|
Docieramy do Cuzco na jakąś godzinę przed świtem, jest potwornie zimno, nie pozostaje nam nic innego jak tylko złapać taksówkę do centrum. Zanim jednak uda nam się dotrzeć do centrum udajemy się na dworzec autobusowy,żeby kupić bilety na autobus do Puno i tu zaczyna się zabawa....Wszyscy wokół wykrzykują nazwy miejscowości, do których kursują autobusy ich firmy, decydujemy się na jedną z nich, obsługa usiłuje zaproponować nam usługi lepsze niż dla tubylców, a my dajemy się zwieść niewielkiej różnicy w cenie, finalizujemy transakcję i spokojnie udajemy się do centrum. Świt w pępku świata robi niesamowite wrażenie, palmy, monumentalne budowle sakralne wzniesione na gruzach inkaskich świątyni, wąskie brukowane uliczki i mury miasta pamiętające czasy inkaskiej świetności, niestety czas już na nas wracamy na dworzec. Na dworcu jesteśmy przed czasem, zresztą zgodnie ze wskazaniami pani z biura, czekamy, czekamy, gromadzi się coraz więcej ludzi i tu niespodzianka- przyjeżdża zwykły autobus a nie tak zwany turystyczny, na który kupiliśmy bilet. No cóż rozglądamy się nerwowo, pytamy kierowcy i pani z biura, niestety twierdzą, że nasz autobus odjedzie dopiero o 11 tej bo kierowca jest chory. Sytuacja jest patowa, tym bardziej, że zależy nam na czasie, nie poddajemy się jednak łatwo, coś nam tu nie pasuje, okazało się, że kupiliśmy autobus na tą właśnie godzinę ale po cenie dla gringos, nasz autobus w ogóle nie był rozpisany na tą godzinę. Robimy awanturę, w rezultacie, której okazuje się, że nie jesteśmy jedyni, którzy zostali potraktowani w tak miły sposób. W trakcie kłótni poznajemy Ruzanę, która też padła ofiarą pani z biura, w końcu udaje nam się wywalczyć zwrotu kosztów różnicy w cenie biletu i wreszcie odjechać. W Puno jesteśmy około 17tej i tym razem również pierwsze kroki razem z Ruzaną kierujemy do biura w celu zakupu biletów na dalszą podróż do Copacabany. Nie bardzo możemy się jednak porozumieć z obsług,ą która próbuje zrobić interes na griongos. Tym razem odpuszczamy i jedziemy do hostelu. Wieczorem ruszamy na miasto, trafiamy na Plaza de Mejor, gdzie u stóp katedry odbywa się fiesta, jest kapela, wszyscy tańczą, a wokół obrazu świętego palą się świece. Ze zdumieniem obserwujemy to niecodzienne dla nas zjawisko, okraszone sztucznymi ogniami, dziwnymi owocowymi trunkami i małymi przekąskami, którymi raczą się wszyscy łącznie z nami. Czas jednak na kolacji- daliśmy się skusić darmowemu pisco i ludowym grajkom. Tańce w wykonaniu lokalnego zespołu lodowego są dość dwuznaczne i momentami trudne do przełknięcia prawie jak świnka morska, którą na kolację raczył się Wojtek......
Przeszywający zapach koki =5)){ imageobject.style.MozOpacity=opacity/100; } else if ((navigator.appName.indexOf("Microsoft")!= -1) && (parseInt(navigator.appVersion)>=4)){ imageobject.filters.alpha.opacity=opacity; } } //-->
|
Autobusy do i z Pilcopaty jeżdzą tylko 2 razy w tygodni; do Pilcopaty we wtorek i czwartek, natomiast powrotny jest w środę i piątek wieczorem. Wszystko to spowodowane jest tym, iż do Pilcopaty prowadzi tylko jedna kręta i dość niebezpieczna droga,tak wąska iż nie sposób wyminąć samochodu jadącego z naprzeciwka. W piątkowy wieczór pakujemy się do rozklekotanego autobusy, który lata świetności ma już dawno za sobą ( zakłądając, że kiedykolwiek je miał), mimo to miejsca są oczywiście numerowane:)) Pakowanie autobusu trwa bardzo długo, gdyż Indianie pakują ogromne torby dosłownie gdzie się da, na dach do bagażnika, między siedzenia. Torby te są dość duże, ale dziwnie lekkie, już po chwili wiemy dlaczego - torby pełne są liści koki. Wszędzie unosi się zapach koki. Indianie zbierają liście koki pakują je potem w torby i zawożą do Cuzco, gdzie za bezcen sprzedają handlarzą narkotyków. Nasie towarzysze podróży mieli po conajmiej kilka toreb każdy i uprzejmie prosili o przejęcie i na czas podróży części łądunku, nie bardzo wiedzieliśmy o co chodzi, ale przezornie odmówiliśmy. Autobus rzęzi okrutnie, zatrzymuje się co chwilę, żeby zabrać kolejnych pasażerów.Następny przystanek jest już jednak zupełni inny, do autobusu wchodzą uzbrojeni mundurowi i konfiskują skormną część ładunku. Droga robi się coraz bardziej nieciekawa, autobus ze względu na swoje obciążenie ledwie trzyma się drogi, dobrze, że jest ciemno, przynajmniej nie widzimy czym to się może skończyć. W końcu udało nam się zasnąć, ale nie na długo,obudziła nas kolejna kontrola, tym razem panowie nie byli już tak mili nieomieszkali nas przeszukać, niestety doszło też do szarpaniny między nimi, a Inidianami, których torby skonfiskowano niemalże w całości. Panowie byli nieugięci, prawdopodobnie był już ktoś chętny na kokę, którą przewozili Indianie. Wszystko to wyglądało bardzo dramatycznie, z jednej strony wszyscy wiemy, że z liści tych nie będzie herbaty, tylko narkotyki, za drugiej strony jednak koka, którą sprzedają Indianie jest nierzadko ich jedynym środkiem utrzymania.....
|
|
Pilcopata tour ciąg dalszy =5)){ imageobject.style.MozOpacity=opacity/100; } else if ((navigator.appName.indexOf("Microsoft")!= -1) && (parseInt(navigator.appVersion)>=4)){ imageobject.filters.alpha.opacity=opacity; } } //-->
|
Kolejny dzień pobytu w Pilcopacie planujemy przeznaczyć na wyprawę do wioski Indian Machuasi. Zadanie to wydaje się być trudniejsze biorąc pod uwagę fakt, iż wylała rzeka i nie sposób się przez nią przeprawić. Na początek planujemy wycieczkę do miejscowości Atalaya nad rzeką Rio Alto Madres de Dios, a potem zobaczymy co się uda. Atalaya jest małą miejscowością dosłownie 5 domów na krzyż plus szkoła, która właśnie świętuje dzień matki, maleńka restauracja dwa sklepy i stragany z pamiątkami. Czas na poranną pyszną peruwiańską kawę, której smaku nie można porównać do żadnej innej kawy, a potem ruszamy. Udało nam się znaleźć przewodnika Augusto, który za rozsądną cenę zabierze nas rzeką do dżungli. Rzeka jest rwąca a kolorem przypomina polski żurek. Przybijamy do brzega, przedzieramy się przez zarośla i trawy a Augusto jest naszym machetero. Widoki i odgłosy dżungli pozostają na długo w pamięci, nie sposób zapomnieć wrzasków małp, widoku piranii, kajmanów czy też przepięknych kwiatów orchidei. Na koniec jeszcze wycieczka tratwą po rzece pełnej piranii- osobliwa przyjemność. To jednak nie koniec na dzisiaj- nadal jednak próbejemy dostać się do wioski Indian. Młody chłopak z Pilcopaty, syn lokalnego "biznesmena" przychodzi nam z pomocą. Jedziemy nad rzekę, zostawiamy samochód i szukamy przejścia, rzeka w głównym nurcie jest zbyt rwąca aby się przez nią przedostać tak więc próbujemy przejść przez kawałek dżungli, przedzieramy się przez krzaki, brodzimy po uda w wodzie i niestety musimy się wycofać. Próbujemy jeszcze raz przedrzeć się przez rzekę tzn. my zostajemy na kamienistej, zalanej południowym słońcem plaży, a nasz przewodnik popłynie do wioski po łódź dla nas. Chłopak rzuca się do wody, a my przeżywamy chwilę grozy, prąd znosi go około 50 metrów, ale wychodzi z tego bez szwanku i po chwili macha już nam z drugiego brzegu. Jedno jest pewne, żadne z nas nie przeżyłoby takiej kąpieli. Dość długo smażymy się w słońcu czekając na przewodnika, po jakiejś godzinie wraca niestety z niczym, Indianie nie zgodzili się na przyjęcie obcych. No coż przynajmniej próbowaliśmy.
|
|
|
Santa Rosa de Huacaria =5)){ imageobject.style.MozOpacity=opacity/100; } else if ((navigator.appName.indexOf("Microsoft")!= -1) && (parseInt(navigator.appVersion)>=4)){ imageobject.filters.alpha.opacity=opacity; } } //-->
|
Rano budzi nas ulewny deszcze i wrzaski papug, na szczęście ulewa szybko się kończy a my pędzimy szybko coś zjeść i zorganizować sobie przewodnika po dżungli. Wychodząc z hotelu spotykamy grupę Czechów,którzy przyjechali do Pilcopaty na zorganizowany wyjazd, ich przewodnik doskonale zna miasteczko i jego mieszkańców, tak więc szybko przychodzi nam z pomocą. W ten właśnie sposób znaleźliśmy Eloja ( chyba tak pisze się jego imię), który miał nas zaprowadzić do wioski Santa Rosa de Huacaria, po drodze co chwilę napotykamy niesamowite dla nas mieszczuchów gatunki ptaków, motyli, roślin, kwiatów. Droga nie jest trudna, aczkolwiek wysoka temperatura i straszna wilgotność powietrza dają nam się we znaki. Kiedy wreszcie docieramy do wioski zastajemy w niej tylko kobiety i dzieci ( jest jeden mężczyzna, ale podobnie jak większość nie mówi po hiszpańsku), panowie prawdopodobnie wyruszyli gdzieś w dżunglę. W wiosce jest mnóstwo dzieci, które podzielone na 3 grupy wiekowe większość dnia spędzają w szkolach. Jest szkoła, a właściwie przedszkole dla maluchów, średnich dzieciaków i już troszkę większych. Chociaż goście w wiosce zdarzają się nie częściej niż raz na miesiąc wzbudzamy w dzieciakach umiarkowaną ciekawość. Trochę się nas boją, chowają się, wstydzą. Domy w wiosce zbudowane są z bambusa, część z nich to chaty kształtem przypominające stożek, a część o małe domki zbudowane na drewnianych palach. Kolorytu temu wszystkiemu dodają spacerujące tu i ówdzie papugi = wielkie, niesamowicie kolorowe Ary. Niesamowite. Wracamy do hotelu, tutejsi już powoli oswoili się z naszym widokiem, uśmiechają się do nas przyjaźnie, a dzieci natomiast nie przejmują się barierą językową i przy posiłku raczą nas historiami swoich zabaw i rodzinnych uroczystości.
|
|
wyprawa do Pilcopaty =5)){ imageobject.style.MozOpacity=opacity/100; } else if ((navigator.appName.indexOf("Microsoft")!= -1) && (parseInt(navigator.appVersion)>=4)){ imageobject.filters.alpha.opacity=opacity; } } //-->
|
W Cuzco lądujemy wieczorem. Jeszcze łudzimy się nadzieją, że znajdziemy jakąś agencje, która zorganizuje nam wycieczkę do Pilcopaty, jednakże nasze wysiłki okazują się być bezskuteczne. Łapiemy pierwszą taksówkę i jedziemy na poszukiwanie hotelu. Spośród bogatej oferty miasta wybieramy opcję noclegu u tubylców. Szukamy hosteliku Carmen Alto, nie jest to miejsce rzucające się w oczy, jednak w końcu ( z drobną pomocą sklepikarza) udaje nam się odnaleźć właściwe drzwi. Carmen jest niezwykle ciepłą, sympatyczną osobą, które dodaje kolorytu hostelowi.Szybko poznajemy wszystkich domowników, a najwięcej sympatii wzbudza MANA- mała suczka, która nie daje już nam spokoju. Warunki są raczej spartańskie, aczkolwiek jest czysto i przyjemnie. Najprzyjemniejsze jest jednak śniadanie- sok ze świeżych pomarańczy, świeży jogurt, pieczywo, które spożywa się w towarzystwie całej rodziny Carmen. Żegnamy się z Carmen i pędzimy na dworzec złapać autobus do Pilcopaty, niestety okazuje się, że autobus odjechał pół godziny temu, a kursje tylko trzy razy w tygodniu. Tutaj pomocą służy nam taksówkarz, któy pomaga nam dogać się z niewiastą sprzedającą bilety, jak również zawozi nas na przedmieście, gdzi będziemy mogli złapać inny autobus. Ledwie zdążyliśmy wysiąść z taksówki, a nasze bagaże już zmierzają w kierunku naszego transportu, co się okazuje to nie autobus to ciężarówka. Pakujemy się na cieżarówkę ( za wczasu, żeby zająć dobre miejsca, to w końcu 12 godzin jazdy) razem workami cebuli, ziemniaków, kapustą, ryżem i Indianami. Jeszcze tylko trzeba zaopatrzyć się w wałówkę na drogę i ruszamy.Niestety nie ujechaliśmy daleko ( jakieś 40 minut od miasta), cieżarówka zatrzymuje się gdzieś miedzy górami ( potworny żar leje sie z nieba, wokół ani kawałka drzewa tylko piach), okazuje się, że z powodu prac wydobywczych na wysokości droga jest tymczasowo zamknięta, tzn będzie otwarta za 3 godziny. Nie pozostaje nam nic innego tylko czekać, zresztą dla nikogo tutaj nie jest to żadne zaskoczenie. Nigdzie nie widać ani kszty nerwów czy też znierepliwienia. Wokół mnożą się stragany z przenośną, plenerową garkuchnią z czego i my postanawiamy skorzystać. W końcu ruszamy, na szczęści ciężarówka jest wysoka, dzięki czemu nie dokońca zdaję sobie sprawę z faktu iż droga jest niezwykle stroma, kręta i wystarczy jeden niewłaściwy ruch kierowcy i wszyscy skończymy swój żywot na dnie przepaści. Na szczęści lub też nieszczęście o obiad plus kusz z pod kół samochodu, niezwliczona ilość zakrętów równa się mgłości - tak więc siła rzeczy nie mogę się już wychylać i obserwować trasy. Dalej jest już troche lepiej tzn. góry się skończyły zaczęły się okrutne dziury, bo przecież w dżungli nie ma asfaltu. Przejerzamy przez dżunglę jest naprzemian gorąco i wilogotno albo chłodno i duszno. Dżunga zachwyca swoją potęgą i majestetem zieleni. Wreszcie około godziny 8 wieczorem jesteśmy w Pilcopacie. Miasteczko jest niewielkie i raczej rzadko gości turystów, dlatego też jesteśmy swego rodzaju atrakcją i ciekawostą - w końcu nie przyjechaliśmy z wycieczką tylko ciężarówką z tubylcami. Teraz tylko szybko targujemy się o cenę pokoju, potem prysznic i do łóżka. Następnego dnia planujemy udać się do indiańskiej wioski Santa Rosa doe Huacaria, gdzie można zobaczyć jak żyją Indianie Machuengas.
|
|
|
Dzienniki peruwiańskie- Machu Picchu =5)){ imageobject.style.MozOpacity=opacity/100; } else if ((navigator.appName.indexOf("Microsoft")!= -1) && (parseInt(navigator.appVersion)>=4)){ imageobject.filters.alpha.opacity=opacity; } } //-->
|

Machu Picchu- Jeden z siedmiu cudów świata
|
Blady świt okazał się nie być tak białym jak planowaliśmy. Zaspaliśmy. Budzimy się około szóstej rano i czym prędzej udajemy się do centrum miasteczka, skąd odjeżdżają autobusy na Machu Picchu, naiwnie wierzymy, że jest jeszcze wcześnie, więc nie będzie tłumu turystów. Ku naszemu zdziwieniu już ustawiła się ogromna kolejka, a autobusy podjeżdżają jeden za drugim. Szybko kupujemy bilety na autobus-$28 w dwie strony i bilety wstępu na Machu Picchu (nie można ich dostać u wejścia). Bilety jak na kieszeń przeciętnego Polaka tanie nie są i kosztują około 125 soli.(około 125zł). Zaopatrzeni w bilety, czapki (spodziewamy się upału), gotowi na niezwykłe wrażenia, wsiadamy do autobusu. Autobusy, jak również ich obsługa są znakomicie przygotowane dla turystów. Droga na Machu Picchu z Aquas Calientes trwa około pół godziny. Jedziemy krętą, wąską drogą, na której ledwie mieści się jeden autobus. Docieramy na miejsce i widzimy miasto Inków wyłaniające się z mgły, niesamowite wrażenie. Gdyby nie tłumy turystów obecność duchów Inków można by niemalże poczuć w powietrzu.
|
Spędzamy na Machu Picchu dobrych kilka godzin, zaglądamy prawie w każdy dostępny kąt i zachwycamy się przechadzającymi się lamami. Robi się coraz bardziej gorąco więc postanawiamy wrócić do miasta, gdyż jeszcze tego samego dnia planujemy wrócić do Cuzco. W Aquas Calientes spędzamy jeszcze kilka godzin, kosztujemy lokalnych specjałów, które popijamy peruwiańskim piwem w rozmiarze 1.1 litra. Na koniec jak typowe mieszczuchy fundujemy sobie biletu na Inka Rail- pociąg, którym wracamy do Ollanty skąd zamierzamy złapać busa do Cuzco. Pociąg jedzie bardzo wolno, dzięki czemu możemy cieszyć się pięknymi widokami, którymi zachwyca peruwiańska ziemia.....
|
|
Dzienniki peruwiańskie- Droga do Machu Picchu =5)){ imageobject.style.MozOpacity=opacity/100; } else if ((navigator.appName.indexOf("Microsoft")!= -1) && (parseInt(navigator.appVersion)>=4)){ imageobject.filters.alpha.opacity=opacity; } } //-->

|
Wreszcie ruszamy, powoli po wyboistych drogach Cuzco, ale to dopiero początek zabawy ( na szczęście jest ciemno i nie widzimy dokładnie jak wygląda droga), droga jest coraz bardziej kręta, a my obijamy się o siebie na tylnym siedzeniu busa. Jest ciasno, duszno i jesteśmy potwornie zmęczeni, mamy wrażenie ,że trasa, którą pokonujemy jest trasą przez kamieniołom. W końcu udaje nam się zasnąć na moment i budzimy się już w Santa Maria około pierwszej w nocy. Spodziewaliśmy się zastać tam znacznie więcej oznak życia niż to co rzeczywiście zobaczyliśmy- wyboista gruntowa droga i kilka domów mieszkalnych, na szczęście z opresji ratuje nas para Wenezuelczyk i dziewczyna z Chile, którzy czekali już dwie godziny na kogoś z kim mogliby dzielić koszty taksówki do Santa Teresa. Właściwie to spadliśmy im z nieba, a obi byli naszą nieoczekiwanym kołem ratunków, w przeciwnym razie i my i oni musieliby czekać na następnych turystów do rana. Droga z Santa Maria do Santa Teresa zajmuje około półtorej godziny i wiedzie przez las tropikalny. Trasa jest wąska i kręta tak więc co kilka chwil o samochód uderzają gałęzie i krzaki. Około trzeciej nad ranem lądujemy w Santa Teresa, jesteśmy nieprzytomni ze zmęczenia i wzorem naszych towarzyszy udajemy się na spoczynek do najbliższego hostelu (plan co prawda był inny i przywidywał wyjście na szlak do Machu Picchu już w nocy i odpoczynek na trasie). |
Hostel ?.. jest schludny i czysty, zresztą nie zawracamy sobie tym zbytnio głowy, po prostu padamy spać. Rano, krótkie rozpoznanie terenu, śniadanie i ruszamy do Aquas Calientes. Słów kilka o śniadaniu. Jesteśmy w Santa Teresa niewielkiej miejscowość na prowincji, jednakże nawykłej do widoku turystów, którzy właśnie tu rozpoczynają wędrówkę do zaginionego miasta Inków i właśnie w tymże miejscu jemy śniadanie przypominające polski całkiem przyzwoity obiad. Na nasze śniadanie składa się kawał smażonego mięcha ( na moje oko wieprzowina), spora ilośc ryżu, sałatka z pomidorów i cebuli w soku z limonek i oczywiście lokalne frytki. Po takim śniadaniu ma się raczej ochotę wrócić do łóżka niż gdziekolwiek ruszać, ale udało nam się jednak pokonać lenistwu. Przemierzamy miasteczko w poszukiwaniu drogi na szlak, droga podobno jest prosta, czyli przechodzimy przez rzekę dochodzimy do Elektrowni wodnych i potem zdobywamy Aquas Calientes, różne są jedynie szacunki odnośnie czasu przejścia czasu, wahają się od 3 do 6 godzin. Idziemy doliną rzeki Urubamba, na terenie osłoniętym jedynie z jednej strony górami jest okrutnie gorąco, na szczęście trasa wiedzie też przez las, który co prawda jest duszny, ale daje schronienie przed słońcem. Las tropikany robi na nas mieszczuchach ogromne wrażenie, po raz pierwszy na żywo ( nie w ogrodzie botanicznym) widzimy jak rosną banany, limonki, kawa, ogromne paprocie i mnóstwo innych gatunków roślin, których nie sposób nawet nazwać. Robi się coraz bardziej gorąco, docieramy do elektrowni wodnej, łamiemy się i chcemy jechać dalej pociągiem, jednak gdy okazuje się, że musielibyśmy czekać na niego jeszcze dwie godziny, kupuje Inke Cole i woreczek liści koki na wzmocnienie i idziemy dalej- tym razem droga wiedzie wzdłuż torów przez las, więc nie jest tak okrutnie gorąco, wszystko wokół się lepi a powietrze ma zapach zgniłych bananów. W końcu około siedemnastej jesteśmy już w naszym hotelu w Aquas Calientes. Następnego dnia bladym świtem jedziemy na Machu Picchu.
|
|
|
Dzienniki peruwiańskie- Dzień I =5)){ imageobject.style.MozOpacity=opacity/100; } else if ((navigator.appName.indexOf("Microsoft")!= -1) && (parseInt(navigator.appVersion)>=4)){ imageobject.filters.alpha.opacity=opacity; } } //-->
|

|
Piątek jest pełen emocji, najpierw szybko do pracy- byle te 6 godzin szybko minęło, potem pędem do Edynburga na lotnisko. Z Edynburga lecimy do Madrytu, do centrum docieramy około północy, zostawiamy bagaże i wybieramy się na mały rekonesans po madryckich knajpach- w końcu mamy duuuuuuuużo czasu. Najważniejszym punktem następnego dnia jest wizyta w Muzeum Prado, a późnym wieczorem mamy samolot do Limy. Wszystko zgodnie z planem, odprawa, bagaże, nie ukrywam 12- godzinny lot nad oceanem jest dla nas przeżyciem. O 5 rano w niedzielę lądujemy w Limie, głowy mamy pełne strasznych historii o limskim lotnisku pełnym tubylców czyhających tylko na nasze portfele i nawet skromną biżuterię. Wszystko to jednak okazuje się być krzywdzącym mitem. Przenosimy się na terminal krajowy i niepewnym hiszpańskim odprawiamy się na samolot do Cuzco,
|
jeszcze tylko trzeba zapłacic podatek od lotu ( jak się później okazuje w Peru płaci się podatek niemalże od każdego transportu) i już lecimy. Z okiem samolotu podziwiamy ośnieżone szczyty Andów, widok jest zapierający dech w piersiach. Obawiamy się trochę soroche, które podobne dopada wszystkich tursytów nie nawykłych do dużych wysokości ( Cuzco leży na wyskości 3400 m.n.p.m) jednakże nic takiego się nie dzieje ( nie taki diabeł straszny jak o nim opowiadają) Łapiemy taksówkę do centrum czyli do Plaza de Armas i udajemy się na poszukiwanie agencji, która za rozsądną cenę (czyli mniej niż $350 za osobę) zorganizuje nam wyjazd do Indian Machuengas) W końcu lądujemy pod drzwiami agencji, z którą wcześniej kontaktowaliśmy się przez internet, a że jest niedziela całujemy klamkę. Nasze próby konatku z potencjalnym przewodnikiem spełzły na niczym, zdesperowani i w pośpiechu korzystamy z życzliwości właściciela sklepu z pamiatkami, gdzie zostawiamy bagaże i jedziemy do Pisac, na targ...
W Pisac co niedzielę po mszy odbywa się lokalny targ różności (są oczywiście owoce, warzywa, mięso, ale i całe mnóstwo pamiątek, drobiazgów i rękodzieła ludowego; miejsce i czas jest o tyle wyjątkowe, iż zawsze po niedzelnej mszy wszyscy udają się na ów targ. Jest to jedyny taki targ w Ameryce Południowej, gdzie ścierają sie chrześcijańskie tradycje i lokalne obyczaje. Przemierzamy targ wzdłuż i wszerz, nie możemy wprost oderwać oczu od bogactwa kolorowych owoców tropikalnych, dziwnych warzyw, tkanin; przerażenie wzbudza w nas wiszące w słońcu mięso... Kuszeni smakami i zapachami postanowiliśmy skosztować lokalnej bazarowej garkuchni w podjęciu decyzji pomógł nam widok młodych ludzi (nie tutejszych) zajadających specjały autorstwa starszej pani. Mieszaniną hiszpańskiego i angielskiego udaje nam się przysiąść, zapoznać i spróbować papryki- faszerowanej warzywami i ryżem. Piekielnie ostra!!! Zmierzając ku wyjściu nie omieszkalniśmy zakupić odpowidniej ilości owoców- co byśmy nie byli głodni wracając do Cuzco. W Cuzco robi się już powoli ciemno (zwykle robi się ciemno koło 18, 19) a my mamy jeszcze 2 godziny do odjazdu busa do Santa Maria (tudzież Santa Rosa, pierwszego przystanku na naszej drodze na Machu Picchu- drugim jest Santa Teresa) więc wybieramy się na Plaza de Armaz , żeby podziwiać miasto o zmroku. Wszystko jest pięknie oświetlone, co dodaje uroku hiszpańskim budowlą jak również przyciąga rzesze turystów, którzy zmęczeni upałem szukają odpoczynku w lokalnych knajpkach, co i my postanawiamy uczynić, decydujemy się na mate de coca(dość drogo- 4 sole za herbatę!), ot tak delikatnie, przed dalszą drogą.
Taksówką udajemy się na dworzec, a właściwie parking, skąd powinien odjechać nasz bus. Jak wiadomo, w tej cześci świata czas biegnie troszkę inaczej, to też musimy poczekać aż bus się zapełni, żebyśmy mogli jechać; czas nam umila czterolatek (syn kierowcy), który bardzo stara się z nami zaprzyjaźnić, my również staramy się zrozumieć o czym mówi, a dyskusja z czteroletnim Peruwiańczykiem, zwłaszcza kiedy nasz hiszpański jest raczkujący, do łatwych nie należy. Chłopiec jednak niczym się nie zraża i uczy nas nowych słów i zadręcza pytaniami, na szczęście na ratunek przychodzi nam jego mama, która zabiera małego Ferriego do domu. A my odjeżdzamy.....
|
|
To już jutro... =5)){ imageobject.style.MozOpacity=opacity/100; } else if ((navigator.appName.indexOf("Microsoft")!= -1) && (parseInt(navigator.appVersion)>=4)){ imageobject.filters.alpha.opacity=opacity; } } //-->
|
Jeszcze tylko miesiąc, dwa tygodnie i nagle nie wiadomo jak czas upłynął niepostrzeżenie i już jutro wyjeżdżamy. Dziś wieczorem jeszcze ostatnie gorączkowe pakowanie, sprawdzanie wszystkiego i jesteśmy gotowi!. Jutro po pracy ( szkoda dnia wolne na przygotowania)jedziemy do Edynburga skąd lecimy do Madrytu; w Madrycie planujemy zostać jeden dzień skosztować hiszpańskich trunków i tapas, no i oczywiście odwiedzić Muzeum del Prado. W sobotę późnym wieczorem mamy samolot do Limy, w Limie lądujemy około 5.30 rano i przesiadamy się na kolejny samolot do Cuzco. Nasłuchawszy się strasznych historii o złodziejskich zapędzach niektórych tubylców uzbroiliśmy się w dodatkowe oko i zarządziliśmy wzmożoną czujnośc, mam jednak nadzieję, że wszystkie to nieprzyjemne sytuacje okażą się dla nas tylko mitem. Obawialiśmy się czy aby na pewno zdążymy na kolejny samolot tym bardziej,że na lotnisku w Limie będziemy jeszcze musieli zapłacić dodatkowy podatek od lotów krajowych ( a póki co jest to dla nas zagadką jak i gdzie to zrobić) jednakże linie lotnicze uprzejmie poinformowały nas, że nasz lot został przesunięty na późniejszą godzinę- co jest nam bardzo na rękę, ot jeden problem mniej. W Cuzco będziemy w niedzielę przed południem planujemy zostawić bagaż i zobaczyć słynny niedzielny bazar w Pisaq, a potem już ruszamy na podój Machu Picchu.........
Tym razem zadanie jest bardziej ambitne, wymaga dłuższych i bardziej pracochłonnych przygotowań i oczywiście większych nakładów sił i środków.Tym razem wybieramy się do Peru i Boliwii. Jak zwykle szerokim łukiem omijamy drogie turystyczne atrakcje, aczkolwiek będąc w Peru nie możemy odmówić sobie zobaczenia mekki turystów, jednego z cudów świata czyli Machu Picchu. Przygotowanie właściwie rozpoczęliśmy w styczniu, a może raczej należy powiedzieć, że podjęliśmy decyzję o wyjeździe, co nie było łatwe....Długo zmagaliśmy się z tematem, gdyż, oczywiście szukaliśmy najtańszych lotów w dobrym termninie czyli nie podczas peruwiańskiej zimy, potem rozpoczęły się zmagania z pracodawcą czyli targi o urlop. Potem już tylko zakup biletów i przygotowanie planu.....
Plan jest prosty- lot z Edynburga do Madrytu, gdzie zamierzamy zweryfikować nasze zdolności lingwistyczne, potem następnego dnia 12 godzinny lot z Madrytu do Limy skąd planujemy przesiąść się na kolejny samolot do Cuzco, niestety czym dłużej zwlekamy z decyzją tym bilety coraz droższe, więc musimy się śpieszyć.........
Zarezerwowanie biletu wydaje się sprawą banalnie prostą, jednakże to tylko pozory. Na początku wszystko pięknie ładnie ( strona jest tłumaczona na angielski) tylko cena mało atrakcyjna, ale nic to..., klikam drukuj rezerwacją , niestety nie ma opcji potwierdzania mailowego. Udało się - wydrukowane potwierdzenia czeka, czeka, czeka już ponad tydzień i nic nadal pieniądze nie zostały pobrane z konta, czy to znaczy, że lecimy za darmo, czy też będę musiała spróbować produkować się po angielsku, a może po prostu pójdziemy na żywioł.
Plan wyjazdu już ustalony, początek zapowiada się ciężko, po nocy w samolocie, kolejny lot i wycieczka na Machu Picchu, której nie nazwałabym zwykłym spacerkiem. Potem trochę luźniej, wracamy do Cuzco, potem dżungla- brzmi nieźle, ale założenie nie jest raczej proste chcemy dotrzeć jak najbliżej wioski Huachipares, następnie zobaczyć potomków Inków czyli plemię Queros, dalej Puno, Titicaca, La Paz i wracamy do Arequipy. Nazca i Pisco, kończymy zwiedzaniem Limy.
Odliczamy już dni do wyjazdu i z niepokojem stwierdzamy, że czasu jest już naprawdę niewiele, ale my wciąż jesteśmy w lesie!!!!!!!!!!!!!
|
|
|
|