- Ten temat ma 17 odpowiedzi, 2 głosy, a ostatnio został zaktualizowany 10 lat, 2 miesiące temu przez
Redakcja.
-
AutorWpisy
-
2014-04-06 o 11:36 #140214
RedakcjaModerator[center] Agrafka i Sznurek czyli Etno Wyprawa Doroty i Bartka.
KTO:
Dorota i Bartek, romanistka i rusycysta. Łączy nas pasja m.in. do podróży, kotów i scrabble.
CO:
Kilkuletnie, wieloetapowe zostawianie śladów naszych stóp w różnych częściach globu.
[b]GDZIE:
[/b] Azja i Australia – 1 ETAP (poniżej mapka). Afryka – 2 ETAP. Ameryka Południowa, Środkowa i Północna – 3 ETAP. Każdy z etapów, ze względów organizacyjnych, rodzinnych, zdrowotnych, będzie przedzielony krótkim (2-3 miesiące) pobytem w Polsce.
[b]KIEDY:
[/b] Pierwszy etap wyprawy (Azja i Australia) : kwiecień 2014 – listopad 2015
[b]DLACZEGO:
[/b] Nie jesteśmy pracownikami korporacji, którzy mając wszystkiego dość, rzucają pracę i ruszają przed siebie. Nasza podróż nie jest ani spontaniczną, „szaloną” ucieczką, ani, tym bardziej, atrakcyjną alternatywą dla „tutaj”. Jest ona naszym świadomym wyborem, dawno zaplanowanym, wpisanym w naturalny bieg naszego wspólnego, radosnego życia. Stanowi ona cel sam w sobie, nie będąc bynajmniej antidotum na tzw. rutynę życia codziennego.
JAK:
Z praktycznego punktu widzenia:
Zamierzamy tę podróż „poczuć”, stąd będziemy poruszać się wyłącznie drogą lądową i morską, aby zmierzyć się z odległościami, wszelkimi trudami podróży, a także dostrzec stopniowe zmiany otoczenia i klimatu. Poza tym, będzie to dla nas pierwsza podróż w luksusie. Czasowym. Tym razem nie musimy (i nie chcemy) korzystać z samolotu, aby szybko się przemieszczać. Nasz plan zakłada, w pierwszej kolejności, przejazd do Rosji. Znaczną część naszego czasu i wysiłku chcemy poświęcić Syberii (jeśli tylko uda nam się dokonać niemożliwego, tzn. uzyskać wizę rosyjską na co najmniej 90 dni). Następnie planujemy odwiedzenie Mongolii, Chin, Wietnamu, Tajlandii, Laosu, Kambodży, Indonezji, Filipin i Australii. W tym ostatnim kraju chcemy zatrzymać się na dłużej (kilka miesięcy), a może nawet chwilę „pomieszkać”. Drogę na zachód rozpoczniemy od Sumatry, a następnie drogą morską planujemy dostać się na Sri Lankę, skąd wjedziemy do Indii, przemierzając je od południa do północy i, jeśli pozwoli sytuacja polityczna, wjedziemy do Pakistanu, a potem do kilku dawnych republik radzieckich: Kazachstanu, Turkmenistanu, Tadżykistanu, Kirgistanu. Kierując się do Azerbejdżanu, Armenii i Turcji, będziemy powoli zbliżać się do końca pierwszego etapu wyprawy.
Z „niepraktycznego” punktu widzenia:
Podróżować może każdy i w pełni zdajemy sobie sprawę, że nasza „wyprawa” nie będzie odkrywaniem białych plam na mapie. Nie zdeklarujemy się również, że będziemy chodzić tylko po „nieutartych” szlakach, spać wyłącznie w namiotach pod gołym niebem i romantycznie jeździć motorem po bezdrożach Pustyni Gobi. Chcielibyśmy wręcz zanegować niektóre materialne i mentalne atrybuty „podróżnika” i spróbować uczynić z naszej podróży nowy, naturalny styl życia. Taki nomadyzm XXI wieku. Naszym drugim celem jest odwrócenie dotychczasowego paradygmatu większości podróżników – pragniemy poszerzyć naszą refleksję o Europie z perspektywy jej tzw. peryferiów. Chcemy pogłębić naszą refleksję na temat świadomego podróżowania i krytycznym okiem spojrzeć na relację JA-INNY, w której zresztą sami się znajdziemy. Będziemy starali się pokazać, że ta relacja ma szansę być egalitarna, a nie hierarchiczna.
[b]
LUDZIE:[/b]
Wielokrotnie przekonywaliśmy się, że to ludzie byli najważniejsi w naszych dotychczasowych wyjazdach. Zdanie się czasem na kogoś, uświadamia nam, jak wiele ktoś jest w stanie nam dać od siebie i na jak wiele stać nas samych. Podróżowanie w takim wymiarze to nieustające podtrzymywanie w nas wiary w ludzi. Nie ma chyba większej przyjemności. Mówiąc o ludziach, nie chcemy ograniczać się tylko do wyżej wspomnianego hedonistycznego podejścia i nie oczekujemy tylko pomocy dla nas, ale również sami chcielibyśmy pomocą służyć. Mówiąc precyzyjniej, blog, fan page i zdjęcia, które będą tę wyprawę dokumentować, mają nie tylko zachęcać potencjalnych turystów/podróżników/obieżyświatów do wyruszenia w trasę, ale również mają im dać konkretną pomoc wirtualnie, ale i na miejscu. Na niektórych etapach podróży, zamierzamy stać się tzw. pilotami mobilnymi, którzy mogą pomóc w ustalaniu trasy, ale też – czemu nie – np. w rezerwacji łodzi w Delcie Mekongu. Regularne informowanie o pokonywanej właśnie trasie oraz wytyczanie planów, ma pomóc w synchronizacji z potencjalnymi podróżnikami, którzy chcieliby choć na chwilę do nas dołączyć, szukając pomocy lub towarzystwa.agrafka i sznurek blog
http://agrafkaisznurek.blogspot.com/
agrafka i sznurek na FB
https://www.facebook.com/agrafkaisznurekPrzybliżona trasa naszej wyprawy: Azja i Australia – ETAP 1
..
Attachments:2014-04-16 o 00:56 #140381
RedakcjaModeratorKOSZTY PRZED WYJAZDEM
.Attachments:2014-05-04 o 04:07 #140667
RedakcjaModeratorWielkimi krokami zbliża się 4 maja. Za moment wyruszamy. Plan uległ lekkiej korekcie przez wzgląd na słabą sytuację z wizą do Rosji. Pewnie to nie pierwsza i nie ostatnia zmiana na trasie, lecz we wszystkim trzeba widzieć plusy J. Wiza jak najbardziej została nam przyznana. Nie było jednak możliwości, nawet za pomocą kanałów, na które liczyliśmy, wydłużyć zgody na pobyt przynajmniej do trzech miesięcy. Można wjechać na trzydzieści dni i kropka. Jak się nie podoba, to jest wiele innych państw, które czekają na turystów.
Zwiedzamy zatem przez te trzydzieści dni, co diametralnie zmienia pierwotne założenia. Nie będziemy na Sachalinie, Kamczatce, Kołymie, Magadanie. Nie dany jest nam również tym razem Władywostok. Są jednak pewne plusy takiego obrotu sytuacji. W te miejsca dojedziemy w przyszłości, a tym samym pozostaną na dłużej w sferze naszych wyobrażeń i pozwolą nam dalej snuć marzenia o ich odwiedzeniu. Poza tym, Karelia. Miejsce, którego zupełnie nie braliśmy pod uwagę, a które po krótkim rozeznaniu całkowicie nas pochłonęło. Mieliśmy zapuścić się w daleki i nieznany wschód Syberii, a tymczasem będziemy kręcić się całkiem niedaleko znanego wszystkim Petersburga. Naszym celem staną się jeziora Onega i Ładoga z ich mnogością i różnorodnością wysepek. Następnie przemysłowe miasto Pietrozawodsk a dalej ruszymy w kierunku północnym do Murmańska, z którego cofniemy się do portu w Kandalakszy i, jeśli szczęście nam dopisze i trafimy na szybsze roztopy, przedostaniemy się Morzem Białym do Archangielska i Wysp Sołowieckich. Kolejnym etapem będzie Złoty Pierścień, a zaraz po nim stolica, którą odwiedzimy głównie w celu spotkania przy kawie z rosyjskim pisarzem o mołdawskim pochodzeniu, Siergiejem Nikołajewiczem Biełkinem. Po opłaceniu rachunku za przyjemną dawkę kofeiny w doborowym towarzystwie, wyruszymy koleją do Ułan-Ude, a stamtąd prosto do Ułan-Bator.
—
Autor: Dorota i Bartek , blog: agrafka i sznurek, czyli (etno)wyprawa drogą lądową i morską
http://agrafkaisznurek.blogspot.com/2014/05/czas-start.html2014-05-07 o 13:14 #140820
RedakcjaModeratorPetersburg wprawia w przyjemny nastrój po prawie 36 godzinnej podróży z Warszawy. Jest jakby nagrodą za męki oferowane przez autokar. Choć w tym miejscu należy oddać pokłon i tak wysokiemu standardowi liniom Simple, które dokładają wszelkich starań, aby załagodzić boleści związane z wielogodzinną podróżą. Autobusy są wyposażone w fotele lotnicze i wi-fi (jak w Polskim busie), a każdy z nagłówków foteli ukrywa wielofunkcyjny ekran, dzięki któremu odczuwalny czas podróży ulega znacznemu skróceniu. Mamy do wyboru garść filmów, audiobooków lub gier komputerowych. Słuchawki można nabyć u kierowcy za niewielką opłatą. Tak było na trasie z Warszawy do Wilna. Później standard nieco się pogorszył. Na odcinku Wilno – Ryga był to już zwykły autobus zapakowany uroczyście w odblaskowe barwy Simple. Na trasie z Rygi do Petersburga nie było foteli lotniczych ani możliwości obejrzenia filmu, ale kontakty do ładowania sprzętu elektronicznego już tak. Miłym zaskoczeniem jest obsługa. Kierowcy są bardzo przyjemni w obyciu i pomocni, a jednocześnie czuć z ich strony troskę o dobro pasażera. Na trzy autobusy na trasie Warszawa – Petersburg, wszyscy kierowcy mieli korzenie wschodnie, co dodatkowo nakazuje zdjąć czapkę z głowy i chylić czoło (jeśli, oczywiście, mieliśmy wcześniej okazję na korzystanie z usług wschodnich kompanii przewozowych na odcinkach miejskich bądź międzymiastowych). Od wyjazdu z Rygi, Petersburg jest również pierwszym miastem, które wprawia w odpowiedni, relaksujący nastrój. Miasto, oczywiście, przytłacza mnogością i szerokością prospektów, jak również monumentalnością budynków, niezależnie od ich rangi turystyczno-państwowej. Kusi to jednak oko a łydki same wyrywają się do odbycia nieskończoności marszu pośród osiemnasto- i dziewiętnastowiecznej architektury.
Ciąg dalszy nastąpi-tymczasem opuszczamy klimatyczną kamienicę na brzegu Fontanki i przenosmy się w pobliże Newskiego Prospektu na dni kilka.
2014-05-09 o 01:25 #140848
RedakcjaModeratorPetersburg pogodą nie rozpieszcza, nieustannie zasypując prospekty i nabierieżne lodowatymi kroplami deszczu. Jedynie raz na jakiś czas zza chmur wychyla się słońce, dając częściowe ukojenie i rekompensując mroźne spacery. To świetny czas na odwiedzenie światowej kolekcji arcydzieł malarstwa i rzeźby w Ermitażu. W ciągu jednego dnia i tak nie sposób rzetelnie podejść do zwiedzania tego obiektu, więc kiepska aura pogodowa pozwala na pełne oddanie się przyjemności przechadzania się bogato zdobionymi korytarzami i komnatami, pośród tysięcy zgromadzonych tutaj pejzaży, portretów, panoram, scen rodzajowych, przedmiotów codziennego użytku, rynsztunku wojskowego, szat i biżuterii. Jest to przyjemna odmiana po wielu kilometrach marszu, jaki należy odbyć w celu zobaczenia wszystkiego w tym mieście, choć nie miejmy złudzeń, że Ermitaż okażę się łaskawszy i ilość pokonanych w nim kilometrów okaże się odczuwalnie mniejsza. Wprost przeciwnie. Po sześciu spędzonych tutaj godzinach można dojść do przekonania, że wpadliśmy z deszczu pod rynnę, a nogi bez wątpienia to nam potwierdzą.
Sala tronowa – Ermitaż
W powietrzu czuć tajemnicze podniecenie, choć twarze i zachowanie Petersburżan nie wyrażają niczego nadzwyczajnego. Jest dopiero 8 maja. Mieszkańcy spotykają się w knajpkach, dzieci bawią się w parkach, korzystając z ulotnych promieni słonecznych. Ktoś wraca z pracy, a ktoś inny dopiero zabiera się do swoich codziennych obowiązków. Życie toczy się wokół utartego schematu. Wielkimi krokami zbliża się jednak kolejna rocznica Wielkiego Zwycięstwa. Wagę zbliżających się wydarzeń można wyczytać już z przemian, jakim poddano ulice i skwery. Na rozległych placach grupki robotników kończą instalacje pod zbliżające się koncerty, wiece i przemówienia. Wszędzie roi się od billboardów z hasłami o podniosłej treści i datą „9 maja” w centralnym punkcie. Zieleń parków przełamują setki flag, przypominających o szczęśliwym zakończeniu Wojny Ojczyźnianej i jednocześnie o 69 rocznictego wydarzenia.
Parada planowo rozpocznie się o godzinie 10:00 rano i potrwa do późnych godzin wieczornych. W planie jest przemarsz weteranów, którzy już dzisiaj zaczynają masowo zjeżdżać zewsząd autokarami. Roi się od orderów i charakterystycznych nakryć głowy z wielkim rondem w wielu kolorach. Weterani gromadzą się w grupki i oddają wspólnemu nuceniu dawnych pieśni, choć na razie robią to jeszcze nieśmiało. W planie jest również uroczysty przemarsz reprezentacji bębniarzy z morskiej szkoły kadetów, której nieco później zawtóruje ryk silników parady pojazdów opancerzonych, wśród których mają pojawić się również nowinki, takie jak choćby oddane niespełna dwa lata temu do użytku armii rosyjskiej transportery opancerzone BTR-82A i samobieżne przeciwlotnicze zestawy artyleryjsko-rakietowe „Pancer C-1”. Wyjątkowości obchodom tegorocznej rocznicy zwycięstwa doda przeprowadzony po raz pierwszy w Petersburgu, a zainicjowany dwa lata wcześniej w Tomsku, przemarsz „Nieśmiertelnego pułku”. Będzie to przemarsz rodzin, upamiętniający żołnierzy a zarazem ich bliskich, poległych w czasie Wojny Ojczyźnianej i jednocześnie swoisty dowód na trwanie w pamięci i czczenie tych, którzy walczyli o przyszłość swoich dzieci i wnuków.
—
Autor: Dorota i Bartek , blog: agrafka i sznurek, czyli (etno)wyprawa drogą lądową i morskąAttachments:2014-05-11 o 13:50 #140893
RedakcjaModeratorw drodze do Murmańska
Po Dworcu Moskiewskim, Dworzec Ładożskij jest przyjemnym zaskoczeniem. Nowoczesny i czytelny, z zapleczem gastronomicznym na wyższym poziomie niż czebureki z budki. Butiki zachęcają do podzielenia się z nimi częścią swojej gotówki. Elektroniczna tablica wskazuje wszystkie niezbędne informacje. Pociąg do Murmańska rusza punk 17:20. Wszystko jak w szwajcarskim zegarku. Im dalej od Petersburga, tym krajobraz ulega mocniejszym przeobrażeniom. Lasy sprawiają wrażenie niższych i jakby zatopionych w morzu mchów, porostów i zeszłorocznej trawy. Wspólnym mianownikiem są brzozy, chociaż te w okolicach Petersburga cieszą już oczy soczystą zielenią. Tutejsze jeszcze o tym nie myślą. Wiosny spodziewają się jakoś na początku czerwca. Potwierdza to miasto Kem. W tej okolicy pojawia się coraz więcej dywanów białego puchu, który najwyraźniej nie może rozstać się z tym regionem. Krajobraz przecinają małe strumyki, w wielu miejscach wciąż ścięte grubą warstwą lodu. Wiją się spokojnie pomiędzy kępami brzóz i pagórkami z litej skały, by połączyć się w większe strumienie, a następnie w rzeki, które zakończą żywot w którymś z okolicznych jezior albo przemienią się w niebezpieczne rozlewiska. Za oknem żółci się i zieleni od karłowatych choinek. Stoją zagubione z zwałowiskach kamieni i skał. Na około walają się zmurszałe słupy telegraficzne. Wszędzie rdzewieją też pozostawione przez lekkomyślną rękę metalo i elektrośmieci. Wszystko częściowo przykrywa śnieg, jakby chciał tę prawdę na wyłączność miejscowych. To czego nie zdołał przykryć, gnije w płytkiej wodzie, pośród brunatno-żółtych traw, w oczekiwaniu na lepszy czas. Z każdym kilometrem biały puch coraz mocniej wkrada się w widok za oknem. Zbliżamy się do Kandalakszy, miasta portowego nad Morzem Białym. Zima przybrała na sile, prezentując możliwości zamieci śnieżnej. Widok za oknem zdecydowanie potwierdza to co słyszeliśmy wcześniej od innych pasażerów o początku okresu wiosennego. 15:45. Stacja Biełyje Zori. Śnieg sypie nieprwanie już drugą godzinę. W swojej brzydocie i ogólnej szarości, miasteczko przykuwa uwagę. W oczy bije różowa farba jaką ukraszono okoliczne osiedla i sam budynek dworca. Trochę jakby zabieg marketingowy. Albo witryna sklepowa, która przyciąga spojrzenie i na tym koniec.
Przyprószona śniegiem stacja w Kandalakszy.
Attachments:2014-05-11 o 13:53 #140896
RedakcjaModerator9 maja – Dzień Zwycięstwa
Ulice wypełniły setki przechodniów. Tłumy ustawiają się wzdłuż Newskiego Prospektu. Pozostała część zebranych przybrała postać dwóch wartkich potoków. Ciężko stwierdzić, który ma większą siłę. Ten sunący w stronę Placu Powstania, czy też ten, zmierzający w przeciwnym kierunku, do Prospektu Admiralskiego. Ciągi ludzi wskazują miejsca, gdzie zaplanowano poszczególne etapy uroczystości. Jest ich, oczywiście, więcej niż te dwa w skrajnych punktach głównego prospektu miasta. Można śmiało przypuszczać, że dzisiejszego dnia każdy większy plac Petersburga przemieni się miejsce wspólnego świętowania. Stacje metra co dwie – trzy minuty wypluwają przez bramki setki kolejnych przybyłych. Wszyscy oni zasilą wkrótce potoki ludzkie na głównych arteriach. Tłumowi nie ma końca. Dziewczynki przyciągają uwagę białymi kokardami. W dłoniach powiewają chorągiewki z dwiema flagami – narodową i zwycięstwa. W tysiącach dłoni tkwi czerwony goździk, niejednokrotnie wzniesiony ku górze. Powyżej głów unoszą się również misternie przygotowane ramki z portretami poległych. Są przytwierdzone do cienkich listewek i niesie je każdy, kto utracił bliskiego w Wojnie Ojczyźnianej. Mali chłopcy i dziewczynki, dla których jest to świetna okazja do zabawy i starsi, którzy pamiętają swoich ojców lub dziadków. Biało-czarne fotografie i goździki. Symbole, które łączą w tej chwili każdego ze zgromadzonych. Uwagę przykuwa ogonek kolejki. Zaczyna się tuż za Kanałem Gribojedowa i powolnie przesuwa nieopodal Soboru Kazańskiego. W powietrzu unosi się rytm pieśni żołnierskiej. Kolejka zmierza wprost do garstki mężczyzn w uniformach wojskowych. To jeden z kilku punktów, gdzie można spróbować prawdziwej frontowej strawy. Wojskowa owsianka, serwowana jest przez żołnierzy na bazie surowej receptury i jej skład ogranicza się do kaszy gryczanej i soli. Luksusem, na który zapewne nie mogli liczyć żołnierze walczący w latach czterdziestych, jest kromka chleba i kubek gorącej herbaty. Wspólnemu obiadowaniu wtóruje żołnierska pieśń. Do melodii z głośnika, od czasu do czasu, dołączają się głosy tych, którzy w pamięci wciąż zachowali słowa. Na ulicach panuje jedność. Zdumiewa szacunek młodego pokolenia do weteranów. Obcy sobie ludzie stają się rodziną. Staruszkowie są po prostu dziadkami, a młodzi to nikt inny jak wnuczki i wnuczkowie. Pracownik służb porządkujących ulice zaczepia przy nas przed przejściem dla pieszych wątłą staruszkę. Zatrzymała się niepewnie, formując ponownie bukiet z rozlatującego się pęczka goździków. Ta chwila postoju została jej wynagrodzona serdecznym uściskiem i podziękowaniem za zwycięstwo.
Newski Prospekt – 9 maja to jeden z nielicznych dni w roku kiedy główna ulica miasta staje się deptakiem.
Ostatnie dopieszczanie maszyn przed uroczystym przejazdem.
Attachments:2014-05-17 o 13:35 #141061
RedakcjaModeratorO Murmańsku
Kiedyś pewien profesor w Instytucie Etnologii na Uniwersytecie Warszawskim wspomniał o istnieniu nieoficjalnej listy „The best shit cities in the world”. Na pierwszych miejscach uplasowały się miasta typu Władywostok, Norylsk, Krasnojarsk, etc. Był chyba wśród nich także Murmańsk. Ale czy zasłużenie?
Murmańsk miał być naszymi wrotami do Karelii, najwyżej na północ wysuniętym punktem naszej wyprawy. Już w pociągu wiele się dowiedzieliśmy zarówno o tym mieście jak i całej Karelii od naszej współpasażerki, która 10 lat działała w organizacjach ekologicznych i wiele mogła nam poopowiadać o tym specyficznym regionie, o którym w końcu wiemy bardzo niewiele. Dzięki tym rozmowom i zerowym problemom w znalezieniu darmowego noclegu, nasze nastawienie było bardziej niż pozytywne nawet mimo śniegu za oknem i jezior skutych lodem.
Jeśli Petersburg słynie z białych nocy to Murmańsk jest ich praźródłem i esencją. Dni polarne już powoli się zaczynają i tak dzień trwa właściwie 24 godziny (co empirycznie sprawdziliśmyJ).
Choć wydaje się, że oprócz blokowisk niczego więcej tu nie ma, spędziliśmy dwa dni na dość intensywnym zwiedzaniu. Nad miastem góruje Aljosza-pomnik pamięci żołnierzy poległych w wojnie ojczyźnianej. Poniżej znajduje się jezioro (Semanovkye ozero), na które mieliśmy widok z naszych okien. Jezioro jeszcze skute lodem, ale widać już przygotowania do lata. Właśnie do lata, nie do wiosny, bo jak nam jedna mieszkanka regionu powiedziała, na północy są tylko dwie pory roku: zima, która trwa dziesięć miesięcy i dwumiesięczne lato.
Udało nam się również załapać na wycieczkę do wnętrza atomowego lodołamacza Lenin. Powiew blichtru sowieckiej świetności jest tu ciągle żywy. Poza Leninem w porcie jest jeszcze całe mnóstwo dźwigów, ogromna stocznia, zakład przetwórstwa rybnego, fabryka niklu i jeszcze jeden atomowy lodołamacz, ciągle w użyciu (pozostałe siedem olbrzymów pracuje gdzieś hen na wodach Północy). Plenery jak z rosyjskich filmów Ładunek 200 lub Stalker. Kto nie widział, polecam! Idealny plener na mroczny kryminał w industrialnym klimacie.
Kładką na tyłach dworca wracamy do centralnej części miasta, tej z McDonaldem i centrami handlowymi i idziemy na spacer prospektem Lenina, którego pomnik ciągle stoi. Miasto jest lekko wymarłe, ale w końcu mamy niedzielne popołudnie. Orientacja w mieście jest bardzo prosta ze względu na pagórkowate ukształtowanie terenu. Wystarczy więc tylko obrać azymut i podążać w tym kierunku. Jakieś 1,5 kilometra od dworca jest latarnia morska i pomnik ku pamięci marynarzy, którzy stracili życie w czasie pokoju, w tym załogi okrętu podwodnego Kursk. Obok malutka cerkiew, a wokoło bloki, bloki, bloki…
Trzeba przyznać, że blokowisk jest tu sporo, a właściwie oprócz nich i przemysłowych zabudowań portowych, nie ma niczego innego. Nieliczne cerkwie, zamknięte w czasach ZSRR, działają od niecałych 20 lat, a samo miasto nie ma ich nawet stu. W końcu Murmańsk, jak zresztą wiele innych rosyjskich miast, powstał jako sypialnia dla pracowników zakładów niklu. Ale choć jest ono tak młode, to wszystko wygląda jakby się już sypało i chyliło ku upadkowi. Zresztą młodzi mieszkańcy miasta żartując, że Murmańsk jest pełen plaż, mówią o wszechobecnych zwałach piachu, które są wszędzie tam, gdzie nie ma szosy.
Drugi dzień w Murmańsku zaczęliśmy od przechadzki do już mocno nieturystycznej (o ile jest tu w ogóle jakaś część turystyczna!) części w poszukiwaniu resztek polskiego cmentarza. Po marszu skrajem szosy wśród rzędów blaszanych garaży i kłębów spalin, dostrzegliśmy w krzakach coś, co przypomniało groby. Zaniedbane do granic możliwości. Gdzieniegdzie tylko widać goździki, zaniesione niedawno, na 9 maja. Garstka grobów polskich żołnierzy była w zaskakująco dobrym stanie i na każdym z nich leżał choć jeden goździk, czasem cukierek, czasem kopiejka. Żadnego nazwiska.
Nieopodal złapaliśmy marszrutkę do monastyru na skraju miasta, który obecnie jest gruntownie remontowany. W środku od razu zagadał do nas pop i wyczerpująco opowiedział o ikonach i historii cerkwii. Inną atrakcją były jeszcze 3 wielkie koty z puszystymi kitami na wejściu.
Całkiem przypadkowo zwiedziliśmy nawet westybul najlepszego hotelu w Murmańsku celem wydrukowania jednego dokumentu. Choć wyglądamy nieszczególnie, magia języka angielskiego zadziałała i załatwiliśmy wszystko bezproblemowo i bezpłatnie, choć szaleństwem byłoby podejrzewać, że należymy do grona hotelowych gości.
Nasz gospodarz uraczył nas na pożegnanie porządnym talerzem pożywnej charczo i ostatni raz ruszyliśmy trolejbusem na dworzec.
Good Bye Lenin!
[dnb]Radio węzeł! Ciekawostka, którą odkrywam po raz pierwszy, chociaż to nie pierwsza przygoda z plackartą. Od wejścia do wagonu towarzyszy nam muzyczka. Narodnyje pieśni i ballady mieszają się ze współczesnym popem i rosyjskim disco. Co jakiś czas muzyczkę zakłóca jednak poważny komunikat z serdecznymi poradami od naczelnika pociągu:
1. Pilnuj dzieci, aby nie znalazły się w niebezpieczeństwie.
2. Nie przyjmuj od obcych żadnych paczek ani kopert, bo mogą ukrywać materiały wybuchowe lub szkodliwe dla zdrowia i życia substancje.
3. W czasie jazdy pociągiem nie zaleca się brania udziału w grach hazardowych.
4. W razie pożaru należy postępować według instrukcji.
5. Kradzieże należy niezwłocznie zgłaszać kierownikowi wagonu i naczelnikowi pociągu.
6. O wszelkich nadużyciach należy informować kierownika wagonu.
7. Odpowiednio wcześniejszy zakup biletu to możliwość zaoszczędzenia pieniędzy.
8. Prowadnik zawsze służy pomocą i radą.
Bezpieczeństwo i rozsądek w podróży to podstawa:)I jeszcze załącznik muzyczno-wizualny – wart obejrzenia! Miłej zabawy 😀
http://www.youtube.com/watch?v=WHGDwZULbRs
Autor: Dorota i Bartek , blog: agrafka i sznurek, czyli (etno)wyprawa drogą lądową i morską
2014-05-29 o 22:26 #141437
RedakcjaModeratorDorota i Bartek 29.05
Wczoraj nie mieliśmy szczęścia i nie dotarliśmy na wyspę Valaam. Najwcześniejszy autobus z Pietrozawodska przyjeżdża do Sortawali o 11:45, czyli o jakąś godzinę za późno. Nie oznacza to jednak, że dzień zaliczyliśmy do straconych. Na przystani zaczepił nas kapitan jednego z kutrów. Szukał od sześciu do ośmiu chętnych, co stanowiło minimum opłacalności do wypłynięcia na otwarte jezioro. Cena trochę wyższa, niż za rejsowy wodolot lub statek, ale nie na tyle, żeby nie wziąć jej zupełnie pod uwagę, tym bardziej, że kuter okazał się później całkiem fajną motorówką. Zostawiliśmy zatem złowieni i czekaliśmy, aż za haczyk pociągną kolejne dwie parki albo jakaś grupka zainteresowanych.
W między czasie zostaliśmy przekazani pod opiekę innego kapitana. Kwadrans mijał za kwadransem, a my wciąż na schodkach baru, zamiast zachwycać się z pokładu łódki przyrodą dziesiątek wysepek. Tymczasem, poruszyliśmy z nowym kapitanem kwestię możliwości noclegów w Sortawali. W planie był namiot gdzieś w lesie pod miastem, ale asekuracyjnie myśleliśmy o kwaterze u miejscowych. Rozmowa okazała się cennym krokiem. Leonid obdzwonił pół miasta. Ceny okazały się wprawdzie powyżej oczekiwań – za stówkę złociszy od łebka można przebierać w kwaterach nad Morzem Śródziemnym – nie mniej, finał całej sytuacji zakończył się miłym zaskoczeniem i pociągnął za sobą jeszcze przyjemniejsze konsekwencje, a sam Leonid zaproponował rozbicie namiotu na swoim podwórku. Valaam zatem dzisiejszego dnia nie wypaliło. Dostaliśmy jednak w zamian możliwość noclegów bez opłat, a wisienką na torcie stała się propozycja Leonida wspólnego odwiedzenia wodospadów Ruskeala i marmurowego kanionu, co też po wspólnym posiłku niezwłocznie uczyniliśmy.
Motorówka ruszyła następnego dnia o 9:00 rano. Na pokładzie my, kapitan i rodzina z Pitera. Przed nami około czterdziestu kilometrów jeziora, co ja na jego rozmiary jest zaledwie niewielkim tripem. Po drodze mijaliśmy urokliwe wysepki z okazałymi daczami, w tym wiele należących do dostojników państwowych Rosyjskiej Federacji. Jest też dacza prezydenta Putina, którą podobno sprezentował swojej córce i tylko ona tam zagląda. Jest też zakątek, gdzie pomiędzy skałami wygrzewają się czarne jak smoła Tiulenie, czyli endemiczne foki, zwane przez miejscowych „nerpami ładożskimi”.
Na horyzoncie pojawia się wyspa z dwiema strzelistymi wieżyczkami, z których jedna zaczyna po chwili połyskiwać złoceniami kopuły. Tak wita nas skit Nikolski, a razem z nim cała wyspa Valaam. Z przystani po schodkach dotarliśmy do błękitnego i zarazem najważniejszego na wyspie, skitu Prieobrażeńskiego. Zaraz za nim jest droga, w którą należy skręcić w lewo i kierować się wzdłuż muru. Droga prowadzi przez las i jakieś cztery drewniane mostki, łączące mniejsze wysepki i kończy się urwiskiem tuż przy usytuowanym w tym miejscu skicie Nikolskim. Na wyspie znajduje się jeszcze pięć wartych obejrzenia zabytkowych skitów, do których jednak nie dotarliśmy ze względu na ograniczony czas i zasobność rubli w portfelach (pozostały skity znajdują się w odległości kilku kilometrów od przystani w głębi wyspy, trzeba więc korzystać z taksówki albo kutrów, a motorówka czeka tylko trzy godziny).Na wyspie aż roi się od fantastycznych alejek, ukrytych wśród starych sosen i świerków, co tworzy baśniową scenerię. Można też tutaj z łatwością znaleźć wiele genialnych zacisznych zakątków. Zatopione w wodzie skały zachęcają do kąpieli słonecznej albo brodzenia w płytszych miejscach. Przy nodze znikąd pojawi się nagle puszysty valaamski mruczek. A turystów w maju jak na lekarstwo.
Autor: Dorota i Bartek , blog: agrafka i sznurek, czyli (etno)wyprawa drogą lądową i morską
2014-05-29 o 23:54 #141438
RedakcjaModeratorPowoli możemy podsumować przejazd przez Rosję. Jest nieco drożej, niż założyliśmy. Przed większymi kosztami uchroniło nas częściowe korzystanie ze stopa oraz fakt, że tylko 1 noc spędziliśmy w hostelu. W przeciwnym razie koszty pewnie wzrosłyby dwukrotnie. Przed nami jeszcze dwa dni w Ułan Ude i zakup biletów do Mongolii, czyli ogólna kwota pewnie wzrośnie o 4000-5000 rubli. Poniżej wykaz pełnych kosztów (mniej więcej można założyć, że 1 PLN to 10 rubli):
WYDATKI MIASTO WALUTA UWAGI
DZIEŃ PETERSBURG waluta -Rubel
06-08.05 bilet kolejow Moskwa – Uła Ude (plackarta) 13050,4
bilet kolejowy St.Petersburg – Murmańsk (plackarta) 2232,6
zakusocznaja – pielmieni x 2 + solanka + piwo 420
sushi ze znajomymi 600
knajpa gruzińska – zupa z wołowiną + 2 x piwo Wasilyeostrovvskoye 520
zakupy jedzeniowe 350
bilet do metra x 4 112
marszrutka z St.Petersburga do Peterhofu x 2 110
Bartek – szczepienka przeciw Żółtaczce typu B II faza 408
polar x 2 secondhand 1000
różne pierożki z budy na wynos 165
wstęp do Ermitażu 500 (bo Bartek zapomniał wyjąć resztę z automatu ).
hostel 1 noc 1445
hostel dodatkowa opłata 25 (bo zapomnieliśmy odebrać z recepcji)
zakupy jedzeniowe 400
10-12.05 MURMAŃSK
zakupy jedzeniowe 396
zakupy jedzeniowe 417
zakupy jedzeniowe 223
zakupy jedzeniowe 76
bar mleczny Czajnaja Łożka 160
wstęp na atomowy lodołamacz Lenin (2 os) 300
13-15.05 PETROZAVODSK
bar Stolowaya 8 450
bar Beczka 120
bar Beczka 399
knajpa Smile (spotkanie podróżnicze) 110
zakupy w markecie 370
zakupy 45
pociąg z Petrozavodska do Biełomorska 2000
16.05 BIEŁOMORSK
kibel na dworcu autobusowym w Biełomorsku Bartek 15
zakupy 200
trolejbus 2 x bilet 20
muzeum Karelii w i pietroglifów w Biełomorskku x 2 bilet 40
17.05 PIETROZAWODSK
kawa + szejk w Burger Kingu (duże) 164
bus do Sortawala x 2 bilet 1180
marszrutka do ogrodu botanicznego x 5 bilet 100
zakupy 500
18.05 SORTAWALA
wstęp do kamieniołomu marmurowego (rosjanie 150 R/os, inostrancy 500 R/os) 500
kibel x 2 w barze nad wodą 40
bar przy wodospadach (2 x piwo bałtika 7 + 2 x kwas) 350
żurawinówka + ciasteczka 98
19.05 VALAAM
motorówka na Valaam x 2 (wodolot jest nieco tańszy – ok 800 R w jedną stronę) 4000
20.05 WYSEPKA W OKOLICACH WIOSKI TERWU (ok 30 km od Landehpohii)
podwózka do sklepu 300
zakupy (serdelki, chleb, cebula, pomirodki, piwo 1,5l) 350
zakupy (serdelki, krakersy, piwo 1,5l, ziemniaki), serek topiony 280
22.05 PETERSBURG
bilet autobusowy do Moskwy x 2 bilet 2160
Mc Donalds (2 x buła + duża kawa i frytki) 350
doładowanie karty w telefonie 250
piwo w barze x 2 + solanka + borszcz 420
zakupy (2 x lepioszka + czekolada) 90
metro x 4 110
23.05 DROGA DO MOSKWY
opłata za bagaż w autobusie x 2 200
zakupy (chleb, sok, woda, serki topione, wafelki) 150
24.05 MOSKWA
piwo x 4 200
koperta 50
nadanie paczki do PL 647
zakupy (10 jaj + chleb) 86
knajma MU MU 863
piwo na Patriarszych Prudach x 2 98
zakupy jedzeniowe do pociagu 1090
bilet miejski na 10 przejazdów 300
zakupy na dworcu Jarosławskim (piwo + woda + sok) 130
25-29.05 KOLEJ TRANS-SIB
wagon restauracyjny (2x herbata + pelmeni po carsku) 325
zakupy na stacjach (naleśniki, chleb, słodycze) 180SUMA 42240
http://agrafkaisznurek.blogspot.com/2014/05/powoli-mozemy-podsumowac-przejazd-przez.html
2014-05-30 o 13:53 #141467Anonimowy
GośćHej!
Mnóstwo praktycznych informacji, szczegółowa relacja i myślę, że ktoś skorzysta.
Albin, dużo pracy wsadzonej w napisanie tego… 🙂2014-05-31 o 17:21 #141476
RedakcjaModeratorKolejna relacja z trasy Doroty i Bartka
Czajepitie. Jedno z moich ulubionych rosyjskich słów. Może dlatego, że z jednej strony brzmi dość swojsko, a z drugiej jest w nim jakiś powiew magii, związany z czynnością rytualną.
Chociaż chodzi o najzwyklejszą w świecie czynność picia herbaty, w Rosji nie zawsze była ona tak postrzegana, a z piciem herbaty wiązało się wiele tradycji, zwyczajów i reguł. Picie czaju było ( i chyba ciągle jest) postrzegane jako swego rodzaju medium, bez którego żadna biesiada obejść się nie może).
Jeśli chodzi o stronę praktyczną, to w Rosji pije się raczej czaj liściasty i robi się go z esencji (zawarka) i zalewa wrzątkiem (kipiatok)– może z uwagi na jej wypijane hektolitry. Dominuje „zwykła” czarna herbata, bez cytryny, za to z dużą ilością cukru.
Czaj był w Rosji zawsze, również przed wojną. Jeśli nie było pieniędzy, wtedy herbatę zbierało się samodzielnie. Mieliśmy zresztą okazję taką herbatę pić niedawno w Petersburgu. Smakowała podobnie, może nawet bardziej jak zielona herbata. Tak więc herbata zawsze się znalazła. A co z cukrem?
Dawniej, jeśli w domu był cukier, to raczej w jednym kawałku, chowany głęboko w szafce na klucz, żeby na przykład dzieci nie mogły się do niego dobrać. Tak jak u nas, przed wojną i w jej trakcie, cukier był traktowany jak skarb.
Gdy przystępowano do czajepitia, gospodarz domu pytał każdego z biesiadników, ile filiżanek czaju zamierzają wypić, a następnie odcinał stosowny kawałek, który miał starczyć do końca wieczoru.
Jeśli w domu cukru prawie nie było, nie zostawało nic innego jak pić na tzw. wgliad, tzn. kostka cukru leżała wysoko na półce, a wszyscy pili gorzką herbatę, za to patrząc na jedyną kostkę cukru.
Zatem nawet jeśli cukru brakło, piło się samą herbatę i to w wielkich ilościach – w każdym domu był niegdyś samowar (dziś powszechnie występują one w każdym wagonie pociągu) na 5, czasem 10 litrów wody. I piło się dopóty, dopóki w samowarze był wrzątek. Jest to tym bardziej zrozumiałe, że czas picia herbaty był czasem odpoczynku: „Kak czaj pijut’ drwa nie idut’”, jak mówi popularna pogoworka.
W Karelii mówiono nam, że kiedyś np. czas w zwykłej wsi był o niebo lepszy niż herbata w Anglii. Wszyscy się dziwili jakim cudem biedni karelscy rolnicy raczą się lepszym czajem niż angielska arystokracja. Otóż herbatę do Rosji sprowadzana drogą lądową ze wschodu ( Indii, Chin), a do Anglii była ona transportowana na statkach. Słona woda morska nie pozostawała bez wpływu na ładunki z herbatą, nadając jej lekko słonawy smak. Za to smak herbaty w Rosji pozostawał niezmieniony, a jakość wody w Karelii pozwalała ( i pozwala) na otrzymanie naprawdę pięknego aromatu. W Karelii też pije się zawsze prawie wrzątek – trzeba w końcu jakoś ocieplić wyziębiony organizm.
Na koniec mała ciekawostka: zamiast wódki w więzieniach, całe opakowania herbaty (np. 200g) rozrabiano w szklance i zalewano wrzątkiem i pito dużymi łykami. Efekt był podobny do tego po alkoholu.DNB
2014-06-01 o 21:20 #141554
RedakcjaModeratoretykieta w plackarciePlackarta to typ wagonu niższej klasy. To też jednocześnie przestrzeń, w której koegzystuje pięćdziesięciu czterech pasażerów, a każdy z nich ze swoimi przyzwyczajeniami i troskami. Pięćdziesiąt cztery życia sunące w dal w metalowej puszcze. Wagon dzieli się na dziewięć stref, w każdej po sześć osób. Ścianki działowe mają w swoim założeniu tworzyć mocowanie dla prycz bocznych, ale co ważne, mają również dawać namiastkę intymności w podróży, która nierzadko ciągnie się przez kilka długich dni. Średnio im to jednak wychodzi. Prawdziwym rajem dla znalezienia choć odrobiny prywatności są tak naprawdę toaleta i przestrzeń między wagonami, a dobrym pretekstem do znalezienia się w tym raju jest grzeszne wyjście na papieroska. Tam naprawdę można odetchnąć, gdy już odgłosy i zapachy pozostałych podróżnych stają się nie do wytrzymania a człowiek potrzebuje wsłuchać się jedynie w monotonny stukot setek stalowych kół. Duże zagęszczenie osób na tak niewielkiej przestrzeni prowokuje na ogół reakcje konfliktowe. Różne temperamenty, charaktery i wspomniane wcześniej przyzwyczajenia to bomba z opóźnionym zapłonem. Brzmi to mało zachęcająco. Życie w plackarcie wymyka się jednak tej ogólnej regule. Rządzą tutaj nie zapisane nigdzie prawa, które podróżujący plackartą respektują z całą stanowczością, a sama etykieta zacieśnia tak potrzebną w życiu więź międzyludzką.
Wewnętrzne prawa plackarty zamykają się naszym zdaniem w pięciu najistotniejszych punktach:
1. samowar
2. miejsce przy stole
3. dzieci
4. pościel
5. poranna toaletaW każdym wagonie, przy wejściu, znajduje się samowar. To również z jego powodu pasażerowie dźwigają ciężkie siaty z prowiantem. Herbata, kakao, zupki chińskie i inne dania typu instant będą nieustannie zalewane wrzątkiem, mieszając zapach kurczaka z kawą i puree ziemniaczanym. Herbatą zawsze można poczęstować sąsiada, a cukier często staje się dobrym pretekstem do nawiązania rozmowy. Mlaskaniom i siorpaniom nie ma końca. Samo częstowanie nie jest, oczywiście, najważniejsze. Nikt też tego w plackarcie nie oczekuje. Pasażerowie czekają jedynie, aby się poobszatsa – zwyczajnie wymienić zdaniem, podpytać o cel podróży lub jak się sąsiadowi wiedzie. Rządzi tutaj ludzka ciekawość, ale też chęć skrócenia drogi sobie i pozostałym. To najlepszy sposób na zabicie czasu, o wrzątek z samowaru jest ku temu najlepszym początkiem.
Dobre miejsca w przedziale to też ważna sprawa. Po pierwsze, bo stanowią jednocześnie kufer na bagaż, a leżący człowiek skutecznie chroni dostępu do cennych przedmiotów ciężarem własnego ciała. Po drugie, bo to miejsce przy stoliku. Można na nim wystawić to co zamierzamy w najbliższym czasie skonsumować. Czasem jednak nie ma wyjścia i z dworcowej kasy odchodzimy z biletem na górne półki. Miejsce przy stoliku należy się jednak każdemu i pasażerowie z dolnych leżanek doskonale o tym wiedzą. Nie należy się krępować i nawet jeśli sąsiad dolnej pryczy zapadł w drzemkę, możemy ją przerwać, prosząc o odrobinę miejsca. Nie usłyszymy słowa protestu. Żadnego warknięcia. Sąsiad przesunie się, udostępniając dogodniejsze miejsce, a często nawet poleci, aby następnym razem walnąć go po prostu po głowie, jeśli znowu zaśnie a nam przyjdzie ochota na czaj lub butierbrody.
W czasie podróży dorośli stają się wujkami i ciociami. Pełno też tutaj dziadków i babć. Dzieci przemykają wzdłuż wagonu, zaczepiając losowo wybranego członka tej nowej plackartnej rodziny. Wujku, a daleko jedziesz? Babuszka, a masz jeszcze cukierki? Dzieci niczym się nie krępują i zagadują kolejnych podróżnych. Jakby spotkali dawno niewidzianych kuzynów i stryjostwo. Jest na to ogólne przyzwolenie. Niech maluchy mają zabawę, a dorośli też skorzystają, bo to w końcu temat do rozmowy.
W cenę biletu jest wliczona pościel. Kiedyś dopłacało się za ten luksus bezpośrednio prowadnikowi i biada temu, kto odmówił – prowadnik od razu mroził spojrzeniem. Higiena to w końcu podstawa. Teraz, szczególnie na długich dystansach, nie ma wyboru i pościel kupujemy razem z biletem. Komplet składa się z dwóch prześcieradeł (z czego jedno pełni rolę poszewki na materac, a drugie to okrycie). Zestaw zawiera też poszewkę na poduszkę i ręcznik. Pościel otrzymujemy zapakowaną w folię ochronną. Jest wyprana i wymaglowana. Wydaje ją prowadnik, a przed zakończeniem podróży odbiera od pasażerów, uprzednio sprawdzając, czy w komplecie niczego nie brakuje.
W wagonach nie ma podziału na część męską i żeńską. Wszyscy jadą w zbieraninie, przemieszani we wszystkich możliwych konfiguracjach. Są staruszki z żołnierzami i matką z niemowlęciem. Są studentki i mużyki wyglądający jak rasowe zbiry. Staruszkowie i młodzież. Kobiety i mężczyźni. Wszyscy tuż obok siebie. Nocna i poranna toaleta mogą być w takich okolicznościach krępujące, szczególnie dla kobiet lub matek z malutkimi dziećmi. Często mężczyźni jako pierwsi korzystają z toalety. Dzięki temu, już orzeźwieni, mogą udać się na papierosa, zostawiając płeć piękną w spokoju i dając jej czas na przebranie się oraz czynności pielęgnacyjne. Czasem prześcieradło jest nieocenione. Można posłużyć się nim jak parawanem i odciąć wnękę od korytarza. Mężczyźni idą na kolejnego dymka. To czas na przewinięcie malucha i pobycie w jedynie kobiecym towarzystwie.Autor: Dorota i Bartek
2014-06-16 o 13:15 #141828
RedakcjaModeratorChińska wiza w Mongolii
Przed wyjazdem do Mongolii wiedzieliśmy, że właśnie w Ułan Bator będziemy starać się o chińską wizę. Wszystkie informacje na ten temat znaleźliśmy na blogu http://wstroneswiata.blogspot.com/ – bardzo nam się przydały i okazały się pomocne. Niestety, jak to często z przepisami wizowymi bywa, ulegają one szybkim zmianom, więc mała aktualizacja pewnie się przydaJ
Jak uzyskać wizę do Chin w Ułan Bator (czerwiec 2014)
Potrzebne dokumenty:1 Wniosek wizowy podobnie jak inni ściągnęliśmy go z oficjalnej strony Ambasady Chińskiej, ale okazuje się, że jest on nieważny. Aktualne wnioski, jak na razie, można jedynie wziąć z ambasady i tam je wypełnić. Wniosek ma 4 strony, jest b. szczegółowy (potrzebne są m. in. konkretne chińskie adresy miejsc noclegów czy kraje odwiedzone w ciągu ostatnich 12 miesięcy).
2 Fotografia paszportowa
3 Paszport + KOPIA strony ze zdjęciem i z wizą mongolską
4 Rezerwacje hosteli (później możemy z nich nie skorzystać, ale się przydadzą). Jeśli chcemy wizę dwukrotną dobrze jest mieć jakąś rezerwację w Hong Kongu
5 Zaproszenie ze strony któregoś z nich – trzeba zrobić rezerwację w jednym z hosteli i poprosić ich mailowo o zaproszenie czy też potwierdzenie naszych rezerwacji. Ważne jest, żeby na takim zaproszeniu był czyjś podpis lub pieczątka
6 Rezerwacja lotnicza na wlot i wylot z Chin (można za darmo uzyskać w którymkolwiek z biur podróży w Ułan Bator). Wiemy, że osoby, które miały normalne bilety lotnicze musiały jeszcze dostarczyć ich kopie lub skany.
7 Wyciąg z konta. Nie jest to niezbędne, ale może się przydać. Może być to również potwierdzenie lokaty czy jakikolwiek inny dokument po polsku, który świadczy o posiadaniu przez nas jakichś środków.Z tym wszystkim (w sumie mieliśmy 23 kartki na osobę!) idziemy do Ambasady Chińskiej w poniedziałek, środę lub piątek. Im wcześniej tym lepiej, bo Ambasada przyjmuje wnioski od 9.30 do 12.00, co zresztą nie zgadza się z aktualnymi informacjami na ich stronie internetowej. Jeśli nasz wniosek „przejdzie”, dostajemy karteczkę z datą odbioru (3-4 dni robocze lub nawet tego samego dnia, jeśli dopłacimy 30 $) i polecenie zapłaty za wizę, z którym idziemy do banku, znajdującego się naprzeciwko głównego wejścia (wejście dla osób składających wnioski znajduje się z boku). Tam płacimy (w dolarach lub tugrikach-wszystko jedno), dostajemy potwierdzenie i z tym potwierdzeniem idziemy po 4 dniach po odbiór wizy.
Wiza jednokrotna kosztuje 40$, dwukrotna 60$ i taką bez problemu dostaliśmy, czyli w sumie mamy wizę na dwa wjazdy po max. 30 dni każdy. Idealny układ dla nasJ
Aha, na złożenie wniosku warto zarezerwować czas do południa, z kolei odbiór (od 16.00) jest błyskawiczny.Powodzenia.
.a po czterech dniach oczekiwania… jedziemy dalej 🙂
Attachments:2014-06-19 o 12:50 #141896
RedakcjaModeratorPrzedmieścia Ułan Bator są zdominowane przez jurty ogrodzone płotami – takie dostosowanie przyzwyczajeń i nawyków płynących z tradycji mongolskich pasterzy do bardziej statecznego życia wiejskiego. Płot to już przynależność do społeczności wiejskiej i pewna zależność od posiadanego skrawka ziemi. Jurta symbolizuje zachowanie stałej niezależności i wolności. Każdy kilometr, przybliżający nas do dworca kolejowego, zdaje się potwierdzać te obserwację. Do tradycyjnego stylu życia dosypano w XX wieku szczyptę zachodniej nowoczesności i całość wymieszano stanowczym ruchem ręki. Tak wygląda stolica Mongolii. Mieszka tutaj ponad 1,8 miliona mieszkańców, czyli prawie 2/3 ludności całego kraju.
Bliżej centrum królują wszelkiej maści guesthousy, kafejki i restauracje. Nie ma problemu ze znalezieniem czegoś odpowiedniego dla siebie. Wszystko dla turystów, którzy najczęściej rozpoczynają swoje wędrówki od tego miasta, szukając w nim nie tyle atrakcji turystycznych, co czasu na zebranie myśli i sił przed wypadem na górski trekking lub eksplorację Gobi. Miasto pełni też funkcję poczekalni dla ubiegających się o wizę chińską. Na początku czerwca turystów w Ułan Bator raczej nie widać. Wystarczy jednak podejść do ambasady chińskiej w dniach przyjmowania i wydawania wniosków, a spotkamy tam grupkę kilkudziesięciu oczekujących na wejście osób. Stolica Mongolii jest traktowana w ten a nie inny sposób ponieważ na pierwszy rzut oka nie daje turyście wiele w zamian za jego przybycie. Olbrzymi plac Suhbaatar przed gmachem parlamentu z pomnikiem Chingis Chana, kilka świątyń i muzeów, teatr, filharmonia, złoty Budda oraz park. To niewiele jak na prawie dwumilionową metropolię. Należy też dodać, że wspomniany już park, parkiem to może był w przeszłości. Obecnie przechodząc przez zrujnowaną bramę, wchodzimy na jego szczątki, gdzie królują sterty śmieci, betonu, wyryte ciężkim sprzętem koleiny, błocko i kurz. Drzewek ostała się jedynie garstka. Wszystko jakby zryte przez wielkie maszyny i przygotowane pod budowę. Zapewne to kolejna inwestycja, a tych w mieście są dziesiątki, jeśli nie setki.
Szklane wieżowce i wysokie budynki mieszkalne to nowe oblicze miasta w perspektywie kilku najbliższych lat. Potwierdza to część dzielnicy w okolicy alei Chingis Chana przed mostem Pokoju. To gigantyczny plac budowy. Las szkieletów wielopiętrowców, urozmaicony burymi kontenerami dla robotników i budkami dla ochroniarzy placów budowy. Za rzeką Selbe (Selenga), żółte dźwigi wyciągają i prężą swoje szyje. Dziesiątki nowych osiedli mieszkaniowych wypełnią niezagospodarowane doliny i zbocza okolicznych gór. Miasto pragnie sięgnąć chmur i w ścisłym centrum zdecydowanie osiąga ten cel. Budynek The Blue Sky & Hotel Tower to symbol nowego i obrany przez urbanistów kierunek rozwoju miasta (z 23 piętra doskonale widać skalę inwestycji budowlanych). Zabytkowe świątynie nikną wśród drapaczy chmur, ustępując miejsca nowej myśli współczesnych konstruktorów.
Wystarczy jednak przejść się od strony gmachu parlamentu ulicami Turystyczną lub Sambuu (aż do ich końca), by ujrzeć zupełnie odmienny obraz Ułan Bator. Tutaj życie jakby się zatrzymało. Nie jest przyjemniej, ale ta część silniej odzwierciedla prawdziwy charakter dawnego stylu życia mieszkańców stolicy. Zabudowa jest niska i tworzą ją gęsto usiane drewniane domki. Prawie w każdym obejściu stoi również jurta. Dochodzi tutaj elektryczność, natomiast kończy się asfalt na drogach. Inny świat, a jesteśmy raptem dwadzieścia minut od placu Suhbaatar…Wieczna budowa zaczyna męczyć przy dłuższym pobycie w Ułan Bator. Na każdym kroku wdychamy spaliny i pył, a uszy drażni uliczny zgiełk zmieszany z echem tysięcy klaksonów i odgłosami maszyn budowlanych. Stolica jest jednak na tyle malowniczo położona, że można łatwo oderwać się od tego widoku miasta i bez problemu znaleźć odrobinę spokoju. Wystarczy iść prosto aleją Chingisa albo ulicą Olimpijską, kierując się bezpośrednio na góry. Po godzinie szybkiego marszu znajdziemy się u podnóża niższego pasma, które jest początkiem wielu szlaków górskich. Satysfakcja gwarantowana. W nieco dalszej okolicy, około 40-50 kilometrów od centrum, znajdują się największy na świecie pomnik Chingis Chana z muzeum i tarasem widokowym oraz park narodowy Gorki Tereldż. Ten ostatni to znakomite miejsce na górskie wędrówki, kempingi i złapanie oddechu przed powrotem do miejskiego bałaganu.
jedno z miejsc, gdzie studenci świętują zakończenie studiów, po czym udają się w góry na większą celebrację
okolica widziana z głowy Chingis Chana
park narodowy Gorki Tereldż
.
Attachments: -
AutorWpisy
- Musisz się zalogować by odpowiedzieć w tym temacie.

