- Ten temat ma 17 odpowiedzi, 2 głosy, a ostatnio został zaktualizowany 10 lat, 2 miesiące temu przez
Redakcja.
-
AutorWpisy
-
2014-10-27 o 13:45 #143848
RedakcjaModeratorSzczur, słonie i portret Ho Chi MinhPrawie każdy je ma, ale nie każdy się do nich przyznaje.
Talizmany, amulety, słoniki, maskotki na szczęście.
Przydają się i zyskują na wartości zwłaszcza w podróży, kiedy jesteśmy daleko od DOMU, bliskich i naszej bezpiecznej swojskości. My, choć nigdy o talizmanach „na szczęście” nie myśleliśmy, ostatnio zdaliśmy sobie sprawę, że mamy ich całkiem sporo – wszystkie zostały nam podarowane przez bliskich, przyjaciół lub osoby poznane gdzieś na naszej drodze.Dla mnie najważniejsze są przede wszystkim drobiazgi, które miałam jeszcze zanim wyruszyliśmy: obrączka, pierścionek i wisiorek od Mamy (ten ostatni podarowany specjalnie na podróż). Może nie są to talizmany w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale dla mnie mają wartość ogromną. Nigdy ich nie zdejmuję i chcę zawsze czuć, że je mam na sobie. Inna rzecz, która została mi wciśnięta na rękę tuż przed odjazdem pekaesu do Sankt Petersburga była bransoletka od przyjaciółki, którą też zawsze mam przy (na) sobie.
Od momentu wyjazdu uważamy się za szczęściarzy, jeśli chodzi o różne zbiegi okoliczności i napotkanych ludzi. Od nich też, nie raz i nie dwa, dostawaliśmy różne drobiazgi z życzeniami powodzenia w dalszej podróży. Sądzę, że wielu z nich nawet nie zdaje sobie sprawy, że te ich podarunki przechowujemy niczym relikwie.
Pod względem różnorakich prezentów, Rosja chyba najbardziej nas rozpieszczała – do tego stopnia, że po niespełna trzech tygodniach, musieliśmy wysłać paczkę do Polski! Jednym z miejsc, które wspominamy najmilej jest niepozorny Pietrozavodsk, czyli stolica Karelii. Tam, na jednej z imprez dostaliśmy dwa malutkie słoniki od Katii, koleżanki naszej kochanej Nastii z CS. Od tej ostatniej dostaliśmy książeczkę autorstwa Antona Krotova pt. (w wolnym tłumaczeniu) „Akademia swobodnego podróżowania”. Po przeczytaniu jej od deski do deski w kolei transsyberyjskiej, przekazaliśmy ją dalej, Annie – kolejnemu aniołowi z CS. Uznaliśmy, że zarówno jej jak i jej dziewięcioletniemu synowi, Wołodii, to „ABC podróżowania” przyda się tak samo jak nam. Trzeba jednak zaznaczyć, że upominki przekazujemy ostrożnie, tzn. nigdy ich nie zostawiamy byle jak, byle komu i byle gdzie.
W Laosie, od poznanych tam zakręconych rowerzystów, Kasi i Piotra, dostaliśmy na szczęście kilka banknotów wietnamskich i kambodżańskich. Nie wydaliśmy!
Nawiasem mówiąc, z wietnamską walutą, wiąże się jeszcze jedno fajne wspomnienie. Po przyjeździe z Laosu do Thang Hoa w Wietnamie, wylądowaliśmy późnym wieczorem na wylotówce z miasta, zmuszeni do łapania stopa, bo, wbrew temu co mówił nasz przewodnik, nie było już tego dnia ani autobusów, ani pociągów do Hanoi. Bez zbytniego przekonania, Bartek zaczął machać do przejeżdżających ciężarówek i nie minęło 10 minut, kiedy zatrzymał się facet, przewożący tony dragon fruitów:) Tym razem z nim dojechaliśmy do samej stolicy. Traf chciał, że do Wietnamu wjechaliśmy dokładnie w Święto Niepodległości i wszędzie było mnóstwo flag i plakatów z Ho Chi Minhem. Na tę okazję nasz kierowca podarował nam banknot 10 000 wietnamskich dongów (ok. 1,5 PLN), z którego spoglądał na nas ojcowskim wzrokiem Wielki Wódz. Uznaliśmy, że to dobry talizman na przejechanie Wietnamu z północy na południe, z Hanoi do Ho Chi Minh właśnie, autostopem. Trzeba przyznać, że była moc!
Podobna nieco historia miała miejsce zaraz po przekroczeniu granicy kambodżańsko-tajskiej. Mianowicie, zaraz za punktem kontroli, zatrzymał się sympatyczny Taj (także kierowca ciężarówki). Nie tylko podwiózł nas 100 km w stronę Bangkoku, ale jeszcze kupił nam bilety na autobus do samej stolicy, bo sam zjeżdżał z głównej trasy. O tej historii już zresztą pisaliśmy. W każdym razie, kupione przez niego bilety skrzętnie przechowujemy w portfelu. Może też dzięki nim od Bangkoku do Malezji przejechaliśmy ponad 1000 km autostopem ze wspaniałymi ludźmi?
Historia lubi się powtarzać, bo zaraz po wjeździe do kolejnego kraju, Malezji, mieliśmy podobny przypadek. Pierwsze zatrzymane auto za granicą (tym razem osobówka z czteroosobową rodziną) pozwoliło nam pojechać 50 km dalej. Siedzieliśmy na tylnym siedzeniu, obok sześcioletniego chłopca, który własnoręcznie plótł bransoletki. To była tzw. krótka piłka: „Hi, this bracelet is for you” – powiedział młody i po prostu włożył mi ją na rękę, jak tylko wsiedliśmy.Dla porządku, musimy jeszcze wspomnieć o naszej ulubionej maskotce, czyli szczurze z IKEA, który jednakże odłączył się od wycieczki gdzieś w mongolskich górach…
Autor: Dorota i Bartek , blog: agrafka i sznurek, czyli (etno)wyprawa
.Attachments:2014-11-21 o 13:35 #144172
RedakcjaModeratorPowiedz mi gdzie jadasz, a powiem Ci kim jesteś…Nie licząc Rosji i Mongolii, od ponad pół roku żywimy się głównie w ulicznych jadłodajniach. Bo zawsze po drodze, tanio, świeżo, wygodnie. Czego chcieć więcej? Zwykle sami sobie znajdujemy fajne miejsce ze smacznym jedzeniem i najczęściej jesteśmy najedzeni i zadowoleni. Niejednokrotnie zdarza nam się, że ktoś miejscowy poleci jakieś miejsce, a czasem, że ktoś nas gdzieś zabierze. Miejsca te są w porządku, znaczenie elegantsze niż te, które wybieramy sami, choć nasz portfel wtedy kurczy się w zastraszającym tempie. Jemy na pewno bardziej wystawnie, gdy ktoś nam jakieś miejsce zarekomenduje, ale czy rzeczywiście lepiej? Nie wiem.
No cóż, nawet przy okazji tak banalnego wątku jak jedzenie, wychodzi na jaw odwieczna hierarchiczność między przybyszami z tzw. świata rozwiniętego, a miejscowymi z tzw. świata rozwijającego się. Czy tego chcemy czy nie, ten brak egalitaryzmu, będziemy zawsze odczuwać. Czasem z całą jego mocą, a czasem subtelnie. Tak jak w przypadku kwestii żywienia.
W końcu jest to nasza wina, że miejscowy najpewniej zaprowadzi nas do miejsca, gdzie siedzą inni biali, choć tuż obok będzie miła knajpka pod chmurką, w dodatku 5x tańsza. Miewaliśmy takie sytuacje wielokrotnie i nie możemy oprzeć się wrażeniu, że dla wielu osób nie do pomyślenia jest zarekomendować nam zupkę z ulicznej garkuchni, bo może nie wypada? Bo może się brzydzimy? Prowadzeni więc jesteśmy do klimatyzowanej hali z kelnerami, gdzie najprostsze dania zaczynają się od 3-5 USD, czyli od trzykrotności dokładnie takiego samego posiłku kilka metrów dalej. I jeszcze jesteśmy zapewniani: „very cheap, very cheap”. To akurat kwestia najbardziej względna. Nie chce mi się wierzyć, że jeśli w Twoim kraju obiad kosztuje 1 USD to cenę 5 USD uznasz za bardzo niską. Jeśli chcę zapłacić za kelnera, czysty stolik, muzyczkę i inne bajery, płacę więcej – to oczywiste. Ale my zawsze podkreślamy (chyba, że jest jakaś specjalna okazja), że zależy nam naprawdę tylko na tanim, dobrym jedzeniu, a nie białym obrusie. Przy tym wszystkim nie możemy oprzeć się wrażeniu, że osądy miejscowych w rozmowach z nami są formułowane przez pryzmat nas – tych niby bogatszych i bardziej rozwiniętych (jakkolwiek to rozumieć).
Ostatnio trafiłam przypadkiem na interesujący, z humorem napisany artykuł, o 10 błędach turysty/podróżnika. I wiecie jaki był ostatni punkt? „Jeśli chcesz coś zjeść nie pytaj mieszków, gdzie warto zjeść, tylko raczej gdzie WY jecie”. Coś w tym jest.Smacznego!
Autor: Dorota i Bartek , blog: agrafka i sznurek, czyli (etno)wyprawa
2015-12-26 o 15:50 #149715
RedakcjaModeratorZ chłopakami z Azji Centralnej rozmowy bez zbędnych komentarzy
Rozmowa 1.
Pierwszy raz obuchem w łeb dostałam od pewnego, skądinąd całkiem sympatycznego, Tadżyka, w pociągu z Xining do Urumczi. Był to dość inteligentny, sensowny facet, który kilka lat temu uznał, że większe pieniądze można zrobić w Chinach niż w Tadżykistanie, więc przeniósł się na studia do Szanghaju. Pochodzący z dość konserwatywnej rodziny przykładny Muzułmanin, pierwszy raz napił się alkoholu dopiero w Chinach na studiach, wtedy też był pierwszy papieros, no i dziewczyny. Z tymi ostatnimi wiązała się pewna historia, którą nas uraczył gdzieś między miastem Gaotai a Hami.
On – młody student w wyższej szkole biznesu i ona – siedemnastoletnia dziewczyna z Ameryki, która, Bóg wie jak, znalazła się tutaj, tzn. w Chinach, sama, bez szkoły i pracy. On ją zauważył, jak jechał na motorze. Uśmiechnął się. Uśmiechnęła się i ona. On ją gestem zaprosił na skuterową przejażdżkę, a ona się zgodziła, mówiąc „OK”. To było jedno z tych kilka słów, za pomocą których porozumiewali się przez pierwsze dni i tygodnie, szlifując w tym czasie angielski (on) i rosyjski (ona).
Jak brali ślub to już mniej więcej potrafili się dogadać. Ona przeszła na islam. On mówi, że chciała. Tym lepiej, bo i tak na pewno nie miała innego wyjścia. Rodzice z łatwością zaakceptowali synową zza oceanu – w końcu była już muzułmanką, nie pracowała, była z 10 lat młodsza od męża i we wszystkim go słuchała. Ale był mały problem: rodzice wybranka nie znali żadnego języka poza tadżyckim. Jest to zrozumiałe – w końcu całe życie spędzili w spokojnej wsi na pograniczu z Tadżykistanu z Afganistanem. Dziewuszka więc musiała jeszcze podszkolić się w tadżyckim – mówi nam nasz współpasażer – w końcu z rodzicami jakoś trzeba się dogadać.
– Niecodziennie ma się synową z Ameryki – mówię – więc rodzice z pewnością są ciekawi i jej i całej tej zachodniej otoczki wokół.
– Nie – mówi nam on – chodzi o to, że jak mój ojciec chciał czaju albo czegoś do jedzenia, to ona nie była w stanie im usługiwać. Ale teraz, spoko. Już umie trochę po tadżycku.
– A gotuje po amerykańsku czy po tadżycku?
– No co ty! Jak się pobraliśmy, to ja od razu mówię do niej, że ja nie będę z nią, jak mi nie będzie gotować po naszemu. No to się nauczyła. Dałem jej strony internetowe po angielsku z przepisami.– A twoja żona pracuje?
– Nie, siedzi w domu, bo teraz jest w ciąży.
– O, to gratuluję, pewnie się cieszysz?
– No jasne! A wy, ile macie dzieci?
– Jeszcze żadnego?
– Żadnego dziecka???
– A Ty – pytam, zmieniając szybko temat – wolałbyś chłopca czy dziewczynkę?
– No wiesz, co Allah da, to będzie dobrze – powiedział i zamilkł na dłuższą chwilę. Choć jednak fajniejszy byłby chłopak.
– A jeśli urodzi się dziewczynka?
– Wtedy będziemy próbować dalej, aż wreszcie urodzi się chłopiec.– A Twoja żona, jak się czuje na tej tadżyckiej wsi? Dobrze jej tam jest?
– Chyba tak – odpowiada jakby w ogóle nie miało to większego znaczenia i jakby nigdy się nad tym nie zastanawiał – ubiera się nawet w miejscowe ubrania. Zresztą musi, bo jakby się ubierała po zachodniemu, to źle by było.
– Dlaczego źle?
Bo to znaczy, że szmata, wiesz, że dziewczyna się nie szanuje. I wtedy musiałbym ją „odesłać”. (czyli po prostu wywalić na zbity pysk – dnb).– A jak tam dziewczyny w Tadżykistanie? One wszystkie w tradycyjnych strojach chodzą? Mężczyźni też?
– Mężczyźni tylko czasem. A kobiety wcale nie muszą się tak zakrywać jak w Arabii Saudyjskiej. U nas nie ma takich surowych zakazów. Chusta na głowie wystarczy. No i nie można chodzić w obcisłych spodniach, legginsach, bluzkach na ramiączkach, bluzkach z dekoltem. Tak, ramiona, dekolt i nogi muszą być zakryte i nie można nosić obcisłych rzeczy. Bo jeśli odkryte, to znaczy, że dziewczyna jest k…ą i można z nią zrobić wszystko. Moi koledzy nie raz tam je wyzywali albo klepnęli po pupie.
– A w Duszanbe też tak jest?
– Nie, w Duszanbe to wszystko można, tam dziewczyny chodzą w mini, szpilkach i nikt się nie przejmuje. Ale na wsi to inny świat jest. Tam dziewczyna musi być porządna.
– A Twoja dziewczyna jest porządna?
– No jasne, przecież inaczej nie byłbym z nią. Jej się w Tadżykistanie podoba. Ona jest taka zwykła, prostolinijna, jej wiele do szczęścia nie trzeba. Nawet jak zdarza nam się nie jeść czasami, to ona nie narzeka.
– A zdarza Wam się nie jeść?
– Wiesz, czasem pracy nie ma za dużo, to wtedy zdarza się, że nie jemy.
– A Twoja żona pracuje? Może ona także chciałaby popracować? Wtedy byłyby dwie pensje. Może lżej by było…
– A kto się domem zajmie? Dziećmi? Nie, tak nie może być. Ja nie chcę, żeby moja żona pracowała.
– Nawet jak Twoje dziecko nie będzie jadło?
– No, przecież to kobieta. Musi zająć się domem i w ogóle.
– A jeśli ty jesteś zmęczony? Wtedy zawsze, jeżeli ty byś nie pracował, to wtedy mogłaby pracować żona.
– Jak to zmęczony? Przecież jestem mężczyzną, ja nie mogę być zmęczony.
– A Ty czasem też coś robisz w domu?
– No jasne, że tak. Trzeba pomóc żonie – czasem zmyć naczynia, śmieci wynieść. Ale nie żeby od razu nie wiadomo co. Trzeba pomagać, ale ciut ciut.Rozmowa 2.
W Kazachstanie pierwsze dni spędziliśmy w Ałmaty – największym mieście i byłej stolicy tego kraju, która wtedy nazywała się Ałma-Aty. Pokoje hostelowe dzieliliśmy z pracującymi tu młodymi Kazachami – wykształconymi, pracującymi, przed 30-tką. Z jednym z nich, w kuchni przy zupie, pogadaliśmy trochę dłużej:
– A jak wy bierzecie ślub, to dziewczyna musi przyjąć nazwisko męża? – pytamy.
Nasz nowy kolega zdaje się nie rozumieć pytania – no jasne.
– No bo wiesz – ciągniemy – u nas kiedyś kobieta zawsze przyjmowała nazwisko męża, a teraz nie. Kobieta może mieć dwa nazwiska, mąż może mieć dwa nazwiska i mąż może mieć po ślubie nazwisko żony. A może być też tak, że każdy zostaje przy swoim.
Z jego strony długa cisza niedowierzania.
Dalsza rozmowa jakoś zeszła na religię.
– Jak tam jest u Was w Kazachstanie, są i cerkwie, i meczety, i kościoły?
– Tak, jasne. Ale jak się żenisz to musi być ta sama religia. Bo tutaj są i Żydówki, i Chrześcijanki i Muzułmanki i Buddyjki, ale, ja cię bardzo przepraszam, przecież ja nie będę zmieniał wiary dla swojej żony.
– Dlaczego nie? Dlaczego nie Ty?
– No bo przecież jestem mężczyzną.
W dniu Święta Niepodległości mężczyźni modlą się na placu RepublikiRozmowa 3.
Drugiego dnia zmieniliśmy hostel, ale trafiliśmy na podobną klientelę. Nie żeby nam to przeszkadzało – hostel zmieniliśmy z powodów czysto ekonomicznych. Oprócz nas byli w nim miejscowi nuworysze na nartach i kilka osób, które mieszka tu na stałe i pracuje w Ałmaty. Kto czy się zajmuje, choć pytaliśmy, nadal nie wiemy. Wszyscy chcą znać szczegóły naszej pracy, ale jakoś nikt nie opowiada o swojej. Za to na inne tematy rozmowa się klei. Na początek pytanie-gwóźdź:
– No jak tam u Was, w Polsce, jaki jest stosunek do muzułmanów?
My odpowiadamy ogólnikami, bo przecież nie da się generalizować. Na szczęście chłopaka bardziej interesuje stawianie pytań niż uzyskiwanie odpowiedzi, więc szybko przerywa, pytając:
– A w Dubaju byliście? A gdzie dalej jedziecie? A jakie kraje zwiedziliście? O, to chyba macie dużo kasy? Jak to? Tak tanio? I wiele, wiele innych.Rozmowa nieuchronnie schodzi na tematy damsko-męskie, ilość dzieci (i dlaczego jeszcze żadnego) i inne, temu podobne.
– U was pracują i dziewczyny, i chłopaki czy tylko facet? – zadajemy pytanie.
– Oboje – wszyscy odpowiadają zgodnym chórkiem, tak jakby było to tak oczywiste, że aż wstyd poddawać to w wątpliwość.
– A domem kto się zajmuje?
– Kobieta – zgodny chórek się powtarza.
– A bywa tak – pyta Bartek – że pracuje tylko kobieta (na przykład jeśli ma wyższą pensję), a facet zajmuje się dzieckiem?
-Tak, jasne. U nas kobiety już od dawna zajmowały się handlem, głównie z Chinami i Turcją. Szło im to zawsze lepiej niż mężczyznom – mówi nam z dumą młoda Kirgizka.
Nie wiem, czy się zrozumiałyśmy, więc na wszelki wypadek powtarzam nasze pytanie: nam chodziło o to, czy bywa tak, że kobieta rodzi dziecko i wraca do pracy (bo na przykład ma wyższą pensję albo lepszą pozycję albo coś innego), a mąż bierze urlop tacierzyński.
Zdumienie u naszych towarzyszy sięgnęło zenitu. Przez następne 10 minut wyjaśnialiśmy pojęcie urlopu dla ojców.
– Mąż to może co najwyżej odebrać dziecko z przedszkola – odpowiada ta sama Kirgizka – a kobieta od świtu na nogach. Wraca po całym dniu z bazaru i zabiera się do gotowania, prania, sprzątania…
Chwila ciszy.
– U nas, teraz w podróży, to żona pracuje online – mówi Bartek. Ja sobie założyłem, że nie mam ochoty pracować (tu podejrzliwe spojrzenie młodego Kazacha). Ale to ja w takim razie, jak żona siedzi sobie z komputerem, gotuję, skarpetki upiorę, na zakupy pójdę.
Kazach zbiera szczękę z podłogi. Sprzątanie? Pranie???
– A w domu też tak robicie?
– W domu, jak oboje pracujemy, to jest tak, że wszystko robi ten, kto wraca pierwszy. Wszystkie prace domowe dzielimy po połowie. Nawet jeśli żona pracuje (tzn. zarobkowo) w domu.
Kolejny dysonans poznawczy, ciężka cisza, niedowierzanie i coś jakby lekka nutka pogardy z męskiej strony audytorium. Bo to zagrożenie dla męskości przecież. Ale – idąc tym tropem – męskości tutejszym chłopakom jakoś nie zbywa na tym, że żona zap…ala od świtu do nocy, podczas gdy mąż liczy kanały w telewizorze.Ciszę przerywa do tej pory milcząca dziewczyna (narzeczona rozmawiającego z nami chłopaka):
– To dlatego faceci z Zachodu wolą dziewczyny ze Wschodu – bo one wszystko umieją w domu zrobić.
Z tym się rzeczywiście zgadzam. Znam takie typy, które szukają raczej służącej niż partnerki. Ale dziewczyna zaskakuje nas kolejnym zdaniem:– A dziewczyny z Zachodu pewnie wolą z kolei naszych chłopaków. Bo taki to i krzyknie, i pięścią w stół uderzy, a ci na Zachodzie to już całkiem inni. Oni „takije miałkije”… Sprzątają, gotują, a jakby tego było mało, to jeszcze pracują.
Autor: Dorota i Bartek , blog: Agrafka i sznurek, czyli (etno)wyprawa , 12/26/2015 05:27:00 AM
-
AutorWpisy
- Musisz się zalogować by odpowiedzieć w tym temacie.