Z Moree station, niewielkiego ronda z kilkoma tablicami informacyjnymi i reklamami, biegnie główna droga tego już można mowic miasteczka. Mimo, że wygląda ono bardzo niepozornie, to liczba mieszkancow znacznie przekracza 15 tysiecy, a mowi sie nawet o 30 tysiacach. Nie byloby to dziwne, bo ludzi spotyka sie tutaj co krok, o kazdej porze dnia i nocy, zalatwiajacych sobie znane sprawy.
Wokol ronda stoja liczne stragany, sklepy, taksówki - te wraz z jednym badź dwoma tro-tro stanowią dowód na istnienie owej "station" w Moree. Stad można złapać transport na głowną drogę biegnącą do Cape Coast, największego miasta w poblizu, jak i do Akry - stolicy kraju.
Oprócz stacji, okolica ronda to największe skupisko sklepików - w lichych drewnianych budkach, chałupkach, straganów w postaci wyciosanego z drzewa stolika, czasem parasola i krzesełka, na którym zwykle sprzedawczyni może usiąść i wytrzymać cały upalny dzień. To tak zwany market, na którym można zaopatrzyć się we wszystko co w Moree jest dostępne ( rybki, kraby, warzywa, owoce, narzędzia, farby itp..)
Podążąmy w szarej otaczającej na atmosferze zmierzchu, ludzie spoglądają na nas zaskoczeni, co raz słyszymy dobrze nam znane "Obruni" - biały człowieku! -białasie! Rozpoznajemy niektóre budynki, poznajemy nowo wybudowane, przebudowane, dostawione, przemalowane. Jednym z nich jest bar-spot u Baraka Obamy - w rzeczywistości u Jessego Whitemana. Bar wydaje sie nie istnieć, nic o tym nie świadczy, obok trwa jakas budowa, nic juz nie wygląda jak zeszloroczny, przyjazny bar; ruszamy więc ku wzgórzu na którym mieszczą się pokoje dla wolontariuszy Fundacji Freespirit. Wzgórze nazywam SeaView od innego spotu, który również okazuje się już nie istnieć.
Zakwaterować pomaga się nam Amina, która jak zresztą wszyscy, którzy nas pamietają jest bardzo zaskoczona tymi nagłymi odwiedzinami.
FREESPIRIT HOUSE
Domki jakie fundacja wynajmuje dla potrzeb wolontariuszy, są w niezłym standardzie, ściany wymalowane na pogodny żółty kolor, a na zewnątrz dla kontrastu różowy. Na wyposażeniu sypialni jest wentylator, bez którego zasypianie tutaj jest niebagatelnie trudne. Łożka pietrowe, gąbkowe materace, stół, krzesła - jest wszystko czego potrzeba. Kąpiel w zewnętrznej budce nazywanej łazienką, a toaleta - toaleta to wychodek pełen niespodzianek, kryjących się w czarnej dziurze :)
Aklimatyzujemy się około 3 dni. Trudno, gdy dotrze się w takie miejsce, o wszystkim pamiętać, za wczasu zadbać, znaleźć wszystko co niezbędne. Pomagają nam niezliczone grupy dzieciaków, które odwiedzają nas każdego dnia. Pomagają przynieść wodę w 20 litrowych kanistrach po oleju roślinnym - zapomniałem jak to jest dźwigać takie ciężary - a są one spore, dodatkowo biorąc pod uwagę to, że schudło się nieco przemierzając kontynent, że dieta jest uboga, organizm słaby.
I teraz to co się odczuwa w swoich mięśniach, co mówią myśli, gdy ze zbiornikiem na karku człowiek spogląda na skalne podejście wznoszące się jak naturalne schody ku górze, na które trzeba wraz z ładunkiem wdrapać - raz po raz....aby wody nie zabrakło do kapieli, zmywania naczyń, prania.
I to wszystko nagle zderza się z obrazem 10 letniego dziecka, które czeka przy studni, podczas gdy jego koleżanka napełnia wiadrami kanistry - czeka chwili, gdy ktoś pomoże mu unieść zbiornik i połozyć na jego głowie, by wyprostowane z uśmiechem na twarzy ruszyło ku niebezpiecznie wznoszącym się stopniom, z kruchej, błyszczącej skały.
- Biały człowieku - dziecko mówi gestami - jesteś za słaby, jesteś naszym gościem-zaniesiemy wodę za ciebie!
Biały człowiek, nie potrafi odpowiedzieć w języku Fante, nie ma wyjścia podążą za dziećmi, po zboczu wzgórza do miejsca przeznaczenia. Pomaga zdjąć z przykucających dzieci ciężar, zauważa grymas na twarzach, pot, który leje się po policzkach, opływa powieki, nawilża usta. Mówi - dziękuję!
LIBRARY
Fundacja Freespirit prowadzi w Moree bibliotekę dla dzieci, jak i dla dorosłych, w której każdy może polepszać swój angielski i zdobywać wiedzę z wielu zagadnień. Niedawno biblioteka została przeniesiona do nowego miejsca i przygotowaniem jej do prawidłowego funkcjonowania, zajmujemy się następnego dnia naszego tutaj pobytu.
National Geographic
Jesteśmy drugi raz w Moree, ponownie pracując w bibliotece, i właśnie teraz przeglądając czasopisma, segregując je, wpadamy na artykuł, na którym przypadkowo otwiera sie National Geographic z 95 roku.
Artykuł dotyczy tematu, który kilkakrotnie obiegł świat i pozostał niesłyszalny- braku ryb i wykorzystywaniu wód przybrzeżnych Afryki, przez nielegalnie poławiające kutry z Europy, Azji.
Czy to nie dziwne, ze to własnie w Moree, które boryka się z tym problemem na co dzień?
WIARA CZYNI CUDA
Wiara czyni cuda- to przysłowie jest niesamowicie prawdziwe, ale można je rozumieć dwojako.
Przebywając w Moree, ma sie wrazenie jakby było ono wypisane gdzieś w przestworzu.
O ile wiele organizacji ma tutaj problemy ze zdobyciem ziemi, budową niewielkich budynków, w których prowadzi sie zajęcia szkolne, o ile szkoły prywatne, których tutaj kilka działa, ledwo sie utrzymują prowadząc swoje lekcje w obskurnych chatkach, skleconych prowizorycznie, czasem nawet nie zadaszonych. O ile prawie nikogo tutaj nie stac na dom, na środek lokomocji- bo nie tylko samochód, ale i rower czy łódkę - to o dziwo kościołów w miasteczku jest kilka naście, w tym olbrzymich budowli jest kilka, a kolejne właśnie się buduje.
Mimo, że są to światynie róznych wyznań, to jednak jednej religii- chrześcijańskiej. Poza nimi jest też kilka drobnych meczetów, z charakterystycznymi małymi wieżyczkami, zakończonymi półksiężycem.
To wszystko w miejscu, gdzie mieszka wielu potrzebujących pomocy ludzi. Pomocy także duchowej, ale czy ona jest lepsza w wielkiej świątyni?
Dodaj komentarz