Podroz to rowniez dokonywanie ciaglych wyborow. Co robic dalej? Uciekac z miasta od razu na granice z Burkina? Zostac i zalatwiac wizy czy znowu ryzykowac ich wyrobienie na granicy?
Postoj oznacza dodatkowe koszty, ciagle dylematy w glowach.
Dzis zostalismy, jutro ruszymy w strone Mopti, moze uda sie pokonac jakis odcinek rzeka?
Nie mozemy nic jednak planowac, doswiadczenie pokazuje, ze z planow niewiele wychodzi.
Poddajely sie losowi, moze zawiedzie nas na 20-go do Moree?
Projekt rownie dobrze mozemy realizowac od konca, ktory dla nas byl przeciez najlepszym z mozliwych poczatkow.
W Bamako.
Drugi dzien zatrzymalismy sie w klimatycznej oberzy Jatiguiya. Ciekawy wystroj, bar pod zadaszeniem, na scianach kolorowe malowidla. Wolnych pokoi brak, za to jest miejsce w dormitorium na dachu. Lepiej byc nie moglo.
Bamako to wielki moloch, zakurzony, tlumny, uroku mu dodaje ogromny Niger dzielacy stolice Mali na dwie czesci. Dlugo spacerowalismy po zatloczonych uliczkach, z trudem uciekajac sloncu, ktore wraz z kurzem i halasem potegowaly chec ucieczki w spokojna przestrzen schroniska.
Ciezko bylo znalezc w tym chaosie zacienione miejsce dla spoczynku i posilku, w koncu znalezlismy bar- okazalo sie, ze prowadzony przez Francuske. Ceny tez europejskie, jednak smak zimnej Malty- bezcenny :) Jedzonko od poczatku spozywamy przy malych straganach lokalnych knajpek. Jedliscie kiedys kurczaka w kurniku? Nam sie udalo ;)
Kolejne godziny spedzilismy na pogaduchach, spokojny klimat przerwal jednak Speedy- "pracownik branzy turystycznej". Na rekach srebne ozdoby, w plecalu CV oraz referencje od spotkanych turystow, ktorych oprowadzil po kraju Dogonow, z ktorymi zorganizowal przejazd przez Afryke itp. Nieproszony i niczym nie skrepowany rozpoczal swoj monolog. Zacheca nas do zwiedzenia krainy Dogonow, pojedziemy tu i tam- mowi pewny siebie- jakbysmy go mieli ze soba zabrac. Nie- to on nas zabierze, ma auto terenowe. Pokazuje zdjecia wiosek, maski, siebie z turystami, oczywiscie ma krewnych w Polsce, chce sobie tym pomoc.
Podziekowalismy mu za wszystkie informacje, nie raz i nie dwa, chwila ciszy ... Speedy sie nie poddaje. Uciekamy wiec na nasz sympatyczny daszek.
Nazajutrz ruszamy na Sogoniko Gare, wedle przewodnika stad jezdza busy do Segou i Mopti.
Ze stopem jest problem, zwlaszcza bedac w centrum duzego molocha. Jeszcze nie dotarlismy do dworca a nas juz oblepia grupa- jak ich nazwac? Zlodziei czasu, naciagaczy, naganiaczy, a moze dojrzalych dyplomatow? Slyszymy-
- dokad?- do Mopti, do Segou, Ouagadougou?
- chodzcie za mna!
- inny krzyczy- za mna! -tedy!
Ruszamy przed siebie dziekujac, odmawiajac, ignorujac. Sprawdzamy ceny kilku przewoznikow. Najwytrwalszy "towarzysz kazdego naszego kroku" prowadzi nas do kolejnego autobusu, ktorego juz trwa zaladunek. OK, jedziemy, wreczajac tips pomocnikowi.
W Segou powtorka z rozrywki. Uciekajac z dworca wzielismy taksowke do polecanego nam ostatnio schroniska. Ustalamy cene za przejazd-1000 CFA, pytamy o ilosc kilometerow.
I jedziemy... moze 500 metrow. Cholera, nie sposob sie dogadac!
W miescie niespodzianka, wlasnie sie rozpoczal 6 -ty festiwal nad Nigrem. Na broszurce wiele znanych wykonawcow. Tlumy na ulicach, market trwa, zewszad dynamiczna muzyka, miasto plynie w jej rytm. Pomyslelismy, zeby do Mopti poplynac piroga. Idziemy do portu, znajdujemy wlasciciela lodzi, ale to musi byc chyba piewsza klasa (hmm), bo zyczy sobie za kurs horendalna kwote- 650 000 CFA...Niepoliczalna jak dla nas.Szukamy dalej, juz jest taniej bo 100 000, ale w momencie jak uzbiera sie wystarczajaca ilosc chetnych. Szkoda, w czasie trwania festiwalu to raczej nie mozliwe, a tak fajnie byloby spedzic na rzece 3 dni. Ceny, ktore podaje przewodnik sa mocno nieaktualne, malych pirog nigdzie nie ma. Nie ma sie co dziwic, co drugi Europejczyk, ktory przyyjachal tu specjalnie na festiwal na pewno skorzysta z takiej atrakcji. Ale gdzie tam do niedzieli.
Chowamy sie przed tlumem w przytulnej knajpce myslac co dalej. Jestesmy w okolicy kraju Dogonow, szkoda byloby go nie zobaczyc. Natarczywosc przewodnikow jednak sprawia, ze nasze checi maleja. Nie mamy ani chwili prywatnosci, w sklepie, barze, na ulicy- wszedzie naganiacze-naciagacze, ktorym ciezko odmowic. Tego juz za wiele. Wracamy do opuszczonego schroniska, w oddali slychac Habiba Koite....
Nastepnego dnia od rana probujemy stopa. Siedzimy na skrzyzowaniu drog do 16 i zadnym rezultatem, mijaja nas za to dziesiatki autobusow. Somatra, Gana, Somaf, Bani Transport...
Wybieramy ten najbardziej zdezelowany z nadzieja na dziury w oknach; drzwiach, dachu i wpadajace przez nie powietrze.
Odcinek drogi nie jest dlugi- jakies 200km- pokonujemy go jednak w 9 godzin! Juz sobie obiecywalismy, ze koniec z autobusami, ale jak to zrobic, zero grosza, zero alternatywy. Okolo polnocy ladujemy w Mopti. Odganiamy taksowkarza, dobrzy ludzie wskazuja camping jakies 400 m od stacji (taxi driver chcial zarobic 2000 CFA).
Rozkladamy namiot posrodku restauracji.
Poranny prysznic pozwolil na czystosc na gora kilka minut. Spacer po targowisku wzdluz Nigru ubiera nas w warstwe brazowego brudu. Kawa + omlet na sniadanie to juz standard. Kawa to oczywiscie Nesca wymieszana ze slodkim skondensowanym mlekiem i z woda. Jajka wymieszane najpierw w sloiku razem z proszkiem magii, wlane na bulgoczacy tluszcz, w sekunde tworza wklad do bagietki.
Czekamy w busiku na komplet pasazerow. Czekamy, czekamy czekamy. Spacerujemy, robimy zdjecia, obserwujemy sprzedawcow wszelkiego dobra. Gdyby nie rzeka, zycie by tu nie istnialo.
W Mopti mozemy podziwiac jak zyje i pracuje Afrykanskie miasteczko. W oczy zaraz rzucaja sie sprzedawczynie pomaranczy, spacerujace po zakurzonym placu pomiedzy skrupulatnie i umiejetnie rozstawionymi straganami, rozstawionymi wszedzie tam gdzie nie beda przeszkadzac przejezdzajacym tutaj pojazdom. Gdzie nie spojrzec ktos uwija sie przy swojej pracy, obok rozladowuja ciezarowke z worow z jakims rodzajem zboza, powoz ciagniony przez osly przewozi trzy beczki, a prowadzony jest przez dwoch nastolatkow. Tuz obok stoi drugi woz, na ktorym jakis czlowiek zamontowal maszyne do szycia i krzeslo, budujac w ten sposob swoje przenosne biuro. Teraz urzeduje w tym swoim kiosku, wykonujac jakies zlecenie z materialu. Na chwile tylko przesuwa wozek, gdy przejezdza tedy ciezarowka. Obok wozka, pod niewielkim budynkiem miesci sie sklepik z telefonami, przed nim szyld "ORANGE" zapraszajacy do odwiedzin i doladowania swojego konta. Nasz mikrobus zostaje przeparkowany, teraz za jego oknem stoi szereg starych i barwnych aut ciezarowych. Spacerujac pomiedzy ulokowanymi tutaj straganami z owocami, ryzem, wszelkiego rodzaju narzedziami, badziewiem z Chin mozna spotkac barwna postac niosaca w rekach jakies ozdoby, naszyjniki, torebki - to lokalny artysta w dziwacznym kapeluszu, bardzo otwarty, chce porozmawiac, pokazac swoje prace...oczywiscie sprzedac i zarobic. Przecisnowszy sie przez stoiska rozlozone bezposrednio na ziemi, na lezakach, na prowirorycznych stolikach, nad ktorymi cien daje maly lub wiekszy parasol, plotno , wiata - wchodzi sie w przestrzen portu Mopti...
Busik to jest to! Droga do Koro- miasteczka blisko granicy-jest jak spelnienie marzen. Mijamy male wioski z charakterystyczna gliniana zabudowa, meczety gorujace nad nimi, rzucajace przedziwne cienie. Czerwona, wijaca sie sciezka wzbija sie wysoko, by opadac gwaltownie na niewielkie mostki. Gdzieniegdzie uderza soczystosc zielonych upraw. To wynik wspolpracy malijsko-francuskiej, World Vision czy podroz w czasie krolowej Bony? Nawadniane gospodarstwa obradzaja w ziemnaki, kapuste, zielony groszek. W kontascie czerwonej, brudnej ziemi ta zielonosc jest wrecz agresywna. A marchewki jak z Tesco sprzedawane z glowy przestaja juz dziwic
Ten kraj jest przepiekny i wrocimy tu na pewno z jakas lepsza wymowka dla przewodnikow lub z wiekszym dla nich groszem. Trudno sie dziwic takiej motywacji do zarobku.
W Koro znajdujemy camping i zostajemy w nim do rana. Kolejne klimatyczne miejsce z wlasicielem artysta.
Haidi gromadzi rekodziela z kilku afrykanskich krajow, maski Ashanti, plaskorzezby Dogonow, prezentuje nam swoj warsztat. Dostajemy od niego w prezencie dwie wytworzone ze skory….poduszki I obiecujemy pozostac w kontakcie.
Tej nocy niebo obfituje w rekordowa ilosc gwiazd I nie myslimy isc spac, namiot rozlozylismy w sasiedztwie stolikow- w barze liczne towarzystwo- I jak nieskorzystac z takiego zaproszenia?
Rano nie spieszymy sie na pierwsze przewozy, przez co potem czekamy dlugo na odjazd busika. Mercedes benz na pace z drewnianymi lawkami I oponami do siedzenia zgromadzil 30 osob, ciasno, pupy bola, ale i tak jest cudownie w porownaniu z sauna w autobusie. Po drodze zabieramy jeszcze jednego pasazera z rowerem. Przeladowany busik lapie gume w tylnej oponie. Kara za zachlannosc?
Bez problemu dostajemy wize na granicy, w dodatku jest ona sporo tansza niz ta w ambasadzie. Troche nam ulzylo, bo po ostatnich przygodach mielismy male obawy.
W ten sposob docieramy do jednego z najbardziej biednych krajow na swiecie.
Dodaj komentarz