
- 400 dh!!
- 120
- #@%^&^$(^
- 150
- 20 dh - good price!
Oczywiście, że ?good price? nawet dla nas, ale targujemy się nadal, dla zasady. Dlaczego mamy płacić więcej skoro wiemy, że ?cena rynkowa?[i] jest niższa. Witamy w Maroku. Wielka przygoda zaczyna sie tutaj, na postoju grand taxis, w okolicy Bab el Robb w Marrakeszu, skąd próbujemy jak najtaniej dostać się do Imlilu.
Ale przedstawienie trwa dalej... odwracamy się plecami i idziemy przed siebie, czekamy tylko kiedy kierowca zacznie biec za nami. Nie długo. ? Miss, miss 200 good price!!, a my swoje- 150. Cmoknął, skrzywił się, machnął reką i odszedł. Pojawiły się wątpliwości- może rzeczywiście ceny się zmieniły? Ale już za moment podchodzi inny koleś i mówi, że zawiezie nas za 150, po czym przybiega ten poprzedni i żąda prowizji od tego, że powiedział tamtemu.....itd
Plecaki w bagażniku, my siedzimy w taxi, ale cena nagle wzrosła za włożenie plecaków do bagażnika- teatralnie udajemy wkurzenie, wysiadamy z auta i wyciągamy bagaże- sytuacja znów przybiera przewidywalny przez nas obraz cena wraca do normy i po chwili zadowoleni jedziemy do Imlilu za naszą cenę - 150 dh.
Imlil. Punkt wyjścia większości trekkingów w Atlas. Co chwilę podchodzi ktoś do nas ze swoją ofertą-prezwodnik, biżuteria, nocleg, muł, jedzenie...żywa reklama. My rezygnujemy z usług-mamy swoje zapasy z Polski i mapę kupioną w Marrakeszu. Zebrawszy informacje od licencjonowanych przewodników o jakości szlaków, dostępności wody i pogodzie, wyruszyliśmy. Wybraliśmy kilkudniową trasę przez berberyjskie wioski w środku Atlasu, która miała zakończyć się wejściem na najwyższy szczyt Atlasu Dżabal Tubkal (4167 m n.p.m.).

Szlak do Taszeddirtu to niezła utwardzana droga dla ciężarówek zaopatrujących wioski. Można było skorzystać z ich usług za drobną opłatą. My wybraliśmy marsz. 8 km trochę się dłużyło. Pył, słońce i coraz cięższe plecaki zaczynały dokuczać. Ale rozglądając się wokoło można było trochę o tym zapomnieć. Jakże inne są to góry od tych, które widziałam. Brak tu agresywnych, ostrych grani, stromych zboczy, gołych skał. Ścieżki są szerokie, przetarte, biegną zakosami, by nachylenie było jak najmniejsze - przystosowane dla mułów. Te obładowane tobołami zwierzaki, nierzadko z dodatkowym balastem w postaci turysty, który przyjechał w Atlas na ?trekking? stanowią nieodłączny element krajobrazu. Wokół nas przestrzeń, złociste zbocza, wysuszone słońcem, naznaczone zygzakami ścieżek wydeptanych przez pasterzy, owce i kozy. 
Pierwszą noc spędziliśmy w gite Angour. Zostaliśmy dosłownie zgarnięci ze szlaku przez Berbera, który od razu pokazał nam nasz pokój. Tutaj nie ma potrzeby martwić się o nocleg zawsze SAM się znajdzie. Jedyne, o co warto zadbać zawczasu, to zapasy wody butelkowanej, bo nie dociera ona do każdej wioski. I tak zmuszeni byliśmy przetestować nasze filtry do wody. W takim gite czerpie się ją z kranu, do którego doprowadzana jest gumowym wężem ze strumienia, a nieco powyżej pasą się stadka kóz, które piją z tego samego strumienia i wokół niego załatwiają swoje potrzeby- lepiej udawać, że się tego nie wie- przyjemniej pije się herbatę... nasze żołądki pozostały niewzruszone.
Zaświeciły gwiazdy, pojawił sie łysy. Nic dodać nic ująć.
W ramach aklimatyzacji postanowiliśmy wybrać się na Angur (3616 m npm). Szlak prowadzi typowymi traktami dla mułów, aż do przełęczy Tizi n? Tachddirt, a potem na szczyt wiedzie ścieżka, która widoczna jest tylko na mapie. Na przełęczy ku naszemu zaskoczeniu, w środku dzikiego Atlasu (w tej okolicy mniej jest turystów niż w okolicy Tubkala) dwóch Berberów sprzedaje Snickersy i Coca ? colę. Jak się okazuje jednak, nie jest to nic szczególnego, bo podobne obrazki spotkaliśmy na wszystkich innych przełęczach. Na Angur dotarliśmy bardziej dzięki intuicji, niż próbie orientacji niezbyt dokładnej mapy. W drodze na szczyt przemierzaliśmy rozłożyste zbocza o minimalnym nachyleniu, więc jakże zdziwiliśmy się zobaczywszy naszą potencjalną drogę w dół: przed nami żleb o nachyleniu 60 stopni.
O oznaczeniu szlaków nie ma co marzyć, a złudne ścieżki są w rzeczywistości wydeptanymi przez stada kóz gmatwaninami dróżek prowadzącymi do nikąd. Próbujemy. Mamy już za sobą jakieś 6 godzin marszu- nie będziemy wracać ? droga miejscami była dość monotonna wręcz nudna. Ale tutaj szybko zapomnieliśmy o nudzie, adrenalina podskoczyła i nadała naszej wycieczce charakteru. 2 godziny zmagaliśmy się, czasem w dwójkowych trudnościach, z zejściem, a na koniec stanęliśmy strapieni nad uskokiem skalnym o wysokości 30 metrów, poniżej którego była nasza właściwa ścieżka, ale nie wiedzielismy tylko jak do niej dojść!!! Ogarnęła nas lekka panika, ale trawersując ostrożnie skałę udało nam się w miarę bezpiecznie zejść. Ufff... spoglądnęliśmy za siebie ? Od tej strony Angur wygląda zupełnie inaczej- góra z krwi i kości budzi respekt, a sprawiała wrażenie tak niewinnej. Zasada numer jeden w górach: nie lekceważ nawet pagórków!
Do doliny Tifni trzeba przeprawić się przez przełęcz Tizi n? Likemt (3500 m npm). Jest to kolejny etap naszej wędrówki. Powoli zaczęliśmy się przyzwyczajać do myśli, że trzeba będzie tam wnieść nasze ponad dwudziestokilowe plecaki. Słońce zaczyna dopiekać, ale zaskakująco nie na tyle, by było to nieznośne. Po drodze możemy obserwować codzienne życie Berberów: mężczyźni umacniający drogę, dzieciaki biegające wokół domów z kamienia, młodzi noszący suche gałęzie jako podpałki pod tadżin[ii] , kobiety wyruszające na wypas z krowami, a wokół szczyty trzytysięczników- środek gór tętniący życiem, a my szczęśliwi obserwatorzy, pełni podziwu dla tych ludzi i harmonii w jakiej tutaj żyją.
Dolina Tifni to dolina kwiatów, ale o tej porze roku nie ma ich tu za wiele. Krajobraz znacznie inny od dotychczasowego, a to za sprawą malowniczej rzeki i zieleni pól uprawnych na zboczach. Jest to część Atlasu, gdzie osiedli Berberzy zajmujący się uprawą roli, ale przede wszystkim pasterstwem. Przybywają tutaj na okres letni, w zimie natomiast schodzą niżej. Po obu stronach doliny rozmieszczone są aziby, czyli skupiska domków pasterskich, zbudowanych z kamienia, umacnianych łajnem, pokrytych słomą i nie wyższych niż 1,7 m., mieszczących maksymalnie 3 osoby. Jest to jeden z najdłuższych odcinków między ?bardziej cywilizowanymi wioskami?, czyli takimi, gdzie można kupić wodę, dlatego zapewne niewielu sie tu zapuszcza. My, zawierzając naszemu niezłemu tempu marszu, 3 litrom wody i szacowanym czasie dotarcia do Sidi Szamszharusz na jutro rano z noclegiem w namiocie w dolinie, nie mogliśmy oprzeć się najpiękniejszemu miejscu w całym Atlasie. O jego naturalnym, najbardziej brutalnym i najprawdziwszym uroku mieliśmy sie wkrótce przekonać...
Odcinek na prawdę długi - niemalże o zmroku dotarliśmy do ostatniego Azibu w dolinie Tifni. Zostaliśmy bardzo serdecznie przywitani. Pomijając ciało zdechłej kozy tuż przy strumieniu bardzo mi się podobało. Zieleń poprzecinana mnóstwem strumieni, wokół skały i malownicze domki z kamieni, ale mimo zaproszenia nie chciałam korzystać z tych usług: drzwi 70x 100cm prowadzące do środka, ubita ziemia i parę kocy robiących za posłanie, kura i trochę siana. Ów azib był zamieszkany przez Mohammeda i Hassana, więc nie bardzo wyobrażałam sobie jak my mieliśmy się tam jeszcze zmieścić - wolę swój namiot. Rozbiliśmy się więc nieopodal w towarzystwie chłopca, który śledził wzrokiem każdy nasz ruch, dopóki nie schowaliśmy się w namiocie.
O w pół do czwartej zdarzyło się to, co zdarzyć się nie powinno. Zaczęło padać. A nasz namiot sprawdza sie tylko, jako moskitiera, bo w takim celu go zabraliśmy licząc, że 2 deszczowe dni września w Maroku nas ominą. A tymczasem w środku gór bez dachu nad głową byliśmy gorzej jak śliwka w kompocie. I już po chwili zaczęło nie padać, ale lać, a namiot przeciekać. Z podkulonymi ogonami wpakowaliśmy wszystko do plecaka i ruszyliśmy na poszukiwanie Mohammeda i Hassa... Domek, do którego nie chciałam wejść wczoraj, był obecnie naszym pragnieniem. W ciemnościach tutaj panujących i deszczu, przy świetle czołówek znalezienie ich nie było takie proste. Błądziliśmy dobre 30 minut dopóki oni sami nas nie znaleźli! I po chwili siedzieliśmy już w domku, wśród niezwykle magicznie pachnącego dymu od spalanych drobnych gałązek pod gotującą się wodą na (a jakże!) miętową herbatę. Trafiliśmy akurat na śniadanie. Tutaj do końca września jest ramadan, post, w czasie, którego muzułmanie mogą jeść tylko wtedy, gdy Allah ?nie widzi?- czyli w nocy. Nie dało się odmówić wypicia herbaty, przełykałam ją z olbrzymia trudnością, świadoma, że już po pierwszym łyku stałam sie posiadaczką wszystkich bakterii wioski... Mimo olbrzymiej pokusy nie odważyłam sie skosztować serka z koziego mleka, ehhh... Gdybym miała ich żołądek zrobiłabym to od razu.
Niestety kibel, pobudka rano, uświadomiła nam, że nie możliwe będzie się stąd wydostać co najmniej przez dwa dni. Leje non stop. Wokół domków pląta
ją się przemoczone, zmarznięte kozy, które przy każdej nadarzającej sie okazji pchają się do domku o wielkości 3x3 m. Trzeba je wyrzucać (dosłownie!) kijem, wszędzie słychać cieknącą wodę i wszechobecne rozpaczliwe bee! bee! Z niepokojem patrzyliśmy na cieknącą strużkami wodę po kamieniach wewnątrz i tworzące sie kałuże na środku izby. Czas zaczął płynąć bardzo powoli. Tym razem towarzyszyły nam 2 dziewczyny. Od czasu do czasu przychodziły też inne kobiety z wioski, z uwagą nam się przypatrywały czasem śmiejąc się po jakimś berberyjskim komentarzu. Dzisiejszą noc ku naszemu zaskoczeniu (choć już przywykliśmy do bycia zaskakiwanym w każdym momencie), spędziliśmy w 5 osób na 4 m2 My w śpiworach, a 3 pasterzy na kucki pod kocem. Dziwnie sie spało czując czyjeś nogi na plecach i przeraźliwy suchy kaszel jednego z chłopaków.
Choć spałam w wielu dziwnych miejscach to zapamiętam szczególnie- dzieliliśmy z rdzennymi mieszkańcami gór pokój i uczestniczyliśmy częściowo w rytmie ich codziennego życia. Wokół zamglone szczyty gór, w dole wezbrane potoki, przed domkiem dwie martwe z zimna kozy, nieopodal kobieta płukająca(?) butelkę w kałuży, z której wczoraj braliśmy wodę. Mohammed uszczelniający błotem dach i inni mężczyźni naprawiający rozmyte przez deszcz kamienne mury. Dłużej już tu nie zostaniemy, dwa dni pokazujące niezwykły trud życia ludzi gór, doskonale uświadomiły nam jak my, ludzie żyjący w dużych miastach, oddaliliśmy się od brutalnej prostoty życia. Jak nieporadni możemy być wobec żywiołu i zniszczenia, jakie powoduje-tutaj jakby nigdy nic wszystko wraca do normy- to, co zepsute trzeba naprawić, nie zaniedbując jednocześnie codziennych obowiązków. Mohammed zaprowadził nas na przełęcz, ścieżka spłynęła razem z błotem, spotkaliśmy Hassana wypasającego owce i żegnając serdecznie tych ludzi, ruszyliśmy przed siebie zostawiając olbrzymia część naszego serca w tym Azibie, a zabierając jeszcze większa naukę życia ze sobą. Przemoczeni i zziębnięci po 2 godzinach szaleńczego marszu w deszczu ujrzeliśmy w końcu Sidi Szamharusz, gdzie zanim sie obejrzeliśmy juz płaciliśmy za nasz nocleg-przeciekający garaż, w którym spędziliśmy kolejny trefny, deszczowy dzień. Mogliśmy patrzeć tylko na ludzi schodzących z góry, którzy przeprawiali się przez rzekę brodząc po pas w rwącej wodzie-a jeszcze parę godzin temu widoczny był tam most.
Sidi Szamharusz to jedno ze ważnych miejsc dla muzułmanów i cel pielgrzymek miejscowej ludności znajduje sie tu bowiem grobowiec Marabuta- świętego islamu. W rzeczywistości jest to pomalowany na biało głaz ogrodzony z zakazem wstępu dla innowierców. Ów kilka domków znajduje centralnie przy najpopularniejszym szlaku w Atlasie- na Dżabal Tubkal. Wkrótce i my mieliśmy nim podążyć. W porównaniu z tymi, które już przemierzaliśmy, nie dorównywał im urokiem, ale charakterem owszem. Praktycznie spacerowa ścieżka, pełna zakosów i co jakiś czas mijanych obładowanych mułów. Schronisko pod Tubkalem spełnia wszystkie standardy górskich schronisk, poczuliśmy się nawet przez chwilę jak w naszych Taterkach leżąc na piętrowym łóżku w wieloosobowej sali. Do schroniska zaczęły dobijać kolejne ekipy- będzie jutro tłoczno na szlaku. 
Pogoda nie zachęcała. Ale jak usłyszeliśmy ruch w pokoju postanowiliśmy też wyruszyć. Wszystkie grupy miały przewodnika, więc przynajmniej na pierwszym etapie drogi chcieliśmy się do nich przyłączyć, ale już po pierwszych metrach tempo zaczęło nas nużyć i sami zdecydowaliśmy wyznaczyć drogę. Nie było to trudne. Na początku drogi gdzieniegdzie znajdują się kopczyki, potem szlak narzuca się sam. Momentami prześwitywało niebieskie niebo i cały czas mieliśmy nadzieję, że mgły ostatecznie się podniosą i zobaczymy słońce- złudne pragnienie. Na szczycie powitał nas śnieg i niesamowicie mocny wiatr, który tylko na chwile przeganiał chmury znad otaczających nas grani. Byliśmy pierwsi na szczycie i przez jakiś czas mogliśmy się upajać tym niesamowitym uczuciem, jakie towarzyszy zdobyciu najwyższego w okolicy wierzchołka. Świadomość przestrzeni, tajemniczo wyłaniające się granie, niewzruszony spokój i cisza natury- oto cel sam w sobie, który osiąga się stojąc na szczycie.
Dżabal Tubkal był naszą wisienką na torcie, jaki sobie zafundowaliśmy w Atlasie. Tak na prawdę Atlas poznaje się poprzez ludzi, którzy w nim żyją. Wędrując ścieżkami dla mułów obcuje się z przestrzenią, w której człowiek układa sobie życie. Tutaj czas jakby sie zatrzymał, ale tylko pozornie, bo on gna napędzany rytmem natury. Niezapomniane miejsce. Niezapomniani ludzie, którzy nawet w górach dbają o rytuał transakcji- targowanie. I tak jak zapach dymu spalancyh gałązek w azibie, zniknie z naszych śpiworów, tak na zawsze zostanie mi w pamięci pytanie ?what is your last price, my friend?? Tylko trzeba pamiętać, że nie wszystko można kupić i nie wszystko ma swoją cenę.
[i]Cena rynkowa w Maroku nie istnieje. W każdym miejscu ten sam produkt ma inną wartość-dlatego targowanie się to nieodłączny, wręcz rytualny, element transakcji.
[ii] Gliniane naczynie, w którym Marokańczycy przygotowują swoje tradycyjne danie o tej samej nazwie- układane warstwami mięso i warzywa, zapiekane podobnie jak w babce na ogniu.





