Im wyżej na północ tym temperatura w marcu była coraz bardziej odczuwalna a po ostatniej chorobie nasze organizmy różnie reagowały na stawiane przez nas wymagania.
Szybko, zmieniło się na powoli, chęć zobaczenia więcej- na „w cieniu jest równie przyjemnie” ... :)
Musimy wyciągać nogi, by zdążyć przed zachodem słońca, wiatr zasypuje ślady opon, nie chcemy zgubić drogi
( nie trzeba wspominać, że pas ziemi niczyjej między Saharą a Mauretanią zaminowany!)
Na horyzoncie flagi Maroka, jeszcze 2-3 kilometry! Kiedy dochodzimy, strażnicy wpuszczają nas mimo zamkniętych szlabanów..
W Hotelu du frontier zamawiamy tadżin, herbatkę...I co za spotkanie- Mohamed- znajomy kierowca- wita się z nami, jedzie do Agadiru.
Możemy się zabrać?
Pewnie, jeśli chcecie.
Chcemy, i to jak!
Czekanie wraz i na Mohameda nie opłaciło się jednak. A cała ta sytuacja spowodowała, że znaleźliśmy się całkowicie bez gotówki i możliwości ruszenia się z miejsca w którąkolwiek stronę.
Mohamed owszem jechał w stronę Agadiru, ale znowu oczekiwał na przepustkę z firmy, która miała przyjść faksem dnia następnego – przepustka jednak nie przyszła…
Ocenialiśmy ryzyko- być może stracimy ostatnie dirhamy na nocleg, nie będzie nas wtedy stać na taksówkę a inne pojazdy rzadko tutaj jeżdżą, najbliższy bankomat jest ok. 300 km stąd... jednak podjęcie takiej decyzji mogło się opłacać. 1200 kilometrów za free?
Druga noc spędziliśmy już nie w berberyjskim namiocie a w małym pomieszczeniu obok restauracji. Kolacją i herbatką poczęstował nas Tahib, manager hotelu, chwaląc islamską religię i nakaz gościnności, z czego byliśmy radzi, ale umiejąc liczyć, sądzimy, że jej jednak nie nadużył :)Za to dla nas było to dość krępujące...
Zaproponował nam również ... odzienie –nieźle musieliśmy wyglądać!
Rano od 9 czekaliśmy na kierowcę, który najpierw spał, potem jadł, potem nadal nic nie było wiadomo.
Było wiadomo za to, że jest problem z taksówkarzami- ktokolwiek zabierze im klientów, ten może zacząć się bać- taki to lokalny postrach, sądząc po relacjach Tahiba i Mohameda, którzy myśleli jak tu zaaranżować sytuację, by nie wyszło na jaw, że jedziemy razem ciężarówką.
Nie wiadomo więc ile prawdy jest w nie przychodzącej na czas akredytacji, a ile zwłoki wynikającej z nieprzemyślanej obietnicy.
Pożegnaliśmy się wiec wychodząc na drogę, którą od rana minęło może 5 samochodów. Myśląc o tym jak los jest przewrotny a ryzyko się nie opłaciło, karta jednak zechciała się odwrócić zsyłając na stację paliw dwóch Francuzów w Toyocie Landcruiser.
Gil- jeden z nich, na nasze pytanie, zareagował potokiem słów. W ciągu dwóch minut, kupił od innego kierowcy kanister ropy, której na stacji nagle brakło, wręczył nam 200 dirhamów na taksówkę, dowiedział się, że jednak to za mało byśmy skorzystali z tej niespotykanej darowizny –ta przyjemność kosztuje 500, popukał taksówkarzowi po głowie, zatankował auto, zabrał nasze bagaże i zanim coś zdążyliśmy powiedzieć, już zasuwaliśmy w stronę Dakhli. Po drodze okazało się, że Francuzi jadą dziś do Layoune...
No proszę, w osiem godzin pokonaliśmy 800 kilometrów, udało się tak gładko, mimo, że poranek wróżył śmiercią głodową na pustyni lub bytem na łasce i niełasce Muzułmanów ;)
