Upał
26 Maj 2010 Magda
Najgorzej jest tak między 11.00 a 16.00. Nie da się wtedy robić nic poza leżeniem i czekaniem na wieczór. Choć wieczór i noc nie przynoszą jakiejś drastycznej ulgi. Temperatura spada wtedy co prawda o jakieś 15-20 stopni, ale nadal jest 30 stopni na plusie. Tak – 30 stopni w nocy. A w dzień? Varanasi – 47. Agra 48. Jaipur – 45. Puskar i Bundi – 50. Pięćdziesiąt stopni!
Czegoś takiego nie przeżyliśmy nigdy. Taką temperaturę trudno opisać. To po prostu piekło. Gorąco jest wszędzie i gorące jest wszystko. Mango kupione na straganie parzy w rękę. Szampon w łazience ma temperaturę niedawno zaparzonej herbaty. Gumowe klapki-japonki miękną pod stopami. W zimnej butelce wody zostawionej na kilkunaście minut na słońcu można parzyć kawę. Pod prysznicem, z obu kurków, leci gorąca woda. Powiew powietrza, który przy normalnych – takich do 35 stopni – upałach przyniósł by ulgę, tutaj odczuwa się jakby ktoś machał nam przy twarzy rozpaloną do czerwoności pochodnią. Jest przeraźliwie gorąco. Riksiarze śpią w cieniu, sklepikarze śpią na podłogach swoich sklepików, na ulicach ludzie z twarzami zawiniętymi dokładnie w chusty chroniące ich przed słońcem. Wszyscy wyraźnie mają dosyć upałów.
Nigdy też nie byliśmy w tej podróży tak zmęczeni jak teraz. Męczy spacerowanie, męczy czekanie na zamówione jedzenie, męczą przejazdy zapakowanymi do granic możliwości autobusami, w których dominuje woń spoconych ciał. Na początku także spanie było męczarnią. Rozgrzany pokój, w którym nawet w nocy utrzymywała się temperatura jak w ciągu dnia. Był wiatrak, ale w zasadzie mogłoby go nie być. Budziliśmy się milion razy zlani potem i kompletnie wykończeni upałem. Po czterech nocach takiej męczarni idziemy po rozum do głowy i od tego momentu bierzemy już tylko pokoje z klimatyzacją. Trudno, że trzeba zapłacić więcej. Ten pokój z klimą jest jedynym miejscem, w którym można odsapnąć. Bez niego też by się pewnie dało, ale my nie przyjechaliśmy tu żeby się umartwiać nad sobą i przechodzić męczarnie. Więc dnie spędzamy w chłodzie klimatyzowanego pokoju, a ranki i późne popołudnia wywlekamy się na zewnątrz, żeby zobaczyć Indie. Nie zobaczymy ich tyle i tak jak byśmy chcieli, ale w tych warunkach nic więcej chyba nie jest możliwe.
Długo nie damy tak rady. Więc jest decyzja, że Rajastan oglądamy w ekspresowym tempie – po dwie, góra trzy noce w każdym miejscu – i uciekamy na północ. Do Ladakh. W indyjskie Himalaje. Sprawdziliśmy w internecie – w Leh temperatura w ciągu dnia wynosi teraz jakieś 20 stopni. Nie możemy się doczekać.
Ile może unieść tragarz?
13 Maj 2010 Magda
Na trasie wokół Annapurny można spotkać dwa rodzaje tragarzy. Pierwsza kategoria to tragarze wynajęci przez leniwych turystów do noszenia ich plecaków. Ich można zaliczyć do szczęściarzy – na plecach mają zazwyczaj nie więcej niż 30kg łądunku, który taszczą tylko kilka godzin dziennie.
Druga kategoria to tragarze noszący na plecach cargo, czyli zaopatrzenie dla wiosek leżących na trasie. W całkiem sporo miejsc towaru nie da się w żaden sposób przywieść, więc trzeba go przynieść. Tragarze wnoszą więc wszystko co może się przydać mieszkańcom wiosek i turystom – jajka, żywe kurczaki, ryż, ziemniaki, piwo, wodę, colę, słodycze, ale także mydło, kołdry, ubrania, metalowe elementy do konstukcji mostków, kable itp. itd. Ci niscy i drobni mężczyźni w mocno zużytych klapkach lub ewentualnie tenisówkach co rano wkładają na plecy swoje przeogromne ładunki, które ponoć nie rzadko ważą sporo więcej niż 50kg, i idą powoli krok za krokiem, tak długo jak starcza im siły. Zatrzymują się przy strumykach żeby się napić, odsapnąć przez kilka minut i ruszają dalej. Wieczorem, po wielu godzinach mozolnej wędrówki, zrzucają ładunek i w sekundzie zasypiają w jednym z gueshousów, by następnego dnia znów dalej ruszyć w drogę. I tak aż do celu.
Szacunek dla tych ludzi. Wielki szacunek.








10 Maj 2010 Magda
W górach już tak to jest, że jeśli przez dłuższy czas szło się w górę to prędzej czy później trzeba będzie zacząć iść w dół. Dla nas ten moment to dotracie na przełęcz. Teraz ma być już głównie na dół i to sporo na dół. Po 3h męczącego wspinanania się na 5416m npm czeka nas teraz jakieś 4h drogi na 3880m npm. Czyli 1600m w dół. To dużo. Bardzo dużo. Szczególnie, gdy zejście jest strome. Po 10 minutach takiego marszu wąską i stromą ścieżką człowiek kompletnie zapomina o tym jak jeszcze przed chwilą męczył się w górę. Zejście wydaje się nie mieć końca. Czuć to we wszystkich mięśniach w nogach no i w kolanach. Ale to jedyna droga.

Co celu, czyli do wioski Muktinath (3800m) docieramy po jakiś 4h od zdobycia przełęczy. Nogi bolą bardzo, więc pocieszamy się pierwszą na trasie mięsną potrawą – stekiem z yaka. Potem kręcimy się trochę po miasteczku, które samo w sobie jest bardzo przyjamne. Rano, gdy niebo jest czyste, okazuje się tak, że jest pięknie położone.



Wychodzimy trochę później niż zwykle, bo mamy nadzieję część dzisiejszej trasy przejechać jeepem. Najpierw jednak idziemy pieszo 6km do Kagbeni (2800m). Na trasie żadnych turystów. Mimo że trasa wiedzie drogą, mijają nas tylko dwa samochody. W Kagbeni nikt nie potrafi nam jasno odpowiedzieć skąd i kiedy odejżdża jeep do oddalonego o 7km Jomsom. Każda osoba ma inną wersję i w końcu po straceniu prawie godziny wracamy na główną drogę i tam udaje nam się złapać transport. Ładujemy się na tylnie siedzenie jeepa. Droga jest bardzo kręta i wyboista, tylne dzrzwi jeepa się nie domykają, więc jedziemy w obłoku kurzu. W Jomsom okazuje się, że autobus na dalszą trasę odjeżdża dopiero za 1.5h, więc z niego rezygnujemy i idziemy pieszo do kolejnej wioski – Marpha.




Marpha jest prześlicznym miejscem, a przy okazji prawdziwym jabłkowym zagłębiem. Tu wyrabia się przepyszny sok jabłkowy, którego kilka butelek od razu wypijamy, jabłkowe czipsy, jabłkowe brandy, ciasto z jabłkami. Jest też rewelacyjny ser z yaka. Jest pysznie.
W guesthousie spotykamy parę emerytowanych Australijczyków, którzy po Nepalu trekują od 64 dni. Od nich też po raz pierwszy słyszymy o planowanym na za kilka dni strajku generalnym.
Następmny dzień jest od rana pochmurny, więc widoki żadne, ale za to idzie się szybko i bez zmęczenia. Docieramy Kalopani (2535m) i zatrzymujemy się w Annapurna Coffee Shop. Słyszeliśmy o tym miejscu z dwóch źródeł, trzeba więc było sprawdzić o co tyle hałasu. No i okazało się, że jeśli jest na trasie treku wokół Annapurny jedno miejsce, w którym koniecznie trzeba się zatrzymać to jest to właśnie Annapurna Coffee Shop w Kalopani. Przede wszystkim ze względu na przepyszne jedzenie. Strogonof z baraniny, curry i grillowany kurczak nie były tanie, ale po tylu dniach wędrówki należała nam się odrobina przyjemności kulinarnych. A jakość jedzenia była nie to pobicia. Jedliśmy z uśmiechem na twarzy. Do tego dochodzą królewskie wręcz warunki mieszkaniowe. Wzięliśmy pokoje w wersji delux – wielkie łóżka z niesamowicie wygodnymi materacami i własna łazienka. Wykafelkowana! To się na trasie nie zdarza często. I to wszystko za 12zł. Biorąc pod uwagę, że do tej pory płaciliśmy za noclegi na treku 0zł lub ewentualnie 4zł, to 12 zł brzmi jak rozpusta. I tak właśnie czuliśmy się w Kagbeni :)
Następny dzień to 1 mają, czyli oficjalnie pierwszy dzień strajku. Chcieliśmy do Tatopani (20km od Kalopani) pojechać autobusem, ale te prawdopodobnie dziś z powodu strajku jeździć nie będą. Idziemy więc pieszo. Po kilku godzinach mija nas jednak autobus, ale jest pełny, więc nie pozostaje nam nic innego jak dalej iść.
W Tatopani straszny upał. Jesteśmy już na 1200m, więc o przyjemnych temperaturach można zapomnieć. Jest ze 30 stopni. W Tatopani jedną z atrakcji są gorące źródła, ale przy takiej temperaturze moczenie się w gorącej wodzie to bardziej jak kara, anie przyjemność.
Tatopani leży na 183-kilometrze trekingu. Dalej trzeba wspinać się pod górę na Poon Hill (3200m), albo można wracać autobusem do Pokhary. Dochodzimy do wiosku, że chodzenia już nam starczy, więc rano idziemy czekać na autobus. Czekamy i czekamy, a autobusu nie ma. W końcu ktoś nam mówi, że dziś strajk ruszył na dobre i że na pewno nie będzie żadnego transportu. Czyli wychodzi, że idziemy jednak na Poon Hill. Jest koło 9.00, a więc jest już ciepło, a przed nami mozolna wspinaczka. Przy wyjściu z wioski stoi duży kamień. Z jednej strony namalowana strzałka i słowo „way to Beni”. Z drugiej strony także strzałka i nieczytelny napis. Do Beni iść nie chcemy, więc wychodzimy z założenia, że droga na Poon Hill jest tam, gdzie pokazuje druga strzałka. Idziemy więc pod górę, ale po jakiś 30min stwierdzamy, że nie chce nam się iść w takim upale. Wracamy więc do Tatopani i robimy sobie wolny dzień. Jutro pójdziemy dalej.
Następnego dnia ruszamy o 6.00. Idziemy tą samą drogą, którą zaczęliśmy się wspinać wczoraj. Trasa to strome kamienne stopnie. Dziwi nas tylko, że nie ma na trasie żadnych innychy turystów. Ale idziemy dalej. Po ponad godzinie marszu w górę ścieżka wchodzi na pola kukurydzy i kończy się. Nie bardzo wiemy gdzie dalej. Widziemy niedaleko jakiegoś faceta, który informuje nas, że to nie droga na Poon Hill, że trzaba się cofnąć. Ale jak daleko, pytamy? Na sam dół, odpowiada. Okazuje się, że wchodzimy na nie tą górę co trzeba…. Szlag nas trafia na miejscu. Jesteśmy wściekli na siebie za głupie założenie, że idziemy dobrą drogą. Założyć się możemy, że jesteśmy jedynymi ludźmi w historii Nepalu, którzy pomylili górę i zorientowali się o tym dopiero po prawie 1.5h…. Całe szczęście, że ścieżka się skończyła, bo gdyby nie to, to pewnie szlibyśmy dalej i Bóg wie, gdzie byśmy doszli… Nie wiadomo czy śmiać się z siebie czy płakać. Na początku się wkurzamy, ale szybko zaczynamy się z sami z siebie nabijać.
Szybko schodzimy w dół i po dwóch godzinach od wyjścia z Tatopani znów jesteśmy we wiosce. Mamy już w nogach w sumie 2 godziny marszu, a dystans na Poon Hill nie zmniejszył się ani o sto metrów…Szybko znajdujemy właściwą drogę, która oczywiście jest zaraz za zakrętem i zaczynamy kolejne już dziś wejście do góry. Chcieliśmy dziś dojść do Ghorepani (2870m), ale w związku z zaistniałą durną sytuacją chyba nie damy rady. W dodatku bardzo wcześnie, bo po 11.00 zaczyna mocno padać i wygląda na to, że utkniemy we wiosce jakieś 7km od Ghorepani. Chyba jednak natura chce nam trochę pomóc, bo przestaje padać, niebo się rozchmurza i wygląda na to, że deszczu już więcej nie będzie. No i jakimś cudem starcza nam sił i docieramy do Ghorepani. W sumie 8h marszu, wliczając w to te nieszczęsne wejście na niewłaściwą górę….
W Ghorepani bierzemy pokój na ostatnim piętrze guesthousy z oknami na trzech z czterech ścian. Bo widoki są tu przepiękne, i chcemy to wykorzystać. Z jednego okna widać Annapurnę (10-ta najwyższa góra świata) i Annapurnę South, z drugiego Dhaulagiri (7-ma na świecie).

Jeszcze lepsze widoki są z Poon Hill. Oczywiście tylko w Nepalu miejsce, które leży na wysokości 3200m npm może nazywać się wzgórzem :)
A widoki z Poon Hill są takie:





A potem było koszmarne zejście w dół. Jedni mówią, że kamiennych stopni prowadzących z Ghorepani do Birethani jest 1800, inni, że 1300. Nasza mapa mówi, że ponad 3000. Bez względu na to, kto ma rację było tych schodów zdecydowanie za dużo. Bolały kolana, łydki, kostki, palce w stopach. Na miejsce dotarliśmy bardzo zmęczeni, ale i szczęśliwi, że dotarliśmy do końca trasy.
Trek był fantastyczny. To jedna z najlepszych rzeczy jaką zrobiliśmy w tej podróży.
Wokół Annapurny – w drodze na przełęcz
8 Maj 2010 Magda
Piątego dnia treku dochodzimy do Manang (3540m npm). To ostatnia wioska z prawdziwego zdarzenia przed przełęczą. Dalej będę już tylko pojedyńcze guesthousy. Manang jest przeuroczym miejscem, cudownie położonym i bardzo klimatycznym. Trafiamy tu dosyć wcześnie, bo koło południa. Do tej pory codziennie wczesnym popołudniem zbierały się chmury i padał deszcz, ale wygląda na to, że Manang jest już na tyle wysoko, że deszcz tego miejsca nie dotyczy. Większość ludzi robi sobie w Manang jednodniowy postój aklimatyzacyjny. Też mieliśmy to w planie, ale na miejscu okazuje się, że czujemy się bardzo dobrze (może zahartowało nas długie przebywanie na dużych wysokościach w Ameryce Południowej?) i następnego dnia chyba jednak pójdziemy dalej.
Pokój z tarasem w Manang

Popołudnie przeznaczamy na rekonesans po okolicy. Idziemy na pobliskie jeziorko stworzone z topiącego się lodowca, a potem trochę snujemy się po wiosce. Dwie małe dziewczynki z zapałem bawią się naszymi kijkami i chętnie pozują do zdjęć.







Rano ruszamy w kierunku oddalonego o 3.5h marszu Yak Kharka (4050m npm). Powoli zaczyna być czuć, że powietrze jest tu trochę rzadsze, bo szybciej się męczymy. Trasa przepiękna, więc robimy zdjęcia jak japońscy turyści. Jest wcześnie więc można by spokojnie iść dalej, ale mamy czas i zostajemy tu na noc.




W nocy było tak zimno, że zamarzła woda w umywalce. Także w miejscu pobierania czystej wody spływającej z gór wisi z gumowego węża sopel lodu. Ubieramy się więc ciepło i ruszamy w dalszą trasę. Z czasem robi się coraz cieplej i jeszcze piękniej. Po 3h męczących godzinach dochodzimy do Thorang Pedi (4450m npm). Większość ludzi stąd następnego dnia atakuje przełęcz. Jest bardzo wcześnie, koło 10.00, a my czujemy się dobrze. Więc decydujemy, że po godzinnym odpoczynku spróbujemy wejść do High Camp (4850m npm), ostatniego schroniska przed przełęczą. Jest ryzyko, że tak szybka zmiana wysokości nam to zaszkodzi, ale jeśli tak się stanie to wrócimy niżej. Dojście do High Camp zaoszczędzi nam przynajmniej godzinę marszu kolejnego dnia, który będzie długi i męczący.




Okazuje się, że ten krótki etap treku jest jak narazie najtrudniejszy. Odległość nie jest duża, ale jest stromo, a to bardzo męczy przy rozrzedzonym powietrzu. Kilkanaście wolnych kroków i przerwa. I tak w kółko. Na górze trochę boli głowa, ale nie jest to nic czego nie dałoby się wytrzymać. Dostajemy byle jaki pokój, w dodatku jak narazie najdroższy na trasie, ale że schronisko jest tylko jedno, a ludzi w nim sporo, nie ma za bardzo wyboru. Idziemy na punkt widokowy, z którego roztaczają się piękne krajobrazy. Po południu raczymy się herbatą z liści koki, której zostało nam trochę z Boliwii. Pijemy ją od kilku dni. W Ekwadorze, Peru i Boliwii pije się ją, aby zapobiec chorobie wysokościowej.



Następnego ranka pobudka o 4.30. Planujemy wyjść koło 5.30. Wiele osób wyszło już o 4.00, ale nam nie chce się iść po ciemku. Jemy śniadanie i ruszamy, gdy zaczyna świtać. Do przełęczy jakieś 3h marszu pod górkę. Jest bardzo zimno, ale że idziemy dosyć wolno to jakoś trudno się rozgrzać. Mijamy kilka osób i na długi czas przed nami ani za nami nie ma nikogo. Jest idealnie błękitne niebo. Żadnego wiatru. Żadnych zwierząt. Absolutna cisza. Niesamowite. Marsz jest męczący. Co kilkanaście kroków trzeba przystanąć, żeby złapać oddech.



W końcu widzimy kolorowe buddyjskie flagi, które oznaczają cel. Dotarliśmy na 5416m npm na przełęcz Thorung, kulminacyjnego punktu całęgo treku! Tak wysoko nas jeszcze nie było. Jest zimno, my zmęczeni, ale także radośni. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i po kilku minutach ruszamy dalej. Tym razem w dół, o czym napiszemy niedługo.


Wokół Annapurny – pierwsze dni
7 Maj 2010 Magda
Miejsce, w którym rozpoczyna się trasa trekingu wokół Annapurny leży jakieś 4h jazdy autobusem od Pokhary. Autobus, zwany turystycznym, zabiera po drodze tylu lokalsów ilu da się upchać do środka i kasuje ich za to połowę tego co płacą turyści. Taki urok Nepalu (i nie tylko) i niewiele da się z tym zrobić.
Do Besisahar, czyli na miejsce, docieramy po niecałych 5h, w tym przerwa na podrasowanie resorów rozpadającego się autobusu. Szybka rejestracja w pierwszym punkcie kontrolnym i sru na koniec wsi na autobus do Bhulbhule. Do przejechania jakieś 16km. Można by iść, ale nie za bardzo ma to sens, bo to w końcu 16km po zakurzonej drodze z w sumie żadnymi widokami. Droga między Besisahar i Bhulbhule na długo pozostanie nam w pamięci. Czegoś tak dziurawego, nierównego i wyboistego chyba wcześniej nie widzieliśmy. Autobus podskakiwał non stop, a my razem z nim. Na jedyn z siedzeń usiadła kobieta z małą dziewczynką w chuście na plecach. Usiadła, ale nie zaprzątała sobie głowy faktem, że może mała, wciśnięta między plecy mamy i siedzenie, jest przy każdym podskoku autobusu, czyli stale, zgniatana.
W Bhulbhule wysiadka i w drogę. Do pierwszej wsi, Ngadi, dochodzimy w 50 minut. Jest koszmarnie gorąco, 30 stopni, albo i lepiej, i w tą niecałą godzinę wypijamy cały zapas wody. Zamiar mieliśmy taki, aby w Ngadi tylko chwilę odsapnąć i iść dalej do oddalonej o niecałe 2h wioski Bahundanda. Niestety nic z tego, bo niebo w ciągu kilku chwil robi się czarne od ciężkich, burzowych chmur, i chwilę potem zaczyna padać. Najpierw tylko kropi, ale z każdą chwilą deszcz jest coraz silniejszy. W pewnym momencie ulewa jest tak mocna, że ma się wrażenie, że woda spływa z nieba jednym wielkim strumieniem. Do tego zaczyna padać grad. Najpierw niewielki, ale w końcu z nieba zaczynają z siłą spadać na ziemię lodowe kulki o średnicy jakiś 2cm.
Zapada zmrok i mimo, że nie ma jeszcze 20.00, idziemy spać. Ulewa jest tak mocna, że deszcz padający na blaszany dach kompletnie zagłusza wszystko inne. Żeby usłyszeć się nawzajem trzeba krzyczeć.
Następnego dnia wyruszamy o 7.00, żeby uniknąć słońca. Ta taktyka sprawdza się tylko do 10.00. Potem jest przeraźliwie gorąco. Zero cienia, zero wiatru. I do tego oczywiście po górkę. Widoki narazie niespecjalne, ale za to ludzie w mijanych wioskach (szczególnie dzieciaki) chętnie pozują do zdjęć.
Tego dnia dochodzimy do Chamche (1385m npm). Pożywiamy się lokalną formą pizzy robionej na chlebie chapati, na pizzy kapusta, marchewka, tuńczyk. Straszne dziwactwo, ale po kilkugodzinnym wysiłku smakuje wyśmienicie.
Zmieniami strategię i następnego dnia wychodzimy o 6.00. Mimo wczesnej pory jest ciepło i parno, ale przynajmniej nie ma jeszcze słońca. Pierwsze 2h to mozolna wspinaczka pod górę po kamiennych stopniach. Potem trafiamy na długą karawanę mułów i dobre 30min zabiera nam, żeby je wszystkie wyprzedzić na wąskiej ścieżce. A potem kończy się droga, a zaczyna ogromne obsuwisko ziemi i kamieni, które trzeba przejść. Obsuwiko musi tu być już trochę czsu, bo wydeptano przez nie ścieżkę. Miejscami trzeba się wspiąć na stromy głaz, ale dajemy radę przejść. Nocujemy w Danaqyu (2200m npm). Wieczorem znów chmury i deszcz.
Następnego ranka cudowna pogoda. Idealnie czyste niebo, w końcu widać pierwsze szczyty. Zaczynamy czuć, że jesteśmy w górach. Wyszliśmy bez śniadania, bo o 6.00 jakoś nie chce się jeść. Planujemy zjeść w następnej wiosce, ale nie przypada nam ona do gustu, więc idziemy i idziemy, aż dopiero po4h znajdujemy jako takie miejsce na posiłek w Chame. Chame to ciekawe miejsce. 2710m npm, daleko od najbliżej drogi dojazdowej, ale są dwie kafejki internetowe, nie ma bankomatu, ale za to można w kilku sklepach z artykułami różnymi (od mydła poprzez skarpety i makaron, a na żarówkach i podrabianych North Face skończywszy) wyciąnąć kasę z karty kredytowej.
Dziś na szczęście nie jest już tak gorąco i idzie się o wiele lepiej. W pewnym momencie robi się dosyć zimno i na jakieś 30min przed dotarciem do dzisiejszego celu – Pisang (3250m npm) – zaczyna lać deszcz. Pada niedługo, ale po deszczu jest tak koszmarnie zimno, że cały wieczór spędzamy przy kominku w jadalni. Do łóżka jak zwykle z kurami, czyli o zmroku. Pokoje są oddzielone ściankami z desek, więc słychać każde pierdnięcie i kaszlnięcie u sąsiadów. Średnio to komfortowe, ale pokój mamy za darmo (za obietnicę stołowania się w owym przybytku), więc nie ma co narzekać.
Rano strasznie zimno. W ruch idą rękawiczki, czapka, wiatrówka. Widok z guesthousu piękny. Kawałek za wioską widać szczyt Annapurny Południowej. Dziś już w 100% czujemy, że jesteśmy w Himalajach.
W pewnym momencie dochodzimy do miejsce z którego roztacza się widok na przepiękną dolinę. Cudo. Trzeba przez nią przejść, żeby dojść do Manang, ostatniej prawdziwej wioski przed punktem kulimacyjnym treku, czyli przed przejściem przez przełęcz Thorung Pass. Ale o tym w następnym odcinku.







Nepal strajkuje, czyli przedłużony trekking
5 Maj 2010 Magda
Opowieść o trekkingu zaczynamy od końca…
Wczoraj, po 14 dniach na trasie, doszliśmy do Birethani. W normalnych okolicznościach przespalibyśmy się tam, następnego dnia rano spacerkiem doszlibyśmy w pół godziny do sąsiedniej wioski Nayapul, tam wsiedlibyśmy w autobus, by po dwóch godzinach jazdy znaleźć się w Pokharze. Czyli tam, skąd dwa tygodnie temu wyruszyliśmy na miejsce rozpoczęcia trekingu. Tak byłoby w normalnych okolicznościach. Ale niestety okoliczności nie są normalne. Bo praktycznie cały Nepal sparaliżowany jest przez strajk generalny. A jednym z efektów tego strajku jest całkowity brak jakiegokolwiek transportu. Dlatego dziś rano, zamiast iść na autobus musieliśmy do Pokhary dojść na pieszo. Czyli do 210 standardowych kilometrów, które przeszliśmy wokół Annapurny, doszły kolejne 25 czy coś koło tego. Całe szczęście spotkaliśmy na wczesnych etapach trasy miłego lokalsa, dzięki któremu zaliczyliśmy chyba wszystkie możliwe skróty po drodze, a przez to zaoszczędziliśmy kilka ładnych kilosów. Szło się koszmarnie ciężko, bo jak się ma w nogach 210km, a w głownie przeświadczenie, że to już koniec trasy, to z powodu każdego dodatkowego kilometra szlag człowieka trafia.
Strajk trwa od 1 maja, ale dopiero dziś poczuliśmy jego działanie na sobie. Dodatkowy dzień marszu o którym powyżej to jedna sprawa. Druga to pozamykane wszystko w Pokharze. Do miasta dotarliśmy około 15.00. Ostatni nasz posiłek to było śniadanie. Więc nie powiem – mieliśmy ochotę coś przekąsić. Ale nic z tego. Turystyczna dzielnica Pokhary pozamykana na cztery spusty. Niby knajpki otwierają się na 2 godziny od 18.00, ale akurat właśnie dziś strajkujący urządzili sobie w samym centrum Lakeside (tak się nazywa dzielnica turystyczna Pokhary) manifestację. Manifestacja jak najbardziej pokojowa, ale co z tego skoro z jej powodu nie może zjeść obiadu? Knajpy otwarły się z opóźnieniem i wtedy wygłodniała masa turystyczna ruszyła na żer.
Ale o co właściwie chodzi z tym strajkiem? Otóż strajk ogłosiła nepalska partia maoistyczna – United Communist Party of Nepal. Strajk ma być ich sposobem na wywalczenie własnych racji. Pozamykane szkoły, sklepy, restauracje, fabryki itp to wynik szantażowania tych instytucji/miejsc przez maoistów. Ci, którzy nie przyłączą się do strajku “proszeni” są o bardzo wysokie “dotacje” na rzecz maoistów, albo po prostu demoluje się im lokal. To samo dotyczy ruchu na drogach – drogi są puste w obawie przed zemstą maoistów.
Ile potrwa strajk? Tego nikt nie wie. Maoiści mówią, że tak długo jak trzeba będzie. Ostatni taki strajk zdarzył się chyba 4 lata temu i trwał 19 dni… A tymczasem nasza nepalska wiza kończy się za tydzień. Mieliśmy w tym czasie pojechać do Kathmandu odebrać wizę do Indii, spędzić kilka dni w okolicach stolicy, potem skoczyć na 2-3 dni do Parku Narodowego Chitwan i dalej do Indii. Wygląda jednak na to, że nic z tego…
Więcej o strajku
http://www.thehimalayantimes.com/fullNews.php?headline=Maoists+strike+cripples+life+nationwide&NewsID=242383&a=3
Fotki z dzisiejszej manifestacji maoistów w turystycznej dzielnicy Pokhary
Pokhara i przygotowania przedtrekowe
27 Kwiecień 2010 Magda
Mówią, że okres od marca do maja to drugi najlepszy w roku czas na trekking w Nepalu. Mówią, że widoczność jest wtedy trochę gorsza niż w październiku i listopadzie, kiedy to pogoda jest najlepsza. Teraz pytanie – co znaczy “trochę gorsza”? W tym konkretnym przypadku znaczy to chyba tyle, że nadal widać góry, ale może trochę mniej wyraźnie, bo powietrze jest mniej przejrzyste. I takiej właśnie wersji trzymaliśmy się do momentu przyjazdu do Pokhary. To niedaleko stąd zaczyna się szlak wokół Annapurny – szlak, który wybraliśmy dla siebie. Według opisu z przewodnika i opisu ludzi, którzy tu byli, nad jeziorem w Pokharze góruje masyw Annapurny. Z pewnością tak jest, ale nam przez 3 dni pobytu tutaj ani razu gór nie udało się zobaczyć. Niebo każdego dnia zasnute było chmurami, które z każdą godziną gęstniały i robiły się coraz ciemniejsze. A do tego każdego wieczoru burze. Jedna z nich była tak intensywna, że pioruny walące praktycznie non stop, zlewały się w jeden nikończący się huk. Jednak według prognozy pogody miała się poprawić lada dzień. Więc przesunęliśmy wyjście na trasę do owej poprawy, w międzyczasie inwestując większość czasu w obijanie się. Może mądrzej było by robić codziennie kilka serii przysiadów w ramach przygotowań, ale nas zdecydowanie bardziej pociąga lenistwo. W końcu mamy do przejścia 210km. Wtedy się pomęczymy. Pokhara, w odróżnieniu od Kathmandu, zbudowała sobie dzielnicę turystyczną dosyć daleko od centrum. Składa się ona z hosteli, restauracji, sklepów i bankomatów. Ceny – szczególnie w restauracjach – wysokie. Do centrum – gdzie z pewnością można zjeść sporop taniej – daleko, więc restauratorzy wykorzystują ten fakt ciągnąc od turystów ile się da. Wśród sklepów dominują te sprzedające podrabianą odzież znanych firm. Sklepikarze zapewniają, że wszystko jest bardzo dobrej jakości, ale trudno im uwierzyć. Bo jaką jakoś może mieć plecak za 40zł? Przekonamy się na własniej skórze, bo w takie właśnie plecaki zaopatrzyliśmy się przed trekingiem. Z naszymi dużymi plecakami nie mieliśmy się zamiaru zmagać na szlaku, nasze małe plecaczki podręczne mają raptem 15l pojemności, a to trochę mało na ponad 2 tyg. Stanęło więc na 30-litrowych Mammut’ach ;) Spakowaliśmy chyba niewiele, ale musi wystarczyć. Trasa to w końcu nie salon piękności i inwestowanie w specjalistyczne ciuchy chyba nie jest niezbędne. Muszą wystarczyć służące nam od wielu miesięcy spodenki, koszulki, polary i przeciwdeszczówki. Jeden ręcznik na spółkę, podstawowe kosmetyki, po 5 snickersów, aparat. Nie bierzemy śpiworów – będą musiały starczyć koce w schroniskach. Nauczeni doświadczeniem z Torres del Paine w Chile, że standardowy pokrowiec przeciwdeszczowy na plecak wcale przed deszczem nie chroni, zrobiliśmy sobie pokrowce z grubych worków na śmieci. Ze sprzętu bardziej profesjonalnego mamy tylko aluminowe kijki. Kiedyś wydawało nam się, że takie kijki to marketingowy wymysł i kupują je tylko ci, którzy na szalku koniecznie chcą mieć wszystkie możliwe gadżety. A potem – przy dwóch okazjach – okazało się, że kijki jednak mają sens, i to bardzo duży. Szczególnie przy stromych wejściach i zejściach. Kto nie wierzy niech kiedyś spróbuje :) Prawie zapomnieliśmy o najważniejszym. O papierach. Bo żeby pójść na treking wokół Annapurny trzeba najpierw dostać papier. A właściwie dwa. Pierwszy to pozwolenia na przebywanie na terenie Annapurna Conservation Area. $28 na osobę. Do tego dochodzi jeszcze Karta Rejestracyjna, która nie wiadomo czemu służy. Powiedziano nam, że jest ona niebędna na wypadek ewentualnego wypadku i koniecznej ewakuacji, ale to przecież bzdura, bo nikt nikogo ewakuować nie będzie póki nie ma ubezpieczenia. Jeszcze w zeszłym roku ta karta była za darmo, ale się ktoś wycwanił, bo teraz ta przyjemnośc kosztuje już $20. Ot tak z dnia na dzień cenę podniesiono z $0 do $20. Żeby papiery dostać trzeba oczywiście wypełnić kilka druczków i złożyć aż 4 zdjęcia. Dla wygody petentów przy punkcie wydawania papierów działa punkt robienia zdjęć. Znudzona 12-letnia dziewczyna delikwentowi zdjęcie jakąś idiot kamerą na tle ściany w domku, w którym owa dziewczynka po godzinach “urzędowania” prawdopodobnie mieszka. Jedyne $4 za 4 zdjęcia. Kiedy to czytacie my od tygodnia jesteśmy na szlaku. Wychodzi nam, że wrócimy najpóźniej 7 kwietnia, ale znając tempo Przemka to może kilka dni wcześniej :) Do tego czasu prosimy o cierpliwość.
23 Kwiecień 2010 Magda
17 Kwiecień 2010 Magda
1. Chaos. Tak to przynajmniej wygląda na pierwszy rzut oka. Bardzo ciasne uliczki w centrum zalane tłumem ludzi, a do tego samochody, motory, rowery, riksze. Z jednej strony wspaniale by było, gdyby te wąskie uliczki w centrum były zamknięte dla ruchu kołowego, ale że tutaj prawie każda uliczka jest wąska i ciasna to chyba jest to niepraktyczne.
Bardzo szybko okazuje się, że w chaosie jest system. Kierowcy jadą jakby na oślep, maniacko naciskając klakson prawie bez przerwy, mijają pieszych i inne pojazdy na swojej drodze w ostatniej chwili. A mimo to nikt na siebie nie wpada, żadnych stłuczek, żadnych potrąconych ludzi. Niesamowite.
2. Turysta = niograniczone środki finansowe. Pewnie nie jest tak w całym Kathmandu, ale na pewno można to powiedzieć w odniesieniu do centrum i Thamelu, dzielnicy turystycznej. Thamelu nie da się porównać do niczego co do tej pory widzieliśmy. To trochę jakby rozrośnięta wersja Kho San Road w Bangkoku, tylko jeszcze większa i bardziej uciążliwa. Każdy chce tu na nas zarobić. Zaczęło się już na lotnisku. Wzięliśmy taxi ze cztery razy mówiąc kierowcy, że nie pojedziemy z nim jeśli ma nam zaraz zacząć polecać jakiś specyficzny hostel. Kierowca tyle samo razy przyrzekał, że w żadnych wypadku tego robić nie będzie. Mieliśmy jechać gdzieś do centrym Thamelu. Jakieś 2 min po wyjeździe z lotniska kierowca mówi, że jeśli nie mamy pomysłu na hostel to on – oczywiście zupełnie przypdkiem – ma w samochodzie ulotkę z pewnego zaprzyjaźnionego miejsca i chętnie nas do niego zabierze…
Znaleźliśmy hostel. Pierwsze pytanie w recepcji to pytanie o nasze plany. Mówimy, że posiedzimy tu kilka dni, a potem trekking. Tak się oczywiście składa, że nasz hostel może nam wszystko zorganizować. Co za zbieg okoliczności. Nie, dziękujemy. Nie planujemy tragarzy ani przewodnika. Damy radę sami. No ale przecież trzeba pozwolenie załatwić, kupić bilet na autobus do Pokhara itp itd. Kierownik hostelu zaraz podejdzie i nam wszystko opowie. Nie, naprawdę nie trzeba.
Na ulicach co chwile ktoś chce nam sprzedać dywan, jakieś ubrania albo haszysz. Przejeżdżający riksiarze oferują usługi. Wszystko oczywiście po świetnej cenie. Special price for you madam, sir…
Sprzedawca mango rzuca ceną wywoławczą z kosmosu. Po chwili negocjacji zgadzamy się na kwotę sporo niższą, ale on – kiedy niby wkłada do reklamówki nasze mango – tak naprawdę wymienia je na egemplarze zepsute.
W restauracjach drobnym drukiem na samym dole menu informacja, że ceny nie zawierają 13% VAT i 10% service charge….
3. Piękna starówka. Tylko dosyć zapuszczona. Było by cudownie, gdyby choćby tylko na Placu Durbarg nie jeździły samochody. Miejsce jest prześliczne, ale trudno się na nim skupić przy tym wiecznym dźwięku klaksonów. Trzeba tu będzie przyjść kilka razy, żeby wszystko zobaczyć. Teoretycznie trzeba kupić bilet, żeby na starówkę wejść. Bilet za chodzenie po przestrzeni publicznej. Wyobrażacie sobie bilety wstępu na krakowski rynek?
4. Deficyt prądu. Nie ma go kilka godzin dziennie. Przerwy w dostawie prądu są dwojakiego rodzaju – planowane odbywają się według grafiku dla każdej dzielnicy czy grupy ulic; nieplanowane jak sama nazwa wskazuje odbywają się poza tym grafikiem. Oczywiście w większośc miejsc biznes kręci się także gdy prądu nie ma. Branża generatorów prądu i akumulatorów jest pewnie jedną z najprężniej działających w Nepalu.
5. Nadwyżka śmieci. Choć z pewnościa śmieci jest tu tyle samo, a może nawet mniej niż w Europie. Chodzi raczej o sposób obchodzenia się z nimi. Tutaj zalegają ona na ulicach i nad rzeką. Tak, wiemy, że takie specyficzne „zarządzanie nieczystościami” jest charakterystyczna dla krajów biednych.Ale mimo wszystko jest to jedna z niewielu rzeczy, która po tych wszystkich miesiącach w podróży nadal doprowadza nas do szału. Najzwyczajniej w świecie nie możemy zrozumieć jak można być tak kompletnie obojętnym na własne otoczenie.
Podoba nam się, ale to nie znaczy, że wszystkim trzeba się zachwycać :)













13 Kwiecień 2010 Magda
Do Nepalu jedziemy po raz pierwszy. Już dawno chcieliśmy tu przyjechać. Początkowo mieliśmy taki plan w pierwszym etapie naszej podróży. Ale tak się złożyło, że akurat trafilibyśmy na monsun, więc wizytę w tym kraju postanowiliśmy odłożyć na później. Kiedy więc zdecydowaliśmy, że nie chcemy kończyć podróży na Ameryce Południowej, Nepal był naturalnym wyborem. I tak jak wspomniałam – jeszcze nas tu nie było. Za to mój bagaż tak!
A było to tak…
We wrześniu 1999 wracałam do Polski z Dublina, gdzie przez kilka miesięcy pracowałam. Lot był przez Londyn do Warszawy, w dodatku w Londynie trzeba było przejechać z Gatwick na Heathrow. W zasadzie to nie problem, ale Heathrow to ponoć jedno z najgorsze na świecie lotnisk jeśli chodzi o gubienie bagażu. No i moja walizka też się zgubiła. Czekałam w Warszawie przy taśmie aż do ostatniej sztuki bagażu, ale nic przypominającego moją własność nie wyjechało. Załatwiłam formalności związane ze zgubą, po czym wróciłam do domu, gdzie spokojnie czekałam na walizkę. Miała być w ciągu dwóch dni. Minęły cztery, a bagażu nadal nie było. Codzienne telefony niewiele wyjaśniały. Kazano czekać, więc czekałam. Po jakiś sześciu dniach w końcu przełom – bagaż namierzony, ale jest problem. Otóż bagaż miał być nadany na lotnisko w Katowicach (z niego do mnie najbliżej), czyli do KTW – to międzynarodowy kod tego lotniska. Jednak z jakiś kompletnie niezrozumiałych przyczyn został nadany do KTM, czyli do Kathmandu….
Walizka – po długiej podróży z nepalskiej stolicy – dotarła do domu w końcu po chyba ośmiu dniach. A w niej między innymi wędzony irlandzki łosoś, którego wiozłam jako prezent dla rodziny. Na szczęście hermetycznie zapakowanej rybie nepalskie podróże nie zaszkodziły.

7 Kwiecień 2010 Magda
Dostajemy od czytelników całkiem sporo e-maili z pytaniami. Pytania są różne i staramy się na nie wszystkie odpowiadać. Jednak niektóre powtarzają się tak często, że pomyśleliśmy, że odpowiedź opublikujemy na blogu, bo tak będzie prościej ;)
Jakby się przyjrzeć pytaniom, które do nas przychodzą, to można by zauważyć, że gdzieś 1/3 dotyczy pieniędzy, a konkretnie skąd je wziąć, kolejna 1/3 to pytania o sprzęt fotograficzny, a reszta jest o wszystkim innym. Co do kasy to już chyba odpowiedzieliśmy. Co do pytań różnych – obiecujemy po zakończeniu podróży upublicznić odpowiedzi na nie (może się to komuś przyda). Za to dziś odpowiemy na pytanie pt. “Czym robicie zdjęcia?”
Większość zdjęć, które wrzucamy na blog są robione aparatem Canon 40d. Ponieważ straszne z nas lenie i nie chce nam się za dużo sprzętu dźwigać to do aparatu są tylko dwa obiektywy – Canon 24-105mm f4 L oraz Sigma 10-20mm f4-5.6. Do Indii weźmiemy chyba także malutki i bardzo lekki Canon 50mm f1.8.
Zdjęcia podwodne robione są malutkim Canonem Ixus 70 włożonym do plastikowej wodoszczelnej obudowy, w którą zaopatrzyliśmy się kilka lat temu. W Azji mieliśmy do tego także zewnętrzną, podwodną lampę błyskową.
I to by było na tyle jeśli chodzi o sprzęt. Można by na tym skończyć, ale nie powstrzymam się i napiszę jeszcze parę słówek :)
Wiele osób o tym wie, ale kto nie wie to niech pamięta, że aparat to tylko narzędzie. Lepsza jakość narzędzia na pewno pomaga w osiągnięciu lepszego rezultatu – tu nie ma dyskusji – ale to tylko połowa sukcesu. A w zasadzie jakieś 20%. Dobry aparat daje dużo możliwości, ale najpierw trzeba nauczyć się te możliwości wykorzystywać. Bo po co kupować Canon 5d jeśli się potem robi nim zdjęcia w trybie auto ? (widzieliśmy takich fotografów nie raz).
Można sobie kupić wypasiony i strasznie drogi aparat, dziesięć obiektywów i robić kiepskie foty. Można też mieć najprostszą lustrzankę i jeden obiektyw i robić dobre foty. W końcu za aparatem stoi człowiek i od niego bardzo dużo zależy.
Żaden ze mnie guru w temacie fotografii, ale wiem jak działa mój aparat, jak kontrolować przysłonę, czas naświetlania, ISO itp, poczytałam sporo o ekspozycji, o kompozycji, o tym jak sobie radzić ze światłem, naoglądałam się tysiące fotek świetnych fotografów, i może dzięki temu moje foty są w miarę poprawne i da się je oglądać. Choć oczywiście ja bym chciała, żeby wynik był dużo lepszy. No ale to wymaga dużej pracy i cierpliwości. Zresztą tak samo jak wszystko inne, w czym człowiek chce być dobry.
Czyli chciałam powiedzieć tylko, że trochę teorii i umiejętności korzystania ze sprzętu z pewnością pomaga w osiąganiu rezultatów. I dużo praktyki. No chyba, że ktoś ma po prostu talent i zawsze mu wychodzi. Ale takich ludzi jest niewielu.
2 Kwiecień 2010 Magda
Mongolski Cyrk Narodowy, Ułan Bator, lipiec 2009






Zamieszczony w: Mongolia
29 Marzec 2010 Magda
Jak Szanowni Czytelnicy z pewnością pamiętają, nasz blog brał udział w konkursie Blog Roku. Zaszliśmy wysoko (finałowa trójka w naszej kategorii), ale nic nie wygraliśmy. Tak przynajmniej myśleliśmy przez długie tygodnie.
Aż tu pewnego dnia okazuje się, że portal Onet.pl jednak o nas nie zapomniał. Przyszła tajemnicza przesyłka. Trudno powiedzieć jak długo organizatorzy konkursu myśleli nad nagrodami pocieszenia dla przegranych, ale chyba nie za długo. Poza dwoma dyplomami w klimacie zawodów szkolnych w podstawówce, notatnika z logo Onet, smyczy na klucze z logo Onet, dostaliśmy taki oto kubek emaliowany, o szalonej pojemności 300ml

Powiemy tak – miło, że coś na pocieszenie było, ale damy sobie radę bez takiego kubka. Więc może ktoś by miał ochotę? Chętnie ową nagrodę oddamy w dobre ręce, a może przy okazji trochę zasilimy budżet trzeciego etapu podróży (start za 2 tygodnie). Do zestawu dodamy notes i smycz. Pamiętne dyplomy zostawimy sobie na pamiątkę;)
Cena wywoławcza 1 zł (+ koszty przesyłki)
na adres
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
Zwycięzcą będzie osoba, która zaoferuje najwyższą kwotę. O tym kto to taki poinformujemy w czasie Świąt Wielkanocnych. Ta osoba będzie oczywiście wpisana na listę naszych sponsorów.
Zrozumiemy jeśli nie znajdzie się chętny na ten ponętny zestawik ;)
23 Marzec 2010 Magda
Pieniądze i koszty
Walutą w Chile jest peso. W czasie naszego pobytu w Chile $1 = 502p.
Bankomatów jest generalnie dużo (wyjątkiem jest Wyspa Wielkanocna, gdzie wszystkie 3 bankomaty przyjmują wyłącznie karty Maestro/Master Card/Cirrus). Nie ma także problemów z wymianą obcej waluty.
Nasze średnie dzienne wydatki wyniosły 43tys pesos, czyli $86 na dwie osoby. Ta kwota obejmuje wszystko (noclegi, transport, jedzenie, wstępy, wycieczki, wypożyczenie sprzętu na trekking, wypożyczenie motocykla itp itd) poza biletem lotniczym pomiędzy Santiago a Wyspą Wielkanocną (ten kosztował $600 w dwie strony za osobę).
Mimo, że Chile jest wyraźnie droższe od Argentyny, to wydawaliśmy prawie tyle samo. To dlatego, że w Chile bardzo mało podróżowaliśmy dalekobieżnymi autobusami, 95% posiłków przygotowywaliśmy sami i ponad połowę nocy spaliśmy pod namiotem. Dla porównania w Argentynie sami przygotowywaliśmy jakieś 70% posiłków (steków trudno było sobie odmówić :)), a pod namiotem spaliśmy tylko 10 nocy z 35, jakie spędziliśmy w tym kraju.
Przykładowe ceny (nie odnoszą się do Wyspy Wielkanocnej):
- łóżko w dormitorium – od 5tys
- pokój dwuosobowy – od 12tys
- tani zestaw obiadowy (zupa, drugie, deser) – 1500-2500p
- woda mineralna 1.5l – 300-400p
- Coca Cola, 1 litr – 600p
- 6 jajek – 350p
- 4 bułki – 150p
- duża empanada – 500-600p
- pancho (hot- dog) z piciem – 550p
- duże piwo – 750-800p
- butelka wina – od 1500p
- internet – 300-500p/h
Transport
Standard taki sam jak w Argentynie. Takie same klasy, czyli zwykłe siedzenia, semi-cama i cama (patrz Argentyna – informacje praktyczne).
Santiago
- polecamy Footsteps Backpackers Hostel na ulicy Almirante Simpson 50 jakieś 3 minuty piechotą od stacji metra Baquedando. Blisko do centrum (3 stacje metra lub 20 min piechotą), fantastyczni ludzie na recepcji, świetne imprezy integracyjne, super atmosfera. Łóżko w 8-osobowym dormie kosztuje 5tys, dwójka to 9tys za osobę (nie wiem czemu, ale ceny na ich stronie internetowej są dużo wyższe). W cenie jest śniadanie
- przejazd metrem kosztuje od 400-460p za przejazd (drożej w godzinach szczytu)
- w Santiago jest kilka dworców autobusowych. Są one ulokowane między stacją metra Universidad de Santiago a stacją Estacion Central
- do Valparaiso co 15 odjeżdżają autobusy firmy Tur Bus z dworca przy stacji metra Universidad de Santiago. Bilet kosztuje 3800p.
Puerto Natales i park Narodowy Torres del Paine
- dużo hosteli, ale w szczycie sezonu trzeba się było bardzo dużo nachodzić, żeby znaleźć wolne miejsce, więc warto wcześniej rezerwować. Ceny od 5tys za łóżko w pokoju dwuosobowym
- autobus powrotny do El Chalten jest o 8.30 i 18.30. Można płacić w walucie lokalnej (11tys) lub argentyńskiej (60p)
- kilka wypożyczalni sprzętu w miasteczku. Śpiwór kosztuje 3tys za dobę, spodnie przeciwdeszczowe 1.5tys. Koszty są liczone od dnia wypożyczenia, tylko od dnia rozpoczęcia treku. Czyli jeśli wypożyczam dziś, a na trek idę jutro to zaczynają liczyć od jutra. Cena jest za każdą noc spędzoną w parku.
- Kilka firm zapewniających transport do Parku Narodowego Torres del Paine. Autobusy wyjeżdżają między 7.30 a 8.00. Bilet otwarty w dwie strony kosztuje 13tys.
- Wstęp do parku kosztuje 15tys. Przy zakupie biletu dostajemy mapę parku i jest ona w zupełności wystarczająca na trekking. Są na niej zaznaczone wszystkie kempingi, czasy przejść itp
- tylko kilka kempingów w parku jest bezpłatna. Większość kasuje 4tys za noc za osobę (na mapce, którą dostaje się przy zakupie biletu jest zaznaczone, które kempingi są płatne, a które bezpłatne). Teoretycznie można spać tylko na wyznaczonych miejscach kempingowych, ale my raz spaliśmy na dziko i było ok
- Na trasie treku jest dużo źródeł. Wodę z nich można spokojnie pić (także po deszczu kiedy jest trochę zamulona). Nie używaliśmy tabletek do odkażania wody
- W płatnych kempingach można kupić napoje, ciepłe posiłki i batoniki, ciastka itp, ale ceny są bardzo wysoki, więc lepiej mieć wszystko ze sobą
Wyspa Chiloe
- nocowaliśmy w Ancud w hostelu Austral zaraz obok dwora autobusowego, jakieś 15min piechotą od centrum. Łóżko w 4-osobowym dormie za 5tys. Dwójka 6 tys za osobę
- wycieczka w czasie której można zobaczyć pingwiny kosztuje 10tys (można rezerwować przez hostele)
- wycieczka przez agencję do Chepu to koszt 35tys. Można jechać na własną rękę. Autobus z Ancud do Chepu odjeżdża w poniedziałki, środy i piątki o 6.30. Wraca około 17-17.30. 1,5tys za osobę. Da się dojechać i wrócić stopem, ale to wymaga cierpliwości, bo ruch na drodze do Chepu jest minimalny
- w Ancud w centrum obok targu jest kilka tanich restauracji z owocami morza. Polecamy. Świetne jedzenie w niezłej cenie. Curanto (tradycyjna lokalna potrawa z muszli i mięsa) kosztuje 2500, ogromny stek z łososia z kupą ziemniaków to 3500p.
- Kilka kafejek internetowych, 500-700p/h
- autobus do Castro odjeżdża co 30min z dworca autobusowego, 1200p
- z Castro regularnie jeżdżą autobusy do Chanchi, 700p
- Z Ancud autobusy do Osorno i Valdivia (to już na stałym lądzie) są co godzinę. Około 5tys za autobus do Osorno
Pucon i wulkan Villarica
- spaliśmy na kempingu La Poza, 5 min piechotą od centrum. 3500p za osobę za dobę.
- wejście na wulkan kosztuje od 35tys do 45tys. My wchodziliśmy z agencją Informationes (siedziba na głównej ulicy, niedaleko supermarketu, ale po przeciwnej od niego stronie ulicy). W cenie transport do i z parku narodowego, bilet wstępu do parku, ubrania ochronne, przewodnik. W cenę nie był wliczony opcjonalny wjazd wyciągiem krzesełkowym (5tys za osobę, zaoszczędza się w ten sposób godzinę marszu pod górę)
- w okolicach Pucon jest dużo basenów termalnych. Niestety nie ma do nich transportu publicznego, dlatego trzeba korzystać z agencji turystycznych. Koszt to 10-15tys za transport + bilet wstępu
- autobusy do Santiago odjeżdżają rano i wieczorem. Podróż trwa 10h. Jechaliśmy firmą Pullman, 20tys za osobę
Wyspa Wielkanocna
20 Marzec 2010 Magda
17 Marzec 2010 Magda
Żeśmy znowu zaszaleli i na Wyspę Wielkanocną pojechali. Szaleństwo, bo to koszmarnie daleko, więc i cenę swoją ma. Ale jak już nie raz na tym blogu wspomnieliśmy – raz się żyje :)
3700km od najbliższego stałego lądu (Chile kontynentalne). 2100km od najbliższej zamieszkanej wyspy (Pitcarn). Wyspa Wielkanocna to najbardziej odosobniona zamieszkana wyspa na świecie. Holender Jacob Roggeveen, który odkrył wyspę w 1722 roku miał spore szczęście, że w ogóle na nią trafił. No bo wyobraźmy sobie niewielki skrawek lądu – raptem 163km km² (to mniej więcej tyle co powierzchnia Katowic) – na otwartym oceanie. Ocean Spokojny, na którym leży wyspa ma za to 178,7 mln km². Czyli wychodzi na to, że Wyspa Wielkanocna zajmuje jakieś 0,0000916% powierzchni Oceanu. Nie wiem jakie jest prawdopodobieństwo trafienia “szóstki” w totka, ale mam wrażenie, że gdyby w 1722 roku istniał Toto Lotek, to Jacob Roggeveen miałby podobne szanse trafić szóstkę jak trafić na Wyspę Wielkanocną. A wtedy nie byłoby tej słynnej nazwy – Wyspa Wielkanocna. Bo Roggeveen odkrył wyspę w Wielkanocną niedzielę.
Umówmy się – gdyby na wyspie nie było słynnych posągów moai prawdopodobnie nikt by tutaj nie przyjeżdżał. Bo ta wyspa w niczym nie przypomina rajskich wysp południowego Pacyfiku, takich jak znaleźć można na Fidżi czy Polinezji Francuskiej. Nie ma kolorowej rafy, nie ma pięknych plaż (jedyne 2 plaże na wyspie znajdują się jakieś 18km od miasteczka), nie ma szumiących palm. W ogóle bardzo mało tam drzew. Jedna z teorii powstania posągów moai mówi, że ścięte drzewa były używane do przemieszczania posągów i dlatego ich teraz nie ma.
Czy to prawda do końca nie wiadomo, w każdym razie pewne jest, że z powodu braku drzew wyspa cierpi na ogromny deficyt cienia. Przekonaliśmy się o tym nie raz przez te sześć dni, które spędziliśmy na wyspie. A przede wszystkim na polu namiotowym. Bo jak się połączy brak cienia z bezchmurnym niebem, temperaturami w granicach 32 stopni i ortalionowym namiotem, to wychodzi dosyć niezdrowa odmiana sauny. Dlatego przebywanie w namiocie było możliwe tylko od zachodu słońca do mniej więcej godziny 9.00. Niestety przebywanie poza namiotem w pozostałych godzinach też nie należało do komfortowych, z powodu temperatury i braku cienia oczywiście. W dwa miejsca w miasteczku, w których funkcjonuje klimatyzacja, czyli do apteki i budki z bankomatem, głupio było za często chodzić się chłodzić, więc trzeba było sobie jakoś inaczej wypełnić czas.
Na szczęście mieliśmy na polu namiotowym kilka ciekawych osób, więc tematów do rozmów nie brakowało. Szczególnie jedna z nich zrobiła na nas wrażenie. Martha, 50-kilku letnia Niemka. W Niemczech przez lata prowadziła biznes. Pracowała po 12-14h na dobę. I w pewnym momencie stwierdziła, że już jej się nie chce. Sprzedała wszystko – od firmy, poprzez samochód, mieszkanie, jego wyposażenie itp – i postanowiła wyruszyć w świat. Najpierw pieszo (sic!) udała się z Niemiec do Hiszpanii, co zabrało jej 4 miesiące. Potem przyleciała do Ameryki Południowej, kupiła zwykły tani rower, który nie ma nawet lampy, i ruszyła nim na podbój Ameryki Południowej. Chce podróżować tak długo jak się da i będzie jej się chciało. W ogóle nie martwi się faktem, że nie ma do czego wracać. Życie jest krótkie. Trzeba z niego korzystać póki jest. Więc jeśli komuś nadal się wydaje, że to co my robimy to jest jakiś wyczyn (a z otrzymywanych e-maili wnioskujemy, że kilka osób tak właśnie uważa) niech pomyśli o owej Marcie.
A wracając do samej wyspy… Poza tym, że jest gorąco i nie ma cienia, jest tu jednak co robić przez kilka dni. Przede wszystkim są te piękne zachodu słońca, na które co wieczór pielgrzymowaliśmy z kartonem dobrego chilijskiego wina. Kilka razy wybraliśmy się pieszo oglądać atrakcje w okolicach miasteczka, ale tak nas to wymęczyło, że postanowiliśmy na jeden dzień wypożyczyć motor. Puste, choć miejscami mocno dziurawe drogi, wiatr we włosach. Super. Po drodze mijaliśmy męczenników na rowerach i kolejne moai. Jest ich na wyspie całkiem sporo, choć część w kiepskim stanie. Dwa miejsca, które zrobiły na nas największe wrażenie to Ahu Tongariki, czyli słynne 15 posągów ustawionych w rzędzie, i wulkan Rano Raraku, który nazwaliśmy fabryką moai. To właśnie tutaj wycinano posągi z wulkanicznej skały. Jeden 12-metrowy posąg nadal leży niedokończony, a na zboczu wulkanu stoi kilkanaście na wpół zasypanych na przestrzeni lat posągów. Wow.
Zresztą co tu dużo mówić. Wyspa – mimo, że do szczególnie pięknych nie należy – jest wyjątkowa.














13 Marzec 2010 Magda