Korytarz Wachański to obszar szczególny dla polskiego alpinizmu. Przez 18 lat był teatrem działań kilkudziesięciu polskich ekspedycji. Ich uczestnicy zdobyli kilkaset szczytów, z których większość była dziewicza. Wysokogórskie szlify zdobywali tu nasi najlepsi wspinacze, by wspomnieć tylko Jerzego Kukuczkę, Wojtka Kurtykę czy Wandę Rutkiewicz...
Klub Podróżników "Śródziemie" objął patronatem medialnym wyprawę i zaprasza do lektury
Z polski Warszawy wyjechalismy z czterodniowym opoznieniem, bo dopiero w czwartek wieczorem. Po calonocnej jezdzie udalo nam sie przekroczyc granice ukrainska bez wiekszych problemow (nie liczac faktu, ze pogranicznicy zapomnieli nam wbic pieczatek do paszportow i musielismy wracac pieszo do okienka juz po opuszczeniu terenu przejscia). Droga przez zachodnia Ukraine byla nudna i monotnonna, tak samo jak krajobraz. Dopier w okolicach Kijowa przyroda i uksztaltowanie terenu zaczely robic sie interesujace - za pewne z powodu delikatnych wzgorz i wysokiego zachodniego brzegu stolicy. Miasto wydawalo sie ciekawe i pociagajace, ale jego zwiedzanie ograniczylismy do krotkiego zgubienia sie jedna maszyna, co zmusilo nas do dluzszej niz zamierana przejazdzki po nabrzezach i mostach Kijowa. Dalej nie bylo lepiej, bo nim trafilismy na droge do Poltawy jeszcze dwie godziny bladzilismy (ah ten GPS!) na niewlasciwej wylotowce z miasta. Gdy udalo nam sie odnalezc wlasciwy kierunek i spotkac z ekipa z drugiego dzipa byl juz pozny wieczor. Na noc rozlozylismy sie na parkingu przy stacji benzynowej w dosyc ponurych nastrojach, gdyz na jezdni obok staly dwa tiry po zderzeniu czolowym i starta na pyl ciezarowka, ktora dostala sie miedzy pedzace maszyny. W poblizu rozbitych maszyn lezalo kilka czarnych workow... Wschodnia Ukraina, w ktora zanurzylismy sie nastepnego dnia byla ciekawa kraina. Teren skladal sie z wybitnie falistych wzgorz upstrzonych to drzewami, to slonecznikami to dojrzewajacym zbozem. Gdzie niegdzie lagodne zaglebienia dolin zdobily wysokie kominy elektrowni i fabryk oraz zakurzone szyby kopalni. Tu i tam sposrod drzew niesmialo wystawaly tabliczki z napisem DT wskazujace na miejsce, gdzie mozna tanio i nielegalnie kupic rope do samochodu. Skorzystalismy z jednej z takich okazji i dzieki temu poznalismy usmiechnietego dziadka o zebach wampira. Mieszkal na brudnym lozku w blaszanej budce przypominajacej karoserie transportera opancerzonego. Obok w budce staly brudne beczki z paliwem i karnistry, ktore stanowily podstawowe jednostki miary w jego biznesie. Pod wieczor teren stal sie jeszcze bardziej malowniczy, gdy wysoce przetworzone rekami i umyslami ludzi dolinki wypelnily sie szarym dymem i smogiem, ktory przypominal wczesnoletnia mgle. Noc zastala nas kilkanascie kilometrow przed Luganskiem, bardzo blisko rosyjskiej granicy w Krasnodonie. To przejscie graniczne musialo posiadac ogromne znaczenie strategiczne, gdyz bylo calkiem niezle ukryte. Znakow na nie kierujacych nie bylo prawie wcale, a te ktore jakos sie zaplataly na ten padol mroku przeslonily szybko rosnace drzewa i krzewy. Choc ukrainscy pogranicznicy chcieli wyciagnac od nas pieniadze (Darek zbyl ich tekstem o skapym sponsorze, ktory wiedzial co jakis czas pieniadze jedynie na paliwo) granica zaskoczyla nas bardzo milo. Rosyjscy urzednicy byli bardzo profesjonalni, bezpretensjonalni i pomocni. Pomogli nam wypelnic deklaracje celne i lagodnie spogladali na tony przewozonych przez nas lekow. Ze wzgledow formalnych musielismy calkowicie wypakowac samochody i przyczepki, ale ladna zolnierka, ktora przeprowadzala przeglad auta robila to ze szczerym zainteresowaniem co chwila posylajac chlopakom szerokie usmiechy. Przejscie opuscilismy o czerwonym, afrykansko-sawannianym wschodzie slonca i okolo 6 rano czasu lokalnego wjechalismy do Rosji. Zaczela sie niedziela. Podroz ku Wolgogradowi byla bardzo przyjemna. Towarzyszylo nam lekkie zachmurzenie zmniejszajace temperature do znosnych 35* oraz lekko falujace wzgorza o pieknym, seledynowym odcieniu i licznych sladach delikatnej i malowniczej erozji. Tam gdzie nie widnialy lany zboz, w duzej mierze juz skoszonych, widac bylo ciemna, urodzajna ziemie. Wygladalo na to, ze obwod rostowski, przez ktory jechalismy byl krajem bogatym i hojnie obdarzonym przez nature. Ta urodzajnosc silnie kontrastowala z krajobrazem dominujacym w obwodzie wolgogradzkich i astrachanskim. Tamtejszy step przypominal raczej australisjki busz z jego pomaranczowa, sypka nieprzyjazna ziemia i kolczastymi roslinami. Droge znaczyly ponure blokowiska, resztki zakladow przemyslowych oraz karlowate drzewka, ktore tu i tam opieraly sie niegoscinnosci stepu. Zmienily sie tez nazwy miejscowosci i twarze ludzi. O ile te w obwodzie rostowskim byly mocno slowianskie, o tyle te wolgogradzkie i astrachanskie byly juz zdecydowanie azjatyckie, tureckie, skosne i tajemnicze. Przez droge przewalaly sie tumany pylu, a rozpanoszona w tym roku szarancza czesto odbijala sie od szyb i masek samochodow. Na noc stanelismy w cudownym miejscu w poblizu wsi Kopanowka. Zachodnie brzegi koryta Wolgi opadaly stromo ku pomarszczonemu nurtowi wody, a wschodnie otwieraly sie na bezkresne rozlewiska, systemy wysp i odnog, ktore ponoc charakteryzuja sie wlasnym mikroklimatem. Nasz wyprawowy bard - Darek - opowiadal, ze mozna po nich wedrowac tygodniami bez spotykania jakiegokolwiek czlowieka. Kapiele, swawole i piwo byly glownym tematem nadwolzanskiego wieczoru. Nie uniknelismy tez spiec, ktore w roznym natezeniu pojawiaja sie od poczatku wyjazdu. Poszlo o roznice osobowisci kierowcow i wynikajce z nich roznice koncepcji dotyczacych samochodowego etapu wyprawy. Darek woli jezdzic dluzej, takze w nocy i dawac sobie maksymalny wycisk. Mirek woli bardziej regularna jazde, spanie na ziemi a nie w samochodzie. Obu doskwieral brak poczucia swobody i niezaleznosci, gdyz staralismy poruszac sie razem - czekac na druga maszyne, jesc wspolnie posilki i razem przekraczac granice. W praktyce okazalo sie, ze chlopakow dzieli tyle przyzwyczajen i pogladow na temat jazdy samochodem, ze wspolna podroz jest dla nich meczarnia. W zwiazku z tym, po dlugich dyskusjach i rozwazaniu roznych mozliwosci, postanowilismy nastepnego dnia rozdzielic sie i jechac osobno. Przed osiagnieciem Afganistanu mielismy spotkac sie jedynie w kilku kluczowych miejscach, by w razie awarii udzelic sobie wzajemnej pomocy. Rzeczywistosc postanowila jednak inaczej. W poniedzialek jechalo nam sie znacznie lepiej niz w poprzednich dniach, gdyz kazdy poruszal sie wlasnym tempie. Mimo to udalo nam spotkac kilka razy na trasie - a to Mirka zatrzymala policja, a to zjechalismy w tym samym miejscu na kawe i ciastko, a to o tej samej porze dotarlismy na granice kazachska. Ta zreszta okazala sie zupelnie bez problemowa. Znajac, rozumiejac i pochwalajac lokalne zwyczaje mowiace, ze gosc winien zawsze miec przy sobie drobny upominek dla gospodarza, szczegolnie jesli obaj nie widzieli sie od dawna, na pytanie pogranicznika o bol brzucha odpowiedzielismy czterema torebkami Smecty. Celnicy natomiast wraz z pytaniem "a macie dla mnie podarek?" pozostawili inicjatywe w naszych rekach. W ten sposob stali sie posiadaczami kilku czerwonych kaszkietowek, w ktorych zaczeli od razu dumnie paradowac po przejsciu. Kiedy starozytnej etykiecie stalo sie zadosc, kiedy juz wykupilismy ubezpieczenia na auta i wypelnilismy dokumenty celne moglismy spokojnie wjechac do Kazachstanu. Tereny, przez ktore przyszlo nam sie poruszac byly zaskakujaco zielone. Rozlewiska, male jeziorka, kanaly i male rzeczki przeplataly sie wsrod morkadel i nielicznych suchych wyzynek, na ktorych z reguly lokowaly sie male wioski i cmentarze. Wsrod tego wszystkie krecily sie bezczelne krowy, ktore chyba zbyt duzo naogladaly sie w National Geographic i byly zdania, ze moga nosic sie w Kazachstanie z taka sama godnoscia jak ich indyjskie odpowiedniki. Przejawialo sie to glownie powolnym, niefrasobliwym, a czasem wrecz ostentacyjnym spacerowaniem po jezdni. Blogich wedrowek nie byly w stanie przerwac nawet klaksony naszych aut. Co sie tyczy wiosek stanowily one ciekawe polaczenie wzorcow wschodnich i zachodnich. Te pierwsze przejawialy sie w rodzaju glownego budulca - wypalanej na sloncu gliny. Wzroce bardziej europejskie czy raczej rosyjskie przejawialy sie prostokatnymi ksztaltami domow, dwuspadowymi azbestowymi dachami oraz duzymi oknami z okiennicami. Mowiac prosto - byly to zwykle domy jakich pelno w kazdej europejskiej wsi zbudowane z gliny zamiast z cegly. Ognisty wieczor przyszedł szybko, dajac nam okazje do nakrecenia kilku kiczowatych scen do filmu. Potem przyszly ciemnosci, w ktorych o maly wlos nie zderzylismy sie ze stadem koni, ktore nagle wybiegly na droge. A potem dopadla nas rzeczywistosc. Pojawil sie zgrzyt, swist i przerazenie. Kierujacy akurat autem Robert zjechal na pobocze. Darek, ktory wlasnie nie obudzil myslal, ze wjechalismy na tarke, ale proby kontynuowania jazdy okazaly sie niemozliwe. Silnik wyl na wysokich obrotach, a samochod stal w miejscu. Samochod krwawil. Z serca tylnego prawego kola ciekl cuchnacy olej. Polos tylnego mostka poruszla sie swobodnie bez zadnego kontaktu z piasta. Tylni naped byl rozwalony, a mocujace sruby sciete u nasady. Musialy poluzowac sie od wibracji na wyboistej drodze laczacej Astrachan z Atyrau, od ktorego dzielilo nas juz tylko 20 km. Plan minimum - dotarcia przed switem do granicy uzbeckiej lezacej jakies 600km na poludniowy-wschod, legl w gruzach. Wkurzenie. Zlosc. Niedowierzanie i szybkie tworzenie planu awaryjnego. Chlopcow z drugiego auta powiadomilismy natychmiast. Jak pozniej relacjinowali zawrocili z piskiem opon, gdyz znajdowali sie jakies 40 km od nas. Kiedy pedzili w naszym kierunku Darek zdazyl wyjac polos, zakleic dziure jaka po niej pozostala w moscie i przelaczyc naped na przednie kola. Powoli ruszylismy przed siebie. Mielismy nadzieje, ze chlopcy zobacza nas jadacych z naprzeciwka i zatrzymaja sie. Pedzili jednak tak szybko, ze ledwie migneli nam przed oczami, a my oszolomieni i zagubieni ani sie nie zatrzymalismy ani nie mrugnelismy swiatlami ani nie wlaczylismy nagle awaryjnych. Nie udalo nam sie takze polaczyc przez komorke, wiec tylko wyslalismy im smsy z infomracja o tym, ze wlasnie kolo nich przejechalismy. To zaniedbanie komunikacyjne stalo sie pozniej, gdy wreszcie sie spotkalismy, powodem wielu nieprzyjemnosci, gdyz pedzacy nam na pomoc chlopcy poczuli sie oszukani i wystrychnieci na dudka. Nie obeszlo sie bez ostrych slow i rzucania miesem, ale gdy opadla temperatura, a my przyznalismy sie do bledow, razem wzielismy sie do wymyslania sposobu na uratowanie auta i dotarcie do Afganistanu na czas. Marta, wspomagajaca nas z Polski partnerka Kierza, bardzo przytomnie przeslala nam kontakty do polskich ksiezy z Atyrau. Postanowilismy skorzystac z ich pomocy, gdy tylko nastanie ranek. Byl to bardzo dobry pomysl. Z samego rana odebral nas z jednej ze stacji benzynowej ksiadz Piotr Klauza, ktory wraz z biskupem dr Januszem Kaleta przyjal nas serdecznie w swojej parafii i mimo wielkiego swieta - urodzin prezydenta Kazachstanu Nazarbajewa - udzieli nam pomocy logistyczno- transportowo-zywieniowej (jak zwykle nie dojadamy, wiec kazde darmowe pozywienie jest bardziej niz porzadane). Jednoczesnie rozpoczelismy internetowe konsultacje z mechanikiem, ktory przygotowywal maszyne Darka do drogi - Tomkiem Traskiewiczem (www.trasek.com.pl) - i udalo nam sie ustalic optymalny plan dzialania. Zamienilismy kilka srub tu i tam, udalismy sie na bazar, wykradlismy z kilku bezpanskich aut niepotrzebne nikomu czesci i o 18 czasu lokalnego auto bylo gotowe do dalszej drogi. Wyjechalismy o 20 z zamiarem osiagniecia granicy Uzbekistanu w ciagu 9-10 godzin. Tam czekał na nas jeden z trudniejszych odcinkow - przejazd przez 380km stepu po pozbawionej asfaltu drodze. Ze wzgledu na wymagajacy teren i brak osad po drodze zdecydowalismy sie pokonac go w dwa samochody, po czym ponownie rozdzielic sie by jedna ekipa ruszyla z kopyta ku stolicy Tadzykistanu - Duszanbe - by zalatwic brakuje pozwolenia, wizy, dokupic jedzenie i przywitac druzyne samolociarzy, a druga ekipa w swoim tempie podazala z przyczepka pelna sprzetu wszelakiego do Afganistanu.
Biwak nad Wolga i zatoczka kapieli naszych
Most w Krasnym Jarze przy granicy rosyjsko-kazachskiej
Samochody o wchodzie slonca
Baza wyprawy Afganistan 2010, góry Ak Su, wschodnie rubieże Korytarza Wachańskiego. Wtorek 27.07.2010.
W poniedziałek 26 lipca miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie, o którym zapomnieliśmy poinformować. Mirosław Łabuz prawie wszedł na dziewiczy wierzchołek o wysokości 5613 metrów. Prawie, gdyż stwierdził, że wierzchołek zostawi dla tych, którym bardziej niż jemu na zdobywaniu zależy. By szczyt uczynić bardziej atrakcyjnym na jednym z przedwierzchołków pozostawił opakowanie ciastek HIT. Wieść krótkofalowa niesie, że o wejście na ten słodki szczyt połasi się Ela Kamińska (KW Warszawa) zaraz po tym, jak wraz ze Sławkiem Korytkowskim (KW Warszawa) zakończy akcję na górze o wysokości około 5446 metrów. Owo wspólne szczytowanie zaplanowano na środę 28 lipca, a zdobycie szczytu z ciastkiem na 29 lipca.
Także w poniedziałek do samotnej walki wyruszył Jakub Gajda, który ma w planach zrobienie trawersu szczytu o wysokości 5142 oraz jego sąsiada o wysokości około 5300 metrów. Kuba wyszedł z bazy w poniedziałek 26 lipca, a swój powrót zaplanował na środowy wieczór 28 lipca.
W górach przebywa obecnie także zespół Jacek Kierzkowski, Tomek Klimczak i Maciek Ostrowski (wszyscy KW Warszawa). W planach na środę 28 lipca ma wytyczenie ambitnej drogi na liczącej około 800 metrów północno-wschodniej ścianie dziewiczego wierzchołka oznaczonego na mapach kotą 5625 metrów.
Późnym popołudniem we wtorek 27 lipca do bazy powrócił Michał Karbowski (KW Warszawa) oraz Rafał Sieradzki po zakończonym sukcesem wejściu (wraz ze Sławkiem Korytkowskim) na pik oznaczony na mapie kotą o wysokości 5711 metrów. Wierzchołkowi, którego wysokość według GPS wyniosła 5735 metrów nadano nazwę Kohe xxxx (Szczytu Trzch Gracji), a drogę ochrzczono mianem yyyy. Chłopcy minęli się w drodze do bazy z Piotrem Kłosowiczem (KW Warszawa, SKPB Warszawa) oraz Tomkiem Rojkiem, którzy wyszli w góry z zamiarem przejścia Smoczej Grani (około 5300 metrów wysokości, 6 km długości) oraz zdobycia słabo zaznaczonego na mapie śnieżno-lodowego szczytu o wysokości prawdopodobnie lekko przekraczającej 5600 metrów.
Sławek oraz Ela Kamińska udali się pod szczyt liczący około 5450 m n.p.m, na który jak się nie załamie pogoda wejdą 28.07.10
W bazie oprócz Karbowskiego i Sieradzkiego przebywają obecnie: Justyna Leszczuk (SKPB Warszawa), Mirosław Łabuz obraz Bartek Tofel (KW Warszawa).
Pogoda w górach Ak Su uległa pogorszeniu. Wzrosła temperatura i pojawiły się chmury deszczowe, z których póki w bazie pada deszcz, a wysoko w górach śnieg i śnieg z deszczem.
Pierwsze sukcesy i pierwsze klęski wyprawy Afganistan 2010 przeszły już do historii. Bez strat w ludziach zdobyto kilka dziewiczych szczytów.
Dobra i stabilna pogoda to jeden z większych atutów Gór Ak Su, w których obecnie działamy. Tak przynajmniej twierdzą dane statystyczne z okresu sowieckiej okupacji, gdyż zmysły mówią mi od trzech dni coś zupełnie przeciwnego. Tatrzański deszcz na przemian ze ciężkim śniegiem pada praktycznie nieprzerwanie, z moreny lodowca co chwila spadają nowe lawiny kamienne, a poziom wody w pobliskim strumienia niebezpiecznie przybiera z każdą kroplą wody. Niedługo będziemy poruszać się wyłącznie w kaskach i strojach kąpielowych…
Deszcz podobno zaczął padać od 28 lipca, ale wyglądając z namiotu ciężko w to uwierzyć. Starzy ludzie opowiadają, że wcześniej pogoda była znacznie lepsza. Na błękitnym niebie wypasały się bogate stada białych cumulusów dając tak upragniony cień (gdyż słońce na wysokości 4500 metrów potrafi nieźle dać w kość), a góry spoglądały na małych ludzików z dużą dozą sympatii. Przez te pięć dni, które dzieliły pierwsze załamanie pogody (nastąpiło równo z przybyciem do bazy 21 lipca i trwało 2 dni) od drugiego wyprawie udało się osiągnąć jako-takie sukcesy. Zdenerwowało to chyba nieistniejącego kirgiskiego szamana, którego zaczynamy podejrzewać o celowe psucie pogody. Afgańscy Kirgizi to chciwy, mieszkający w jurtach naród, trudniący się nie tylko wypasaniem jaków i owiec, ale także drobnymi kradzieżami, uprowadzaniem koni należących do obcokrajowców oraz podawaniem cen z kosmosu. Jak twierdzi nasz komputer wydaje się to prawdopodobne, że uwięzili słońce licząc na to, że wykupimy je za dolary. Niestety jako, że tych mamy coraz mniej (ostatnio kupiliśmy od nich kilka kilogramów baraniny za $150) pozostaje nam jedynie czekać. A czekając przypomnijmy może sobie chwałę dni minionych.
Pierwsze sukcesy górskie to zasługa Jacka Kierzkowskiego i Tomka Klimczaka (obaj należą do KW Warszawa), którzy 23 lipca ustawili w cieniu wielkiego kamienia z podwieszonej dolinki mały czerwony namiot o nazwie Viper (ang. Żmija). Następnego dnia we wczesnych godzinach porannych wyruszyli z niego na drogę o różnicy wysokości około 600 metrów i po wspinaczce w stromych i sypkich śniegach (których kąt nachylenia dochodził do 70*) oraz odcinkach kruchej skały zdobyli dziewiczy wierzchołek o wysokości 5321 metrów. Dosyć kształtny szczyt ochrzcili nazwą Kohe Atram (Góra Atram) a drogę mianem „Proste rozwiązanie”. Od wyjścia z żmijowego siedliszcza, przez stanięcie na szczycie i powrót do owego czerwonego schronu minęło osiem godzin. Chłopcy okazali się pierwszymi od 32 lat Polakami, którym dane było wejść na szczyt jakiejkolwiek góry w Afganistanie.
W tym samym czasie na pobliskim szczycie o wysokości 5711 metrów (według map Gensztabu ZSRR, którymi posługujemy się na wyprawie) działała Justyna Leszczuk, Maciek Ostrowski oraz ja. Zazdrośni o sukcesów kolegów daliśmy z siebie wiele, jeśli nie wszystko, lecz z powodu problemów zdrowotnych jednego z członków zespołu udało nam się wspiąć jedynie na przełęcz o wysokości około 5350 metrów, z której z kwaśnymi minami, musieliśmy zawrócić. Przełęcz dosyć przewrotnie i złośliwie ochrzciliśmy mianem… Przełęczy Toaletowej (w używanym w Afganistanie języku dari - Kotale Tasznob).
Wierzchołek, który nas odrzucił udało się szczęśliwie zdobyć dwa dni później, 26 lipca, trzem kolegom – Michałowi Karbowskiemu, Sławkowi Korytkowskiemu (obaj z KW Warszawa) oraz naszemu operatorowi filmowemu Rafałowi Sieradzkiemu. Chłopcy wyszli z namiotu leżącego u podstawy ściany po 00:30 rano, na szczycie stanęli ok. 9:15 czasu polskiego, a w namiocie byli z powrotem dopiero około 16. Wszystko za sprawą głębokiego śniegu, w którym zapadali się a to po kolano, a to po szyję, a to po udo. I tak co dziesięć – dwadzieścia kroków na przestrzeni kilku kilometrów, z kilkunastokilogramowymi plecakami na wysokości nieco ponad 5000 metrów nad poziomem morza. Piękną, ale niewdzięczną górę po przypełznięciu do namiotu ochrzcili na cześć swych byłych, obecnych lub przyszłych miłości mianem Kuh Se Zeboi (Szczyt Trzech Gracji).
W czasie, gdy chłopcy walczyli na śnieżnym szczycie, wszystkim osobom pozostałym w bazie sen z powiek spędzały losy innego zespołu. Piotr Kłosowicz (KW Warszawa i SKPB Warszawa) oraz Tomek Rojek przeżywali nie lada kłopoty na grani pozornie łatwego skalno-lodowego wierchu. Krótka, w zamysłach pięciogodzinna wycieczka na leżący w pobliżu bazy cel, zamieniła się w 38 godzinną walkę bez sprzętu biwakowego (kuchenki, namiotu, śpiworów czy jedzenia) łączącą w sobie zarówno próby ujścia z życiem spod dwóch lawin (w tym jednej kamiennej) oraz przeżycia noclegu na wysokości około 5300 metrów. Ostatecznie chłopakom udało się nie tylko przetrwać, ale i zdobyć krąbrny wierzchołek Bordze Polandi (Polskiej Baszty, jak ochrzcili złośliwca) liczący 5566 metrów. Do bazy wrócili wieczorem 25 lipca nieco zmęczeni, wychudzeni i przestraszeni, ale szczęśliwi.
I na tym, nie licząc samotnego prawie wejścia na liczący 5613 metrów szczyt w wykonaniu Mirka Łabuza zakończyły się dotychczasowe świetliste sukcesy wyprawy. Mirek zatrzymał się 11 metrów przed wierzchołkiem zostawiając szczyt wraz pudełkiem ciastek HIT (rzadki to rarytas na afgańskim końcu świata!) dla kogoś, komu bardziej niż jemu zależy na zdobywaniu i podbijaniu dziewiczych fragmentów planety.
Nastały dni szarości i smutku. Nastał 28 lipca. Piotrek i Tomek, którzy wyruszyli w góry musieli wrócić do bazy kolejnego dnia z powodu bardzo silnego zatrucia pokarmowego. Ela Kamińska (KW Warszawa) i Sławek Korytkowski przed odwrotem przesiedzieli dwa dni w żołądku maleńkiej Żmiji ukrytym pod ścianą, z której co chwila waliły lawiny z mokrego śniegu lub obluzowanych kamieni. Tomek Klimczak i Maciek Ostrowski przez pół nocy walczyli w 800 metrowej ścianie w zacinającym śniegu, by po zrobieniu drogi i osiągnięciu przełęczy w grani zrezygnować z bardzo bliskiego już szczytu o wysokości 5625 metrów. W ostatniej chwili wycofali się do leżącego w dole maleńkiego czerwonego namiotu by ratować życie, a i tak po drodze zagarnęły ich dwie śnieżne lawiny.
I tym sposobem stała się rzecz niemożliwa od początku wyprawy – w jednym momencie w bazie znaleźli się wszyscy uczestnicy. Siedzą teraz i gniją w wilgotnej atmosferze, a „Baza Ludzi z Mgły” (jak ostatnio ochrzciliśmy miejsce naszego spoczynku) stała się świadkiem nieustającej rozpusty kulinarnej, wyzywania pogody od najgorszych, ciskania w pobliską łachę śniegu wielkimi kamieniami, opowiadania strasznych głupot, intensywnego samokształcenia (ceny książek osiągnęły poziom nieobserwowany w Afganistanie od stuleci) i innych działań zabijających nudę i deszcz.
W chwili obecnej, dnia pańskiego 30 lipca, wszyscy marzą tylko o dwóch rzeczach – poprawie pogody (musimy opuścić bazę najpóźniej 5 sierpnia) lub dużej dawce opium (od którego uzależnionych jest wielu chciwych Kirgizów). Jako, że na to pierwsze nie mamy wielkiego wpływu (szaman jest złośliwy, a dolarów w kasie niewiele) lada chwila z bazy wyruszy ekspedycja z celem zrealizowania tego drugiego marzenia. Oprócz celów czysto hedonistycznych ta grupa degeneratów zbierze także dane epidemiologiczne (celem dostarczenia za rok dobrze ukierunkowanej pomocy medycznej), zakupi kilka rekwizytów dla Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie oraz postara się jak najlepiej udokumentować życie chciwych, a wrednych Kirgizów, na filmie i zdjęciach. By prawdzie stało się zadość wasz korespondent wejdzie w jej skład i wszystko dokładnie opisze. Trzymajcie kciuku za pogodę i do usłyszenia za tydzień!
Bartek Tofel
Z ostatniej chwili:
Rankiem 1 sierpnia (czyli dziś) nad obozem zaświeciło słońce! Panuje wielkie poruszenie. Wszyscy wylegli z namiotów by przesuszyć zawilgotniałe i podgniwające rzeczy. Odważniejsi (tylko kobiety są do tego zdolne) postanowili umyć włosy. Ale przede wszystkim panuje nastrój planowania najbliszych akcji górskich. Wiadomo, że czasu pozostało niewiele, dla niektórych to ostatnia szansa na zdobycie dziewiczego wierzchołka. Oczywiście aby warunki były odpowiednie i śnieg przyjął bezpieczną formę potrzeba dłuższego działania promieni słonecznych, ale już dziś większość zespołów udaje się w pobliże swoich celów aby w wysunietych bazach obserwować warunki i być gotowym do ataku szczytowego.
Z nieoficjalnych jeszcze ustaleń wynika, że zespoły będą atakować następujące cele:
1. Piotr Kłosowicz, Tomasz Rojek - przejście granią smoczego grzebietu ze zdobyciem szczytu o wysokości ok. 5500 m n.p.m.
2. Tomek Klimczak, Maciek Osttrowski - zdobycie szczytu 5625 m z którego musieli uprzednio zrobić odwrót przez diretissimę - środkiem północno-wsch. ściany.
3. Sławek Korytkowski, Ela Kamińska, Jacek Kierzkowski, Rafał Sieradzki - zdobycie szczytu 5450 m n.p.m. na krańcu lodowca (spod którego pogoda wygnała wcześneij Elę i Sławka)
W bazie na nasłuchu zostają Karpiu i Mirmił.
Trzymajcie kciuki za powodzenie i bezpieczeństwo akcji.
Rafał Sieradzki
04.08.2010
Ostatni dzień w bazie...wszyscy już się pakują. Z gór schodzą jeszcze Ela Kamińska i Rafał Sieradzki. Wczoraj próbowali zdobyć szczyt ale niestety zapadające ciemności i bardzo trudne warunki śniegowe zmusiły ich do odwrotu. Dzisiaj o 8 rano informowali przez radio, że będą w bazie około 14.
Ostatnie dni były intensywnie wykorzystane w eksploracji gór. Tomek Rojek i Piotr Kłosowicz (KW Warszawa) przeszli dwie piękne połączone granie zdobywając dwa szczyty (jeden dwu wierzchołkowy) o wysokości 5211 m oraz wierzchołek wschodni 5550 m i 5560 m. Cała akcja zajęła 25 godzin.
01.08.2010 dwa zespoły w składzie Ela Kamińska (KW Warszawa), Sławek Korytkowski (KW Warszawa) oraz Jacek Kierzkowski (KW Warszawa) i Rafał Sieradzki o 20:30 wyruszyli pod szczyt, który wg. radzieckich map ma wysokość 5420 m. Rano po noclegu 02.08.2010 w bardzo trudnych warunkach śniegowych(stromizna stoku około 60-70 stopniu) mimo pięknego słońca dotarliśmy na wysokość 5390 m gdzie utknęli na dobre. Najlżejsza Ela próbowała jeszcze walczyć ale półgodzinna mordęga w sypkim śniegu i tylko 15 m drogi uświadomiła nam, że w tych warunkach wejście na szczyt (zostało około 100m) jest bez szans. Musieliśmy się wycofać. Zresztą wejście na wysokość 5390 też kosztowało nas dużo sił. Zapadaliśmy się po pas nie mając żadnego oparcia dla nóg czy rąk. Momentami wyglądało to jak próby płynięcia kraulem. Techniki stosowane, żeby się nie zapadać były przeróżne z przewagą jednej – czekan, łokieć, biodro, kolano, stopa na żabkę i zaklęcia może teraz wytrzyma…Sławek wpadł do szczeliny między serakami ukrytymi pod sypkim śniegiem. Wisiał oparty na plecaku z nogami w powietrzu. Próby wyjścia kończyły się głębszym zapadaniem. Na szczęście, po którymś z kolei uderzeniu dziaba spotkała się z twardym serakiem udało się mu wydostać. Najtrudniej miał Rafał – najcięższy z nas (oczywiście bez przesady). Umordował się chłopak strasznie. Co krok to zjeżdżał niżej nie mając punktu zaczepienia. Jacek asekurował go z ciała, potem pomogła mu Ela bo Rafał ciągnął go w dół a na koniec musieliśmy założyć stanowisko ze śrub w rozsypującym się seraku. W końcu jakoś wyszedł na śnieżną półkę.
Tomek Klimczak (KW Warszawa) i Maciek Ostrowski (KW Warszawa) 01.02.2010 wyruszyli o godzinie 23:50 na lekko (bez namiotu, śpiworów) na szczyt liczący 5625 m.
Około 3 nad ranem wbili się w ścianę. Próbowali poprowadzić trudną(V) i długą drogę. Do zdobycia wierzchołka zabrakło około 50 m. Powodem odwrotu były bardzo trudne warunki śniegowe(bardzo ciężki, zapadający się śnieg na dużym nastromieniu) oraz krucha skała. Sytuacja zagrażała ich życiu i w związku z tym podjęli decyzję o odwrocie - po 21 godzinach byli w bazie.
Dzisiejszego(04.08) ranka słońce wygoniło wszystkich z namiotów. Czuć atmosferę oczekiwania na powrót. Jutro mają się pojawić Kirgizi ze zwierzętami do karawany ale okazało się, że jutro to oni dopiero wracają z wesela…”samolociarze” są trochę zaniepokojeni czy zdążą na samolot z Duszanbe. Czeka nas przecież przeszło 100 km powrotnej karawany co zajmie nam około 5-6 dni. A potem jeszcze jazda dwoma jeepami w 13 osób przez coś co trudno nazwać drogami. Nic to…jakoś sobie poradzimy.
Powoli kończy się jedzenie. Tylko limfy jakoś się ostały w dużej ilości ale niestety niektórzy z nas na sam ich widok dostają odruchów wymiotnych. Na szczęście mamy obiecany chleb u Kirgizów…