Published on niedziela, 28 lutego 2010 13:29
Zanim jednak rozpoczalem podejscie na szczyt, jeszcze tego samego popoludnia postanowilem pochodzic waskimi, kamienistymi sciezkami wsrod bujnych, soczyscie zielonych plantacji herbaty. Jest ich pelno wokol Dalhouse. Wystarczy skrecic w pierwsza lepsza sciezke odchodzaca od glownej, drogi i po kilku minutach mozna juz 'brodzic' w niekonczacej sie gestwinie herbacianych krzewow. Dodatkowo promienie zachodzacego slonca, nadawaly plantacjom sliczna barwe i w tym swietle faliste zbocza porosniete herbata, wydawaly sie byc jeszcze bardziej... faliste.
Tego dnia mialem szczescie, gdyz na jednym ze zboczy napotkalem kilkanascie kobiet, ktore zbieraly liscie herbaciane. Wszystkie te panie byly bardzo kolorowo ubrane w przerozne sari, mialy roznokolorowe chusty na glowach i wielkie worki na plecach, do ktorych wrzucaly liscie herbaty. Ich kolorowy ubior i bardzo ciemna karnacja swietnie kontrastowaly z intensywnie zielona barwa krzewow. Ot taki tradycyjny, 'pocztowkowy' widok ze Sri Lanki.
Zaglebienie przypominajace odbicie ludzkiej stopy nie jest jedynym celem wizyty na Szczycie Adama (2234m. npm). Innym powodem jest chec podziwiania fantastycznego wschodu slonca na wierzcholku. Szlak z Dalhouse na szczyt liczy okolo 7 kilometrow. Aby zdazyc na wschod slonca, trzeba wyjsc miedzy godzina 2 a 3 nad ranem. Tak tez zrobilem. Poczatkowo szlak wiedzie wzdluz doliny potoku, jest w miare lagodny i nic nie zapowiada dalszych trudnosci. Az w pewnym momencie, tuz za niewielkim mostkiem, zaczynaja sie schody: doslownie i w przenosni :) Szlak zaczyna wspinac sie stromo wlasciwymi juz stokami kopuly szczytowej, schody sa coraz stromsze i wydaja sie nie miec konca. Podobno calkowita liczba schodow jakie trzeba pokonac w drodze na szczyt liczy miedzy 5 a 6 tysiecy! W najbadziej popularnym okresie pielgrzymkowym (od grudnia do maja), szlak na calej dlugosci jest oswietlony latarniami. W nocy wyglada on jak waz wijacy sie ku wierzcholkowi. Im wyzej tym jest coraz zimniej. Na wszelki wypadek wzialem z soba czapke i rekawiczki. Dobrze zrobilem, bo ta ciepla odziez przydala sie tuz przed szczytem. Na ostatnim etapie podejscia, szlak jest juz tak stromy, ze schody sa podzielone wzdluz metalowymi barierkami (po jednej stronie ludzie wchodzacy, po drugiej - schodzacy). Wszystko po to, aby zachowac choc niewielki porzadek i aby ludzi nie powpadali na siebie nawzajem. Szczegolnie, ze na szczyt wychodza osoby w kazdym przedziale wiekowym, posiadajacy roznice w kondycji fizycznej :)
Ostatecznie, po okolo 3 godzinach intensywnego marszu i walki ze schodami, dotarlem na szczyt. Bylo jeszcze zupelnie ciemno, ale jednoczesnie tloczno. Kazdy probowal zajac jak najbardziej dogodne miejsce do obserwacji wschodu slonca. Robilo sie coraz jasniej, niebo przyjmowalo barwy od zoltej, przez pomaranczowa, az po malinowa. Wreszcie, gdy pierwsze promienie wschodzacego slonca oswietlily wierzcholek, mozna bylo uslyszec typowy pomruk zachwytu wsrod tlumu pielgrzymow. Na wschod od masywu Adam's Peak rysowaly sie liczne pasma gorskie, poprzecinane glebokimi dolinami, w ktorych o tej porze dnia stagnowaly geste mgly. Z kolei w kierunku zachodnim, zbocza opadaly stromo ku rozleglym nizinom i brzegom oceanu. Podobno, gdy powietrze jest przejrzyste, widac ze szczytu swiatla Colombo (65 km na zachod). Tego dnia na zachodzie bylo sporo chmur i mgiel. Moze i dobrze, bo dzieki temu mozna bylo zaobserowac inne, ciekawe zjawisko. Mianowicie sam wierzcholek, oswietlony od wschodu przez ostre slonce, rzucal na zachodzie swoj cien o idealnie trojkatnym, piramidalnym ksztalcie. Po krotkiej sesji fotograficznej, zaczalem szybkie zesjcie w dol. Z powrotem szedlem juz o wiele szybciej i po nieco ponad godzinie marszu bylem juz na samym dole.
Po szybkim sniadaniu, wsiadlem w powrotny autobus do Hatton. Stamtad chcialem jechac docelowo do Nuwara Eliya, jednak pomiedzy tymi dwoma miejscowosciami znajduja sie dwa ladne wodospady, ktore postanowilem zobaczyc. W tym celu pojechalem do pierwszej wioski za Hatton. Tam zostawilem duzy plecak w jakims przydroznym sklepie i postanowilem zwiedzic okolice pieszo. Zaraz za wioska, po drugiej stronie bardzo glebokiej doliny, ukazal sie pierwszy z dwoch wodospadow - Devon. Spada on z hukiem z wysokiego urwiska skalnego wprost w doline, pelna krzewow herbacianych. Kolejny z wodospadow - Saint Claire - znajduje sie okolo 2 kilometry dalej. Udalem sie tam pieszo, idac glowna droga. Caly czas szedlem wsrod licznych plantacji herbaty. Praktycznie wszystkie okoliczne plantacje maja kolonialne, typowo brytyjskie nazwy np: St. Claire, Norton, Castlereagh czy Edinburgh. Po pokonaniu kilku serpentyn drogowych, dotarlem w miejsce, z ktorego swietnie widac wodospad St. Claire. Jest to trzykaskadowy, szeroki wodospad otoczony przez bujne, trawiaste stoki gorskie. Po nacieszeniu oczu tymi pieknymi widokami, wrocilem, aby odebrac moj plecak ze sklepu i kolejnym autobusem pojechalem do Nuwara Eliya. Miejscowosc ta lezy na wysokosci okolo 1900m npm i jest jedna z najwyzej polozonych na Sri Lance. Wieczory i poranki sa tam przenikliwie chlodne. W samej miejscowosci nie ma wiele ciekawych obiektow i sluzy ona glownie jako baza noclegowa dla wielu turystow przemierzajacych gorskie rejony kraju. Na uwage zasluguje w Nuwara Eliya jedynie kilka starych, kolonialnych rezydencji, zbudowanych w typowo brytyjskim stylu. W wiekszosci z nich mieszcza sie teraz roznego rodzaju hotele i guest housy. Zaraz za miastem wznosi sie najwyzszy szczyt Sri Lanki o wdziecznej nazwie Pidurutalagala (2524m npm). Jest on bardzo latwo dostepny na piechote i pewnie bylby celem dla wielu turystow, gdyby nie to, ze na szczycie stoi glowny przekaznik telewizyjny w kraju. Dlatego tez, jako obiekt strategiczny, wierzcholek ten jest niedostepny dla osob postronnych.
Nastepnego dnia, po porzadnym wyspaniu sie, kontynuowalem moja wloczege wsrod wzgorz Sri Lanki. Tym razem pojechalem do Haputale, rowniez calkiem wysoko polozonej miejscowosci (1400m npm). Jeszcze tego samego dnia postanowilem zobaczyc trzeci co do wysokosci wodospad w kraju. Nazywa sie on Diyaluma, ma 171 metrow wysokosci i znajduje sie kilkanscie kilometrow od Haputale. Spada on z bardzo wysokiego uriwska skalnego. Niestety, rzeka zasilajaca ten wodospad nie byla tym razem obfita w wode, ale pomimo tego, zrobil on spore wrazenie.
Okolica Haputale obfituje w wodospady i nazajutrz (25 lutego) pojechalem odwiedzic najwyzszy wodospad Sri Lanki o nazwie Bambarakanda. Ostatnie 5 kilometrow pod wodospad pokonalem stroma, kreta droga wsrod pieknej gorskiej scenerii idac gleboka dolina. Wodospad ten spada z Plaskowyzu Horton z wysokosci 240 metrow! Jednak, podobnie jak Wodospad Diyaluma, ten takze nie byl zbyt obfity w wode. Wrocilem wiec do Haputale i po sniadaniu, pojechalem do Dambatenne - 11 kilometrow dalej. Jest to mala wioska polozona w gorach, tonaca w plantacjach herbaty. Slawe przynosi jej lokalna fabryka herbaty, ktora zostala zalozona w 1890 roku przez niejakiego Sir Thomasa Liptona - prawdopodobnie najbardziej znana postac przemyslu herbacianego. Fabryka dziala do tej pory i jest udostepniona do zwiedzania dla turystow. Mily przewodnik oprowadzil mnie po fabryce, pokazal wiele maszyn i metod produkcji herbaty oraz probowal wytlumaczyc wiele zawilosci. Probowal, gdyz duza jego wada, byl silny, slabo rozumialy akcent i to, ze wymawial slowa z predkoscia karabinu maszynowego... Prosby o wyraznie, wolne powtorzenie niewiele dawaly, gdyz ten czlowiek zdawal sie nie znac takich pojec, jak: powoli i wyraznie. Szkoda. W kazdym razie dowiedzialem sie, ze kazda kobieta zbierajaca liscie herbaty na plantacji, przynosi codziennie do fabryki miedzy 15 a 18 kg lisci i z 1 kg tychze lisci (po calym procesie obrobki) wytwarza sie zwykle okolo 250 gramow suszu herbacianego - gotowego do zalania wrzatkiem. Zanim jednak powstanie susz, liscie sie sortuje i wrzuca do tzw. twistera, ktory nadaje im odpowiedni ksztalt. Nastepnie liscie jada sobie na dlugiej tasmie i co chwile przejezdzaja przez roznego rodzaju nozyce, noze, automatyczne tasaki, sita i inne urzadzenia tnace i segregujace. Wszystko to jest prawie w calosci zautomatyzowane. Na koniec otrzymuje sie substancje przypominajaca cos w rodzaju mokrej papki z lisci herbacianych. Przypomina to troche zmielony szpinak lub szczaw i nawet pachnie podobnie. Taka papke, na specjalnych, wielkich tacach wrzuca sie do pieca, gdzie poddaje sie ja dzialaniu wysokiej temperatury. W ten sposob otrzymuje sie granulkowaty susz herbaciany, ktory rowniez jest poddawany dalszej obrobce, az do uzyskania herbacianego mialu. Do suszu i mialu dodaje sie rozne substancje smakowe, pakuje sie w wielkie worki i eksportuje na caly swiat. Okolo 60% idzie na rynek europejski, reszta do obu Ameryk, Australii i krajow azjatyckich.
Nastepnego dnia zdecydowalem sie na podroz lokalna koleja. Pociag mial odjechac tuz po godzinie 5 rano, jednak jechal az z Colombo (okolo 200 km), wiec mial godzine opoznienia. Nie zdziwilo mnie to specjalnie, a przy okazji mialem przedsmak podrozy kolejowych po Indiach :) Trasa z Haputale do Ella byla bardzo malownicza. Tory caly czas wily sie jak waz, po stromych stokach gorskich, przecinaly liczne plantacje herbaty, glebokie doliny gorskie (po wiaduktach) i gdzieniegdzie, tarasy ryzowe. Co chwile mial miejsce przystanek na malych, sennych stacjach kolejowych. Pociag ten mial nazwe Night Mail i mial tyle wagonow, ze zwykle nie miescil sie na cala dlugosc wzdluz peronu. Do pelni szczescia brakowalo tylko zabytkowej ciuchci z kominem i piecem na wegiel, ale i tak ta krotka podroz byla dosc ciekawa. Po dotarciu do Ella, postanowilem pojsc na spacer na popularny punkt widokowy, nazywany przez miejscowych Little Adam's Peak. To chyba tylko ze wzgledu na kilkadziesiat schodow prowadzacych na sam wierzcholek. Ze szczytu widoki byly przednie! Bardzo gleboka dolina gorska pode mna, na przeciwko, zalesiony klif o nazwie Ella Rock, a na poludniu rozlegle rowniny prowadzace do oceanu. Dalsza czesc dnia poswiecilem na calkowity relaks, leniuchowalem i nie robilem absolutnie nic.
Dzis wyjechalem z Ella o swicie i wiekszosc dnia spedzilem na twardych siedzeniach lokalnych autobusow. Niektore z nch byly tak zatloczone, ze czulem sie jak stloczona, spocona sardynka w puszce. Niektorzy ludzie doslownie wisieli na schodach i w drzwiach trzymajac sie (czasem jedna reka) koncowki jakiejs poreczy. W ten oto sposob, za pomoca 5 autobusow, przesiadajac sie czterokrotnie, dotarlem na poludniowe wybrzeze Sri Lanki, do spokojnej miejscowosci wypoczynkowej o nazwie Unawatuna. Jest tu ladna plaza w spokojnej zatoce z knajpami schodzacymi do samego morza, liczne hotele o przeroznym standardzie i sielska atmosfera. Chce tu spedzic prawie dwa dni i odpoczac porzadnie. Pozniej przemieszcze sie nieco blizej Colombo i jedynego miedzynarodowego portu lotniczego, z ktorego 3 marca odlece do Indii.
Pozdrawiam, Darek
Dodaj komentarz
Komentarze
Powodzenia i przede wszystkim duzo siły psychicznej na Indie:)
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.