Łatwiej pokonać odległość z Europy do stolicy Biszkek, niż poruszać się po bezdrożach tego pięknego kraju.
Właśnie z Kirgizji wróciła wyprawa FREERAJDY SUBARU CLIMBING TEAM, która
eksplorowała rejon szczytu Kyzyl-Asker, leżącego na granicy z Chinami przez ponad miesiąc.
W jej skład wchodzili Michał Król i Andrzej Sokołowski , a towarzyszył im Adam Kokot, którego zadaniem było fotograficzne dokumentowanie wyprawy. Celem była wspinaczka
na rzadko odwiedzanych skalno-lodowych ścianach.
Po przylocie, odebraniu cargo, jeszcze dwa dni trwały przygotowania do kolejnego etapu podróży i aprowizacja. Potem dwa dni podróży pełnej wrażeń. Kierowca Wiktor i jego
niezniszczalny ŁAZ przeleciał jak burza przez asfaltowe odcinki "szosy" aż do punktu, gdzie
lawina błotna przecięła drogę. Opóźniło to przyjazd do Narynia - naszego punktu noclegowego. Dotarliśmy tam dopiero późno w nocy. Drugi dzień po minięciu punktów
kontroli granicznej ((bliska granica z Chinami), poruszaliśmy się po zanikającej bitej drodze
- którą zapewne tysiąc lat temu migrowali Karachanidzi - i coraz głębiej zanurzaliśmy się w
pomiędzy potężne pasma gór. Jedynymi ludźmi, którzy mieszkają w jurtach na tym pustkowiu są hodowcy bydła i koni. Dzięki sprzyjającej pogodzie i umiejętnościom Wiktora po 10 godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce planowanej bazy, gdzie właśnie rozkładała się
wyprawa białorusko-rosyjska. A więc jesteśmy na 3750 m. npm.
Zaraz następnego dnia Michał z Andrzejem poszli na rekonesans, wyznaczając kopczykami najdogodniejsze dojście na lodowiec. Kolejne pięć dni pracowaliśmy jako tragarze, wynosząc namioty, sprzęt i jedzenie do wysuniętej bazy na lodowcu - 6 godzin w jedną stronę. Pogoda sprzyjała, choć noce na tej wysokości są mroźne.
Michał i Andrzej w nocy wyruszyli na ścianę, aby w stylu alpejskim wspiąć się upatrzoną linią na Pik Minsk (5200m. npm.).
Po 15 godzinach urobili zaledwie 200 metrów ściany. Napotkane trudności spowodowały, że zawrócili po większą ilość sprzętu. Przerwa przedłużyła się z powodu pogorszenia pogody.
20 sierpnia mamy odwiedziny innej polskiej wyprawy, która zamierza działać 2 doliny dalej. Uzupełniają nasze zapasy żywności i przywożą paliwo do maszynki i agregatu..
Następnego dnia nasi wspinacze zadecydowali o wyjściu na lodowiec i kilkudniową wspinaczkę w ścianie. Kontakt między bazą, której gospodarzem został Adam, a dwójką
wspinających urywa się na dwa dni. W tym czasie śpiąc na wiszącym portaledgu Michał i Andrzej pokonali kolejne 200 metrów ściany w bardzo trudnym terenie lodowym, nawiercili stanowiska, założyli liny poręczowe oraz przeloty w miejscach w których nie było możliwości założenia tradycyjnej asekuracji. Z ciekawości wychodzę na morenę i obserwuję
chłopaków. Już skończyli nitkę lodową, która przecinała 2/3 ściany . Dochodzą 100 metrów ponad nią. Pełen optymizmu wracam do bazy i czekam na dobre wieści od zespołu.
Niestety, jest inaczej. Dowiaduję się przez radio, że prowadzący strącił kawał lodu, który
spadając trafił Michała. Uderzenie było silne. Efektem kontuzja barku i rozbity kask.
Koniec marzeń.
Dzień później wyruszam na lodowiec, by pomóc wracającym. Michał nie może podnieść ręki, nie mówiąc o bolesności. Podaję leki i czekamy, aż wróci z gór białoruski lekarz.
Po zbadaniu okazuje się, że są naderwane wiązadła barku i nie ma mowy - nawet po kilkudniowej przerwie - o powrocie na ścianę i wspinaczce. Dla naszej trójki oznacza
to koniec działalności górskiej. Pogoda dostosowuje się do naszego smętnego nastroju. Zaczyna padać śnieg. Ostatni wysiłek, ostatnie wyjście na lodowiec. Zabieramy namioty
i sprzęt.
6 września, a Wiktor nie przyjeżdża. Czekamy cały dzień, martwimy się i nocujemy
w małych namiotach. Rano na szczęście zjawia się Wiktor i niezawodny Łaz, który zabłądził
we mgle. We mgle zostają nasze nadzieje, trud przygotowań, wysiłek bez wymiernych
rezultatów. Żegnajcie wspaniałe góry, żegnajcie przyjaźni ludzie... a może tylko."Do widzenia!"
fot. Adam Kokot