieczenia nadyma się jak balon, podana z cienką zupką z soczewicy i łyżką warzyw przeokropicznie przyprawionych. Nie o ostrość tu chodziło, ale smak. Ohyda. Jak zobaczyłam jak gościu rzuca kulkę ciasta na blat, to wolałam odwrócić oczy i sama przed sobą udałam, że nic nie widzę. Blat się kleił, nożem można by zeskrobywać resztki poor, które pamiętają pewnie zeszły sezon albo i kilka wstecz. Geslerowa powiedziałaby „K…, jaki wy tu macie syf!” Oczywiście z piip. No cóż. Geslerową nie jestem. Placuszek zjadłam. I… smakował.
I to wszystko jadalne tego dnia. Wcale niedużo, a mam wrażenie, że przytyłam. Ciekawe z czego.Attachments:2013-03-26 o 23:57 #134651Anonimowy
GośćVaranasi
Dzisiaj w nocy jedziemy do Varanasi. Trochę długo się jedzie, pociąg mamy przed północą, a jesteśmy tam o 13.15. Za połowę ceny pokoju w Risikhesu możemy zostać do 21.00 a nie wymeldowywać się o 12.00, to mi pasuje, bo inaczej miałabym 12 godzin „tułaczki po Hardiwarze” w smrodzie i upale. I z plecakiem. Więc nieoczekiwanie pojawił się jeszcze jeden pełny dzień w Risikhesh, gościu w recepcji poradził nam zobaczenie wodospadów…….. i tu nie pamiętam nazwy. Niedaleko nas, 2,5 km, można jechać autobusem albo na nogach. Wybrałam opcję autobus. Wystarczy dojść do głównej drogi i machnąć jak będzie przejeżdżać. Jeszcze tylko policjant ustawił nas po odpowiedniej stronie – auta jeżdżą tu po lewej, jak w Tajlandii. Recepcjonista napisał jeszcze karteczkę z nazwą miejsca, gdzie mam jechać po angielsku i po hindusku. Czekam, czekam, czekam… Upał się robi, a tu nic nie jedzie… w końcu jakiś dziwny pojazd jedzie. Macham. Zatrzymuje się. Pokazuję kartkę kierowcy, kiwa głową i jedziemy, przyjemność ta kosztuje 10 rupii od osoby. Nie mam pojęcia, jak autobus może jechać po górach i na zakrętach z taką szybkością. Obijamy się jak muchy w butelce.
Jak na moje oko, to jedziemy już za długo, z 5 minut. No ale skoro kierowca wie gdzie… Po kolejnych kilku minutach nie wytrzymuję i przesuwam się do przodu – pytam, gdzie te wodospady. Kierowca budzi się i zatrzymuje pojazd, i mówi, że mamy wysiadać. Dopiero jak położyłam stopy na ziemi mówi, że musimy się ze 2 km wrócić w przeciwną stronę. Myślałam, że mnie szlag trafi. Trochę się awanturuję, aż przychodzi z naprzeciwka policjant, dopytuje się o co chodzi i zaprasza na swoją stronę, na plastikowe krzesełka. Po kilku minutach zatrzymuje autobus jadący w przeciwną stronę, tłumaczy kierowcy, gdzie mamy jechać. No to wracamy. Dam głowę, że zajedziemy z powrotem do Rishikheshu.
Kiedy mijamy przydrożną restaurację „Waterfall inn”, a kierowca się nie zatrzymuje, pytam czy to przypadkiem nie tu. Zanim jednak może się zatrzymać mija kolejnych paręset metrów. I znowu pokazuje nam ręką, że trzeba odrobinę zejść na dół. Czyli tak sobie podjeżdżamy i przejeżdżamy i za każdym razem wracamy. Na szczęście tym razem nikt nie bierze ode mnie pieniędzy. Chyba policjant wytłumaczył już całą sytuację.
W końcu się udaje! Z tym, że w restauracji nie wiedzą gdzie są wodospady, do których wejście mają dokładnie na przeciwko. Podejrzewam, że to dlatego, że nic nie chciałam zjeść.
Wejście 30 rupii, dla studentów 10, ale pan za nic w świecie nie dał się przekonać, że jestem studentką i wypisał normalny bilet. Ale jaki bilet! Oderwał kawałek kartki, przybił stempelek, napisał nasze imiona i… już. Idziemy w górę. Średnio mi się chce, no ale jak się powiedziało „A”… Po drodze mijam wodospad ale jakiś taki nędzny… Mam nadzieje, że to nie ten ale jak za jakieś 5 minut nie pojawi się nic innego, wracam. Pojawiają się namioty, jakieś baraki sklecone z drewna i plastiku. Wybiega gromadka dzieci. I o dziwo, nie krzyczą „rupies”, tylko się przyglądają. Cykam parę fotek i daję im parę batoników, mówiąc, że mają się podzielić. Chyba nie za bardzo zrozumiały, bo odchodząc słyszę za plecami, jak jedno uderza w ryk. Pewnie mu się ominęło… Jeszcze pół kilometra, kilkadziesiąt schodów i… są wodospady. Małe. No ale cóż. Fotki i tutaj, i można wracać. Dzieci już czatują. Wydaje mi się, że w przeciwieństwie do dziewczynek z Kunjapuri temple, które do zdjęć wręcz pozowały, te tutaj chyba nie widziały aparatu albo nie są z nim zbyt zaznajomione, bo jak je ustawiam do zdjęcia, to robią się sztywne, jakby kij połknęły i miny mają wręcz przerażone. Dopiero kiedy łaskoczę je po brzuchach, zaczynają się śmiać. Dajemy im kilka monet i 10 rupii. Biorą, ale nie są nachalne.
No… siedzę sobie właśnie na tarasie, a obok mnie siedzi małpa i brzydko mi się przygląda. Złośliwe są te bestie. Nawet spokojnie na tarasie posiedzieć nie można… A z tarasu ciekawy widok mam na ulicę, a na ulicy różne różności i różne indywidua… A to jakiś sadhu przejdzie, albo grupka kobiet w sari, albo się ktoś pobije, czy ktoś kogoś potrąci (no prawie).Wieczorem poszłyśmy jeszcze na Ganga Aarti, tym razem udało się zobaczyć od początku. Na 21.00 mam zamówioną taksówkę do Haridwaru, koszt 600 rupii. Ciekawe, bo w tamtą stronę płaciłam 920. Taksówkarz przyjechał punktualnie, jeszcze tylko ekstremalna jazda do Haridwaru – oni jadąc tak oślepiają się światłami, że kompletnie nic nie widać. Zaczynam jednak chyba obojętnieć na wszystko, facet jedzie ze 120 km/h, wyprzedza przed nadjeżdżającym pojazdem, wciska się pomiędzy 2 riksze, o mało nie potrąca pieszego, a mnie już to coraz mniej rusza… Na stacji w Haridwarze tłumy ludzi. Leżą, półleżą, większość śpi w różnych pozach. No to teraz szukam pociągu. Ogarnia mnie panika, bo na tablicy go nie ma. W końcu udaje się znaleźć na peronie info, że odjeżdża z peronu 8. Tylko teraz peron 8 gdzie jest. To chyba tak jak sławetny peron 5 w Katowicach. Trzeba wyjść ze stacji i jest on na zewnątrz. W końcu jest. Są nawet krzesła. Siadamy. Dla pewności pytam jeszcze innych pasażerów, czy to tutaj to do Varanasi. Chyba nie bardzo rozumieją. W końcu obok pan jeden mówi, że właśnie głosili, że jest zmiana i odjeżdża z peronu 4. Mówi to bardzo przekonująco, więc głupieję. No to bilet do reki i w te pędy na główną stację. Policjanci mówią, że z 8, na peronie też że z 8. No to wracam. Okazuje się, że jest już podstawiony. Teraz trzeba znaleźć odpowiedni wagon. Pociąg ma chyba z pół kilometra. Mijam wagony z nieszczęśnikami, którzy pojadą w kompletnych ciemnościach, bez szyb w oknach, za to z kratami. My mamy kuszetki i klimatyzację. Odnajduję się na liście pasażerów, ale wagon jest zamknięty. Wpuszczają dopiero po pół godzinie.
Kuszetki są górne. Ledwo się wtarabaniłam. Przez jakieś 2 godziny mam schizy, że pociąg się wykolei, bo tak trzepie ale potem zasypiam i śpię do 7.30.
Zamawiam sobie lunch – 50 rupii, ale niepotrzebnie bo Hinduski siedzące obok częstują wszystkim co mają – słonym ryżem z orzechami, jakimś paskudnie ostrym czymś, czymś słodkim, chiapatą…
Pociąg przyjeżdża punktualnie, na stacji czeka już coach z hotelu, więc drepczemy grzecznie za nim, jedziemy rikszą, bo do hotelu jest kawałek. Hotel 2 razy droższy niż w Risihkesu, standard podobny ale usytuowany fantastycznie, bo nad samym brzegiem Gangesu i 2 kroki od największego stosu kremacyjnego Manikarnika.
Miasto położone jest na zachodnim brzegu Gangesu. Nazwa nawiązuje do jego położenia między dwoma rzekami: Waruna i Assi (dopływ Gangesu). Najważniejszą świątynią jest Złota Świątynia. To bardzo ważne miejsce sakralne dla hinduistów. W założeniu świątynia jest otwarta tylko dla wyznawców hinduizmu, czasami jednak strażnicy przymykają oko na turystów. Czy przymkną na mnie – napiszę jutro.
Oczywiście cały urok miasta kumuluje się nad Gangesem – ale czy to urok, czy nie można by dyskutować. Na wschód słońca nie zdążyłam, ale widziałam rytualne kąpiele, potem praczki, które suszyły na wietrze swoje kolorowe kilkumetrowe sari.
Varanasi jest najważniejszym ośrodkiem kultu nad Gangesem. Jak tłumaczyła nam współpasażerka z pociągu, każdy pobożny wyznawca hinduizmu chce przynajmniej raz w życiu zanurzyć się w wodach świętej rzeki, by zmyć swe grzechy. Wierni schodzą do wody po słynnych ghatach – ogromnych kamiennych schodach, ciągnących się wzdłuż nurtu. Nie wiem czemu, ale w pewnych miejscach są cały czas mokre i śliskie jak cholera. Jest tu ponad 100 ghatów.
Obok ghatu Manikarnika jest studnia Manikarnika (Manikarnika Kund – studnia kolczyka z klejnotem).
Z tego co nam opowiadał spotkany Hindus, to istnieje legenda, która mówi, że studnia została wykopana przez Wisznu i wypełniona jego potem, który oblewał ciało boga utrudzone dziełem stworzenia świata. Sziwa, ujrzawszy dzieło Wisznu, upuścił do zbiornika kolczyk. Ale po co i co się z nim stało – tego już nasz Hindus nie potrafił wyjaśnić.
Czas na posiłek. Varanasi jest jak do tej pory najbrudniejszym miejscem jakie widziałam. Pełne wąskich uliczek, oczywiście już się zgubiłam. Nie za bardzo jest gdzie jeść, bo wszystko pełne. W końcu w małej knajpce zamówiłyśmy poori z sosami. Cena 40 rupii. Stwierdziłyśmy, że może być ostre i weźmiemy tylko 1 danie na 2 osoby. Zamiast jednego, dostałyśmy 2 talerze, a zamiast 40 za danie (czyli 80 za 2) zapłaciłyśmy 30 rupii za wszystko. No i jak to rozumieć…
W środku miasta między jedzeniem, sklepami jest… obora. Jak bum cyk. A kupy na środku chodników wielkości koła miejskiego… No, ale hindusi wierzą, że kto umrze w Varanasi, pójdzie prosto do nieba i dlatego tłumnie tu ściągają. Są tu 2 gathy kremacyjne, ten obok którego mieszkam i jeden ciut dalej. Pierwsza wizyta na ghacie zaliczona i… wrażenia ekstremalne. Z całunu akurat wysunęła się ręka i tak sobie sterczała w czasie palenia, jakby nam machała… No więc najpierw ciało ubrane w ozdobne szaty niesie się na bambusowych noszach do Gangesu, zanurza aby je oczyścić. Potem ciało kładzie się na stosie drewna, a ktoś z rodziny idzie z domem (osoba z kasty niedotykalnych zajmująca się paleniem zwłok) odpalić ogień od wiecznego płomienia. Następnie okrążają ciało 5 razy, co ma symbolizować 5 żywiołów: ogień, powietrze, ziemię, wodę i duszę. Potem członek rodziny zapala stos. Domowie wrzucają na niego proszek z drzewa sandałowego, aby zniwelować zapach palącego się ciała. Faktycznie nic nie było czuć. Po pół godzinie członek rodziny uwalania duszę zmarłego krusząc mu czaszkę. Ciało pali się około 3 – 4 godzin i zużywa 200 – 300 kg drewna. Popiół ze zwłok i niespalone części (żebra mężczyzn i biodra kobiet) wrzucane są do Gangesu. Kiedy płynęłam łodzią – przepłynęła obok nas część kości. Chyba, bo wg mnie powinna tonąć… Ale coś płynęło – a od czego jest wyobraźnia 😉 Ludzie z kasty domów potem przeszukują popiół, szukając biżuterii. Kobiety nie uczestniczą w obrzędach bo płaczą i się rzucają do ognia.
Zaraz obok tego ghatu jest świątynia Sziwy i tam sobie popalają Sadhu, a liczni sprzedawcy oferują taki narkotyk, jaki tylko ci się zamarzy:))
Mieszanka, jednym słowem, ale mnie do gustu nie przypadła.Attachments:2013-03-27 o 00:00 #134660Anonimowy
GośćDopiero 7 godzina, a już upał jak cholera, a wczoraj miałam wrażenie, że tu jest o wiele chłodniej niż w Rishikheshu. Na wschód słońca nie wstałam, bo spałam jak zabita, może to zasługa klimy, którą w końcu mamy w pokoju. Co prawda, co jakiś czas wywala cały generator i nie ma ani światła, ani klimy, ani wiatraczka, no ale to uroki Indii. Zamiast wschodu słońca – poranny spacer po Varanasi. To chyba czas toalety wszystkich Hindusów, zmierzają nad brzeg rzeki z ręczniczkami i przyborami toaletowymi. Jedni czyszczą zęby jakimiś patyczkami, a inni się cali namydlają, inni załatwiają własne potrzeby i… to wszystko spływa do Gangesu.
Kilka gathów dalej za gathem kremacyjnym, jest gath, na którym urzędują pracze i praczki. Bielizny od groma, fajnie wyglądają kobiety jak suszą swoje sari, jakby miały wielkie chorągwie w rękach 🙂 Suszy się też inne pranie – na sznurach, albo też bezpośrednio na ziemi – susza się całe stosy spodni, majtek i… no niestety bielizny hotelowej, jak widzę… Czyli obojętnie jaki standard hotelu – wszystko ląduje nad Gangesem. Bo pranie oczywiście jest nad Gangesem – łącznie z prochami zmarłych, padłymi zwierzętami, kupami, sikami, mydlinami… A ja zastanawiałam się, co te ręczniki hotelowe takie żółte… Całe szczęście, mam swoją poduszkę i nakrycie. Przynajmniej mam złudzenie, że nie łapię bakterii.
Z hotelu trzeba się wymeldować o 12, a do pociągu o 18 trochę czasu jeszcze zostało… No to dzisiaj mam żywieniowy raj i dyspensę od indyjskiego żarełka, bo coś mnie w żołądku kręci. Dlatego zamiast tłustej smażeniny na śniadanie – bialutkie tosty z serem w hotelowej restauracji, za które zapłaciłam jak za zboże, a na lunch pizza i smażony ryż z grzybami (100 i 80 rupii).
Przy wymeldowaniu facet zawyżył mi rachunek za hotel o 250 rupii. Ale ja się nie dam, trochę to śmieszne wykłócać się o jakieś 15 zeta, ale mam czarno na białym, że miało być 950 rupii za noc z AC (a było prawie pół tej klimy na dodatek). Pokazałam mu mail – on powiedział, że ceny wzrosły w górę, a ja na to, że rezerwowałam za tyle i więcej nie dam. Coś tam pomruczał, ale już się nie stawiał. No, to kolejne dobre żarełko mamy zapłacone.
Na stację pojechałyśmy ze 2 godziny wcześniej, ale tylu ludzi jak tam, to jeszcze na stacji nie widziałam, o ile w ogóle to jest możliwe… Oczywiście przepchać się do tablicy odjazdów i przyjazdów nie sposób, nikt nic nie wie, skąd odjeżdża, o której i co mamy zrobić. Uwielbiam Indie huuuuuuuura!!
W końcu jakiś pracownik stacji się nad nami lituje i każe iść do poczekalni dla obcokrajowców (jest taka?!!!) gdzie…. mamy po prostu czekać. Pracownicy stacji przychodzą i wywołują, który pociąg gdzie przyjechał i kto ma iść. Czyli… bardzo proste, gdybym wiedziała, że taka instytucja działa, to już po przyjeździe do Varanasi byłoby mniej stresu…
W końcu pan powiedział, że możemy już iść. No to idziemy. Pociąg do Khajuraho stoi na peronie 8. W poczekalni dowiedziałyśmy się, że w naszym przedziale jadą panie z Hongkongu. Czyli już wiadomo, kogo się trzymać. Tyle, że te małe osóbki mają walizy dziesięć razy większe od nich. A skoro Panie jadą z nami, to walizy też pojadą z nami. Czyli musimy być wcześniej od nich, bo inaczej palca tam nie wsadzimy. Peron 8 nie jest trudny do znalezienia, za to nasz przedział… Pociąg wije się jak gąsienica i nie ma końca. Zaczynam się denerwować, bo nie mam pojęcia, czy zaraz mi ten pociąg nie odjedzie. Pytani pasażerowie chyba sami nie wiedzą, gdzie jadą, a może w ogóle nie potrafią czytać, bo patrzą na te nasze bilety i niestety nie potrafią nam wskazać naszego wagonu. W końcu znajduję go (na samym końcu, a jakże), chwilę za nami wtaczają się Chinki, jakoś upychają swoje walizy. Dosiada się jeszcze jeden Koreańczyk i zaczyna być wesoło… A mnie się chce spać, a oni mielą ozorami jak najęci. Przez chwilę uczestniczę w rozmowie, takie ple ple o wszystkim i o niczym, a w końcu ziewam rozdzierająco, ale to na nich nie działa. Trudno, trzeba będzie poczekać trochę… Jadę 3 klasą, w odróżnieniu od 2 są tutaj 3 kuszetki w pionie i dosyć mało miejsca, ale dam rade.Attachments:2013-03-27 o 00:12 #134672Anonimowy
GośćPociąg miał przyjechać na 5.05 rano, więc już przed 5 byłam monter, chociaż niezbyt wyspana, a tu przychodzi konduktor i mówi, że pociąg będzie o 7. Nie mógł powiedzieć tego, jak byłam jeszcze w betach i w pozycji horyzontalnej?!
Zamiast o 7, jesteśmy po 8. Myślałam, że wysłannik hotelu nie będzie już na nas czekał, ale tkwi tam z kartką „Kasia Krawiec”. Dobre i to. Jedziemy do hotelu Zen. Po Varanasi, Khajuraho jest rzeczywiście wioską. Nie ma tłumów, nie ma riksz, nie ma samochodów, klaksonów. Jest o wiele czyściej i zastanawiam się, gdzie są ludzie. Jacyś się pałętają ale dosyć mało…
W hotelu podjęto nas cytrynową herbatą, gorącą jak cholera, no ale wypić musiałam. Boye hotelowi chyba czatują pod drzwiami, bo jak tylko któraś z nas się ruszy, to idą za nami jak cień i pytają, czy czegoś nie potrzeba. Tragedia. Wyrywam się jakoś z ich uścisku i idę sobie zwiedzać słynne świątynie kamasutry. Na pierwszy ogień zachodnia grupa świątyń. Świątynie Khajuraho są wspaniałymi przykładami stylu północnego, ale tak naprawdę sławę przyniosły im bogate dekoracje. Zewnętrzne mury świątyń zdobią mistrzowskie rzeźbienia. Ukazują one Indie sprzed tysiąca lat, są na nich bogowie i boginie, wojownicy, muzycy, a także mitologiczne i prawdziwe postacie zwierząt. W każdej świątyni rzucają się w oczy piękne apsary (niebiańskie panny) w kuszących pozach i mithuny (pary w miłosnym uścisku).
Jednak najbardziej pikantne sceny są dosyć wysoko, więc trzeba dobrze zadzierać głowę, żeby cokolwiek zobaczyć.
W Khajuraho są 2 najważniejsze kompleksy świątyń, w sumie jest ich chyba ponad 20. Wszystkie są piękne, wszystkie mają pełno elementów erotycznych (i to całkiem zbereźnych czasami!), ale nikt nie wie, po co tu powstały… nigdy nie było siedzibą władz, albo jakiegoś magnata. Jeden z Radżów zaczął je budować pod koniec I tysiąclecia i budowano przez kilka wieków, też nikt nie wie jak, bo ludzi tu było mało, surowca na budowę też… Zostały postawione i tyle 🙂
Wszystkie świątynie są na zadbanym i miłym dla oka terenie. Jest dosyć czysto, zero śmieci i pałętających się krów. Czy nadal jestem w Indiach?
Robi się gorąco, więc dalsza część zwiedzania będzie potem. Jem dwa samosy (5 rupii za sztukę),
które nie są takie ostre jak te z Rishikhesu oraz coś podobnego do klusek ziemniaczanych. Pan rozpłaszcza ziemniaczane kule na woku, podsmaża je, dodaje masalę (warzywa z przyprawami), polewa jakimś sosem i…. serwuje na miseczkach z liści. Słowo. Liściane talerze 🙂 Smaczne. Takie puree z warzywami i sosem. Odskocznia od ostrej smażeniny…
Kiedy wracam, łebki hotelowe już czekają, otwierają drzwi, proponują „lemon tea”, pytają czy czegoś nie trzeba, proponują mango. To wszystko oczywiście gratis. Ciekawe tylko, w którym rachunku się doliczy… A póki co, to gostek mówi, że nic nie chce za to pieniędzy, będzie szczęśliwy, jak ja będę szczęśliwa. Akurat. Sranie w banie. Boy przyniósł mango i banany z przyhotelowego ogródka. Smak rzeczywiście nieporównywalny do naszego. No cóż… Właściciel hotelu, Hindus z kucykiem i długą brodą proponuje nam herbatkę cytrynową, a jakże. A obok czai się już masażysta. Bez zachęty doskakuje i daje próbkę swojego talentu. Próbka trwa ok 5 minut. Za godzinny masaż trzeba zapłacić 500 rupii. Zgodziłyśmy się obydwie po pół godziny. Wystarczy. Na malowanie henną rąk, absolutnie nie. To zrobię przed wyjazdem. No tak, zaczynają nas cyckać. Jeszcze proponują posiłek wieczorny, ale to już gratis. Hmm…
Zaczynam mieć dość. Chcę tylko, aby zostawili nas w spokoju. Zresztą, jak tylko wychodzi się z hotelu, otacza cię chmara łebków i nie można się od nich opędzić. A skąd jesteś, a jak ci na imię (to mówią po polsku!!!). Normalnie za chwilę eksploduję. Idę na stare miasto, a już doczepia się gostek na motorku, wyjaśnia, tłumaczy, że nie chce pieniędzy, tylko szkoli angielski. Jasne, myślę, za chwilę mnie zaciągniesz do jakiegoś sklepu, a twojemu angielskiemu nic nie pomoże. Mówię, że ma spadać, a chłopak i tak lezie za nami. Niech lezie. Nie dostanie ani grosza i nie wejdę do żadnego sklepu.
W hotelu znowu powitanie z „lemon tea”. Idę wieczorem na pokaz tańców ludowych, oczywiście boy hotelowy idzie razem ze mną, pokazuje gdzie, usadza na krzesełku. Jeszcze leci mi po papier toaletowy, bo w toalecie oczywiście nie ma. Poza tym, że połowa miasteczka i cala widownia wie, że potrzebuję papieru – żyć nie umierać. Na widowni same łośki – turyści, którzy dali się złapać tak jak my: ). Widowisko fajne, ale typowo pod publiczkę.
Właściciel Zenu zaprasza na posiłek po powrocie. Dostaję chiapaty, smażony ryż, masalę i inne warzywa, mniej pikantne. Bardzo smaczne, trzeba przyznać. Na deser sałatka owocowa i kulka ciasta, bardzo słodka i bardzo tłusta. No i jeszcze po szklaneczce RUMU. Chyba po to, żeby delikwenta rozmiękczyć. Bowiem potem zaprasza do swojego atelier, gdzie wyciąga ręcznie robioną biżuterię i dawaj… Zastanawiałam się, gdzie jest haczyk w tym wszystkim i już mam. Biżuteria ładna, ale ceny są jedynie w euro i zaczynają się od 50 za małą pierdołkę. Facet chyba ocipiał. Czy ja wyglądam na kogoś kto ma kasę? Albo kto wydałby tyle pieniędzy za parę kamyczków?! Mówię, że raczej nie, ale on się nie daje zbyć. Wciska parę wyrobów i mówi, żeby zabrać do pokoju, zastanowić się i jutro mu dać pieniądze. Ta… Zabrać mogę. Jutro oddam. I tyle. Potem przeszłyśmy w ręce masażysty… Myślałam, że dostanę gustowny kubraczek, jak w Tajlandii, a tu nic. Trzeba się rozebrać prawie do rosołu. Stopy mam czarne jak święta ziemia, no ale cóż… Masaż mniej boli niż tajski, ale kości mi strzelają jak nie wiem. W każdym razie śpię, jak dziecko.Khajuraho – 2 dzień
Dzisiaj czas na wycieczkę rowerową. Rowery stare jak świat, ale jakoś jeżdżą… Chyba:) Jedziemy przez Stare Miasto albo raczej starą część Khajuraho. No, dla mnie to po prostu wieś… I to średniowieczna… Domki malutkie i ulepione z gliny, czasem z ręcznie robionych cegieł czy z kamieni.
Po dróżkach chodzą psy, koty, świnie, bawoły i krowy. Bawoły to najczęściej tkwią oblepione błotem od czubka rogów po koniec ogona w bajorkach i przeżuwają. Maja uroczo durne wyrazy pysków, szczególnie jak patrzą się na człowieka wprost. A jak przeżuwają, to mam wrażenie, że szczęki wypadną im z bocznych zawiasów. Ale nie. Jakoś się trzymają. Kobiety biorą wodę ze studni i noszą ją na głowie.
Mniejsza z tym, jeśli to jakieś naczynie, to jeszcze fajnie wygląda, ale zdarza się, że kobieta niesie butelkę po coli wypełnioną wodą na czubku głowy. Wtedy to wygląda fantastycznie:) We wsi chyba nie ma elektryczności, bo nie widzę plątaniny kabli. Pewnie siedzą przy świeczkach albo idą spać z kurami.
Wody też nie ma w domach, bo na każdym placyku są przedpotopowe studnie, które chyba służą za punkt spotkań mieszkańców. Tutaj siedzą, rozmawiają, czerpią oczywiście wodę, myją się i nas obserwują.
Dzisiaj zobaczyłam południową grupę świątyń, jest ich mniej niż w zachodniej, i są bardziej rozrzucone po terenie, więc rower to był dobry wybór. No i część jest w ruinie. Więc czasem to niezbyt przyjemne, jak w pocie czoła kręcę pół godziny pod górkę wg mapy, żeby na koniec okazało się, że owa świątynia to tylko kupa kamieni. Dla mnie jednak bardziej interesujące jest zanurzenie się w indyjską wieś. To już nie „wsie – rezerwaty”, jakie widziałam w Chinach, czy Tajlandii, a rzeczywiście odcięte od świata miejsca, gdzie nawet dzieciaki nie wołają za często „money”, ale już podejrzewam, że rodzice niedługo zaczną tego uczyć swoje pociechy. Dla mnie to Indie w czystej postaci. Dla nich pewnie normalność – dla mnie średniowiecze. Pasterze kóz czy bawołów siedzący na drodze, to obraz wyjęty z podręcznika czy książki podróżniczej. Dzieci bawiące się kawałkiem drewna czy klapkiem, bądź biegające za toczącą się oponą, ale i berbecie ledwo umiejące chodzić i mówić, ale jednak „rupies” to już powoli kojarzą… Ale są też szkraby cieszące się z cukierka czy małego batonika. Wszystko zależy od stopnia „przesiąknięcia” zachodnimi turystami i wpływu tychże na mieszkańców. Łebki biegające za tobą, którzy niby nic od ciebie nie chcą, tylko podszkolić angielski (akurat), a w rzeczywistości zręcznie, acz niezauważalnie kierujący cię w stronę ich sklepów, w nadziei na wydojenie naiwnego turysty i niezły zarobek, ale i chłopak przejeżdżający obok na rowerze i rzucający „miło cię widzieć” bez żadnych podtekstów i znikający w sinej dali, czy kobiety mijające cię na drodze z pozdrowieniem „namaste” i nawet się za tobą nieoglądające. Ta… Zawsze są dwie strony.
Na lunch dzisiaj ziemniaki masala w liściowych talerzykach i samosy, a na kolację aloo paratha z serem. I w końcu piłam lassi – typowy jogurt – bardzo słodki, mam nadzieje tylko, że nie dodali tam wody…
Wieczorem jeszcze rundka po wsi w celu zobaczenia nie odkrytych świątyń. Zobaczyłam 2 piękne duże świątynie, ale nie za bardzo można się tam było dostać, w końcu okrężną drogą się udało i… okazało się, że to są świątynie z kompleksu zachodniego widziane już wczoraj 🙂Attachments:2013-03-27 o 00:16 #134681Anonimowy
Gośćdzisiaj jedziemy do Orchhy, a wieczorem do Jagalon. Czyli rozpoczyna się maraton pociągowy, bo pojutrze jaskinie Ajanty i też kolejna noc w pociągu. Nie wiem czy dam radę, w każdym razie ciężko będzie…
Na stację przyjechałyśmy ok 7.30, pociąg mamy o 8.55. Stacja mała i… niewiarygodne, ale bardzo mało ludzi jest, tzn. w Tarnowskich Górach, to powiedziałabym, że jest tłok, ale jak na warunki indyjskie to zaledwie garstka… Oczywiście znowu tablicy odjazdów i przyjazdów brak. Niby nie ma problemu, bo stacja jest tak mała, że jeśli nie odjedzie z 1 peronu to odjedzie z 2 🙂 Tyle, że… tutaj nie ma przejścia.
Na wielu zresztą stacjach nie ma przejść, albo jeśli są, to tak daleko, że wszyscy ładują się i przechodzą przez tory. Nawet jeśli nic nie jedzie i nie byłoby to niebezpieczne, to ja dziękuję tarabanić się tak po nasypie z plecakami.
W końcu jednak przyjeżdża nasz pociąg, rozpoznaję po numerze. No to wio. Na razie jesteśmy same w wagonie. Obrazki z okien pociągu są najciekawsze:) Właśnie stoi pociąg, chyba przez godzinę i nikt nie wie, a tutaj pod moje okienko podszedł Sadhu z jakimś uczniem chyba, pyk, pyk, rozłożył sobie kocyk, położył się na brzuchu i dawaj – uczeń po nim chodzi i masuje. Widocznie przerwa w podróży na masażyk 🙂
W Orchhy byłyśmy trochę później, niż zakładał to nasz plan, dlatego szybko złapałam rikszarza, albo raczej rikszarz złapał nas:) Do Orchhy i z powrotem, z podwiezieniem do najważniejszych zabytków i czekaniem na nas – 500 rupii. Chciał 600, a powinno być 400. No ale…
Najpierw Pałac Jahangiri Mahal. Wg tradycji maharadża Biv Sing Deo zbudował go dla cesarza Jahangira, a cesarz mieszkał w nim tylko 1 noc. Głupek 🙂 Następnie podjechał rikszarz pod świątynię Chaturbhuj, która tak naprawdę najbardziej mi się podobała. W ogóle Orchca ma swój klimat. Nazwa miasta znaczy „bierz go”, bo wg legendy założyciel osady pytał się brahmina, jak nazwać nowopowstałą osadę – a brahmin powiedział: „nazwiesz ją pierwszymi słowami, które jutro wypowiesz”. No a dnia następnego ów człowiek poszedł na polowanie i kiedy zobaczył jelenia, krzyknął do swojego psa „ur cha!”, czyli bierz go. Ciekawe, wg mnie wcześniej musiał przecież tego psa zawołać, kiedy ruszał na polowanie, no ale co legenda, to legenda. W porównaniu do innych miejscowości, Orchha jest bardzo mała, nie ma tu tylu ulicznych przekupniów, tak natrętnych jak w Khajuraho. W Khajurho czas, szczególnie wokół świątyń, się zatrzymał. Tutaj w Orchhy – mam wrażenie jakby się pomieszał. Trochę tradycji, gdzie niegdzie ciut nowoczesności, jak sadhu z komórką 🙂 np. ludzie nie mówią tu zbytnio po angielsku. Chciałam kupić od Pani ciapatkę, bo widziałam jak piecze na ulicy, bezpośrednio na ogniu, a nie na patelni. Na początku nie rozumiałam, dlaczego nie chce nam sprzedać, ale potem okazało się, że były przeznaczone na rodzinny obiad. Pani po prostu przygotowywała posiłek 🙂 Dała nam w końcu nie jedną, a dwie i nie chciała pieniędzy, ale dałyśmy jej 10 rupii.
Za to przeżyłam ekstremalne przeżycie w toalecie miejskiej. Normalnie staram się chodzić tylko do hotelowych, ale no musiałam. Rady nie było, a że się napatoczyła… Tyle, że doszłam tylko do drzwi, napotkałam taką ścianę odoru i dywanu z wiadomo czego, że myślałam, że zwrócę pyszne ciapatki. Nie mogłam się zmusić żeby wejść dalej. Zrobiłam, co miałam zrobić na zewnątrz, niejako na widoku publicznym. W każdym razie, ja widziałam wszystkich, to mniemam że wszyscy widzieli i mnie – prawo strusia – tylko na odwrót, z „niewidzeniem” 🙂
Wróciłam ok 18, pociąg mam po 21. Czas ten spędziłam w poczekalni „dla kobiet”, gdzie elegancko się umyłam, nakremowałam i… mogłam się położyć 🙂Attachments:2013-03-27 o 00:20 #134687Anonimowy
GośćPo raz pierwszy podróżowałam I klasą 🙂 Najpierw co prawda musiałam się na tą I klasę naczekać, bo na peronie, z którego miał odjechać mój pociąg podstawiono jakiś inny. Już chciałam wsiadać, ale w ogóle nie było wagonu H1, a potem zobaczyłam, że pociąg ma zupełnie inny numer. W końcu po bieganinie z plecakiem po peronach, ktoś z obsługi litościwie poinformował, że pociąg będzie ze 40 minut spóźniony. Kiedy w końcu się pojawił, okazało się, że I klasa jest na samym końcu pociągu (a chyba już wspomniałam, że indyjskie pociągi mają ponad kilometr długości, jeśli nie więcej…). Zziajana dotarłam do przedziału H1, kabina D – żadnych innych pasażerów, skórzane (no, skóropodobne kanapy), szafka, guziczki do obsługi AC (klimatyzacji), dzwonek przywołujący obsługę pociągu, guziczek do wiatraka – który jednak okazał się być dzwonkiem – za 15 minut przybył konduktor z pytaniem, czego sobie życzę, chciałam mu powiedzieć, że jeszcze parę minut temu pamiętałam, ale nie powiedziałam już nic. Co prawda miałabym życzenie – coś zjeść i to szybko, bo byłam głodna jak wilk, a jeszcze Włodek powiedział, że pojedziemy jak księżniczki: podadzą lunch i na dodatek lody na deser :). Jechałam więc jak księżniczka, ale jak… głodna księżniczka, bo lunchu ani widu ani słychu. A lodów tym bardziej. A ze sobą nie miałam nic. Kiedy przechodził gościu z zupką, wzięłam sobie kubeczek, ale była tak ostra, że tylko wycyckałam 2 grzanki. Dobre były, ale to stanowczo za mało na zaspokojenie chociaż w części głodu.
O 19.00 przyszedł Hindus z menu, i dalej nawijać po hindusku, a ja nic. On nic po angielsku. Doszłam jednak do wniosku, że skoro podaje menu z cenami, to na darmowy lunch nie ma co liczyć… Wzięłam ryż masala, ale kiedy dotarł (22.00) już spałam, a poza tym był zbyt ostry, więc dałam spokój. Cóż, spanko w I klasie o pustym żołądku…
Pobudka przed 6.00 a przed 7.00 jestem już w Agrze. Riksza do hotelu (100 rupii), ale każą nam czekać do 10.00 na pokój. Szkoda czasu na czekanie, jem w hotelowej restauracji tosty z serem i kawę (w celu uspokojenia żołądka – na hinduskie żarełko nie mogę już patrzeć).
No to ruszam na podbój Tadż Mahal. Hotel Sheela jest wspaniale usytuowany, dosłownie 2 minuty od wschodniej bramy Tadż Mahal, ale… po bilety trzeba się udać ponad 2 km w… przeciwną stronę. Pytam się i rikszarza, i pana sprzedającego bilety, gdzie tu logika i obaj mi odpowiadają, że to „rząd”, co wiele zresztą mi nie wyjaśnia. Tzn. domyślam się, że to sprawka rządzących, ale w jakim celu?
Nasz rikszarz nazywa się Lala coś tam, i przyczepił się do nas na dobre. Ale dobrze się nami opiekuje, pokazuje gdzie kupić bilety (750 rupii), przypomina, że dostajemy w cenie biletu butelkę wody i ochraniacze na buty (do Tadż Mahal nie wolno niczego wnosić). Lala pedałuje z powrotem do Tadż Mahal, ale ledwo zipie. W końcu jakoś dojeżdżamy. W Tadż Mahal nie ma zbyt wielu turystów (przypominam sobie Chiny, gdzie zawsze był las parasolek…), ale jakoś dziwnym trafem wszyscy pchają się tam, gdzie akurat mam ochotę zrobić sobie zdjęcie. Chyba nie tylko ja odkrywam dobre „tło” do zdjęć…
No to teraz się uczcie: Tadż Mahal został wzniesiony przez cesarza Szahdzahana dla upamiętnienia ukochanej żony Mumtal Mahal. Budowa mauzoleum trwała 22 lata, co upamiętnia liczba kopułek wieńczących bramę wejściową. Wchodzi się przez olbrzymią Bramę Saraceńską wykonaną z czerwonego piaskowca. Już w samym mauzoleum sklepione łuki pokryte są mozaikami, płaskorzeźbami i wersetami z Koranu. Ma swój urok, trzeba przyznać.
Z Tadż Mahal jadę do Agra Fort – był to ośrodek władzy państwa Wielkich Mogołów. Masywne mury zbudowane są z czerwonego piaskowca, mają 20 metrów wysokości i ok 2.5 metra szerokości. Taka sobie forteca. Lala ledwo ciągnie, bo czasem teren pnie się pod górkę, a on malutki i drobniutki aż mi głupio było, ale przypomniałam sobie, że dzięki temu ma pracę, a że się namęczy, to już trudno 🙁 Zresztą i tak dostał więcej, niż powinien – miało być 100 rupii, ale wcześniej „pożyczył” 20 na zimną wodę, bo niby nie miał drobnych (a wcześniej nie miał grubych, żeby wydać :))). Obiecał, że odda. Akurat.
Wieczorem jeszcze spacer z drugiej strony Tadż Mahal, ale trzeba się zwijać, bo zaczyna padać deszcz. Zresztą na pogodę nie ma co narzekać, pada jak jestem w pociągu albo już po zwiedzaniu (jak na razie).
Lunch znowu w hotelu, bo żołądek dalej gniecie. Zaszalałam i zamówiłam sobie spaghetti. Wątpię, żeby było to dobre na żołądek, ale na indyjskie przyprawy już niestety się buntuje (żołądek). Nie wiem tylko, dlaczego danie to figuruje w pozycji „chińskie”. Pytam więc kelnera, a on na to, że przecież to bez różnicy czy chińskie czy włoskie. To to samo. W każdym razie, to coś nawet nie leżało obok prawdziwego spaghetti, ale było ciepłe i nie za ostre 🙂Attachments:2013-03-27 o 00:24 #134691Anonimowy
Gośćpociąg do Jaipuru mamy o 5.10, więc wstać trzeba po 3. O Julek, ja już nie daję rady… Poza tym, źle mi się spało, bo w pokoju było strasznie duszno. Jest, oprócz wiatraka, klima, ale robi tyle hałasu, że miałam wrażenie, że śpię w odrzutowcu.
Tak brudnej stacji, jak w Agrze, to jeszcze nie widziałam. Dziesiątki szczurów biegających po peronach i między torami, oraz wielkie, tłuste, brązowe karaluchy, które normalnie atakowały: im bardziej się człowiek od nich odsuwa, tym bardziej one szarżują.
Pociąg był w Jaipurze punktualnie, szybka riksza do hotelu (50 rupii), hotel jak dotąd najlepszy jaki miałam (1300 rupii, czysty, ładny i duży, taras) tyle, że usytuowanie kijowe. Daleko do centrum, za to blisko na stację kolejową. Co zaprocentuje jutro, bo znowu mamy pociąg o 5.00. Trochę wiedzy z Wkipedii na temat Jaipuru:))
Jaipur to miasto w północno – zachodnich Indiach, stolica stanu Radżasthan, na półpustynnym płaskowyżu Malwa, liczące prawie 2,5 miliona mieszkańców. Położenie sprawia, że panuje w nim klimat bardzo gorący i suchy. Miasto jak na Indie jest dość młode, bo powstało w I połowie XVIII wieku za sprawą władcy radżpuckiego Jai Singha II. Stad jego nazwa. Przeniósł on tam stolice z pobliskiego fortu Amber u schyłku państwa Mogołów. Geneza miasta tłumaczy jego niespotykaną w hinduskim państwie regularną zabudowę. Stare Miasto jest otoczone murami i obecnie znajduje się w północno – wschodniej części Jaipuru. No i to tyle. W Jaipurze zwiedziłam chyba wszystko, ale najbardziej podobały mi się okolice, czyli 2 słynne forty: Fort Amber, jest to poprzednia stolica Radżastanu, dosyć ciekawy kompleks budowli obronnych i pałacowych, którego początki sięgają roku 1000. Trzeba się tam było drapać pod górę, ale widoki rekompensują wszystko – bardzo podobnie wygląda to jak Mur Chiński.
Sam Jaipur brudny jak nie wiem co. Sterty śmieci i wielkie, żerujące na tych śmietniskach wieprze – nie wygląda to zbyt zachęcająco… Hindusi zresztą mają dziwną mentalność – nigdzie się nie spieszą, czasem mam wrażenie, że nie mają wyobraźni… No i nie są zbyt odpowiedzialni – widać to szczególnie podczas jazdy. Jadą na złamanie karku i gdzieś mają przepisy i pasażerów (jeśli takowych wiozą). No, ale co im się dziwić. Niczego się nie boją – mają ileś tam żyć, więc się odrodzą gdyby co. Ze mną byłoby gorzej. Ale jak to takiemu wytłumaczyć?
Kolacja wśród świnek – tosty z omletem i dziwnym sosem. Dobre nawet.
Tutaj jest o wiele mniej krów i bawołów, widziałam za to wielbłądy i kilka razy słonia. Na Amber Fort można było wjechać słoniem – koszt 900 rupii (od osoby, nie od słonia), ale tą przyjemność sobie podarowałam.
Na razie.Jaipur – dzień 2
Hej,
wczoraj poszłam spać o19 i spałam 12 godzin i… dalej mi się chce spać. Spacer w poszukiwaniu śniadania, ale niestety pana z omletami nie ma, zresztą inni sprzedawcy dopiero się rozkładają, za wcześnie jest chyba. Idę więc do knajpki i jem aloo parathe, dobra nawet tylko podana z piklami a pikle obrzydliwe. Wcześniej minął mnie właściciel hotelu i zapraszał na śniadanie, ale ja dziękuję – za wczorajsze tosty z serem i kawę dałam 200 rupii, tu mam za 18 🙂
Dzisiaj w planach Stare Miasto, czyli Walled City i 2 inne forty oraz Hawa Mahal, czyli Pałac Wiatrów. I już się posiłkuję Wikipedią – szybciej mi to idzie 🙂
Jest to najbardziej rozpoznawalna budowla Jaipuru – stolicy indyjskiego stanu Radżasthan. Postawiono ją w 1799 r. na polecenie maharadży Sawaia Pratapa Singha.
W tej jednej z najwspanialszych fasad świata jest ponad 900 okien i okienek. I w zasadzie Pałac Wiatrów nie oferuje wiele więcej niż okna i fasadę. Trzy górne piętra mają szerokość jednego niewielkiego pokoju. Tylko dwa dolne są okazalsze. Nie jest to bowiem dom, a swego rodzaju architektoniczny parawan. Powstał, by damy z dworu maharadży mogły obserwować życie miasta, pozostając niewidocznymi dla osób z zewnątrz.
Pałac zbudowano z czerwonego i różowego piaskowca. Powszechne stosowanie tego drugiego zapewniło Jaipurowi miano Różowego Miasta. Sama budowla zawdzięcza swoją nazwę wiatrowi (hawa), który wieje przez jej liczne okna. Styl, w jakim ją zbudowano, jest charakterystyczny dla miast i pałaców Radżasthanu.
No i potem riksza 2 forty, Fort Jaigarh – bardzo fajne miejsce, znowu Chińskomuropodobne widoki oraz fort Nahargarh – też podobnie. Dzisiaj nie pada, jest upalnie, więc szczęście w nieszczęściu 🙂
I… koniec moich Indii. Na razie nie wiem czy je kocham czy nienawidzę…Attachments:2013-03-27 o 20:47 #134730Anonimowy
GośćPodróż po Ameryce Południowej odbyliśmy we dwójkę z kolegą poznanym na forum podróżniczym.Wyjechaliśmy 28.02,a wróciliśmy28.03.2012 roku.
Bilet liniami Iberia z Berlina do Rio de Janeiro i powrotny z Buenos Aires z przesiadką w Madrycie kupiłem za 3192 zł .Wieczorem 28 lutego wylecieliśmy z Berlina do Madrytu,gdzie nocowaliśmy w schronisku młodzieżowym International Youth Hostel La Posada De Huertas przy stacji metra Plaza Espana za 10 euro od osoby.
29/2/2012
Rano robimy spacer po parku w centrum miasta,gdzie podziwiamy siedzące na drzewach stada papug i kwitnące pierwsze stokrotki,oraz oglądamy z zewnątrz architekturę pałacu królewskiego.Metrem jedziemy na lotnisko i wylatujemy do Rio de Janeiro,gdzie docieramy o zachodzie słońca.Na lotnisko wypożyczamy zarezerwowane w Avis auto za…….na 3 dni i jedziemy do Teresopolis w góry Serra dos Orgaos.Początkowo jedziemy drogą BR 040, z której skręcamy w prawo na BR116 i nią aż do miejscowości Guapimirim,gdzie kończy się lepsza droga.Stąd kierujemy się za znakami na Teresopolis.Nocujemy przed wjazdem w góry w aucie stojącym na poboczu bocznej drogi w dżungli.W nocy oglądamy rozgwieżdzone niebo nad Mate Atlantica(lasy równikowe atlantyckie porastające zbocza gór na brazylijskim wybrzeżu Atlantyku).Zapowiada się na jutro piękny dzień.
1/3/2012
Rano ukazuje się nam cudowny krajobraz.Z zielonego dywanu lasu wystrzelaja w niebo granitowe brązowe iglice i płetwy.Zieleń lasu poprzetykana kwitnącymi na zółto i fioletowo drzewami.Droga prowadzi serpentynami do miasta Teresopolis,bazy wypadowej do parku Orgaos dos Serra.Z drogi widzimy iglicę skalną Dedo de Deus(palec Zeusa) wznoszącą się po lewej stronie na wysokość 1692 m.n.p.m.W Teresopolis robimy zakupy w markecie i jedziemy do parku(wstęp 3 BRL,czynnego od 8-17.).Droga prowadzi wzdłuż rzeki z małymi wodospadami i oczkami wodnymi.Wybieramy dwa szlaki.Jeden prowadzi przez las z paprociami drzewiastymi i palmami kokosowymi po drewnianych pomostach.Drugi w górę do punktu widokowego na góry z Dedo de Deus w pierwszym planie.W trakcie wędrówki po drewnianej ścieżce spotykamy wygrzewajacego się w słońcu dużego weża,który gwałtownie ucieka spłoszony przez nas.Na terenie parku znajdują się toalety z prysznicami,z których można skorzystać bez dodatkowej opłaty.Po zwiedzeniu parku jedziemy do miescowości Nova Friburgo,zamieszkanej przez potomków Szwajcarów.Droga prowadzi przez malownicze góry porośnięte raz lasami, raz zieloną trawą z pojedynczymi kępami palm.Po drodze mijamy liczne kwitnące na czerwono i zółto drzewa.W okolicy Nova Friburgo znajduje się charakterystyczna skała w kształcie siedzącego psa(Pedra do Cao Sentado)-wejście tuż przed bramkami pobierającymi opłaty za przejazd drogą w kierunku Bom Jardim.Wyjeżdżamy szutrową drogą w górę ponad powyższą skałe i na trawie przy drodze rozbijamy namiot.Oglądamy zachód słońca nad górami.
2/3/2012
Rano jedziemy do Rio de Janeiro i na dworcu autobusowym(Rodoviario) kupujemy bilet do Porto Alegre za 229,00 BRL(ok.433 zł) na 4 marca na 10 rano, liniami Penha. Jedziemy na Corcovado-wzgórze z posągiem Chrystusa wysokim na 30m.Spod parkingu, gdzie są kasy biletowe należy wjechać busem na górny parking, wjazd wliczony w cenę wstępu – wstęp 25 BRL od osoby.Do tego miejsca można też dojechać kolejką linową, ale minusem jest długi czas oczekiwania przy kasach. Stąd idziemyschodami na taras widokowy, z którego roztacza się piękny widok na miasto i wybrzeże ze słynną plażą Ipanema i Copacabana.W pierwszym planie rzuca się w oczy charakterystyczna Głowa Cukru – skała, na szczyt której można wjechać kolejką linową.Corcovado wznosi się na wysokość 710m n.p.m
Po nasyceniu się cudownymi krajobrazami jedziemy drogą wzdłuż zielonego wybrzeża do Parati.Zatoka usiana jest licznymi wyspami,a w skalistych zatoczkach wzdłuż wybrzeża znjdują się
piaszczyste plaże.Na jednej z nich zatrzymujemy się na kąpiel.Zjeżdżamy z głównej drogi na nocleg na skraju jakiejś wioski.Kiedy już układamy się do snu w aucie,nagle podjeżdża samochód i wysiadają z niego dwaj mężczyźni z pistoletami.Jeden z podchodzi do okna,drugi stoi za nim 3 metry.Na szczęście pistolety mają skierowane lufą do ziem, a nie w nas.Po krótkiej konwersacji każą nam odjechać, bo jest to teren prywatny.Nie mają złych zamiarów,byli zaniepokojeni ,bo nie wiedzieli z kim mają do czynienia.Odjeżdżamy nie dyskutując i śpimy kilka km dalej przy drodze w dżungli prowadzącej do jakiegoś rezerwatu.
3/3/2012
Rano próbujemy wjechać w boczną drogę prowadzącą przez góry parku narodowego Bocaina.Jest ona asfaltowa przez kilka kilometrów,potem staje się gruntowa.Dojeżdżamy dokąd się da,a dalej idziemy na piechotę jakieś 3 km w kierunku przełęczy przez dżunglę.Mijamy potężne spychacze wyrównujące dziury w drodze,za parę godzin pewnie byłaby przejezdna.Po drodze mijamy skupisko drzew kwitnących na fioletowo.Po powrocie do auta jedziemy na piaszczystą plażę w okolicy Parati .Po południu wracamy do Rio de Janeiro.Znajdujemy nocleg w schronisku młodzieżowym Pura Vida hostel przy Rua Saint Roman#20 za15 BRL od osoby(tel.22108885).Jedziemy na lotnisko oddać auto i wracamy autobusem z napisem”Copacabana” do schroniska.
4/3/2012
Rano metrem i potem autobusem jedziemy na dworzec autobusowy i o 10:00 wyjeżdzamy do Porto Alegre.Docieramy tam po 26 godzinach jazdy.
5/3/2012
Kupujemy bilety do Buenos Aires w firmie Pluma za 219 BRL(417zł) na następny dzień na 17:30.
Znajdujemy wypożyczalnię aut i pożyczamy auto o godzinie 14:00 na 24 godziny.Jedziemy w góry do parku narodowego Aparados da Serra zobaczyć głęboki na 700 m i wąski kanion Itaimbezinho,oraz lasy araukarii brazylijskiej,występujące tylko tutaj.Nocujemy nieopodal wejścia do parku(otwarte od 7:00) w namiocie rozbitym obok opuszczonego kościoła.
6/3/2012
Rano wchodzimy do parku.Początkowo idziemy przez las araukariowy.Araukarie mają goły pień i na jego szczycie koronę z gałęzi wygiętych w łuki ,skierowane wypukłością ku ziemi,odwrotnie jak w przypadku palmy.Na końcach gałęzi znajdują się skupiska grubych stożkowatych igieł.Po 30 min marszu dochodzimy do brzegu kanionu .Ma on kształt litery T.Po jego ścianach spada wodospad,na krawędziach rosną parasolowate araukarie.Całość wywołuje niesamowite wrażenie,jest on głęboki na ok. 700m i dość wąski.Obchodzimy szlakiem jedno z ramion i z przeciwległego brzegu obserwujemy dwa spadające obok siebie na dno kanionu malownicze wodospady.
Mamy jeszcze trochę czasu i jedziemy do parku Estadual do Caracol,leżącego 8 km od Caneli,zobaczyć imponujący130 metrowy wodospad Caracol.Spada on z przewieszonego urwiska prosto w próżnię.Można po schodach zejść do jego podstawy.
Teraz już tylko powrót do Porto Alegre,oddajemy auto po 16:30(liczą nam tylko za dobę,bo uprzedziliśmy wcześniej,że spóźnimy się o 2-3 godziny),biegniemy na dworzec i jedziemy autobusem do Buenos Aires.
7/3/2012
Autobus ma opóznienie i do stolicy Argentyny docieramy po 14:00. Droga i krajobrazy były monotonne.Jedyną ciekawostką była sawanna palmowa w Parku El Palmar przy granicy z Urugwajem.Zbieramy informacje jak najlepiej dostać się do Patagonii.Wynajęcie auta nie wchodzi w grę,gdyż aby przekraczać granicę z Chile trzeba wykupić bardzo drogie ubezpieczenie miedzynarodowe.Jazda autobusem potrwa zbyt długo,a na dodatek bilety wcale nie sa tanie.W końcu decydujemy się na samolot do El Calafate za 330 USD.Nie zastanawiamy się zbyt długo,bo na jutro rano są tylko 2 bilety-chyba czekały na nas.
8/6/2012
Wylatujemy o świcie,lot trwa 1h40min i lądujemy w sercu Patagonii.Pogoda jest
wyśmienita,bezchmurne niebo.Na lotnisku wynajmujemy auto na 3 dni i jedziemy do parku Los Glecieros zobaczyć lodowiec Perito Moreno spływający szerokokim na 5 km jęzorem do wód jeziora Argentino.
Czoło lodowca ma 60 metrów wysokości.Z parkingu prowadzą drewniane chodniki do różnych punktów widokowych.Widoki są bajkowe-biel lodowca,turkus wód jeziora i jesienne kolory otaczających gór składają się na wyjątkowy urok tego zakątka.Po nakarmieniu oczu i ducha cudownymi widokami jedziemy do El Chalten u stóp Fitz Roya.Docieramy tam o zmierzchu i nocujemy w hostelu La Comarca.
9/3/2012
Rano cudowne zjawisko „zapalania” gór przez wschodzące słońce.Ognista purpura skał Fitz Roya i Cerro Torre robi niesamowite wrażenie.Cały spektakl trwa ok.30 min a potem granit przyjmuje swój normalny szarawy odcień.Wyruszamy na całodzienny trekking w góry.Na pierwszy ogień idzie szlak do laguny Torre u stóp Cerro torre.Prowadzi przez lasy buka południowego.Buk południowy różni się od naszego- ma małe liście wielkości paznokcia zmieniające jesienią kolor na czerwony. Do laguny wpada jęzor niewielkiego lodowca.Iglica skalna Cerro torre(najtrudniejszej wspinaczkowo góry swiata) robi niesamowite wrażenie.Następnie idziemy do laguny Los Tres,nazwanej tak na pamiątke spotkania trzech podróżników,leżacej u podstawy ściany Fitz Roya.Szlak prowadzi wzdłuż licznych jeziorek o ślicznej turkusowej barwie.Do hostelu wracam o 23:00 po 14 godzinach marszu.Jestem wykończony,ale warto było.Cały dzień utrzymała się cudowna pogoda.
10/3/2012
Rano jedziemy obejrzeć kilkunastometrowy wodospad i wracamy do El Calafate.Oddajemy auto i nocujemy w mieście w hostelu Del glaciar.Kupujemy na jutro bilety do Puerto Natales w Chile
11/32012
Jedziemy kilka godzin i po południu docieramy do Puerto Natales.Znajdujemy nocleg za 6000 pesos w hostelu,których w miasteczku jest pełno.Puerto Natales leży nad Pacyfikiem i jest bazą wypadową do parku Torres del Paine,odległym o 150 km.Pogoda się pogorszyła,pada deszcz
12/3/2012
Pogoda barowa,cały dzień leje.Znajdujemy wypożyczalnię Avisa i pożyczamy auto z ubezpieczeniem międzynarodowym na 3 dni za 232.676,00 CLP(1578 zł)i kupujemy bilety z Puerto Natales do Puerto Montt za 69.300,00 CLP(473 zł)na 16 marca i z Santiago do Buenos Aires za 135.762,00 CLP(920 zł) na 27 marca.Transport mamy rozplanowany i nastawiamy się na wyjazd do Torres del Paine na jutro o swicie,tylko że nadal pada.
13/3/2012
Rano cudowna niespodzianka,mamy błękitne niebo.Pędzimy w kierunku parku Torres del Paine.Po drodze mijamy stada guanako i strusi nandu.Po 2 godz. jazdy dojeżdżamy do granic parku i po uiszczeniu opłaty za wstęp w wysokości 18000 pesos, wjeżdżamy na drogę gruntową przecinającą park. Kierujemy się za znakami do początku szlaku do punktu widokowego na wieże Paine.Martwimy się bo nad górami zalega niski pułap chmur.Na szczęście nie pada,wiec ruszamy na szlak.Po chwili marszu zagłębiamy się w mgłę w której idziemy wytrwale przez 2 godziny.Po drodze mijają nas jadący na koniach gauchos,dostarczający towary do znajdującego się na szlaku schroniska.Ale opłaca się bo w końcu wychodzimy ponad chmury i naszym oczom ukazują się skalne szaro-brązowe wieże,wznoszące się ponad mleczno-turkusowym jeziorkiem,na tle błękitnego nieba.Kolorytu dopełniają jeszcze leżące poniżej lasy lenga,których liście zaczynają zmieniać barwę na czerwonawą-w końcu mamy tutejsze babie lato.
Wracamy do auta i jedziemy drogą przez park mijając po drodze licznie pasące się guanako.Jedziemy wzdłuż jeziora Lago Nordenskjold,za którym widać drugą po wieżach Paine charakterystyczną dla parku Torres del Paine grupę szczytów Cuerno.Dojeżdżamy do wodospadu Salto Grande-kilkunastometrowej kaskady spienionej turkusowej wody.Jedziemy dalej wzdłuż jeziora Pehoe do mniejszego wodospadu Salto Chico i po kilku kilometrach wyjeżdżamy z parku i wracamy do Puerto Natales do hostelu.
14/3/2012
Rano jedziemy na Ziemię Ognistą ,początkowo drogą w kierunku Punta Arenas.Krajobrazy są ciekawe,widzimy drzewa buka południowego o dziwacznych ukształtowanych przez wiatry kształtach,z konarów których zwisają mchy i porosty.Jakieś 40 km przed miastem skręcamy w lewo i jedziemy wzdłuż cieśniny Magellana do przeprawy promowej w Punta Delgada.Przeprawa trwa ok. 30 min. Towarzyszą nam biało-czarne delfiny,wyskakujące z wody koło burty promu.Po chwili jedziemy przez równinne stepy północnej cześci Ziemii Ognistej.Mijamy stada strusi nandu i guanako.Jakieś 70 km za miastem Rio Grande znajdujemy miejsce na nocleg.Mamy fajne auto ,po rozłożeniu tylnych foteli śpimy jak w łóżku.15/3/2012
Rano wita nas cudowny wschód słońca,obłoki płoną czerwienią.Tuż przed jeziorem Fagnano krajobraz się zmienia.Kończą się płaskie stepy.Na horyzoncie pojawiają się góry i zmienia się roślinność na lasy złożone z buka południowego.Zaczyna się jesień,więc drzewa mienią się kolorami. Ostatnie 100 km drogi do Ushuaia jest wyjątkowo malownicze.Krajobrazy zmieniają się za każdym zakrętem,obok gór pokrytych kolorowymi bukami, po nagie skaliste turnie w kolorach szarym,beżowym i brunatnym.Pogoda jest słoneczna,dzięki czemu przez nasycenie światłem,widoki są jeszcze piękniejsze.W końcu dojeżdzamy do Ushuaia.Chwilę spacerujemy po mieście,odwiedzamy centrum informacji turystycznej.Potem jedziemy do Parku narodowego Tierra del Fuego-wjazd jakieś 20 km na zachód od miasta,wstęp 20 pesos od osoby.Naszym celem jest Cerro Guanako.Szlak na szczyt zaczyna się przy pięknym turkusowym jeziorze.Początkowo prowadzi przez bukowy las,cudownie kolorowy o tej porze roku.Zwracamy uwagę na jasnozieloną jemiołę,licznie pasożytująca na drzewach buka.Po około godzinnnym marszu wychodzimy ponad linię lasu.Zaczynają się piękne widoki na powyższe jezioro i błękitną cieśninę Beagla .Mijamy bobra stojącego przy żeremii.Tu Krzysiu wymięka i postanawia odpocząć,a ja idę dalej sam na szczyt.Docieram tam po kolejnej godzinie marszu.Na szczycie poza mną jest Anglik.Konwersujemy i robimy sobie nawzajem zdjęcia.Widoki są oszałamiające.Widzę cały kanał Beagla i miasteczko Ushuaia w dole.Za kanałem z licznymi wysepkami widać pasmo kordyliery Darwina.Siedzę na szczycie prawie godzinę i chłonę cudowne krajobrazy.Potem szybkie zejście,kapiel w zimnym jeziorze i wyjeżdżamy z parku.Tuż przed zachodem słońca wjeżdżamy jeszcze na parking przed początkiem ścieżki do czoła lodowca Martiala.Oglądamy widoki i po kolacji żegnamy się z górami Ziemii Ognistej.Jedziemy z powrotem do Puerto Natales.Chcemy przed północą przekroczyć granicę z Chile,żeby nie płacić ubezpieczenia międzynarodowego za kolejną dobę.Na granicy sprawdzają to bardzo skrupulatnie.Nie ma szans na wjechanie do Argentyny autem wynajętym w Chile lub odwrotnie,jeśli nie ma się wykupionego międzynarodowego ubezpieczenia OC,a to niestety podnosi znacznie koszty wynajmu.Ale auto opłaca się wynająć,bo zaoszczędzamy na czasie i noclegach.Śpimy w aucie już po stronie chilijskiej w stepie.
16/3/2012
Po wstaniu witamy kolejny obłędnie czerwony wschód słońca
O 16:00 mamy samolot z Puerto Natales a jeszcze prawie 300 km przed nami,więc ruszamy w drogę.Na lotnisku miał czekać na nas pracownik z Avisa,żeby odebrać auto.Nie ma go,więc dzwonimy do biura.Odpowiada,żeby zostawić klucz na lotnisku na stoliku z tabliczką”Avis”.Trochę obawiam się zostawić klucz tak na wierzchu,więc zamykam go w aucie na parkingu-wrzucam na siedzenie przez minimalnie pozostawiona uchyloną przednią szybę.Teraz juz spokojni wsiadamy do samolotu i za niecałe 2 godziny lotu lądujemy w Puerto Montt.
Pożyczamy kolejne auto na 5 dni za 216.943 CLP(1445 zł) w firmie BUDGET i znajdujemy nocleg w hostelu za 6000 pesos.
17/3/2012
Jedziemy do parku Alerce Andino gdzie rosną fitzroye(andyjski modrzew, odpowiednik północnoamerykańskiej sekwoji).Do parku są 2 wejścia oddalone znacznie od siebie,sektor Chaicas i Correntoso.Wybieramy wjazd do sektora Chaicas-w Lenca od Camino Austral odchodzi boczna szutrowa droga w głąb doliny Chaica.Wstęp kosztuje 2000 pesos.Z parkingu maszerujemy przez las deszczowy strefy podzwrotnikowej.Mijamy typowe dla tego rejonu drzewa arrayan tree-z brązową korą i pachnącymi białymi kwiatami,Zwracamy uwagę na wyrastające z ziemi olbrzymie liscie z kolczastymi łodygami i olbrzymie paprocie.Trochę dalej znajduje się malowniczy wodospad na rzece Chaicas i rosnąca w pobliżu 1000 letnia olbrzymia fitzroya(Alerce Milenario).Fitzroye rosną pojedyńczo, wtopione w tło innych drzew.Spotyka mnie tutaj niemiła przygoda,wchodzę prosto w znajdujące się w ziemi gniazdo os.Atakują broniąc swego terytorium,ratuje mnie tylko refleks.W trakcie ucieczki dopada mnie i żądli niegroźnie kilka z nich-dobrze że nie cały rój i że nie mam alergii na jad os.Traktuję to jako sygnał do odwrotu i wracamy,zobaczyliśmy co mielismy zobaczyć i nie ma sensu pchać się dalej szlakiem,który prowadzi do jakiegoś jeziorka(laguna Triangulo).
Pod wieczór zdążamy dojechać nad jezioro Lanquihue,pod wulkan Osorno,gdzie nocujemy w prywatnym pensjonacie za 10 000 pesos
18/3/2012
Następnego dnia jedziemy nad jezioro Todos los Santos(wszystkich swiętych) o cudownym turkusowym kolorze.Po tym jeziorze kursują łodzie do granicy z Argentyną i dalej do Bariloche.
Z brzegu jeziora podziwiamy wznoszący się za plecami idealny stożek wulkanu Osorno, z lodowcem przykrywającym jak czapka jego wierzchołek i stoki aż do połowy.Znajdujemy na mapie odchodzącą boczną drogę prowadzącą na stoki wulkanu.Tuż przed zjazdem na nią znajdujemy cudownie zielone oczko wodne(laguna Verde).Droga oznaczona „Osorno „wspina się serpentynami na stok wulkanu do znajdującego się tam ośrodka narciarskiego.Z góry podziwiamy kolory skał i lodowiec pokrywający szczyt wulkanu oraz widok na talę jeziora Lanquihue w dole.Jedziemy dalej do Pucon u stóp wulkanu Villarica.Znajdujemy nocleg w hostelu za 6000 pesos od osoby.
19/3/2012
Krzysiu zostaje w Pucon,gdzie chce pojeżdzić na rowerze i odpocząć,ja pędzę dalej,bo chcę zobaczyć lasy araukarii chilijskiej-relikt z czasów Gondwany,gdy żyły tu dinozaury.Jadę w kierunku Panamericany,na którą wyjeżdżam przed Temuco.Po ok 150 km zjeżdżam na miejscowość Angol,skąd za znakami jakieś 40 km szutrową drogą na park narodowy Nahuelbuta,gdzie rośnie największe poza Andami,ostatnie skupisko araukarii chilijskiej.Jestem zauroczony roślinnością tego parku.Szlak prowadzi przez las potężnych wielowiekowych araukarii-najstarsze drzewo ma 2000 lat,jest oznaczone tabliczką.Miedzy araukariamii rosną buki południowe.Drzewa są oblepione wiszącymi porostami co wzmaga magię tego miejsca.Jestem na szlaku zupełnie sam i czuję się jakbym przeniósł sie 50 milionów lat wstecz do czasów Gondwany.Po godzinie marszu szlak wyprowadza na granitowe kopuły skalne,z których roztacza sie po horyzont widok na połacie parasolowatych araukariowych lasów.Wyjątkowo widowiskowo wygląda kopulasta granitowa góra w całości porośnięta przez araukarie.Poza tym jeszcze to popołudniowe światło dopełnia niesamowitego uroku tego miejsca.Jest to jedno z tych nielicznych miejsc na świecie o wyjątkowej faunie występującej tylko w tym konkretnym miejscu.Na nocleg zjeżdżam do Angol,muszę się wreszcie wykąpać i uprać bieliznę.Nocuję w hotelu za prawie 30 USD,ale kiedyś trzeba, a tanich hosteli tu nie ma.
20/3/2012
Jadę do chilijskiej Niagary,wodospadu del Laja,kilkanaście kilometrów za Los Angeles,przy Panamericanie.Jest chyba jakaś fiesta,bo przy wodospadzie tłum ludzi i liczne stragany z pamiątkami.Sam wodospad ma ponad 20 m wysokości i szeroki na ok. 100 metrów,dość malowniczy.Kolejnym etapem jest park narodowy Conguillo z wulkanem Llaima o wys.3124 m.n.p.m.Kiedy dojeżdżam do parku jest wieczór i szczyt wulkanu tonie w chmurach.Krajobraz mnie zachwyca.Znów lasy araukariowe,cudowne kolory skał wulkanicznych i przepiękne kwiaty przypominające gerbery o 10 pomarańczowych płatkach ,jak również żółte podobne do storczyka o 5 płatkach.Jestem tak urzeczony krajobrazem i cudownym światłem,że zostaję na nocleg w lesie araukariowym.Chcę rano zobaczyć wulkan Llaima w całej krasie.
21/3/2012
Nie zawodzę sie, o świcie widoczność jest doskonała,i co ciekawe wulkan mimo ze wyższy niż poprzednie,to czapę lodową ma bardzo malutką.Postanawiam iść na szczyt.Idę kilka godzin,prawie udaje mi się na niego wejść jednak brakło 100 może 200m.Powstrzymał mnie 10 metrowy odcinek śliskiego lodu a nie miałem raków,zaś lawa po której szedłem była swieża i bardzo ostra,wpadnięcie na nią przy poślizgnięciu groziło poważnymi ranami,musiałem więc zrezygnować.Następnego dnia okazało się ze wchodziłem od niewłaściwej strony.Od północy nie było lodu,ale z kolei wiatr wiał od południa i zdmuchiwał wyziewy z krateru na stoki bez lodu.W każdym razie widoki i tak były niesamowite,różne kolory jęzorów lawy wpadające do zielonych lasów araukariowych leżacych poniżej,biel lodowca i widok na kilka stożków wulkanicznych w sąsiedztwie,warte było tego wysilku.
22/3/2012
Jestem tak zauroczony krajobrazem parku Conguillo,że wjeżdżam jeszcze do niego autem.Można przejechać przez cały park i wyjechać z drugiej strony.Wczoraj szedłem na wulkan od strony zachodniej,dziś jeżdżę po stronie wschodniej.Z tej strony wulkan jest jeszcze bardziej kolorowy,znajduje się tu też też kilka jeziorek z krystalicznie czystą wodą,w tym jedno turkusowe.I oczywiście araukariowe lasy,te drzewa fascynują mnie wyjątkowo,są niesamowite. Po objechaniu parku i przejściu paru krótkich szlaków jadę z powrotem do Puerto Montt, aby oddać auto.Po drodze zatrzymuję się na kąpiel w jeziorze Villarica.Woda jest czyściutka i ciepła,a kąpiel umila widok na wulkan Villarica po drugiej stronie jeziora.Na nocleg zatrzymuję się w schronisku młodzieżowym za 8000 pesos w miejscowości Puerto Varas nad jeziorem Llanquihue.
23/3/2012
Po południu o 17:00 mam autobus do Santiago.Czekając jadę ponownie do parku Alerce Andino tym razem od strony Correntoso.Idę szlakiem ok. 1,5 godziny do skupiska fitzroyi,zwanego Catedral,dalej szlak prowadzi do laguna Fria,ale brak mi już czasu, a poza tym nie wygląda,aby dalej było coś szczególnego.Wracam do Puerto Montt,oddaję auto i przez pracownika firmy zostaję podrzucony na dworzec aotobusowy.Kupuję bilet za 9000 pesos i jadę do Santiago.
24/3/2012
W stolicy jestem ok.7:00 rano,nie za bardzo wiem gdzie jest wypożyczalnia aut.Wchodzę do pierwszego hotelu obok dworca i tam z recepcjonistą załatwiam wynajem auta.Dzwoni do firmy i za godzinę podstawiają auto.W czasie oczekiwania korzystam bezpłatnie z internetu i używam skypa w Polsce.Umawiam się że za niewielka dopłatą oddam auto na lotnisku międzynarodowym.Wyjeżdżam z miasta na północ i jadę wybrzeżem Pacyfiku.Pojawia się inna roślinność,półpustynia porośnięta wysokimi kaktusami,niektóre kwitną na czerwono.W miejscowości La Serena skręcam w kierunku passo Negra odległej jak wskazują drogowskazy o 270 km.Droga początkowo biegnie przez dolinę Eloui słynną z produkcji wina,otoczoną przez nagie brązowe góry porośnięte kaktusami,potem zagłębia się w Andy.Na skraju gór znajduję miejsce nad strumieniem i nocuje w aucie.
25/3/2012
O swicie jadę dalej.Ostatnie 80 km drogi przed przełęczą jest szutrowe.Jakieś 100 km przed przełeczą znajduje się punkt graniczny Chile.Jeśli nie ma się ubezpieczenia międzynarodowego,można jechać tylko do przełęczy i paszport trzeba zostawić pogranicznikom.Droga do przełęczy prowadzi serpentynami przez niezwykle kolorowe góry,z paletą barw od różnych odcieniach brązu,przez różowy,pomarańczowy po ceglasty,z wstążkami zieleni wzdłuż strumieni i bielą jęzorów lodowców na tle nieskazitelnego błekitu nieba.Przełęcz znajduje się na wysokości 4753 m.n.p.m,Stąd droga opada już w dół w kierunku Argentyny.W pobliżu przełęczy widać skupiska penitentów(pokutujących śniegów).Powstają one w wyniku topnienia lodu w ciągu dnia w promieniach słońca i zamarzania w godzinach nocnych.Wyglądają jak stojący obok siebie i modlący sie mnisi-stąd nazwa.
Czas zjeżdżać na dół bo ciężko oddychać na tej wysokości bez uprzedniej stopniowej aklimatyzacji
Wracam do La Sereny i kieruję się w kierunku parku narodowego Fray Jorge,słynacego z wilgotnych lasów waldiwijskich rosnących w terenie półpustynnym dzięki skraplającej się zimnej mgły znad Pacyfiku w zetknięciu z gorącym powietrzem znad lądu.Nocuję w wioscce 2 km przed wjazdem do parku w skromnym domku należącym do jednej z nielicznych tu mieszkanek,ale tanim-płacę 4000 pesos.W domku są 2 pokoje nie ma bieżącej wody,ale razem z sympatyczną właścicielką przynosimy plastikową bańkę z wodą.
26/3/2012
Rano oddaję klucze od domku i od męża właścicielki dostaję reklamówkę gruszek.Jadę przez półpustynię do parku Fray Jorge.Wokół pełno kwitnących na czerwono ogromnych kaktusów i aloesów.Nektarem kwiatów kaktusów odżywiają sie kolibry.Podjeżdżam serpentynami szutrową drogą do widocznego z daleka obłoku mgły.Tuż przed nim krajobraz się zmienia.Zaczynają się kilkumetrowe powyginane drzewa z błyszczacymi zielonymi liściami oblepione porostami ,a w poszyciu paprocie i kwiaty o różnych kolorach-fioletowe o żółtych środkach,różowe,żółte i czerwone.Przez las prowadzi szlak spacerowy po drewnianych scieżkach,tworzący pętlę.Znad oceanu napełzają jęzory mgły,przysłaniając widok.W oddali słychać tylko szum fal.Po przejściu szlaku wracam do Panamericany i jadę w kierunku Santiago.Przed zachodem słońca zjężdżam jeszcze w kierunku widocznego na horyzoncie masywu Aconcagui i patrzę jak zmienia się jej kolor wraz z zachodzącym słońcem.I to już koniec podróży,jadę na lotnisko.Rano o 7:00 mam samolot do Buenos Aires a o 12:00 dalej do Madrytu.
27/3/2012
Dzień spędzony w samolotach.Fajny widok po starcie z Santiago,samolot przelatuje nad Andami obok Aconcagui
28/3/2012
Rano przesiadka w Madrycie i po 12:00 jesteśmy w Berlinie.Jedziemy pociągiem do Poznania,widać kwitnące drzewa,wiosna już w pełni.Potem jeszcze nocny autobus do Krynicy
29/3/2012
Rankiem jestem w Krynicy,ciepło 12 stopni,dobrze że już zima odeszła.Nie wiem jeszcze, że za 3 dni spadnie 30 cm śniegu.Attachments:2013-03-29 o 12:37 #134757Anonimowy
GośćSerbia, Macedonia – weekend majowy
Wszystko zaczęło się od rzucenia okiem na kalendarz. Długi weekend majowy w końcu zasłużył na swoją nazwę – 3 dni urlopu do wzięcia i voilà – 9 pełnych dni na wycieczkę.
Potem był Plan. Najpierw miał być Budapeszt (Budę zwiedziliśmy już przy okazji innego wyjazdu, teraz czekał na nas Peszt), potem Belgrad, bo ciągnie nas na Bałkany, a skoro już Belgrad, to może i Golubac (przecież to tak blisko…), a stamtąd już całkiem niedaleko na Żelazne Wrota (no wstyd nie zobaczyć!)…wzrok sięgał coraz dalej na południe, palce wklepywały w google maps kolejne miejscowości – Nisz, Skopje, Ochryd. Zobaczywszy ten ostatni na zdjęciach, stwierdzamy jednogłośnie – tam trzeba być!
Potem już tylko organizacja – rezerwowanie noclegów (hostele, prywatne apartamenty), dopieszczanie środka transportu (nieśmiertelny złoty Matiz – auto wszak idealne dla 4 osób i bagaży na 9 dni…no cóż, prawdę mówiąc może i nieidealne, ale jedyne dostępne 🙂 ). Oraz wyznaczenie trasy – jako, iż wychodzimy z założenia, że podróż zaczyna się tuż po wyjściu z domu, będziemy poruszać się powoli, zahaczając o ciekawe miejsce i widokowe drogi.Wyjeżdżamy w sobotę – o 8ej rano próbujemy upchnąć siebie i plecaki do Matiza, co udaje się po 15 minutach walki i wykorzystaniu wszystkich skrawków wolnej przestrzeni (pod fotelami jest idealne miejsce na ciężkie, górskie buty). Ruszamy z Krakowa na Węgry – robimy krótkie przystanki w Ostrzyhomiu (z bazyliką św. Wojciecha robiącą naprawdę duże wrażenie) i w Wyszehradzie i popołudniu meldujemy się w Budapeszcie. Tu czekał na nas bezmiar problemów organizacyjno-finansowych, od kłopotów z parkingiem, przez długie poszukiwanie tradycyjnej, węgierskiej étterem wśród niezliczonej ilości kebabów, pizzerii, hinduskich knajpek i chińskich barów (wszak być na Węgrzech i nie zjeść gulaszu się nie godzi), skończywszy na odkryciu, iż zarezerwowany przez internet hostel ma na dziedzińcu wielką dyskotekę i wyspać, to się nam niestety, nie uda (oceniając z perspektywy czasu dziwię się, czemu cena 9 euro/os za nocleg w centrum miasta nie wzbudziła naszych podejrzeń). Popsute nastroje rekompensuje tylko urzekająca architektura Pesztu i wino wypite na schodach katedry św. Szczepana w towarzystwie wielu wesołych mieszkańców.
Kolejnego dnia zwiedzamy jeszcze Park Miejski z zamkiem Vajdahunyad i uderzamy autostradą do Belgradu. Wczesnym popołudniem meldujemy się w hostelu (7,5 euro/os), mieszczącym się w paskudnej, odrapanej kamienicy naprzeciwko dworca kolejowego i zaskakującym ładnymi, przestronnymi i czystymi wnętrzami. Od razu wyruszamy na miasto, chowając się przed prażącym słońcem w Kalemegdanie – dawnej twierdzy przerobionej na park miejski. Kierowani głodem lądujemy w pobliskiej restauracyjce z wystrojem niezmienionym od czasów towarzysza Tito, gdzie za 33 zł/os najadamy się cevapami do syta i gasimy pragnienie zimnym piwem (w końcu!). Z restauracji wychodzimy tylko po to, by po kilkuset metrach nogi zaniosły nas do najstarszej serbskiej kafany (pubu), gdzie znów raczymy się zimnym piwem i rakiją (ok 7-8zł, zależnie od preferencji alkoholowych). Tego dnia odwiedzamy jeszcze Skadarliję , która urzeka nas niesamowitym klimatem, jakby z filmów Kusturicy – jednakże ze względu na wysokie ceny (i pełne brzuchy) odpuszczamy sobie kolację w którejś z uroczych restauracyjek.
Kolejny dzień zaczynamy od wizyty w piekarni mieszczącej się pod hostelem i za 5 zł zakupujemy dla każdego wielkie porcje (pysznych, acz bardzo tłustych) burków. Udajemy się w dalszą drogę – pierwszym przystankiem jest Golubac – naddunajska twierdza, położona w niezwykle malowniczym, cichym miejscu. Jej zwiedzanie jest darmowe, jednakże można to czynić tylko z dołu – ścieżek prowadzących na mury strzegą żmije zygzakowate i postanawiamy nie ryzykować bliższego spotkania z tymi gadami.
Dalej udajemy się widokową drogą w stronę Żelaznych Wrót (które jednakże robią na mnie mniejsze wrażenie, niż się spodziewałam) i do Niszu, w którym meldujemy się wczesnym wieczorem. Zmęczeni, chcemy właściwie iść spać, jednakże niezmiernie entuzjastyczny właściciel hostelu (bardzo przyjemne, rodzinne miejsce, 10 euro/os)nakłania nas do zobaczenia miasta. Po otrzymaniu wielu przydatnych informacji decydujemy się na przygodę z komunikacją publiczną i ruszamy rozklekotanym Ikarusem na wieczorny spacer, który kończymy w restauracji Stara Srbja, gdzie za pljeskavicę z frytkami, sałatką i piwem płacimy 16 zł. Powrót do hostelu trochę nas stresuje, na przystankach brak jest rozkładów jazdy a zbliża się północ, jednakże zgodnie ze słowami gospodarza autobusy jeżdżą właściwie do nocy i wkrótce możemy w końcu położyć się spać.
Kolejny upalny dzień rozpoczynamy od wizyty w Wieży Czaszek, pamiątce po niezwykłym, wojennym okrucieństwie; po czym ruszamy w stronę pierwszej macedońskiej atrakcji – pozostałości megalitycznego obserwatorium astronomicznego Kokino, do których prowadzi wąska, emocjonująca górska droga.
Czar tego niezwykłego, widokowego i bardzo oddalonego od zamieszkałych okolic miejsca psuje niestety duża ilość macedończyków, którzy chętnie spędzają tutaj wolny od pracy 1 maja. Po niezbyt skutecznych próbach rozszyfrowania archeologicznej zagadki dotyczącej sposobu funkcjonowania tego obserwatorium, ruszamy w stronę Kanionu Matka – położonego nieopodal Skopje cudu natury. To piękne miejsce robi na nas świetne wrażenie, jednakże ze względu na późną porę nie mamy niestety możliwości, by pokonać imponujące, skalne ściany pieszo – decydujemy się więc na przepłynięcie kanionu łódeczką (godzinny rejs połączony ze zwiedzaniem jaskini kosztuje 5 euro/os). Po rejsie postanawiamy nacieszyć jeszcze oczy przyrodą jedząc obiad w restauracji u wylotu kanionu – teoretycznie ostrzegano nas przed wysokimi cenami w tym miejscu, jednak 24 zł za pyszny, sycący obiad i zimne piwo uznajemy za sumę całkiem rozsądną.
Wieczorem meldujemy się w przyjemnym hostelu (7euro/os) w Skopje i zwiedzamy miasto po zmroku. Stolica Macedonii urzeka nas kontrastami – kiczowatym, olbrzymim, tandetnie podświetlonym pomnikiem Aleksandra Wielkiego i spokojną, uroczą starą dzielnicą handlową Czarszija, w której czas zdaje się płynąć wolniej.
Po długich spacerach, z ciężkim sercem ruszamy w południe kolejnego dnia w stronę Prilepu, gdzie planujemy zobaczyć twierdzę Markovi Kuli. Niestety uporczywy upał (37 stopni) i trudności ze znalezieniem drogi do twierdzy krzyżują nam plany i poprzestajemy na obejrzeniu monastyru św. Archanioła Michała.
Z Prilepu udajemy się w stronę Bitoli, gdzie błąkamy się chwilę po ryneczku, który uderza nas swoją prawdziwością – w tym miejscu, wyglądającym jak żywcem wyjęte z XVIII wieku, nie widać śladów jakiejkolwiek turystyki. Ostatecznie znajdujemy interesujące nas ruiny starożytnej Heraklei,które okazują się być magicznym, pustym, spokojnym miejscem (a wstęp kosztuje tylko 7zł).
Po pełnym nostalgii zwiedzaniu ruszamy do celu całej wycieczki.
Ochryd robi na nas niesamowite wrażenie. Wita nas orzeźwiającym chłodem i przepyszną, tanią kuchnią w lokalnych restauracyjkach (podczas pierwszej kolacji, zjedzonej w miejscu poleconym przez gospodarza, zapłaciliśmy niecałe 2 euro za kurczaka z frytkami i drugie tyle za rewelacyjną szopską sałatę). Gdy rankiem rozpoczynamy zwiedzanie tego miasteczka, okazuje się, że ma ono do zaoferowania również ciekawą architekturę, ze średniowiecznymi cerkwiami rozmaitych wielkości, okazałą twierdzą cara Samuela i masą wąskich, krętych uliczek. Znany z pocztówek obrazek spod twierdzy św. Jana z Kaneo okazuje się w rzeczywistości robić jeszcze lepsze wrażenie, niż na zdjęciach.
Wielką zaletą i wizualną atrakcją Ochrydu jest same jego położenie – otoczone masywami górskimi jezioro Ochrydzkie robi niezwykłe wrażenie. Drugiego dnia pobytu postanawiamy objechać je samochodem i pospacerować po górskich szlakach Parku Narodowego Galicica. Panoramy z tych dobrze oznakowanych i łatwo dostępnych szczytów są spektakularne i na długo zapadają w pamięć. Podczas objazdu jeziora nie omieszkamy ominąć wizyty w klasztorze św. Nauma, do którego dopływamy z parkingu „wodną taksówką” (5 euro od 4 osób), słuchając przy okazji starszego „taksówkarza”, który całkiem zrozumiałą mieszanką serbsko-macedońską opowiadał nam o okolicy.
Niezaprzeczalnym atutem Ochrydu są niskie ceny – za ładny, nowy, czteroosobowy „apartament” rzut beretem od centrum płaciliśmy 25euro za noc. Wieczorami można raczyć się przepyszną Mastiką (macedońską odmianą greckiego Ouzo), której kieliszek kosztuje ok 1 euro, tyle samo zresztą, ile rakija, której jest tu nieprawdopodobna ilość odmian. To jedyne miejsce, w którym dotychczas byliśmy, gdzie można wejść do dowolnie ładnej restauracyjki i kontemplując piękne widoki (ach, to jezioro!;) ) spożywać pyszne miejscowe specjały bez lęku o stan portfela. Również ceny wstępów do poszczególnych atrakcji, takich jak cerkwie, twierdza czy muzea, nie przekraczają kilku zł.
Niestety, po trzech pięknych dniach nadchodzi czas powrotu. Z wielkim żalem opuszczamy to cudowne miejsce i serdecznego gospodarza, by po 8 godzinach jazdy dotrzeć do miejsca ostatniego noclegu – Nowego Sadu w Serbii. Miejsce to często wykorzystywane jest na nocleg tranzytowy – w bardzo czystym i przyjemnym hostelu (10 euro/os) spotkaliśmy dużo polaków. Jednakże nie jest to miasto pozbawione uroku – po kolacji (niestety już w cenach wyższych, niż Macedońskie – ok 30 zł za obiad) udajemy się na ostatnie podczas tej wycieczki zwiedzanie, podziwiając pięknie oświetloną twierdzę Petrovaradin. Kolejnego dnia zostaje nam już tylko powrót do Krakowa..
Attachments:2013-03-30 o 03:49 #134763Anonimowy
GośćCypr to raj dla wczasowiczów, szukających leniwych wakacji nad morzem, hotelów all inclusive, lazurowego wybrzeża skąpanego w blasku słońca, widoku monumentalnych gór i gwarancji dobrej pogody. To jedno z najcieplejszych miejsc w Europie, gdzie nawet w listopadzie można wrócić wypoczętym i opalonym, z poczuciem mile spędzonego czasu. Nas jednak do Cypru sprowadziło coś zupełnie innego. Nasza podróż poślubna spędziliśmy jako obserwato rzy jednego z ostatnich konfliktów w Europie, gdzie obydwie strony żywią do siebie wielką niechęć, czasami nienawiść.

Od 1963 r. Cypr to wyspa sporów grecko-tureckich. Wcześniej wyspę zamieszkiwali Grecy cypryjscy wraz z Turkami cypryjskimi i Brytyjczykami. Konflikt zaczęli Grecy, ale obydwie strony, i grecka, i turecka zachowywały się brutalnie w przeciągu wojny i po niej.
Obecnie na Cyprze znajdują się 4 strefy:
– grecka 60 % wyspy (oficjalnie uznana przez społeczeństwo międzynarodowe);
– turecka 30 % wyspy (tylko Turcja uznawana Republikę Turecką Północnego Cypru – ta część jest przez Greków i całe społeczeństwo międzynarodowe uznawana za teren cypryjskiej Republiki okupowany przez Armię Turecką);
– brytyjska (Sovereign Base Areas Akrotiri and Dhekelia) i
– neutralna (buffer zone zarządzana ONZ), np. nietypowe miasteczko Pyla.

Na posterunku policji United Nations w mieście pokoju PyleObydwie strony konfliktu szerzą wśród turystów propagandę o niebezpieczeństwach, okrucieństwach drugiej strony, z wigorem opowiadają o wygnanych Turków przez Greków, albo na opak – opowiadają o wypędzeniu Greków przez Turków. Podczas rozmów z okoliczną ludnością dostaliśmy wielokrotnie nieprawdziwe informacje nawet z punktów informacji turystycznej, czy z rady miejskiej Nikozja, albo z Nicosia Peace Center dotyczące: bezpieczeństwa po drugiej stronie nieistniejącej oficjalnie granicy, czy przebiegu historii w 1964 roku. W każdym z tych miejsc można było się doszukać łatwo dostępnych ulotek propagandowych dotyczących niesprawiedliwości wyrządzonych przez inny naród.
Notka historyczna
Od 1878 roku Wielka Brytania przejęła kontrolę nad Cyprem od Rzeszy Osmańskiej na podstawie Konwencji Cypryjskiej – powstał protektorat cypryjski zarządzany przez Wielką Brytanię. Od roku 1914 był Cypr w pełni częścią Królestwa Zjednoczonego jako British Overseas Territory. W latach 50. grecko-cypryjska terrorystyczna organizacja EOKA próbowała odciąć Cypr od UK i przyłączyć do Grecji. Obyły się mordy Brytyjczyków i Turków. Od 1960 r. powstała formalnie niepodległa Republika Cypryjska, gwarantowana przez UK, Grecję i Turcję. Grecy w 1963 roku ograniczyli dostęp tureckiej mniejszości do władzy nad państwem; powstała UN Buffer Zone, czyli tzw. „Green Line” dzieląca wyspę na dwie sfery wpływu – grecką i turecką.
W 1974 roku Grecy cypryjscy z pomocą wojskowej dyktatury z Grecji przygotowali zamach stanu, próbowali całą wyspę przyłączyć do Grecji kontynentalnej i zamordować arcybiskupa Makariosa III., który był prezydentem Republiki w tym czasie.
Turcja zareagowała okupacją terytorium pomiędzy Kyrenią i Nikozją Północną. Następnie zajęła wszelkie terytorium na północ od Green Line. W ONZ była turecka operacja Attila uznana za nielegalną i organy powstające w północnej części wyspy przez Turków nie były uznane. Były pomysły na interwencję przeciwko Turcji i Armii Tureckiej, ale zostawały odrzucane przez Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone, które chociaż nigdy nie mogły uznać legalność operacji Attila zawsze stroniły bardziej racji tureckiej. Powody to miało wynikające z logiki zimnej wojny – Grecy zawsze byli przychylni Rosjanom i mieli niezłe stosunki z ZSRR i Turcja była członkiem NATO i lojalnym sojusznikiem Zachodu przeciwko komunizmowi.
Turcja próbowała najpierw uruchomić pod swoją władzą bikomunalną federację Cypryjczyków greckich i tureckich jako podstawę przyszłego federalnego państwa, ale ten pomysł zostawał zignorowany przez Greków Cypryjskich i społeczeństwo międzynarodowe. Po bezskuteczności otrzymania takiego stanu w 1983 r. powstała Republika Turecka Cypru Północnego oficjalnie uznana jedynie przez Turcję, i znów nieuznana przez ONZ i społeczeństwo międzynarodowe.
Przed 2004 r. powstał tzw. Plan Annana – przewidujący wstąpienie zjednoczonego Cypru (Cypru obydwu nacji: Greków i Turków) do Unii Europejskiej. Projekt powstania takiego państwa konfederacyjnego został przyjęty przez Turków cypryjskich, a odrzucony przez Greków z Cypru.
Z Wikipedii:
[i]Zdaniem Greków plan Annana był nie do przyjęcia, ponieważ:
– zwrotowi podlegałaby tylko 1/3 własności ziemi,
– greckie siły zbrojne miałyby być niezwłocznie rozwiązane (oddziały cypryjskie) lub wycofane do Grecji (oddziały Republiki Greckiej)
– tureckie siły zbrojne miałyby pozostawać na wyspie, jeszcze przez co najmniej 15 lat.
Wątpliwość Greków budziła też zbyt duża – ich zdaniem – liczba tureckich osadników, którzy mieliby następnie stać się obywatelami zjednoczonego Cypru.[/i]Obecnie przypadkowo spotkani na ulicy przechodnie greccy tłumaczą się, że byli za zjednoczeniem Cypru podczas referendum, a Turkowie byli przeciw niemu, co oczywiście mija się z prawdą. W rezultacie w 2004 r. do UE weszła de facto tylko grecka Republika Cypryjska, ale de iure cała wyspa, więc na podstawie tego cypryjska Północ ma prawa do korzystania z dotacji unijnych. Z powodów zmian polityków na Cyprze lata 2004-2013r. można zaliczyć do lat relatywnie owocnej koegzystencji.
Parę dni temu kryzys bankowy dotknął tylko greckiej części wyspy, czyli Republikę Cypryjską. Pomocną rękę wyciągnęli Turcy, ale Grecy odmówili wsparcia. Okazało się, że informacja o rychłym kryzysie bankowym rozeszła się parę dni przed jego wybuchem i spore grono polityków, wysokich urzędników i ich znajomych zdążyło przelać pieniądze na zagraniczne konta. Nawet po ujawnieniu problemu banków z niektórych zamrożonych rachunków nadal wycofywano wkłady.

Przyszłość Cypru
Są dwie wersje tego co może się w wyspą stać:
– mieszkańcy Cypru swoją wzajemną niechęć i nienawiść będą przekazywali nowym pokoleniom. Zjednoczenie nastąpi, ale za 2-3 pokolenia. W chwili obecnie młode pokolenia karmione są manną niechęci, czasami nienawiści, bezmyślnie powtarzając formułki zaczerpnięte od starszych. Grecy, powtarzają często, „że Cypr im się należy”, że konflikt wzburzyli Turkowie i, że ucierpieli bardzo wiele z ich strony. To tylko cześć prawdy. Z kolei młodzi Turkowie, opowiadają historie zaczerpnięte od własnych rodziców, o wygnaniu z domów rodzinnych po greckiej stronie wyspy i o terroryzmu ze strony EOKA. Historie te jednakże nie pomagają w dociekaniu realnego przebiegu zdarzeń, są przepełnione emocjami.– w przeciągu naszego pokolenia nastąpi zjednoczenie Cypru. Obydwie strony będą się uczyć wzajemnej koegzystencji od nowa. Konflikt o nieruchomości na północy i południu będzie jednak ciężkim orzechem do zgryzienia. Dopiero, kiedy starsze pokolenie wyginie, będzie możliwym racjonalniejszy dialog między stronami. Zbliżające się bankructwo greckiej części wyspy może pośrednio wpłynąć na zmianę relacji społecznych na wyspie.
[b]Transport
Wynajęcie auta[/b]
Wynajmując auto należy się dowiedzieć, czy wypożyczania umożliwia wjazd na wszystkie strefy wyspy. Niektóre wypożyczanie mają swoją wewnętrzną politykę i nieumożliwiają wjazd na inne strony wyspy, np. Economy Car Hire. Z kolei, Economy Car Hire to jedyna wypożyczania z biurem na lotnisku Ercan.
Stopowanie
Cypr jest dobrym miejscem na stopowanie. Kierowcy zatrzymują się często i chętnie, szczególnie tam gdzie nie ma autobusów i busów. Czasami żołnierze pomagają stopowiczom. Wówczas można przeżyć przygodę życia!
[b]Rzeczy praktyczne
Czy jest tam bezpiecznie?[/b]
Tak, na całym Cyprze jest bardzo bezpiecznie. Ludzie są przyjaźni i serdeczni. Na wyspie się jeździ dobrze, choć na drogach panuje czasami chaos. Obywatele UE/EOG mają prawo znajdować się po całej wyspie i organy Republiki (greckie) nie mają prawa zakłócać obywatelom UE/EOG prawa pobytu na Północy.
Waluta
W tureckiej części Cypru obowiązuje Lira turecka (TRY) i Euro. Od 2008 r. Republika Cypryjska wprowadziła do obiegu euro zamiast funta cypryjskiego (CYP), czyli w greckiej części Cypru obowiązuje Euro. Na wyspie nie ma możliwości wymiany polskich złotych na inną walutę! Za to można korzystać z karty do bankomatu i jak zwykle bardziej się opłaci płacić karta, niż wymieniać pieniądze u kantora w Polsce.
Wizy
Wizę do północnej części wyspy dostaje się od ręki w Nikozji na granicy i jest bezpłatna. To kawałek papieru, gdzie należy wpisać imię, nazwisko, nr paszportu, narodowość. Dostaje się pieczątkę. Nie ma limitu przejść.
Na Cyprze jest drogo, więc warto się liczyć ze sporymi wydatkami na żywność. Lepiej stołować się w części tureckiej, bo jest taniej. Kyrenia to metropolia położona na północnej (tureckiej) stronie Cypru, gdzie można często spotkać Brytyjczyków i ceny są tak wysokie jak w części południowej, greckiej. Na półkach w małych marketach można zakupić tam produkty prowadzane z Wielkiej Brytanii.
Gdzie nocować?
Nie wiem. Wybraliśmy hotel w tureckiej stronie, bo chcieliśmy doświadczyć noclegu w nieuznanym państwie. Południowa strona jest trochę droższa. Uwaga: grecko-cypryjska policja może zacząć procedurę karną przeciwko tym, u których znajdzie dokumenty oświadczające albo wynajmowanie nieruchomości na Północy albo jej własność rejestrowaną przez organy Cypru Północnego. Teoretycznie grożą kary więzienia, w praktyce nikt takich dokumentów nie kontroluje, przynajmniej nie na pieszych punktach kontrolnych. Wyraźnie polecamy ale dokumenty o jakiejkolwiek takiej działalności zostawić na Północy i nie brać na Południe, nawet rachunek z hotelu może stanowić problem. Na pytanie południowych policjantów jak długo było się na Północy zawsze należy (choć niezgodnie z prawdą) odpowiadać, że się było tylko na jeden dzień albo że się spało w namiocie, samochodzie, itp. W własnym interesie nie powinno się mówić organom Południa o tym, że się korzystało z hotelów na Północy!
Co i czemy warto zobaczyć?
Varosha wygrywa rankingi najbardziej przerażających miejsc na świecie, wspólnie z Czarnobylem, czy hotelem Ryugyong w Korei Pólnocej.
Wszystkie budynki na tym zdjęciu są wyludnione, zrujnowane, bez okien, a ściany odpadają.
Varosha w Famaguście jest to bez wątpienia najciekawsze politycznie miejsce na całym Morzu Śródziemnym. Dawniej przed 1974 rokiem tur. Varosha, grec. Ammochostos (dzielnicą Famagusty) była znana z 5 gwiazdkowych hoteli położonych na najlepszych, piaszczystych plażach Europy. Był to wówczas jeden z najważniejszych turystycznych ośrodków świata.
Dziś te same budynki zamieniły się w ruinę.
Jedne z najpiękniejszych plaż świata.
Ludzie mają zakaz wchodzenia, zakaz fotografowania i filmowania pod groźbą mandatu.Najnowszy film nakręcony z ukrytej kamery przez stacjonującego żołnierza spacerującego po mieście duchów:
Czemu tak się stało?
Ze wzgledu na ogromną wartość tej luksusowej dzielnicy. Dawniej należała do Greków. W 1974 roku ONZ nie zgodziła się na to, żeby Turcy przejęli te budynki i zarządzali nimi, tak jak resztą miasta. Turkom nie zostało nic innego jak ogrodzić dzielnicę i czuwać, żeby lokalni nie wchodzili na ten teren. ONZ popełniła strategiczny błąd, a do dziś Varosha jest pokazem ludzkiej głupoty i bezmyśloności.
Obecnie obszar jest pod nadzorem tureckich żołnierzy.
Varosha – apokaliptyczny pomnik konfliktu.Co jeszcze warto zobaczyć?
Warto podjechać pod jedną z największych flag na świecie.

Turecka flaga z cytatem od Mustafy Kemala Atatürka – Ne mutlu Türkum diyene, czyli “Jak szczęśliwy jest ten, kto może powiedzieć, że jest Turkiem”.
Atatürk był władcą Turcji, który w zawrotnym tempie zmodernizował ten kraj i dokonał niewyobrażalnie dynamicznych reform: zarówno obyczajowych, jak ustrojowych i administracyjnych. Jest traktowany przez Turków i historyków z wielkim szacunkiem dzięki swojej charyzmie, uczciwości i uporze w modernizacji kraju. Co roku we wrześniu właśnie Turcy obchodzą rocznice jego śmierci. Flaga ta jest również podświetlana w nocy.
Zaklęte piękno żywiołuKyrenia jest znana m.in. z ogromnych fali z Morza Śródziemnego, które uderzają o falochromy, tworząc spektakularny efekt. Fale są na tyle wielkie i nieprzewidywalne, że co parę minut przedostają się przez falochrony i zalewają niczym małe tsunami niczego nie świadomych przechodniów.
Miasto jest też znane z kasyn, które są w Turcji zabronione i do których Turcy masowo przyjeżdżają.

Idylliczna przystań w KyreniiKyrenia jest typowo turystycznym miastem na Północym Cyprze, tuż nad Morzem Śródziemnym, gdzie mieszka wielu turystów Brytyjskich. Posiada idylliczne centrum miasta położone nad morzem. Można się przejść do zamku, obejrzeć statki przycumowane na stałe do lądu. Uwaga! Miasto jest obszerniejsze niż się wydaje, bo Google Maps i inne mapy nie aktualizowały wszystkie zmiany od 1974 roku na północnej części wyspy!
Pyla to neutralne miasto na wyspie, gdzie Grecy i Turcy żyją w zgodzie. Jest w nim 90 % Turków i 10 % Greków. Miasto jest zarządzane przez United Nations. Fotografowanie miasta jest zabronione i znów (sic!) surowo karane. W praktyce fotografować można, tylko jest potrzebne nie dać się przy tym złapać.

Szynk z nazwą ulicy napisany po turecku i grecku. 38. Sokak i 38 Οδός (tu niepoprawnie napisane) oznacza „ulica nr 38”.Podczas rozmowy z lokalnymi mieszkańcami można się dowiedzieć m.in., że potrzebują oni czterech dokumentów typu dowodu osobistego, żeby jako tako funkcjonować, tzn. chodzić na pole, jeździć do miast, załatwiać sprawy urzędowe, itd. Czyli każdego z nich życie zmusza, żeby mieć 4 dowody osobiste, tzn. turecki, grecki, brytyjski i United Nations. Punktem informacyjnym w mieście jest stacja policji United Nations. Ta organizacja pełni funkcję zarządcy w tym mieście, pilnuje porządku, zarządza infrastrukturą, stawia nowe budynki publiczne i pomaga w ich utrzymaniu.
Tuż nad miastem na wzgórzu znajduje się budka kontrolna Turków, bunkier i budka ochronna United Nations. Miasteczko wygląda jak uśpione. Lokalni są raczej zadowoleni z pracy United Nations, ale uważają, że podczas zgromadzeń lokalnych mieszkańców i United Nations niektóre kwestie można było lepiej załatwić, m.in. bezsensowny zakaz fotografowania miasta, albo cztery dowody osobiste dla mieszkańców.
Grecy z Turkami mieszkają w pokoju razem jeszcze w miejscowości Dipkarpaz, albo po grecku Rizokarpaso po tureckiej części wyspy.
Posterunek Policji United Nations w Pyle.Nikozja jest stolicą Republiki Cypryjskiej. Jest to miasto z historycznymi murami – całe centrum miasta jest nimi otoczone. W środku samego centrum przebiega linia demarkacyjna z pasmem neutralnym, tzw. „Green Line” albo też „Buffer Zone”.

Jest to nieoficjalna granica państwa, a w dodatku należy pamiętać, że te granice są właśnie dwie, jedna z północnej strony i jedna z południowej, i że jej przekroczenie w kierunku południa nie jest traktowane przez Republikę Cypryjską jako przekroczenie granicy państwa, więc prawo wstępu mają tylko ci, którzy przyszli legalnie na Południe już wcześniej. W praktyce to znaczy, że tylko obywatele UE/EOG mają prawa chodzenia jak im się chce i obywatele innych krajów mogą kierunek Północ – Południe przejść tylko potem, gdy na Cypr weszli przez legalne przejścia graniczne Republiki. Grecka część miasta jest większa od tureckiej i są na terenie miasta dwa przejścia (punkty kontrolne) – Ledra Palace, przejście dla samochodów i pieszych na zachód od historycznego centrum i w ulicy Ledra w samym centru miasta (tylko dla pieszych).

Obydwa przejścia są nieuznane jako przejścia, więc z obu stron nie ma żadnych kierunkowskazów (sic!), oprócz tych z Północy na Ledra Palace (i tych jest bardzo mało). Po stronie greckiej znajdują się fajne knajpki i kafeterie, gdzie się miło spędza czas, po stronie tureckiej ich jest zdecydowanie mniej. Piwo jest lepsze po stronie tureckiej (polecamy istambulski Efes). Centrum północnej Nikozji jest bezpieczne, chociaż wygląda czasami dosyć okropnie w bliskości linii demarkacyjnej.
Co i gdzie zjeść?
Obydwoje mamy zacięcie do poróżowania, samodzielnego poznawania świata i ogromną chęć do życia. Jesteśmy parą czesko-polską, mieszkamy na stałe w Norwegii. Podczas podróżowania ważne jest dla nas poznawanie nowych miejsc, rozmowy z lokalnymi mieszkańcami, a ostatnio poznawanie specjałów kulinarnych i uczenie się przepisów, gdyż ta rodzima kuchnia jest dość skromna.
Na Cyprze polecam wyśmienitego kebaba w części tureckiej i prawdziwa grecka sałatkę czy souvlaki po części południowej wyspy. Dla zwolenników dobrych wrażeń polecam zamówienie aromatycznej herbaty tureckiej, w małych szklaneczkach, z mini łyżeczkami i kostką cukru.

Poczęstunek herbatą podczas przerwy w pracy. Pracownicy dostają herbatę w małych szklaneczkach, nalaną do pełna. Obok na tacce znajduje się cukier sypki lub w kostkach. Przerwa na herbatę to zwyczaj w każdym miejscu pracy, nawet w lokalnym markecie. Alanya, wrzesień 2012.
Zdrowy kebab z przepysznym jogurtem dostępny po stronie tureckiej.
Słodkości z orzechami i bakaliami.
Pomimo, że Cypr jest w Unii, nadal można spotkać tu towary zabronione do sprzedaży, m.in. żarówki 100 wattowe w okolicznym sklepie tekstylnym. Yeah! Niech żyje anarchia!
Wiele firm po tureckiej „okupowanej” stronie Cypru nie ma odwagi na występowanie pod własną nazwa. Tu na lotnisku w Ercan Vodafone schował się pod nazwą Telsim, zachowując tym samym swój design.Jedyną firmą, która zachowała swoją nazwę był Jotun, z Norwegii właśnie.
Anna i Andrej Ruščák
2013-03-31 o 05:41 #134767Anonimowy
GośćRyżowe żniwa na tarasach smoczego grzbietuChiny zadziwiają swoją różnorodnością. Niełatwo odnaleźć tam spokój czy zadumę, ale z drugiej strony istnieją miejsca, w których czas po prostu się zatrzymał. Ludzie żyją w nich z dnia na dzień. Nie ma samochodów, autobusów, przepełnionych ulic, a nawet wszechobecnych w Państwie Środka rowerów.

Takich zagubionych kropek na mapie Chin jest już coraz mniej. Ratuje je nie tyle troska chińczyków o wielowiekową tradycję, ile częściej jest to po prostu niedostępność terenu i niemożność przekształcenia odosobnionych regionów, w turystyczne, podświetlone wielobarwnymi neonami, tętniące życiem i zatłoczone targowiska.

Do takich obszarów trudniej się dostać. Nie dojeżdżają tam pociągi ani międzymiastowe autobusy. Musimy uzbroić się w cierpliwość i zaufać lokalnym przewoźnikom oraz ich umiejętnościom za kierownicą, które niejednokrotnie pozostawiają wiele do życzenia.

Na drodze panuje bardzo ważna, warta zapamiętania i w gruncie rzeczy banalna zasada: większy jest silniejszy. Jeśli jednak podejmujemy ryzyko szaleńczego przejazdu, nie do końca prawdopodobnie sprawnym minibusem, po krętych, górskich drogach, okazuje się, że warto.

Widoki i atmosfera którą odnajdujemy u celu sprawiają, że na nowo zakochujemy się w Chinach. Zapominamy o trudach podróży, kilku miliardach mieszkańców, co czasem daje się we znaki i jesteśmy po prostu szczęśliwi.

Ostoja tradycji
W czerwcu, w prowincji Guangxi, w małej wiosce Ping’an, położonej dwie godziny drogi w góry od Guilin, odbywają się hucznie obchodzone żniwa ryżowe.

Tubylcy grają na charakterystycznych instrumentach wydających lekko pusty dźwięk, zbliżony do talerzy perkusji. Pośród bajkowych wzgórz, widocznych aż po horyzont, z daleka słychać wybijany rytm, który przywołuje do uroczystości.

Ludzie zamieszkujący te tereny mają kruczo czarne, grube i lśniące włosy, ciemne oczy oraz śniadą od palącego słońca skórę. Uśmiechają się, są życzliwi i pogodni. Twarze mężczyzn i kobiet pokryte są charakterystycznymi od pracy w roli zmarszczkami. Pod paznokciami niejednokrotnie widać pozostałości ziemi, która od pokoleń zapewnia im zajęcie i pożywienie.
Wielowiekowa konstrukcja
Tarasy ryżowe powstawały przez kilka wieków, począwszy od dynastii Yuan i kończąc na dynastii Qing. Pola uprawne zaczynają się już na wysokości 300 m. n.p.m. i ozdabiają wijące się niczym smok wzniesienia aż po ich wierzchołki sięgające 800 m. n.p.m. Ich ostateczny wygląd uformował się około 500 lat temu.
Dzisiaj zajmują powierzchnię 66km2 i zamieszkiwane są przez dwie mniejszości etniczne Zhuang i Yao. Do ich uprawiania i utrzymania używa się jedynie ludzkich rąk. Spływ wody pomiędzy poszczególnymi piętrami poletek regulowany jest większymi lub mniejszymi kamieniami, które odpowiednio hamują lub umożliwiają przepływ strumienia wody z wyższych do niższych partii.
Wygląd pól ryżowych zmienia się wraz z porami roku. Wiosną, wypełnione wodą, błyszczą blaskiem jeszcze nie tak silnych promieni słońca, latem lśnią soczystą zielenią, jesienią zamieniają się w złote, falujące morze, a zimą pokrywają się białą pierzynką.

Uroczystość ryżowych żniw
Jest wyjątkowy, czerwcowy dzień. Mieszkańcy zakładają stroje ludowe, na które składają się zdobione kolorowymi haftami białe koszule i tak samo zdobione czarne spodnie. Kobiety na głowach mają kolorowe turbany. Jest bardzo gorąco i wilgotno. O tej porze roku często pada tutaj ulewny deszcz. Ceremonia żniw odbywa się w błotnej mazi, która pozostała po zebranych już pędach ryżu. Dzieci, kobiety i mężczyźni wchodzą gołymi stopami do rozgrzanej od słońca masy, w której subtelnie się zapadają, by uczestniczyć w tradycyjnym przeciąganiu liny.
Orkiestra coraz głośniej przypomina o swojej obecności. Kilka osób rzuca krwistoczerwone petardy, co sprawia, że wszechpanujący harmider co jakiś czas przerywany jest odgłosem wybuchu. Gdy wyłoni się zwycięska drużyna, muzycy jeszcze mocniej uderzają w talarze i dzwonki. Rozpalają ogień, po to tylko, aby od razu go przyćmić i pole zostało spowite dymem.
Następnie wszyscy wbiegają jednomyślnie do tarasów ryżowych wypełnionych teraz po brzegi wodą i zaczynają obrzucać się wzajemnie błotem na znak radości.
Żniwa są wyjątkowe. Uczestniczą w nich całe pokolenia. Wspólnie wiwatują na cześć udanych zbiorów. Atmosfera podniecenia powoli opada. Dym znad pól ulatuje beztrosko ku niebu, a głośno wybijany rytm cichnie.
Ryżowe żniwa to niezapomniane przeżycie, a tarasy smoczego grzbietu to jedno z moich magicznych miejsc w Chinach.
.
Attachments: -
AutorWpisy
- Musisz się zalogować by odpowiedzieć w tym temacie.































