| Spis treści |
|---|
| ?Ekspedycja Patagoński Triatlon 2009? |
| II Etap |
| Wszystkie strony |




















Zejście z Lodowca miało też swoje minusy. Dużo łatwiej ciągnąc sanie i posuwać się na nartach, niż targać ciężki plecak po nierównej skale. Na dodatek zmuszony byłem do chodzenia tą samą drogą dwa razy, gdyż niemożliwym było upchać wszystkiego do jednego plecaka. Zresztą nawet gdybym mógł, to i tak miałem ponad 70kg sprzętu.
Gdzieś tam przede mną znajdowało się refugio Pascal.
Planowałem dotrzeć do niego w przeciągu jednego dnia, ale trudność i nieznajomość drogi, zweryfikowała moje optymistyczne wizje.
Część drogi pokryta była mokrym śniegiem, w którym zapadałem się po pas. Często też droga traciła swoją logikę, czyli za cholerę nie wiedziałem, którędy iść. Wtedy wdrapywałem się do góry, aby mieć lepszą perspektywę i zaplanować kolejny odcinek.
Wiele razy ?droga? kończyła się kilkudziesięcio lub nawet kilkuset metrową przepaścią. Część z nich pokonywałem na tak zwanego ?żywca?, gdyż obejście pionowych skał i szukanie drogi zejścia, było ponad moje siły i kończącej się cierpliwości.
Niestety w większości przypadków był to nienajlepszy wybór i pokonywanie trudnych i niebezpiecznych odcinków, zajmowało dużo więcej czasu, niż poszukiwanie obejścia.
Pogoda też nie rozpieszczała.
Góry i skały tonęły w chmurach, a padający śnieg pokrywał wszystko bielą. Trudno było nie tylko szukać drogi ale i się poruszać.
Dotarcie do refugio Pascal zajęło mi dwa dni.
Bardzo ciężkie dni.
Wiatr, który rozpoczął swój koncert w środku dnia, przetestował mnie i mój sprzęt.
Mimo, że obciążony byłem kilkudziesięciokilogramowym plecakiem, potrafił unieść mnie w powietrze i przesunąć kilka metrów. Oczywiście lądowanie było zawsze awaryjne, czyli bolesne.
Moje ciało pokrywało się kolejnymi obtarciami i siniakami.
Często kładłem się na ziemi, aby uniknąć zdmuchnięcia ze skał.
Dużo częściej wiatr to robił, a ja łapałem się czego popadnie aby nie spaść w dół.
Niestety, kiedy ja uczyłem się fruwać, mój namiot przechodził test wytrzymałości.
I go oblał.
Kiedy wróciłem, znalazłem go na dole skał, w pobliżu lodowca.
Po drodze natrafiłem na zmasakrowaną puszkę tuńczyka i jedną potarganą skarpetkę.
Namiot leżał zwinięty na samym końcu skał. Podłoga roztargana była w kilku miejscach na całej szerokości, ściany pocięte i podziurawione niczym sito, a pałąki połamane.
Część rzeczy nadal była w środku, reszta pofrunęła w pobliskie szczeliny.
Powoli wyciągałem resztki z tego co pozostało z namiotu. Prawie wszystko zostało zniszczone lub uszkodzone. Cała elektronika oprócz kamery video była zniszczona.
Ubranie zniknęło bez śladu. W tym mój windstopper z pieniędzmi.
Wyczyszczona też została moja spiżarnia. A to oznaczało głodówkę.
Dwa dni spędziłem w refugio Pascal, próbując zregenerować siły i przeorganizować się.
Za pomocą taśmy i drutu, starałem się naprawić uszkodzone rzeczy.
Zapakowałem wszystko do jednego plecaka, który był tak ciężki, że chodziłem jak zapaśnik sumo.
Kolejne dni spędziłem na szukaniu drogi wyjścia.
Estancia La Cristina, do której dotarłem była oficjalnie zamknięta. Próbowałem dostać się do Estancji Helsingfors, ale wpakowałem się w pionowe skały i po dwóch godzinach trawersu, kiedy moje morale było na najniższym poziomie w historii całej ekspedycji, wycofałem się z powrotem.
Do cywilizacji postanowiłem dostać się od południowej strony, trawersując góry wzdłuż jeziora Argentino. Po drodze miałem kilka estancji, w których miałem nadzieję natrafić na dobrych ludzi, którzy mnie nakarmią i dadzą nocleg.
Jednak po dotarciu do każdej z nich załamywałem się. Budynki były zupełnie opuszczone lub zamknięte. Nie było tam ludzi ani jedzenia.
W dniu moich urodzin znalazłem starą torebkę polenty. Data ważności pokazywała rok 2005.
Pełna menażka tej papki była moim tortem urodzinowym, który poporcjonowałem na kilka posiłków.
Kilka łyżek zimnej polenty na śniadanie, lunch i obiad.
Tak aby żołądek się nie buntował.
Zresztą zalewałem go wodą aby go oszukać.
Po kilku dniach dotarłem do pierwszej czynnej estancji, w której zjadłem gorący posiłek.
Mimo, że moje nogi okaleczone były okropnie, a zmęczenie pokrywało całe moje ciało, szedłem przed siebie, aby dotrzeć do drogi numer 40.
Dwa dni później tam dotarłem. Ostatnie kilometry były walką.
Skóra na stopach parzyła jakbym chodził po rozpalonej blasze.
Czułem jak pęcherze pękają na całej jej powierzchni, rozlewając swe płyny, które paliły niczym kwas.
Same stopy były opuchnięte i pokryte otwartymi ranami, które starałem się owijać brudnymi i przepoconymi bandażami.
W kolan i plecach czułem kłujący ból, a ręce miałem całe zdrętwiałe od ciężkiego plecaka, który wżynał się w ramiona.
Ostatnie kilometry robiłem w tempie kulawego żółwia. Nie byłem w stanie zrobić kroku bez strasznego bólu.
Kilkaset metrów przed asfaltową drogą, padła prawa stopa i lewe kolano. Coś w środku strzeliło i każdy krok do przodu, okupiony był łzami, które szybko wysychały na policzkach.
Kiedy dotarłem do drogi, nie byłem w stanie zrobić nawet kroku. Siedziałem na ziemi, próbując złapać jakiś samochód, który zabrał by mnie w kierunku El Chalten.
Nie było to łatwe. W innych rejonach Patagonii, na środku pustkowia, każdy samochód się zatrzyma. Jednak ten rejon Patagonii zrobił się komercyjny i mało kogo interesowała samotna osoba na tym pustkowiu.
Jednak w nocy dotarłem do El Chalten.
Tam w hotelu Rancho Grande zostałem nakarmiony i znalazłem nocleg.
Kilka dni potrzebowałem na powrót do stanu używania.
Kolejne kilka aby naprawić metabolizm i wrzucić kilka witamin i pierwiastków, których mój organizm był wyzbyty.
Podczas tego etapu przemierzyłem ponad 350 kilometrów. Z czego prawie połowa lodowcami.
Niebawem będę ruszał na południe do Chile, aby rozpocząć ostatni etap wyprawy.
Ale o tym później. 
Cerro Gorra Blanca próbowałem zdobyć prawie trzy lata temu, ale w połowie trawersu lodowca, zostałem zmuszony do wycofanie się, z uwagi na załamanie pogody.
Na południu Patagonii sztormy przychodzą gwałtownie i szybko. Należy szybko się wycofać aby nie zostać pochłoniętym przez gęste chmury i zdmuchnięty przez porywisty wiatr.
Dlatego też, kiedy podchodziłem na nartach, ciągle obserwowałem niebo, typ i miejsce pojawiania się chmur oraz sprawdzałem ciśnienie otoczenia.
Drogę wejścia wytyczyłem sobie dzień wcześniej, po krótkiej obserwacji stoku i lodowca.
Nie będę rozpisywał się na temat zdobywania tej góry. Te informacje opublikuję po wyprawie.
Napiszę tylko, że po czterech godzinach wdrapywania się, znalazłem się na szczycie. Ostatni etap okazał się trochę wymagający (brakowało mi czekanów) i trochę skomplikowany (ciągłe kluczenie i poszukiwanie łatwiejszego wejścia na lodowe stopnie).
Na szczycie wiało jak cholera. Ciężko było ustać na nogach, a omijanie potężnej szczeliny tuż przy szczycie i przechodzenie śnieżnego mostu, podnosiło poziom adrenaliny.
Po południu znalazłem się ponownie w refugio Soto, które przez kolejne siedem dni było moim domem. Sztorm, który rozpoczął się już wieczorem osiągnął swoje apogeum kilka dni później. Tak potężnego wiatru nigdy nie byłem świadkiem. Kilka lat temu przez El Chalten przeszedł wiatr o sile 90km/h. W górach w Szkocji przetestował mnie wiatr o sile 120km/h.
Jednak to co wyprawiało się na Lodowcu można by określić słowem piekło. Lodowe piekło. Przez dwa dni nie byłem w stanie wyjść na zewnątrz. Raz spróbowałem, kiedy wiatr nieco osłab i powalony zostałem na ziemię. Już więcej nie próbowałem. Wiatr spokojnie przekraczał prędkość 150km/h. Na platformie mógł osiągać nawet 200km/h. W nocy myślałem, że potężna, wojskowa konstrukcja, wyrwana zostanie z podłoża i rozbije się o zachodnią ścianę Fitzroya. Wszystko się trzęsło i grzmiało. Śnieg zasypał całkowicie wyjście z refugio. W ciągu dnia widoczność nie przekraczała kilku metrów.
Siedem dni później, nadszedł zimny front z Antarktydy.
Temperatura spadła do -20 stopni Celsjusza, ale wysokie ciśnienie wyczyściło niebo i uspokoiło wiatr.
Ruszyłem na południe.
Na tej potężnej lodowej płaszczyźnie wszystko wydaje się takie bliskie i małe. Ale jest to złudne. Góry, które miałem przekroczyć znajdowały się ciągle w moim polu widzenia, ale dotarłem do nich dopiero po trzech dniach trawersu. Szedłem od rano do wieczora. Non stop przez 10 godzin. Robiłem tylko kilka przerw na łyk herbaty z termosu, oraz jedną dłuższą dwudziestominutową, na zjedzenie jakiś ciastek lub makaronu przygotowanego dzień wcześniej.
Tuż przed zachodem słońca rozbijałem obóz.
Budowałem mur, który chronił namiot przed wiatrem i przygotowywałem jedzenie.
Najpierw jednak wypijałem dwa termosy płynów (jeden kawa z whisky, drugi herbata), a następnie przygotowywałem wodę na makaron.
Przygotowywanie posiłków zajmowało dużo czasu, z uwagi na duże zimno i suchy śnieg. Ugotowanie jednego litra wody zajmowało ponad pół godziny. Dlatego też spać szedłem po północy.
Czasami byłem tak zmęczony, że robiłem sobie tylko coś do picia i szedłem spać, albo zapychałem się ciastkami.
Moja kuchenka Primus ciągle się blokowała, a później niczym chińska tandeta rozsypała się zupełnie.
Został mi tylko Jetboil, w którym gotowałem wszystko.
Po trzech dniach omijania potężnych szczelin w pobliżu lodowca Upsala, dotarłem na Gran Paso.
Jest to wysoko usytuowana przełęcz, którą dostać się mogłem na drugą część Lodowca. Ta część była mało eksplorowana i w zasadzie brak było jakichkolwiek informacji w internecie.
Dlatego też z niecierpliwością oczekiwałem widoku na płaskowyż Italia.
Trzeciego dnia zatrzymałem się w pobliżu potężnej ściany Cerro Murallon, aby następnego dnia zejść na altiplano Italia i zapoznać się z nowym terenem.
Obawiałem się tylko jednego, że następnego dnia obudzę się otoczony chmurami, padającym śniegiem i zaatakowany zostanę przez silny wiatr.
Trzy dni dobrej pogody na Lodowcu to serwis, za który należy zapłacić.
Bardzo drogi serwis.
Kolejne dni miały to potwierdzić. Wchodziłem w etap walki o życie. .

Poruszanie się z tak dużym ciężarem i tak dużym pakunkiem nie było łatwe.
Na pierwszym odcinku drogi, problemem były drzewa, a dokładnie gałęzie, które zaczepiały się o końcówki nart, przytroczonych do plecaka. Często musiałem się schylać, aby nie zostać schwytanym w drzewianą sieć. Ręce drętwiały od ucisku na ramionach, a plecy i nogi bolały jak diabli.
Potem przyszły duże kamienie, po których należało przetrawersować całe lago Electrico. Duże wyzwanie dla kolan i nóg. Na szczęście etap rowerowy doskonale je przygotował. Jestem pewien, że w innych okolicznościach, nie dałbym rady przenieść tego ładunku.
Tego samego dnia chciałem jeszcze wrócić po depozyt, ale byłem padnięty, a moje plecy bolały przy każdym ruchu.
Następnego dnia poszedłem po pierwszą partię i zaniosłem ją na lodowiec Marconi, po czym wróciłem do lago Electrico i wniosłem resztę rzeczy w to samo miejsce.
Przed sobą miałem długi odcinek płaskiego lodowca, po którym mogłem ciągnąc sanie, dzięki czemu nie musiałem chodzić na dwa razy.
Wiedziałem, że tego dnia nie dotrę do Refugio Soto na Paso Marconi, gdzie zamierzałem zrobić swoją bazę i przygotować się do krosowania lodowca.
Zanim lodowiec Marconi nabrał stromizny, znalazłem miejsce na nocleg. Postanowiłem nocować tuż przy potężnym kamieniu, w pobliżu góry, z której schodziły lawiny. Kamień ułożony był tak, jakby miał zaraz się przewrócić, ale doskonale chronił przed wiatrem.
Jak się okazało, moje nerwy tego nie wytrzymały i w nocy przeniosłem namiot dwa metry powyżej kamienia, gdyż przez cały czas miałem uczucie, że mi spadnie na łeb.
Na dodatek lawiny które schodziły przez całą noc, wyrywały mnie ze snu. Kilka razy myślałem, że zmiotą mój namiot. Wiedziałem, że schodzą blisko (zatrzymywały się 20 metrów ode mnie), bo sprawdziłem teren wcześniej, ale nie sądziłem że będzie to taka wojna nerwów. Poza tym z Cerro Marconi, usytuowanego po drugiej stronie lodowca, waliły się całe ściany seraków. Ich huk rozlewał się po całym lodowcu, otoczonego zimnymi skałami.
Kiedy taka lawina i serak zwaliły się równocześnie, moja głowa przebijała się przez namiot w poszukiwaniu drogi ucieczki. Wyglądałem jak surykatka. Po czym waliłem się z powrotem do śpiwora.
Trzeciego dnia dotarłem do Paso Marconi.
Wymagało to dwukrotnego wnoszenia rzeczy po stromej ścianie. Kiedy dotarłem do miejsca, gdzie lodowiec wznosił się łagodnie pod górę, wrzuciłem wszystko do sań i zawiozłem do Refugio Soto.
Moje stopy po trawersie były poranione. Obdarta do krwi skóra na piętach, łydkach i palcach. To było wynikiem chodzenia po skałach w plastikowych butach. Ale to był mój wybór. Nie chciałem nosić dwóch dużych par butów. Wiedziałem, że plastikowe buty służą do wspinania się czy jazdy na nartach, a nie do trekingu.
Mimo, że stopy wymagały odpoczynku, postanowiłem wykorzystać ostatni dzień dobrej pogody, na próbę zdobycia pobliskiej góry Gorra Blanca (2874m).
Nie jest to trudny technicznie szczyt, ale jej górna część pokryta jest potężnymi lodowymi stopniami, do przejścia których wymagane są czekany, których ja nie miałem. Dlatego postanowiłem użyć końcówek kijków trekingowych jako czekany, a automatyczne raki jakoś nałożyć na telemarkowe buty i związać je paskami tak, żeby nie spadały.
Pierwszą część góry do przełęczy postanowiłem przetrawersować na nartach. Miało to też dać podczas powrotu możliwość zjazdu pięknym stokiem na podstawę lodowca, schodzącego ze szczytu.
Następnego dnia rano ruszyłem na swoich telemarkach, zdobywać swój pierwszy szczyt na Lodowcu Kontynentalnym.
