Bośnia i Hercegowina oraz Czarnogóra
Bałkany to magiczny region – pełen miejsc pięknych, zaskakujących, jak i pokaleczonych przez wojny czy upływ czasu. To miejsce kontrastów, różnych społeczności oraz kultur. Wybierając Bośnię i Hercegowinę oraz Czarnogórę na cel naszej wakacyjnej podróży w roku 2012, byliśmy pełni entuzjazmu i ciekawości. 23 sierpnia wsiedliśmy więc w samochód i ruszyliśmy na południe.
Po kilkunastogodzinnej jeździe dotarliśmy do Bośni, która kompletnie nas zaskoczyła. Spodziewaliśmy się bowiem ujrzeć biedny, zapomniany kraj, znękany skutkami niedawnej wojny, w którym rzekomo tak łatwo natrafić na minowe pole. Nic bardziej mylnego. Choć Bośniacy nie żyją może w takim dobrobycie jak mieszkańcy krajów Europy Zachodniej, to nie mają powodów by czegokolwiek się wstydzić. Poruszaliśmy się autostradami i drogami równymi jak stół, wzdłuż których pełno było świeżo wybudowanych, piętrowych, domostw. Jedyne do czego trzeba było się przyzwyczaić to nieokrzesanie miejscowych kierowców, którzy nagminnie łamali dobrze nam znane przepisy drogowe. I tak oto, przedzierając się po drodze przez Bania Lukę, dojechaliśmy do Jajec, popularnego pod względem turystycznym miasta Bośni, które swoją dziwną nazwę zawdzięcza jajowatemu wzgórzu na którym zostało wybudowane. Za nami było ponad 900 km. Niesamowicie senni i zmęczeni, a dodatkowo pełni wrażeń, zatrzymaliśmy się, by spojrzeć na Jajce z oddali. Było już po północy, a dookoła nas była gęsta ciemność, z której wyłaniało się niewiarygodnie głośne i nachalne cykanie świerszczy, tak odmienne od tego cykania, jakie zwykło się słyszeć w Polsce. Nagle rozległo się z meczetu nawoływanie do modlitwy. Budynki były podświetlone, co dawało niezwykły efekt. Staliśmy urzeczeni, wpatrzeni i zasłuchani, a trudy podróży szybko odeszły w niepamięć.

Jajce okazały się pięknym miastem również za dnia. Znajduje się tutaj wiele ciekawych obiektów architektonicznych, a rzucające się w oczy ruiny średniowiecznej twierdzy to zaledwie przystawka. Warto również zaznaczyć, iż Jajce są jedynym miastem na świecie, w którego centrum znajduje się wodospad. Mierzy 30 metrów wysokości i usytuowany jest u ujścia rzeki Pliva do rzeki Vrbas.

Następnym punktem podróży było Sarajevo. Stolica Bośni i Hercegowiny okazała się być miejscem fascynującym. Swój spacer po mieście zaczęliśmy od placu i studni miejskiej. Dookoła były sklepy z pamiątkami, restauracje, meczety… Islamska kultura widoczna była na każdym kroku. Ruszyliśmy dalej. Szliśmy wąskimi uliczkami wśród niewielkich domów, ciasno przylegających do siebie. Dookoła nas nie było nikogo, poza kotami, które wylegiwały się na chodnikach czy spoglądały z okien. Atmosfera była leniwa, spokojna i cicha. Natrafiliśmy także na klimatyczny muzułmański cmentarz. Idąc jednak dalej doszliśmy do Starego Miasta i nagle z sielskiej rzeczywistości zostaliśmy przeniesieni w zupełnie inną: znaleźliśmy się na ruchliwej ulicy, dookoła były kamienice, tak podobne do tych krakowskich, a wśród nich dostrzegliśmy Katedrę Serca Jezusowego. Ludzie przesiadywali w ogródkach, dookoła było gwarno i tłoczno. Doszliśmy w końcu do Soboru Narodzenia Najświętszej Marii Panny – największej cerkwi Sarajeva, gdzie nieopodal grupa ludzi grała w szachy. Stamtąd szliśmy już wzdłuż rzeki Mijlacki, wpatrując się w odbicia mostów na jej tafli i pełni zdziwienia jak wiele twarzy ma Sarajevo i do jak różnych światów nas to miasto zaledwie w parę godzin przywiodło. Okazuje się, że nazwanie Sarajeva „Jerozolimą Europy” było strzałem w dziesiątkę. Wyjeżdżaliśmy stamtąd pełni wrażeń, ale też niedosytu, gdyż poznać wszystkie zakamarki tego miejsca w zaledwie parę godzin nie sposób.

Następnym miejscem, które odwiedziliśmy był Klasztor Derwiszów w Blagaju. Rzeka Buna oraz Zakon u stóp masywnych skał tworzyły niesamowity widok. Oprócz turystów, było tam także wiele muzułmanów, którzy podchodzili do rzeki z plastikowymi butelkami i napełniali je. We made every living thing form water (Al-Enbya:30) – głosiła jedna z tablic na ścianie.

Rano ruszyliśmy do słynnego Mostaru. Jest to leżąca nad Neretwą nieformalna stolica Hercegoviny. Największym zabytkiem miasta jest kamienny Stary Most z XVI wieku, który został zburzony przez Chorwatów w 1993r. a następnie odbudowany w roku 2004.

Okazuje się, że Polacy w Mostarze są mile widziani. Dowodem niech będzie pewna bardzo atrakcyjna oferta, która przykuła nasz wzrok.

Kolejną atrakcją na naszej trasie był Počitelj. Postanowiliśmy zwiedzić górujące nad miastem pozostałości średniowiecznej tureckiej twierdzy, która została wzniesiona na gruzach starożytnego rzymskiego zamku. Zajadając się pysznymi figami, postanowiliśmy dostać się na samą wieżę. Oprócz nas nie było nikogo, jednakże ku naszemu pozytywnemu zaskoczeniu na szczycie spotkaliśmy inną grupę Polaków. Widok z góry był zachwycający.
Wisienką na torcie, jeśli chodzi o zwiedzanie Bośni i Hercegoviny stały się wodospady Kravica. Rozciągają się one na ponad 100 m szerokości a spadek poziomu dochodzi do 25 m.

Wodospady te są widocznie popularnym miejscem kąpieli wśród lokalnie mieszkających ludzi, gdyż widzieliśmy całe rodziny tam wypoczywające i chłodzące się w wodzie w ten jakże upalny dzień. A jednak nie dla wszystkich dane są takie atrakcje. Udało nam się uchwycić siedzącą na kocu muzułmankę, której ochłodnę przynieść mógł jedynie łyk mineralnej wody. Spoglądała ona przed siebie. Czyżby na ludzi, którzy beztrosko pluskali się w wodzie?

Pełni wrażeń i wielu przemyśleń na temat dzisiejszej Bośni i Hercegoviny, ruszyliśmy w stronę Czarnogóry. Warto wybrać trasa wzdłuż dalmatyńskiego wybrzeża, szczególnie o zachodzie słońca dostarcza ona niezwykłych widoków.
W Czarnogórze zatrzymaliśmy się w miejscowości Sveti Stefan. Widoczna na zdjęciu wyspa jest „widokówką” kraju, którą spotkać można chyba w każdym przewodniku. Należy jednak zaznaczyć, iż wstęp na wyspę jest dla przeciętnego śmiertelnika niemożliwy. Tym, co ową przeciętność zabija jest oczywiście gruby portfel. Widać, że miasto żyje w dużej mierze z turystyki o czym świadczą płatne plaże, mnogość restauracji, barów i sklepów, a także głośna muzyka i wielość innych atrakcji.

Połączenie morza z górami sprawia, że łatwo zakochać się w tutejszym krajobrazie. Mogliśmy go podziwiać do woli, gdyż kemping oferował nam wiele fantastyczne miejsca widokowe. Ale nie tylko. Mieliśmy okazję zaprzyjaźnić się z naszymi „braćmi mniejszymi”. Regularnie odwiedzał nas niesforny szczeniak, którego ochrzciliśmy imieniem Roger. Lubił gryźć co popadnie, a raz nawet wpakował się do śpiwora jednego z uczestników wyprawy. Dopiero po paru dniach okazało się, że Roger… jest Rogerą. Poza tym odwiedził nas również małomówny, ale chyba przyjacielsko nastawiony, dziki żółw.

Kilkunastokilometrowy spacer wzdłuż Adriatyku, na jaki zdecydowaliśmy się zmierzając ze Sv. Stefana do Budvy możemy polecić każdemu. Przy odrobinie szczęścia, jaki niewątpliwie mieliśmy, bacznie obserwując każdy minięty zakamarek, udało nam się natrafić na niezwykle fotogeniczne stworzenia. Przechodząc przez tzw. kolorowe plaże (pełne różnokolorowych kamyków) można natknąć się na niewielkie, niemal przezroczyste kraby z „bananem na twarzy”.

To nie było jednak najbardziej zdumiewające zwierzę, jakie udało nam się tego dnia spotkać! Kiedy widzicie bowiem niewielkie skrzydlate stworzonko, bardzo szybko machające skrzydłami o rozpiętości 5-7 cm, zawieszone w powietrzu nad kielichem kwiatu i spijające z niego nektar kilkucentymetrową ssawką – myślicie – koliber?! Dobrze wiedzieliśmy jednak, że kolibrów w Europie nie ma. Szczęście jednego z nas polegało na tym, że z tym samym gatunkiem przyszło mu się spotkać kilka tygodni wcześniej, na Krymie. Nasz latający przyjaciel nie był ptakiem, a niezwykłym motylem z rodziny zawiskowatych, o wdzięcznej nazwie Fruczak Gołąbek (Macroglossum stellatarum).

Po tych niecodziennych, przyrodniczych doznaniach dotarliśmy (żeby nie powiedzieć – doczłapaliśmy) do Budvy. Jest to urokliwe miasto z przepiękną starówką. Warto było odwiedzić cytadelę, z której murów roztacza się piękny widok zarówno na wyspę Sveti Nicola oraz na miasto. Warto także pospacerować uliczkami Starego Miasta. My postanowiliśmy jeszcze odnaleźć słynny z widokówek pomnik tańczącej dziewczyny znajdujący się na skale przy brzegu.

Kolejnym miejscem podróży był leżący w górach Stari Bar – kamienne miasto sprzed ponad 2500 lat. Pełen ruin i zakamarów Stari Bar oferował coś jeszcze, a mianowicie świetne widoki – zarówno na miasto Bar, jak i na góry. Urzekający był również zachód Słońca, który zaowocował magicznymi zdjęciami.

Będąc w Czarnogórze, trudno nie zahaczyć o słynny Kotor. Jest to miasto portowe, położone nad Zatoką Kotorską i otoczone z trzech stron górami. Spacer wąskimi, krętymi uliczkami i zwiedzanie świątyń oraz zabytkowych budynków był bardzo przyjemny. Więcej wysiłku korzystało nas zdobycie murów miejskich; dla widoków roztaczających się z góry było jednak warto.
Z przyjazdem do Kotoru wiąże się pewna przygoda. Słysząc polski język, podszedł do nas mężczyzna w nieskazitelnie białej koszuli i chciał nam sprzedać okulary. Widząc nasz brak zainteresowania zaczął krzyczeć: „Gucci! Gucci!” oraz dodał pięcioliterowe słowo na literkę k. Widać atrakcyjne oferty czekają na Polaków nie tylko w Mostarze.

Postanowiliśmy także odwiedzić stolicę Czarnogóry czyli Podgoricę. Trudno opisać nasze zdziwienie, gdy już do niej dotarliśmy. Po odwiedzeniu tak pięknych i bogatych miast jak Kotor czy Budva, spotkanie z Podgorica okazało się szokiem. Miasto jest bowiem szare, nieciekawe i zaniedbane. Kwintesencją jest zdjęcie, gdzie w pobliżu budynku Parlamentu znajdują się kosze na śmieci.
Nasza podróż po Czarnogórze uświadomiła nam, jak pełen kontrastów jest ten malutki kraj. Z jednej strony bogate i turystycznie rozwinięte miasta jak Kotor, z drugiej miasta szare i nieciekawe jak Podgorica. Kręte drogi, sprawiające wrażenie zapomnianych przez cały świat wsie, niezwykłe krajobrazy jak chociażby w Durmitorze, nad Jeziorem Szkoderskim czy nad Kanionem Tary. To niewątpliwie ciekawy kraj, który warto odkrywać. Na koniec krótka porada: łatwiej dogadać się po polsku niż po angielsku. A dwa według nas najważniejsze słowa, które warto zapamiętać to pravo, co znaczy prosto oraz popust, za pomocą którego można spróbować załapać się na jakąś zniżkę.
Prezentowane w materiale zdjęcia zostały wykonane zwykłym aparatem cyfrowym i nie zostały poddane żadnym (z wyjątkiem kadrowania) obróbkom.
Nasza podróż po Czarnogórze uświadomiła nam, jak pełen kontrastów jest ten malutki kraj. Z jednej strony bogate i turystycznie rozwinięte miasta jak Kotor, z drugiej miasta szare i nieciekawe jak Podgorica. Kręte drogi, sprawiające wrażenie zapomnianych przez cały świat wsie, niezwykłe krajobrazy jak chociażby w Durmitorze, nad Jeziorem Szkoderskim czy nad Kanionem Tary. To niewątpliwie ciekawy kraj, który warto odkrywać. Na koniec krótka porada: łatwiej dogadać się po polsku niż po angielsku. A dwa według nas najważniejsze słowa, które warto zapamiętać to pravo, co znaczy prosto oraz popust, za pomocą którego można spróbować załapać się na jakąś zniżkę.
Prezentowane w materiale zdjęcia zostały wykonane zwykłym aparatem cyfrowym (z wyjątkiem fotografii z Budvy) i nie zostały poddane żadnym (z wyjątkiem kadrowania) obróbkom.


















