Pociąg miał przyjechać na 5.05 rano, więc już przed 5 byłam monter, chociaż niezbyt wyspana, a tu przychodzi konduktor i mówi, że pociąg będzie o 7. Nie mógł powiedzieć tego, jak byłam jeszcze w betach i w pozycji horyzontalnej?!
Zamiast o 7, jesteśmy po 8. Myślałam, że wysłannik hotelu nie będzie już na nas czekał, ale tkwi tam z kartką „Kasia Krawiec”. Dobre i to. Jedziemy do hotelu Zen. Po Varanasi, Khajuraho jest rzeczywiście wioską. Nie ma tłumów, nie ma riksz, nie ma samochodów, klaksonów. Jest o wiele czyściej i zastanawiam się, gdzie są ludzie. Jacyś się pałętają ale dosyć mało…
W hotelu podjęto nas cytrynową herbatą, gorącą jak cholera, no ale wypić musiałam. Boye hotelowi chyba czatują pod drzwiami, bo jak tylko któraś z nas się ruszy, to idą za nami jak cień i pytają, czy czegoś nie potrzeba. Tragedia. Wyrywam się jakoś z ich uścisku i idę sobie zwiedzać słynne świątynie kamasutry. Na pierwszy ogień zachodnia grupa świątyń. Świątynie Khajuraho są wspaniałymi przykładami stylu północnego, ale tak naprawdę sławę przyniosły im bogate dekoracje. Zewnętrzne mury świątyń zdobią mistrzowskie rzeźbienia. Ukazują one Indie sprzed tysiąca lat, są na nich bogowie i boginie, wojownicy, muzycy, a także mitologiczne i prawdziwe postacie zwierząt. W każdej świątyni rzucają się w oczy piękne apsary (niebiańskie panny) w kuszących pozach i mithuny (pary w miłosnym uścisku).
Jednak najbardziej pikantne sceny są dosyć wysoko, więc trzeba dobrze zadzierać głowę, żeby cokolwiek zobaczyć.
W Khajuraho są 2 najważniejsze kompleksy świątyń, w sumie jest ich chyba ponad 20. Wszystkie są piękne, wszystkie mają pełno elementów erotycznych (i to całkiem zbereźnych czasami!), ale nikt nie wie, po co tu powstały… nigdy nie było siedzibą władz, albo jakiegoś magnata. Jeden z Radżów zaczął je budować pod koniec I tysiąclecia i budowano przez kilka wieków, też nikt nie wie jak, bo ludzi tu było mało, surowca na budowę też… Zostały postawione i tyle 🙂
Wszystkie świątynie są na zadbanym i miłym dla oka terenie. Jest dosyć czysto, zero śmieci i pałętających się krów. Czy nadal jestem w Indiach?
Robi się gorąco, więc dalsza część zwiedzania będzie potem. Jem dwa samosy (5 rupii za sztukę),
które nie są takie ostre jak te z Rishikhesu oraz coś podobnego do klusek ziemniaczanych. Pan rozpłaszcza ziemniaczane kule na woku, podsmaża je, dodaje masalę (warzywa z przyprawami), polewa jakimś sosem i…. serwuje na miseczkach z liści. Słowo. Liściane talerze 🙂 Smaczne. Takie puree z warzywami i sosem. Odskocznia od ostrej smażeniny…
Kiedy wracam, łebki hotelowe już czekają, otwierają drzwi, proponują „lemon tea”, pytają czy czegoś nie trzeba, proponują mango. To wszystko oczywiście gratis. Ciekawe tylko, w którym rachunku się doliczy… A póki co, to gostek mówi, że nic nie chce za to pieniędzy, będzie szczęśliwy, jak ja będę szczęśliwa. Akurat. Sranie w banie. Boy przyniósł mango i banany z przyhotelowego ogródka. Smak rzeczywiście nieporównywalny do naszego. No cóż… Właściciel hotelu, Hindus z kucykiem i długą brodą proponuje nam herbatkę cytrynową, a jakże. A obok czai się już masażysta. Bez zachęty doskakuje i daje próbkę swojego talentu. Próbka trwa ok 5 minut. Za godzinny masaż trzeba zapłacić 500 rupii. Zgodziłyśmy się obydwie po pół godziny. Wystarczy. Na malowanie henną rąk, absolutnie nie. To zrobię przed wyjazdem. No tak, zaczynają nas cyckać. Jeszcze proponują posiłek wieczorny, ale to już gratis. Hmm…
Zaczynam mieć dość. Chcę tylko, aby zostawili nas w spokoju. Zresztą, jak tylko wychodzi się z hotelu, otacza cię chmara łebków i nie można się od nich opędzić. A skąd jesteś, a jak ci na imię (to mówią po polsku!!!). Normalnie za chwilę eksploduję. Idę na stare miasto, a już doczepia się gostek na motorku, wyjaśnia, tłumaczy, że nie chce pieniędzy, tylko szkoli angielski. Jasne, myślę, za chwilę mnie zaciągniesz do jakiegoś sklepu, a twojemu angielskiemu nic nie pomoże. Mówię, że ma spadać, a chłopak i tak lezie za nami. Niech lezie. Nie dostanie ani grosza i nie wejdę do żadnego sklepu.
W hotelu znowu powitanie z „lemon tea”. Idę wieczorem na pokaz tańców ludowych, oczywiście boy hotelowy idzie razem ze mną, pokazuje gdzie, usadza na krzesełku. Jeszcze leci mi po papier toaletowy, bo w toalecie oczywiście nie ma. Poza tym, że połowa miasteczka i cala widownia wie, że potrzebuję papieru – żyć nie umierać. Na widowni same łośki – turyści, którzy dali się złapać tak jak my: ). Widowisko fajne, ale typowo pod publiczkę.
Właściciel Zenu zaprasza na posiłek po powrocie. Dostaję chiapaty, smażony ryż, masalę i inne warzywa, mniej pikantne. Bardzo smaczne, trzeba przyznać. Na deser sałatka owocowa i kulka ciasta, bardzo słodka i bardzo tłusta. No i jeszcze po szklaneczce RUMU. Chyba po to, żeby delikwenta rozmiękczyć. Bowiem potem zaprasza do swojego atelier, gdzie wyciąga ręcznie robioną biżuterię i dawaj… Zastanawiałam się, gdzie jest haczyk w tym wszystkim i już mam. Biżuteria ładna, ale ceny są jedynie w euro i zaczynają się od 50 za małą pierdołkę. Facet chyba ocipiał. Czy ja wyglądam na kogoś kto ma kasę? Albo kto wydałby tyle pieniędzy za parę kamyczków?! Mówię, że raczej nie, ale on się nie daje zbyć. Wciska parę wyrobów i mówi, żeby zabrać do pokoju, zastanowić się i jutro mu dać pieniądze. Ta… Zabrać mogę. Jutro oddam. I tyle. Potem przeszłyśmy w ręce masażysty… Myślałam, że dostanę gustowny kubraczek, jak w Tajlandii, a tu nic. Trzeba się rozebrać prawie do rosołu. Stopy mam czarne jak święta ziemia, no ale cóż… Masaż mniej boli niż tajski, ale kości mi strzelają jak nie wiem. W każdym razie śpię, jak dziecko.
Khajuraho – 2 dzień
Dzisiaj czas na wycieczkę rowerową. Rowery stare jak świat, ale jakoś jeżdżą… Chyba:) Jedziemy przez Stare Miasto albo raczej starą część Khajuraho. No, dla mnie to po prostu wieś… I to średniowieczna… Domki malutkie i ulepione z gliny, czasem z ręcznie robionych cegieł czy z kamieni.
Po dróżkach chodzą psy, koty, świnie, bawoły i krowy. Bawoły to najczęściej tkwią oblepione błotem od czubka rogów po koniec ogona w bajorkach i przeżuwają. Maja uroczo durne wyrazy pysków, szczególnie jak patrzą się na człowieka wprost. A jak przeżuwają, to mam wrażenie, że szczęki wypadną im z bocznych zawiasów. Ale nie. Jakoś się trzymają. Kobiety biorą wodę ze studni i noszą ją na głowie.
Mniejsza z tym, jeśli to jakieś naczynie, to jeszcze fajnie wygląda, ale zdarza się, że kobieta niesie butelkę po coli wypełnioną wodą na czubku głowy. Wtedy to wygląda fantastycznie:) We wsi chyba nie ma elektryczności, bo nie widzę plątaniny kabli. Pewnie siedzą przy świeczkach albo idą spać z kurami.
Wody też nie ma w domach, bo na każdym placyku są przedpotopowe studnie, które chyba służą za punkt spotkań mieszkańców. Tutaj siedzą, rozmawiają, czerpią oczywiście wodę, myją się i nas obserwują.
Dzisiaj zobaczyłam południową grupę świątyń, jest ich mniej niż w zachodniej, i są bardziej rozrzucone po terenie, więc rower to był dobry wybór. No i część jest w ruinie. Więc czasem to niezbyt przyjemne, jak w pocie czoła kręcę pół godziny pod górkę wg mapy, żeby na koniec okazało się, że owa świątynia to tylko kupa kamieni. Dla mnie jednak bardziej interesujące jest zanurzenie się w indyjską wieś. To już nie „wsie – rezerwaty”, jakie widziałam w Chinach, czy Tajlandii, a rzeczywiście odcięte od świata miejsca, gdzie nawet dzieciaki nie wołają za często „money”, ale już podejrzewam, że rodzice niedługo zaczną tego uczyć swoje pociechy. Dla mnie to Indie w czystej postaci. Dla nich pewnie normalność – dla mnie średniowiecze. Pasterze kóz czy bawołów siedzący na drodze, to obraz wyjęty z podręcznika czy książki podróżniczej. Dzieci bawiące się kawałkiem drewna czy klapkiem, bądź biegające za toczącą się oponą, ale i berbecie ledwo umiejące chodzić i mówić, ale jednak „rupies” to już powoli kojarzą… Ale są też szkraby cieszące się z cukierka czy małego batonika. Wszystko zależy od stopnia „przesiąknięcia” zachodnimi turystami i wpływu tychże na mieszkańców. Łebki biegające za tobą, którzy niby nic od ciebie nie chcą, tylko podszkolić angielski (akurat), a w rzeczywistości zręcznie, acz niezauważalnie kierujący cię w stronę ich sklepów, w nadziei na wydojenie naiwnego turysty i niezły zarobek, ale i chłopak przejeżdżający obok na rowerze i rzucający „miło cię widzieć” bez żadnych podtekstów i znikający w sinej dali, czy kobiety mijające cię na drodze z pozdrowieniem „namaste” i nawet się za tobą nieoglądające. Ta… Zawsze są dwie strony.
Na lunch dzisiaj ziemniaki masala w liściowych talerzykach i samosy, a na kolację aloo paratha z serem. I w końcu piłam lassi – typowy jogurt – bardzo słodki, mam nadzieje tylko, że nie dodali tam wody…
Wieczorem jeszcze rundka po wsi w celu zobaczenia nie odkrytych świątyń. Zobaczyłam 2 piękne duże świątynie, ale nie za bardzo można się tam było dostać, w końcu okrężną drogą się udało i… okazało się, że to są świątynie z kompleksu zachodniego widziane już wczoraj 🙂