Dopiero 7 godzina, a już upał jak cholera, a wczoraj miałam wrażenie, że tu jest o wiele chłodniej niż w Rishikheshu. Na wschód słońca nie wstałam, bo spałam jak zabita, może to zasługa klimy, którą w końcu mamy w pokoju. Co prawda, co jakiś czas wywala cały generator i nie ma ani światła, ani klimy, ani wiatraczka, no ale to uroki Indii. Zamiast wschodu słońca – poranny spacer po Varanasi. To chyba czas toalety wszystkich Hindusów, zmierzają nad brzeg rzeki z ręczniczkami i przyborami toaletowymi. Jedni czyszczą zęby jakimiś patyczkami, a inni się cali namydlają, inni załatwiają własne potrzeby i… to wszystko spływa do Gangesu.
Kilka gathów dalej za gathem kremacyjnym, jest gath, na którym urzędują pracze i praczki. Bielizny od groma, fajnie wyglądają kobiety jak suszą swoje sari, jakby miały wielkie chorągwie w rękach 🙂 Suszy się też inne pranie – na sznurach, albo też bezpośrednio na ziemi – susza się całe stosy spodni, majtek i… no niestety bielizny hotelowej, jak widzę… Czyli obojętnie jaki standard hotelu – wszystko ląduje nad Gangesem. Bo pranie oczywiście jest nad Gangesem – łącznie z prochami zmarłych, padłymi zwierzętami, kupami, sikami, mydlinami… A ja zastanawiałam się, co te ręczniki hotelowe takie żółte… Całe szczęście, mam swoją poduszkę i nakrycie. Przynajmniej mam złudzenie, że nie łapię bakterii.
Z hotelu trzeba się wymeldować o 12, a do pociągu o 18 trochę czasu jeszcze zostało… No to dzisiaj mam żywieniowy raj i dyspensę od indyjskiego żarełka, bo coś mnie w żołądku kręci. Dlatego zamiast tłustej smażeniny na śniadanie – bialutkie tosty z serem w hotelowej restauracji, za które zapłaciłam jak za zboże, a na lunch pizza i smażony ryż z grzybami (100 i 80 rupii).
Przy wymeldowaniu facet zawyżył mi rachunek za hotel o 250 rupii. Ale ja się nie dam, trochę to śmieszne wykłócać się o jakieś 15 zeta, ale mam czarno na białym, że miało być 950 rupii za noc z AC (a było prawie pół tej klimy na dodatek). Pokazałam mu mail – on powiedział, że ceny wzrosły w górę, a ja na to, że rezerwowałam za tyle i więcej nie dam. Coś tam pomruczał, ale już się nie stawiał. No, to kolejne dobre żarełko mamy zapłacone.
Na stację pojechałyśmy ze 2 godziny wcześniej, ale tylu ludzi jak tam, to jeszcze na stacji nie widziałam, o ile w ogóle to jest możliwe… Oczywiście przepchać się do tablicy odjazdów i przyjazdów nie sposób, nikt nic nie wie, skąd odjeżdża, o której i co mamy zrobić. Uwielbiam Indie huuuuuuuura!!
W końcu jakiś pracownik stacji się nad nami lituje i każe iść do poczekalni dla obcokrajowców (jest taka?!!!) gdzie…. mamy po prostu czekać. Pracownicy stacji przychodzą i wywołują, który pociąg gdzie przyjechał i kto ma iść. Czyli… bardzo proste, gdybym wiedziała, że taka instytucja działa, to już po przyjeździe do Varanasi byłoby mniej stresu…
W końcu pan powiedział, że możemy już iść. No to idziemy. Pociąg do Khajuraho stoi na peronie 8. W poczekalni dowiedziałyśmy się, że w naszym przedziale jadą panie z Hongkongu. Czyli już wiadomo, kogo się trzymać. Tyle, że te małe osóbki mają walizy dziesięć razy większe od nich. A skoro Panie jadą z nami, to walizy też pojadą z nami. Czyli musimy być wcześniej od nich, bo inaczej palca tam nie wsadzimy. Peron 8 nie jest trudny do znalezienia, za to nasz przedział… Pociąg wije się jak gąsienica i nie ma końca. Zaczynam się denerwować, bo nie mam pojęcia, czy zaraz mi ten pociąg nie odjedzie. Pytani pasażerowie chyba sami nie wiedzą, gdzie jadą, a może w ogóle nie potrafią czytać, bo patrzą na te nasze bilety i niestety nie potrafią nam wskazać naszego wagonu. W końcu znajduję go (na samym końcu, a jakże), chwilę za nami wtaczają się Chinki, jakoś upychają swoje walizy. Dosiada się jeszcze jeden Koreańczyk i zaczyna być wesoło… A mnie się chce spać, a oni mielą ozorami jak najęci. Przez chwilę uczestniczę w rozmowie, takie ple ple o wszystkim i o niczym, a w końcu ziewam rozdzierająco, ale to na nich nie działa. Trudno, trzeba będzie poczekać trochę… Jadę 3 klasą, w odróżnieniu od 2 są tutaj 3 kuszetki w pionie i dosyć mało miejsca, ale dam rade.