Z przykrością potwierdzam.
O ile wszyscy spotkani po drodze turyści – niezależnie od narodowości: Amerykanie, Anglicy, Austriacy, Czesi, Francuzi, Niemcy, Polacy, Słowacy – byli bardzo serdeczni i często pomocni, o tyle austriaccy przewodnicy nie liczyli się z nikim i z niczym – nawet ze swoimi klientami. Nonszalancko przechodzili niemal po rękach i głowach innych wspinaczy jakby ich tam nie było, zakładali pętle na żerdzie nawet „na trzeciego” zmuszając n.p. mnie do wiszenia kilkanaście minut na jednej ręce i czubku buta ponieważ nie mogłem zdjąć z żerdzi naszej liny, przyłożonej przez dwie inne założone przez „przewodników”. Na dodatek, kiedy zniecierpliwieni brakiem jakiejkolwiek reakcji, sami zdjęliśmy pętlę jednego z nich aby dostać się do swojej, wywołaliśmy tym czynem „święte oburzenie” Pana i Jedynego Władcy Grossglocknergruppe.