Polish Czech English French German Russian Spanish
You are here: Home The door of no return

Relacja

Stopowanie na śniadanie i powrót do kraju.

PDFDrukujEmail
Dobrze jest nie ściskać w kieszeni grosza, patrzeć jak droga powoli znika, jeść pomarańcze tak soczyste i tak słodkie, jak tylko można wymarzyć, pozwolić prowadzić się nieśpiesznym godzinom, niezaplanowanym kierunkom.
Od Layoune poruszamy się stopem. Zjeżdżamy z głównej drogi do miasta Tarfaya, które wygląda na zapomnianą mieścinę odciętą od świata.
Ma jednak swój mikroklimat i ciekawą historię. Pod koniec XIX w została założona przez Anglików. Ruiny postawionych przez nich fortu Casamar, podczas przypływu do połowy zalewa ocean. W czasach późniejszych znajdowała się tu siedziba hiszpańskiej administracji, czego pamiątką jest ciekawa, ale niszczejąca architektura, stacjonowali tu również na początku XX wieku pionierzy lotnictwa, których wyczyny opisał w opowiadaniu „Nocny lot” Antoine de Saint Exupery. Poza tym- plaża jest cudownie pusta i niewyobrażalnie szeroka.
alt
alt
Cały czas potem szczęście nam sprzyja i nie spieszno jest, więc pozwalamy się prowadzić przed siebie niezliczonym ciężarówkom, vanom, camperom. Najczęściej jednak pokonujemy nierówności drogi mozolnie toczącym się przed siebie tirem. Kierowcy chętnie nas zabierają urozmaicając sobie rozmową z nami niezmieniający się przez setki km krajobraz. Prawie z każdym z zjadamy wspólny lunch, zawsze tajine zakrapiane marokańskim whisky czyli słodką jak diabli, miętową herbatą.
Ponownie odwiedzamy Tan-Tan,  w Goulemin łapiemy na stopa wóz ciagnięty przez osiołka,  którym jedziemy kilkaset metrów...w złym kierunku. W Tiznit godzinami włóczymy się po starym mieście, gdzie w małych sklepikach, niczym w sukiennicach, miejscowi sprzedaja piekne srebrne wyroby, białą broń, stargany zaś obfitują w daktyle, przyprawy, owoce. Cudowna odmiana w naszej sardynkowej diecie.
Jak długo jednak można obejść się bez piwa? Kiedy tam opuściliśmy Ghanę a smak ciemnego, zimnego Castela zaczął o sobie przypominać.
Szanując obyczaje i religijność mieszkańców Maroka staraliśmy się nie myśleć o tym orzeźwiającym trunku, jednak w hoteliku w Tiznit kelner najwyraźniej był mniej praktykujący. Dyskretnie zapytaliśmy więc o możliwość skosztowania piwka. A jakże, czemu nie. Restauracja napojów alkoholowych jednak nie serwuje. Od tego jest bar. Drzwi z napisem private, klamka z jednej strony. Wchodzimy. W środku- melina.
Zadymione pomieszczenia, że siekierę można powiesić, za barem szkło i uginające się półki z kolorowym rzędem alkoholi. Raj? Ale nie dla kobiet, spojrzenia podchmielonych gentlemanów skłaniają nas do spożycia trunku w bardziej intymnym klimacie. Biere de luxe, STORK Premiere 0,33l wyprodukowane w Marakeszu.
Cóż... Szkoda było zamieszania ;)

alt

alt
Gdzieś po drodze decydujemy o powrocie do Europy samolotem. Czysta kalkulacja. Lot sposobem kombinowanym. Na dzień przed zajeżdżamy do Agadiru, z którego odlecimy do Liverpoolu.
Agadir to trochę przebrzmiały w sławie kurort. Pełen hoteli molochów, klubów nocnych, kasyn. Promenada nad Atlantykiem zaprasza do knajpek. Szczęśliwie w dużym mieście zawsze istnieje konkurencja więc długi spacer zostaje nagrodzony znalezieniem taniego hostelu. Następny dzień spędzamy już na lotnisku.
Potem 4 godziny lotu do Anglii, w kieszeni ostatnie 2 euro.
Snickers, woda mineralna czy los na loterii? Może to już ostatnia trudna decyzja w czasie naszej podróży :) 40,000 tyś euro zamiast łyka wody, i w tył zwrot!
Noc na lotnisku spędzamy pod Lenonem, by rankiem wsiąść na pokład samolotu do Krakowa.
W kraju wita nas wiosna a my idziemy na pierogi :)

 

Zdążyć na czas

PDFDrukujEmail

Im wyżej na północ tym temperatura w marcu była coraz bardziej odczuwalna a  po ostatniej chorobie nasze organizmy różnie reagowały na stawiane przez nas wymagania.
Szybko, zmieniło się na powoli, chęć zobaczenia więcej- na  „w cieniu jest równie przyjemnie” ...  :)

Burkinę opuściliśmy bez przeszkód choć z żalem. Mali też przykro było pożegnać, choć tu nie poszło tak gładko i z przyczyn finansowo-organizacyjnych zostaliśmy parę dni dłużej, niż plan przewidywał. Informacja praktyczna – w Bamako z kart maestro i master card  nie będzie Wam dane skorzystać.
alt

alt
Mauretania. Ponownie odwiedziliśmy znajomą Auberge Nouvelle, by następnie shared taxi udać się w stronę Nouadibou. Po drodze herbatka z współpasażerami i pieszy spacer do granicy. I znowu za szybko chcieliśmy...Wymieniamy pieniądze i stajemy przed okienkiem odpraw. Tam przepychający się tłum ludzi.
My wraz z wszystkimi wyciągamy ręce z paszportami. 2000- czne banknoty wciśnięte między  dokumenty znacznie usprawniają prace urzędników, którzy nie śpiesznie odpisują dane personalne w tabelki, odbierając przy tym telefony i kolekcjonując banknoty w szufladzie. Czekamy 1,5 godziny. Słońce schodzi coraz niżej a zostanie na noc na tej granicy jest ostatnią rzeczą, którą chcielibyśmy powtórzyć.
W końcu już wiemy w czym problem- nie wypuszczą nas, bo nie podaliśmy numerów rejestracyjnych samochodu, którym podróżujemy. Pieszo? Dla waszego bezpieczeństwa nie jest to możliwe!
Już my w to zatroskanie średnio wierzymy...
Sytuacja jest już nerwowa, żaden z Europejczyków, którzy jadą w stronę Sahary, nie chce nam pomóc i zabrać na stopa. Chyba nas nie zastrzelą gdy wyjdziemy bez pieczątki w paszportach? Wkurzeni zabieramy dokumenty i ruszamy się w stronę żandarmerii – jest jeszcze druga bramka. Yh. W końcu wybiega za nami strażnik, zabiera dokumenty, zamaszyście notuje coś w swoich księgach i wbija stempel.
altalt

Musimy wyciągać nogi, by zdążyć przed zachodem słońca, wiatr zasypuje ślady opon, nie chcemy zgubić drogi
( nie trzeba wspominać, że pas ziemi niczyjej między Saharą a Mauretanią zaminowany!)
Na horyzoncie flagi Maroka, jeszcze 2-3 kilometry! Kiedy dochodzimy, strażnicy wpuszczają nas mimo zamkniętych szlabanów..
W Hotelu du frontier zamawiamy tadżin, herbatkę...I co za spotkanie- Mohamed- znajomy kierowca- wita się z nami, jedzie do Agadiru.
Możemy się zabrać?
Pewnie, jeśli chcecie.
Chcemy, i to jak!

 

Czekanie wraz  i na Mohameda nie opłaciło się jednak.  A cała ta sytuacja spowodowała, że znaleźliśmy się całkowicie bez gotówki i możliwości ruszenia się z miejsca w którąkolwiek stronę.
Mohamed owszem jechał w stronę Agadiru, ale znowu oczekiwał na przepustkę z firmy, która miała przyjść faksem dnia następnego – przepustka jednak nie przyszła…

Ocenialiśmy ryzyko- być może  stracimy ostatnie dirhamy na nocleg,  nie będzie nas wtedy stać na taksówkę a inne pojazdy rzadko tutaj jeżdżą,  najbliższy bankomat jest ok. 300 km stąd... jednak podjęcie takiej decyzji mogło się opłacać.  1200 kilometrów za free?

Druga noc spędziliśmy już nie w berberyjskim namiocie a w małym pomieszczeniu obok restauracji. Kolacją i herbatką poczęstował nas Tahib, manager hotelu, chwaląc islamską religię i nakaz gościnności, z czego byliśmy radzi, ale umiejąc liczyć, sądzimy, że jej jednak nie nadużył  :)Za to dla nas było to dość krępujące...
Zaproponował nam również ... odzienie –nieźle musieliśmy wyglądać!

Rano od 9 czekaliśmy na kierowcę,  który najpierw spał, potem jadł, potem nadal nic nie było wiadomo.
Było wiadomo za to, że jest problem z taksówkarzami- ktokolwiek zabierze im klientów, ten może zacząć się bać- taki to lokalny postrach, sądząc po relacjach Tahiba i Mohameda, którzy myśleli jak tu zaaranżować sytuację, by nie wyszło na jaw, że jedziemy razem ciężarówką.

Nie wiadomo więc ile prawdy jest w nie przychodzącej  na czas akredytacji,  a ile zwłoki wynikającej z nieprzemyślanej  obietnicy.

Pożegnaliśmy się wiec wychodząc na drogę, którą od rana minęło może 5 samochodów. Myśląc o tym jak los jest przewrotny a ryzyko się nie opłaciło, karta jednak zechciała się odwrócić zsyłając na stację paliw dwóch Francuzów w Toyocie Landcruiser.

Gil- jeden z nich, na nasze pytanie, zareagował potokiem słów. W ciągu dwóch minut, kupił od innego kierowcy kanister ropy, której na stacji nagle brakło, wręczył nam 200 dirhamów na taksówkę, dowiedział się, że jednak to za mało byśmy skorzystali z tej niespotykanej darowizny –ta przyjemność kosztuje 500, popukał taksówkarzowi po głowie, zatankował auto, zabrał nasze bagaże i zanim coś zdążyliśmy powiedzieć, już zasuwaliśmy w stronę Dakhli.   Po drodze okazało się, że Francuzi jadą dziś do Layoune...
No proszę, w osiem godzin pokonaliśmy 800 kilometrów, udało się tak gładko, mimo, że  poranek  wróżył śmiercią głodową na pustyni lub bytem na łasce i niełasce Muzułmanów ;)

Stop był podwójnie opłacalny... zarobiliśmy 200 MRO, bo banknotu nie chcieli od nas przyjąć...
mamy więc dług wdzięczności, który na pewno kiedyś spłacimy.

alt

alt

Migawki z powrotu

PDFDrukujEmail
Kumasi

Nic dodać, nic ująć, kolejny raz przejeżdżamy przez to miasto, tym razem trafiliśmy na dzień targowy.
Dziesiątki, setki ludzi na ulicach, bezmiar kolorów poruszających się w każdą możliwą stronę. Natężenie dźwięków płynących ze stoisk, również tych ruchomych- sprzedawców, którzy zawiadamiają o swoim towarze krzycząc, dzwoniąc, cmokając, sycząc. Tro tro, taksówki, autobusy, motocykle w jeździe, ciągłym ruchu, szybko zmieniające się światła i dynamika ulicy zdaje się w ogóle nie maleć.

Wysiedliśmy na jednej ze stacji, do kolejnej- tej właściwej, był może kilometr, ale przebrnąć przez ten tłum to nie lada sztuka z bagażem na plecach, przy 30 stopniach C. Dla nas to jednak nie pierwszyzna. Zdaje się, że wystarczy złapać rytm, tętent ulicy, by poniósł przed siebie.
Przeciskając się między busikami, znajdujemy właściwe stanowisko wśród dziesiątek innych.
Gdzie jedziecie?- słyszymy średnio co pół minuty. W końcu na nazwę Techiman znajdujemy właściwy ruch głową. Stoi busik. O dziwo- prawie pełny, nic to, szybkie zakupy, driver jak zwykle chce za bagaż po 2 GHC od osoby. Nie ma mowy. Damy góra 1 GHC za dwie!
Tym razem negocjacje się nie powiodły, trudno, plecaki i tak spoczną pod naszymi nogami, więc nie będziemy płacić takiej kwoty.
Idziemy oddać bilety, możemy przecież jechać inną drogą... Natychmiast znajduje się kolejny busik i zabiera nas na naszych warunkach.

Po 2 godzinach jazdy zaczyna się ulewa. Akurat dojeżdżamy do celu, jednak nie sposób wysiąść, z nieba wylewają się strumienie wody, ulice zaczynają płynąc. Gdzie szukać schronienia? Sąsiad z busika wskazuje nam drogę, usiłujemy przekroczyć rwący potok, z kanałów tryska rzeka. Wszystko to jednak nie zatrzymuje ruchu drogowego, bo i  po co? Ulewa trwa może pół godziny, po kolejnym kwadransie nie ma śladu po wodzie. Jedynie powietrze zyskało na świeżości.
alt


alt

Jeszcze z Ghany

Jadąc z Techiman do Wa nasze tro tro psuje się, żadna nowość, jednak tym razem nie jest to nic błahego więc zmuszeni jesteśmy czekać na nowy transport.

Czekanie... W Afryce czas płynie swoim, tylko sobie znanym torem, ludzie jakby pomijają jego wpływ na życie, nie chcąc zauważać, że biegnie, mija, nie mówiąc o tym, że może to mieć jakieś znaczenie.
Nie spieszysz się, nie obchodzi Cię wskazówka na zegarze, przecież szczęśliwi czasu nie liczą- powtarzasz w myślach, bo czasami świat, z którego pochodzisz odzywa się w Tobie i na mijające bez sensu godziny, trwanie w bezruchu, chce krzyczeć, tupać nogą, warczeć. Na szczęście-nie często. A więc czekamy. Godzinę, dwie, trzy. Dzięki temu doskonale poznajemy okolicę.  Miejscowości zwie się Bombie, odwiedzamy targ, próbujemy lokalnych przysmaków, wypijamy kawę, a przede wszystkim chowamy się w cieniu, czyli tam, gdzie palące słońce jest mniej uciążliwe. Czekamy. W cieniu zakładu krawieckiego, gdzie szyjące młode dziewczyny podsuwają nam krzesła, po tym, gdy siedząc na ziemi oblazły nas mrówki, czym zresztą wzbudziliśmy radość. Często wzbudzaliśmy radość :) W cieniu chop baru, w cieniu zepsutego busika...

alt

alt

I w końcu nadjeżdża tro tro, wsiadamy poganiani przez kierowcę, wiedząc, że zanim ruszymy, minie jeszcze kolejna godzina, przecież bagaże nadal spoczywają na dachu zepsutego auta, przecież busik nie może podróżować pusty, więc mamy teraz nad stan chętnych do dalszej drogi...

Wiele godzin później...

Następnego ranka upał jest nie do zniesienia, głowa boli i jakby urosła od braku świeżego powietrza, wentylator w pokoju rozganiał na boki stojącą w miejscu duchotę, noc nie przyniosła wytchnienia.
Jedziemy w stronę granicy. Sił jakoś mniej, busik pomieścił po jednej osobie dodatkowo w każdym rzędzie, przez co miejsca na nogi brak, na wszystko miejsca brak.
Po drodze, czemu nie, łapiemy gumę, cienia do schowania się – brak.

W Hamale nie ma transportu na granicę, przecież to nie do pomyślenia, akurat teraz , kiedy chcemy wydać wszystkie pieniądze na taksówkę? Idziemy więc, 3 kilometry, którymi straszył nowy znajomy w koszulce Żurawskiego, okazały się dystansem znacznie krótszym. Dzieki Bogu myslisz, już jesteś w ogródku, już witasz się z gąską...kiedy zderzasz się ze ścianą biurokracji ...być może jesteś jedyną rozrywką tego dnia dla pograniczników.
W każdym razie zapach alkoholu podczas wymiany zdań jest bardzo wyraźny.

Nasza wiza, wyrabiana w Ouagadougou,  nie posiada podpisu i innych informacji, więc strażnicy szczególnie uważnie sprawdzają dokumenty. To trwa. Jest niedziela, więc skonfrontować dane z Ambasadą nie da rady, telefony do przełożonych na niewiele się zdają. Jeden z mundurowych opowiada, że kilka lat temu nie został wpuszczony do Polski.
Dlaczego więc on ma nas wpuścić na teren swojego kraju, kiedy nasze dokumenty nie są kompletne?
Może dlatego, że chcemy go opuścić - odpowiadamy spokojnie. Kierunek w którym podróżujemy wydaje się mieć drugorzędne znaczenie.
(...)
Kiedy w końcu opuszczamy Ghanę jest już późno a jedyny autobus właśnie odjechał.Są jeszcze moto taxi - jest więc nadzieja na łóżko i kibelek w Dissin,  najbliższej mieścicie, gdzie znajduje się hostel.
Gorączka, nudności, ból brzucha, który wróży biegunkę- to doskonałe urozmaicenie na naszej trasie.  Taksówki jednak drogie, oczywiste, że to cena  specjalnie dla nas. Przypominają się jeszcze słowa oficera, który proponował podwiezienie, ale czy dobrze go zrozumieliśmy? Niee,  jego pomoc nie jest bezinteresowna i kosztuje 20 tyś franków :)
Zostajemy więc do rana, jedno jest pewne – nie zmarzniemy w nocy.
Ostatecznie udaje się znaleźć opuszczoną knajpkę, którą nowi właściciele zaczęli remontować i w tej rupieciarni wynajmujemy pokój. Leki, noszone cały czas w plecakach, w końcu się przydały i  po 3 dniach zaczęły działać.
Z biegunką minęła gorączka i mogliśmy ruszyć w stronę większego miasta, najpierw Dissin, potem Bobo Diulasso. 
Przyczyną tego - chyba-  zatrucia musiała być kawa na moje życzenie zrobiona z zimnej wody, kiedy czekaliśmy na busik w Bambie. Najciekawszym (zoologicznym) zaś wspomnieniem z tej przygody jest...kibelek z zaprzyjaźnionej rupieciarni, gdzie oprócz pospolitych robali, spotkać można było fruwające w rurze kanalizacyjnej...nietoperze.

 

Pasażer II czyli unia anty pasażerska

Pasażer został wywołany przez pracownika linii przewozowej- może wsiadać.
Miejsce wskazuje mu miły człowiek- wydaje się wygodne. Po kilku minutach pasazer stwierdza, ze nie ma stopnia na stopy, ze miejsca na nogi- w momencie, gdy inni usiedli, już nie ma,  pod siedzeniem leży sterta rupieci.

Pasażer cieszy się, autobus ruszył. Autobus psuje się po kilkudziesięciu, no, może kilkuset metrach od stacji. Kierowcy wychodzą, wchodzą, wychodzą, wchodzą- biorą matę, biorą narzędzia, szukają czegoś pod siedzeniami, wychodzą. Oczekiwanie się przeciąga, 30 minut, 40 minut...to długo. Pasażer wysiada sprawdzić co się stało- to chyba wąż od płynu hamulcowego- pasażer widzi, że jedyne narzędzia jakich uzywa kierowca to dwa duże klucze widłowe i kuchenka, którą podgrzewa wężyk...

Pasażer jest przerażony- firma przewidywała  24 godziny jazdy, a tu już 1 godzina opóźnienia. Czas na kanapkę...-myśli pasażer i wraz z innymi rusza w stronę straganu.
(...)
Autobus rozpędza się, ale co 30-50 km zatrzymywany jest przez policyjne kontrolne.
To kończy się dłuższym postojem. Pasażer proszony jest o wyjście, o paszport, o pokazanie bagażu. Wszyscy to robią. Policjant każe, pasażer musi. Policja i żandarmeria są najważniejsi. Jeżdżą nowymi toyotami, mają karabiny i nowe okulary przeciwsłoneczne.Zdaje się, że przechodzili podobne szkolenia, ich zachowanie i sposób bycia wskazują, że najprawdopodobniej oglądali „Stażnika z Texasu”...
Policjant nie widzi nietaktu w tym, by mówiąc z pasażerem, nie ściągnąć ciemnych jak noc szkiełek z oczu.
Chce wzbudzić respekt.
Pasażer czeka, czas ucieka, bagaże leżą na ziemi. Potem zostają jeszcze przesunięte, poukładane w rzędach, policjant sprawdzi pobieżnie każdy z nich.
Pasażer- gość, taki jak my, z Europy, jest uprzywilejowany. Cóż by miał przewozić oprócz pamiątek? Poza tym suma zebrana i wręczona policjantowi, by pośpiesznie i nieuważnie sprawdził bagaże, a najlepiej o tym zapomniał, niechybnie pochodzi w większości od niego.
Tu dedukacja policjanta wyszkolonego na serialu mija się z prawdą. Pasażer nie zna francuskiego, a jedynym słowem w tym języku jakie pamięta to- corruption? C`est pas bonne!
(Pasażerowi gotówki stracza jedynie na wodę i sardynki)

Zapada zmierzch gdy autobus dociera do granicy państw. Po jednej stronie pogranicznicy uwijają się szybko wbijając pieczęcie wyjazdowe. Autobus jednak nie jedzie dalej- zasada jest taka, że należy sie przesiąść do pojazdu na blachach państwa sąsiedzkiego. Pasażer odbiera bagaż, obok czekają samochody taksówkarzy, moto taksówkarzy a ci przekrzykują się wzajemnie, do którego pojazdu pasażer powinien wsiąść. Pasażer zapłacił już za bilet. Teraz ma płacić za taksówkę? Pasażer wybiera spacer około półgodzinny przez tereny niczyje.

Po drugiej stronie przybijają pieczęć jednak czy pasażer pojedzie dziś dalej? To zależy czy wszyscy zdążą przejść granicę przed jej zamknięciem.

W tym czasie można zjeśc coś w polowym barze, wypocząć na rozłozonych na piasku matach. Autobus czeka, ktoś czyta nazwiska, oddaje bilety.
Pasażer próbuje się zdrzemnąć, noc jest gwiaździsta, dookoła gwar, rozmowy- jeszcze ktoś zamawia omlet, kawę, ktoś siorbie herbatkę, ktoś wymienia walutę.

Na macie miła i młoda mama kładzie swoje dzieciątko, obok niej zasiada nieco straszy synek- wypoczywają. Pasażer walczy chwilę z natarczywymi konikami polnymi, które w wielkiej liczbie skaczą to tu, to tam. Zastanawia się nad ich skocznością, nad możliwością obrania kierunku – czy konik polny wie gdzie skoczy zanim skoczy?
Mija 23.20

Pasażer przepedził właśnie dużego konika, kiedy zauważa, że spod jego stopy wyłazi inne stworzenie. To wędrujący po piachu skorpion. Jakas kobieta próbuje zdeptać jadowitą bestię. Skorpion jest koloru młodego pędu zbóż- jasny, lekko zielonkawy, trochę transparentny.
Uniknął ataku, chaotycznie swą ucieczkę kierując w stronę maty.
Atakowany przez pasażerów kapciem, butelką- omija przeszkody i jak błyskawica biegnie ku niewinnej dziecinie. Młoda mama w mgnieniu oka porywa dziecko z maty, inna zmiata skorpiona i energicznie depcze, kończąc jego żywot....
Pasażer odczywa ulgę, chwila strachu skończyła się, urozmaicając jedynie ponowny załadunek autobusu.

W końcu życzą szerokiej drogi, sadzają z przodu, by ułatwić kolejne kontrole, kontrole a jakże, zdarzają się regularnie. Do miejsca przeznaczenia pasażer dociera na 22 następnego wieczora. Już nie liczy przejechanych godzin. Śpi na stojąco. Następnym razem pojedzie samochodem ;)

alt

alt


Wracamy

PDFDrukujEmail
Trudno opuścić Ghanę i przyjaciół z Moree. Po 3 urodzinach fundacji wszystko wróciło do codziennej normalności, biblioteka zaczęła pracować, dzieciaki mimo ogromnej pracy włożonej w treningi przed festiwalem, nie przestały regularnie ćwiczyć. Sąsiedzi ze wzgórza przyzwyczajeni do nowych twarzy, szczególnie zaś dzieci- Emanuel, Gladys- zaskoczeni naszym pożegnaniem, pytają kiedy przyjadą następni wolontariusze, mama Kristi
A dopiero co zauważyli, że my to nie Izabela i Thomas, a Anna i Christopher :) Trudno wyjechać...ale ile kilometrów przed nami, ile dni w drodze- zwłaszcza, że już przestaliśmy liczyć na cud i musimy się pogodzić na powrót tą samą trasą. Zrezygnować – szczególnie z Gambii, nie jest łatwo. Nic to, jedziemy na  północ Ghany, do Burkiny i to dość szybko, żeby zdążyć przed kończącymi się wizami.

alt

Festiwal od kuchni

PDFDrukujEmail
Aby zorganizowac duza impreze w Moree potrzeba:

- zglosic to policji i uzyskac permit, czyli pozwolenie
- zorganizowac cien dla gosci
- zorganizowac siedzenia
- zorganizowac naglosnienie
- zorganizowac napitek i poczestunek dla najwazniejszych gosci
- zaprosic szefow, czyli starszyznę plemienną, najlepiej z królem na czele
- zorganizowac występy grup artystycznych i przemowienia

A jak to wyglada w praktyce?

Strona 1 z 4

sonda

Czy powinna powstać via ferrata na Orlej Perci ?

banner_the_door_of_no_return

© 2008 Klub Podróżników "Śródziemie"