Z Bolgatangi nasza droga wiedzie przez Tamale, nie ma innej opcji dotarcia na południe jak przez te stolice Polnocy. W Tamale glodni, docieramy na dworzec, który jest zarazem jednym wielkim marketem.
W niemiłosiernych warunkach, jak frytki w oleju – tak my we wlasnym pocie poszukujemy chwili wytchnienia, spokoju – po to by zebrac mysli, zdecydowac co dalej, jaka droga jechac . . . po zaspokojeniu potrzeby wypoczynku i posiłku, decydujemy się na kierunek Salaga. Jest to miejscowość polozona w niedalekiej odległości od jeziora Volta, a jezioro jest dla nas atrakcyjnym kąskiem po dlugiej drodze spedzonej w pustynnych, suchych krainach.
Do Salagi zmierzamy autobusikiem uni transportowej – wszechobecnej w Ghanie – GPRTU. Po pewnym czasie zaczyna wiac. Wieje coraz mocniej, dookoła unosi się pyl. Kto może chroni twarz za kawałkiem szmatki, chusty, recznika filtrując wdychane powietrze. Inni chronia oczy, bo pyl mocno w nie gryzie. Drzewa naginaja się, w powietrzu znalazlo się już wiele zalegajacych okolice smieci. Przelatuja teraz nad droga i opadaja na ziemie wraz z pojawiającymi się czasem kroplami deszczu. Po chwili autobus zatrzymuje się w Saladze. Krople opadaja coraz wieksze, rania rozgrzane południowym słońcem cialo, mimo, ze już wieczor. Ciemno zrobilo się tak nagle, jak nagle zerwala się burza. Słychać grzmoty. Zaczyna się nagla i dzdzysta ulewa.
My wykorzystujemy chwile gdy deszcz nieco zelżał, by odnaleźć guesthouse wskazany nam przez zapytanych, gościnnych „salagijczykow”. Przy okazji burzy ceny nie da sie negocjowac, wszystkie pokoje klimatyzowane,
z lazienka i telewizorem- placimy nie mogac skorzystac z tych niecodziennych atrakcji. W calym miescie braklo pradu.
W drodze do noclegowni natrafiamy na znak
Dopiero potem dowiadujemy się, ze Salaga była kiedys jednym z przystankow na szlaku, którym sprowadzano schwytanych ludzi, ku wybrzeżu lub ku pustyni.
Z samego rana ruszamy w dalsza droge. Przed nami Volta z niewielkim portem Mekongo. Tam udajemy się bardzo wyjatkowym autobusem, w formie przerobionej ciężarówki. Jak inni pasażerowie zasiadamy na pace, pod nisko zawieszona plandeka, gdzie dawno temu zamontowano solidne, drewniane lawki.
Teraz w scisku przemy do przodu, jednak warunki sa calkiem znosne.
W Mekongo nie zabawiliśmy dlugo, bo zaledwie kilka minut, gdy zdecydowaliśmy się wsiąść na zakotwiczony w porcie prom, zmierzający do Yeji. Nasz plan był w zasadzie inny. Chcieliśmy tutaj złapać prom – plynacy do Akosombo, czyli na samo południe jeziora, niestety stacja tego promu jak się okazalo znajduje się po drugiej stronie odnogi zalewu, w waznym miasteczku portowym Yeji. Coz postanowiliśmy, ze pojedziemy, to znaczy popłyniemy je zobaczyc.
CIEN
Cien tutaj w Afryce, szczególnie tej spalonej słońcem, w porze suchej, a być może tez tej wilgotnej, parnej w porze deszczowej - jest czyms tak waznym jak chleb. Tego faktu nie jest się w stanie zrozumiec, dopóki nie przyjedzie się tutaj, nie zobaczy, nie pozwoli dosiegnac się promieniom słońca, które tu znajduja jakby dodatkowa droge by wlasnie dotykac, docierac tam gdzie powietrze, prazyc, smazyc i suszyc!
Po drugiej stronie jeziora w Yeji poznajemy Ibrahima. Pokazuje nam miasteczko, zjadamy razem lunch,
w sumie spedza z nami kilka godzin- mniej wiecej tyle czekamy, by taksowka zapelnila sie 8 - ma pasazerami.
Z Yeji jedziemy do Atebubu, miejscowości, która odwiedziliśmy w zeszłym roku. Niestety z planow popłynięcia statkiem do Akosombo wyszly nici.
Prom wyplywa jak mowia miejscowi, we wtorek o 16 (przewodnik podaje info o srodzie) a my mamy weekend.
Nie, takie dlugie czekanie, to nie dla nas.
Atebubu omijamy wrecz, jedynie przesiadając się do drugiego auta i suniemy do Ejury, gdzie nocujemy.
W miescinie trwa jednak pogrzeb i mamy problem ze znalezieniem wolnego miejsca. Huczy muzyka z wielkich glosnikow, szukamy wiec czegos na uboczu- base spot prowadzony przez rodzinke Ekose-naszej nowej siostry- przyjmuje nas z otwartymi ramionami.
Nazajutrz ponownie pedzimy, popychani wiatrem przyjaznych wspomnien z Moree.
Trafiamy do Kumasi. Pamietajac to ogromne miasto chcemy je ominac, niestety wszystki drogi przecinaja ten moloch i znowu gubimy sie na olbrzymiej stacji, z ktorej odjezdzaja tro tro w kazda strone swiata...
...rowniez w strone Cape Coast.
Maly busik tnie szybko droge, podczas ktorej jestesmy zmuszeni ogladac najnowsze (?) hity ghanijskiego przemyslu filmowego. Mijaja kilometry, seriale zmieniaja sie na kryminaly i cos z gatunku thriller...
Publicznosc cala rozbawiona, my jakby mniej- ale uwagi na niczym innym nie da sie skupic, telewizor ryczy na caly regulator.
Dostrzegamy znaki z brzmiacymi znajomo nazwami, informujace, ze zblizamy sie do miejsca na ktore dlugo czekalismy. Jest jeszcze szaro na dworze, gdy wysiadamy z busa na ruchliwym i zywym skrzyzowaniu, pelnym malych straganow, taksowek i ludzi.
Odwracamy glowy i wzrok od razu przykuwa biala tablica z napisem MOREE.
