You are here: Home Relacje Afryka Afryka z bliska i z daleka

Afryka z bliska i z daleka

PDFDrukujEmail

Dodaj do:

Deli.cio.us    Digg    reddit    Facebook    Wykop    Gwar
Afryka z bliska i z daleka
Ania i Ela już w Polsce
Informacje praktyczne

Klub Podróżników objął patronat nad  Afrykańską misją- wolontariatem  naszych klubowiczek

Jadąc do Kenii nawet na krótko warto tam pomieszkać, a nie tylko zwiedzać. Jak to zrobić? Znaleźć miejsce u rodziny, dzięki której poznamy, jak żyją Afrykańczycy, co jadają i jak układają się ich relacje rodzinne.

My wybrałyśmy wolontariat - przez trzy tygodnie pomagałyśmy w Dagoretti Primary School (szkoła podstawowa w Dagoretti, Nairobi), dzięki czemu poznałyśmy też system edukacyjny: ilość godzin pracy nauczycieli, zakres ich obowiązków, sposób nauczania czy problemy uczniów. Jeden tydzień spędziłyśmy w sierocińcu w Limuru towarzysząc dzieciom i przyglądając się, jak przygotowują się do dorosłości z dala od bliskich. Podziwiałyśmy ich samodzielność: w przygotowaniu posiłków, praniu, opiece nad młodszymi. W obydwu miejscach pytałyśmy dzieci, co sądzą o Polsce (na jakim kontynencie leży, jakie zwierzęta i rośliny mamy, jakim mówimy językiem, jaka religia jest główną), pokazywałyśmy zdjęcia z Polski (miast i wsi, pięknego rynku krakowskiego i odrapanych kamienic ? aby pokazać, że Polska nie jest krajem tylko bogatych ludzi).

Samo Nairobi jest niebezpieczne: widać to po zakratowanych oknach w domach i wszędobylskich ogrodzeniach. Mówią, że po Johannesburgu to najniebezpieczniejsze miejsce w Afryce, należy więc pamiętać o środkach bezpieczeństwa: o ile to możliwe, nie wychodzić z domu po zmroku, nie jeździć matatu (minibus) nocą, lecz wówczas korzystać z taksówki (targować się, oczywiście, należy podobnie jak na targu, przy czym realna wartość pamiątek to zazwyczaj ? pierwotnie podanej ceny, podczas gdy cena taxi zwykle spada z 700 na 600 ksh). Co zasmucające, ludzie, którzy w dzień sprzedają owoce i życzą nam miłego dnia mogą być tymi, którzy w nocy zmieniają się w kieszonkowców.

Warto zobaczyć zarówno wysokie budowle dużych miast jak i slumsy, żeby wyrobić sobie zdanie o kontrastach kenijskich, przy czy ostatnie najlepiej ?zwiedzać? z miejscowym.

Co warto zabrać już z Polski? Polecam Manusan ? płyn do chirurgicznej dezynfekcji ciała (inna flora bakteryjna niekoniecznie musi być dla nas łaskawa) ? do kupienia np. w aptece Bobilewicz na ul. Grodzkiej w Krakowie. Jedynym chyba dostępnym w Polsce i działającym na komary afrykańskie repelentem jest Mugga (krem lub spray; krem ma większe stężenie DEET). Niestety nie udało mi się znaleźć go w Krakowie; do kupienia na ul. Puławskiej 10 w Warszawie. Warto zabrać materiały plastyczne dla dzieci, zwłaszcza farbki, które tutaj są bardzo drogie. Papier kolorowy czy kredki to rzeczy, które dadzą wiele satysfakcji dzieciom i pomogą im spędzić czas w inny niż zazwyczaj sposób (plastyka i muzyka zostały wycofane z programu nauczania).

Warto nauczyć się choćby kilku słów w suahili jak habari yako (jak się masz? na co odpowiadamy mzuri czyli ?dobrze?) czy kwaheri (?do widzenia?). Odezwania się w suahili usposabia do nas ludzi życzliwie. Mzungu znaczy ?biały?; wszystkie dzieci na ulicy krzyczą ile siły płucach: ?Mzungu, how are you? (Biały człowieku, jak się masz??). Oczywiście niektóre z nich proszą o pieniądze; lepiej ich nie dawać, a poczęstować cukierkiem. Najlepiej jednak, kiedy możemy spędzić z dziećmi trochę czasu i dać im upominek jako nagrodę np. za rysunek ? dzięki temu uczą się, że biały nie jest bankomatem, który daje pieniądze na zawołanie.

Najlepiej już przed wyjazdem przyswoić afrykańską zasadę  pole-pole (powoli, spokojnie). Pomoże nam to nie denerwować się, kiedy będziemy czekać na kogoś nawet kilka godzin albo gdy nasz autobus będzie miał opóźnienie.

Polecam szczepienie przeciwko durowi brzusznemu; jest to choroba uleczalna, jednak może być niebezpieczna. W Polsce nie stosuje się już szczepień przeciwko gruźlicy, jednak w Kenii nadal można się nią zarazić. Podobnie jest z cholerą, na którą w Polsce nie ma szczepionki, można ją jednak dostać w Kenii.

W Kenii obowiązuje ruch lewostronny (pozostałość po kolonializmie brytyjskim: Kenia odzyskała niepodległość w 1963 r.). Gniazdka elektryczne różnią się od polskich: tak jak w Anglii przystosowane są do trójbolcowych wtyczek. O ile ładowarki do telefonów czy aparatów można do nich podłączyć używając choćby wsuwki, o tyle wtyczka od komputera wymaga przełączki. Można ją dostać w większych supermarketach.

Nastawmy się na inną niż w Europie dystrybucję wody. W Kenii jest z nią duży problem: w tej chwili woda jest racjonowana (kilka dni w tygodniu). Można ją kupić: 300 ksh (ok. 12 zł) za 200 litrów. Podobnie racjonowany jest prąd (trzy razy w tygodniu między godziną 6.00 a 18.00 jest wyłączany), jako że w dużej mierze pochodzi z elektrowni wodnych.

Warto pamiętać, że w Nairobi największy ruch uliczny trwa między 7.00 a 9.00 rano oraz między 17.00 a 19.00, choć czasem ma się wrażenie, że jest niezależny od pory. Korek uliczny jest tutaj korkiem w dosłownym znaczeniu: samochody prawie się nie poruszają, dlatego najlepiej tak planować dzień, aby uniknąć używania komunikacji w najgorszych godzinach.

Kilka wybranych cen dla orientacji:

Piwo w pubie ? 130 ksh

Kawa ? 80-180 ksh

Przejazd matatu ? 20-50 ksh

Benzyna ? 70-80 ksh

(1 $ = 75 ksh)

Jeśli wybieramy się np. pod Mount Kenya, należy pamiętać, że nawet w Afryce bywa zimno i zabrać rękawiczki, czapkę i gruby polar.

Pamiętajmy o SILNYM kremie przeciwsłonecznym (dla mojej ciemnej skóry nawet 50 UV czasami był za słaby). Koniecznym wyposażeniem są okulary przeciwsłoneczne: nawet przy zachmurzonym niebie światło jest tak silne, że powoduje ból oczu.

Warto wiedzieć co nieco o kuchni: podstawowym jedzeniem jest ugali, sukuma wiki oraz chapatti (te rodem z Azji). Ugali przygotowuje się z mąki kukurydzianej, czasem z dodatkiem manioku. Sukuma wiki to roślina, której liście przygotowuje się podobnie jak szpinak. Chapatti wyglądają jak naleśniki z ciasta francuskiego ? znacznie od naleśników cięższe, lecz wyborne! Niektórzy do ciasta dodają zmiksowaną dynię, cebulę czy marchewkę. Powszechna w menu jest mbuzi (koza) czy ryba tilapia. Wszyscy piją herbatę na wzór brytyjski, przy czym przygotowanie jej jest nieco bardziej skomplikowane: zagotowuje się wodę i mleko (1:1), po czym dodaje liście herbaciane i cukier i wszystko pozostawia na gazie jeszcze parę sekund. Polecam owoce ? awokado czy mango smakują tu jak nigdzie indziej!


 

Co wiedzą o nas dzieci z Afryki?

Ela Wiejaczka

Myślisz, że jestem bogata? - Tak. - Dlaczego? - Bo jesteś mzungu (biała).

Dzieci z Dagoretti Primary School / Fot. Ela Wiejaczka
Rozmawiałam z dziesięcioletnim chłopcem z Dagoretti Primary School (szkoła podstawowa w Nairobi, Kenia), którego uczę matematyki. - Skąd wiesz, że mzungu są bogaci? - zapytałam. - Od przyjaciół. - Twoi rodzice też tak mówią? - Nie.

Zaczęłam opowiadać o sobie: nie mam dwóch domów, jak to zasugerował na rysunku dla mnie, właściwie nie mam nawet jednego - wynajmuję pokój w Krakowie. Nie mam samochodu ani roweru. Pracowałam w Anglii i w Polsce, żeby odłożyć pieniądze na wyjazd do Kenii. Chcę podzielić się tym, co mam, bo wiem, że inni mają jeszcze mniej. - Czy ktoś płaci ci za to, że jesteś czarny? - zapytałam. - Nie - odpowiedział Macus. Widzisz, mi też nikt w Polsce nie płaci za kolor skóry. Widziałeś jakichś bogatych czarnych? - Tak. - U nas jest zupełnie tak samo jak tu: są bogaci, ale są i biedni.

Ta rozmowa nasunęła nam myśl, żeby porozmawiać z dziećmi z Dagoretti Primary School o Polsce. Kolejnego dnia weszłyśmy z Anią (z którą przyjechałam) do sali, gdzie siedziały trzy klasy: druga, trzecia i czwarta. W szkole trwały egzaminy starszych uczniów, dlatego młodsi zostali upakowani razem: w sumie 78 dzieci. Czasem cztery, czasem pięć głów wystawało ponad ławki. Mimo trudnych warunków postanowiłyśmy działać. Dałyśmy każdemu kartkę papieru prosząc, żeby narysowali swoje wyobrażenia o Polsce. Z ochotą zabrali się do pracy - każde zajęcia artystyczne są dla nich radością (w programie nauczania brak plastyki i muzyki). Po jakimś czasie zebrałyśmy prace: były na nich słonie, żyrafy, domy, ludzie, drzewa, delfiny, banany, mango i pomarańcze.

Następnego dnia zapisałyśmy na tablicy wszystko, co narysowali, zapytałyśmy, co jeszcze chcieliby dodać, po czym zaczęłyśmy wykreślanie rzeczy, których w Polsce nie ma. Tłumaczyłyśmy: nie uprawiamy bananów, ale mamy je w sklepach, gdyż są sprowadzane, nie mamy słoni, ponieważ nasz klimat jest dla nich zbyt trudny. Po uporaniu się z listą pokazałyśmy na laptopie fotografie: rynku krakowskiego i zniszczonych kamienic, Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, Wisły, wsi Sędziszowa, krokusów, brzóz, zwierząt domowych, Tatr i Morza Bałtyckiego. Komentowałyśmy zdjęcia przemycając informację, że poza różnicami w klimacie i wyposażeniu przyrodniczym, między naszymi krajami nie ma aż takiej przepaści.

Po ogólnym pokazie przeszłam jeszcze raz po klasie prezentując fotografie. Opowiadałam o wiśniach, których w Kenii nie ma i o drzewach tracących liście na zimę. Jednego tylko nie umiałam wytłumaczyć: śniegu. Opowiadałam, że pada z chmur pokrywając drogi, drzewa, domy, że jest miękki, zimny, drobny i topi się na ciepłej skórze. Lecz dla dzieci śnieg to tylko biała farba na obrazie?





darmowy hosting obrazków
Rzeźba Sao Gamby-znajdź szczegóły

darmowy hosting obrazków
Sawanna

darmowy hosting obrazków
Uciekająca żyrafa (jeszcze się nie pali)

darmowy hosting obrazków
Uszy słonia

darmowy hosting obrazków
W tle pasiaste konisie


Wild beast i masajskie stada krów_1


 

Powitało nas popołudniowe ciężkie i sine niebo. Mury ozdobione pióropuszami z tłuczonego szkła, biżuteria z drutu kolczastego na bramach pośród kwitnących bugenwilli i bujnej roślinności o zaskakujących kształtach. W domu naszej gospodyni półki i kąty zapełniają rzeźby Sao, ludzkie, zwierzęce i roślinne duchy, wyzierające z rzeźbionych przez Sao korzeni.

Pierwsze, czego doświadczam, to słodycz. Słodka w smaku woda, słodkie soczyste owoce, słodko pachnące powietrze, nawet moje ciało pachnie słodko słodyczą miejsca, w którym się znalazłam.

Po słodkim śniadaniu, wsiadamy do hałaśliwego matatu i zakorkowaną ulicą, slalomem przemieszczamy się w stronę centrum Nairobi. Pomiędzy dwupasmówką ciągnie się pas ziemi, gdzie do niedawna rosły kwiaty. Skopano je, żeby położyć chodniki.. Motocykliści rysują na zwichrzonej rudej powierzchni gładką smugę. Wzdłuż krawężników i między rzędami powoli przemieszczających się samochodów, wędrują sprzedawcy bananów, jabłek, winogron, orzeszków, chust i skarpet. Powietrze jest gęste od spalin i drapie w gardło. Wyziewy są czarno-siwe. Klaksony w matatu mają charakterystyczny ptasi dźwięk, do którego trudno się przyzwyczaić. Na wielkich akacjach przysiadają majestatyczne marabuty i z wysokości spoglądają na ciżbę. Docieramy do centrum.

Suniemy wśród ulic, które mają swoją logikę, chociaż narastająca warstwami architektura i targujące się o pierwszeństwo z samochodami tłumy przechodniów, niemal całkowicie uniemożliwiają mi orientację w nowym otoczeniu. Nairobi to miasto rozpędzone przez dużą i małą ekonomię, zeuropeizowane w wyrazie, chociaż nasycone afrykańską mentalnością. Emocjonalne nawoływanie, zagadywanie i zatargi o cenę kontrastują tu z urzędniczym chłodem biur i sklepów światowych marek. Barwne etniczne stroje, muzułmańskie suknie i kwefy mieszają się z garniturami, garsonkami i dresami.

W National Museum gromady dzieci przemieszczają się gęsiego pod okiem wychowawców. Urzeka mnie Kitengeli glass oraz szklano-mozaikowe kompozycje przestrzenne i witrażowe. Obrazy Sao okazują się w lepszym stanie niż przypuszczałam. Jest w nich energia, która sprawia, że wykraczają poza dekoracyjną ilustracyjność. Przeglądam ponad czterdzieści płócien, zafascynowana krwawym światem afrykańskich obrzędów i rytuałów. Widzę, jak malarskie i kompozycyjne pomysły Sao z biegiem czasu stają się coraz bardziej złożone i wyrafinowane. Obrazy przykrywa wprawdzie warstwa roztartego kurzu, ale wykonane pośpiesznie zdjęcia ujawniają ich kolorystyczne nasycenia z dużo większą wyrazistością. W tych przedstawieniach jest siła i prostota szczerego przekazu; autentyczność, która wykracza poza powtarzalność konwencji. Liryczność Chagalla i drapieżna symboliczność meksykańskich murali. Ponadto obrazy mają swoje słowne dopełnienie w postaci afrykańskich legend, które zostały spisane przez Sao dla przyszłych generacji.

Czy tożsamość Afrykańczyków rzeczywiście jest zagrożona przez westernizację?

Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna, ale jak Sao w jednym w filmów, przychylam się do stwierdzenia: ?The culture is that makes a person?.

 

18-22 VII

W przepięknym Hippo Valley, rajskiej oazie wśród bezkresu sawanny, do której zabrał nas Sao Junior, spotkałyśmy małe dzieci. Zanim przekonałyśmy je do siebie (kuja hapa mtoto mzuri), minęło pół dnia, ale kiedy już zniknął dystans, z ciekawością przyglądały się naszym włosom, paznokciom, dziwnej jasnej skórze i przytulając się, bawiły się z nami w łapki.

Tymczasem dzieci w Dagoretti Primary School nie miały żadnych oporów, przyzwyczajone do obecności mzungu, szybko zaczęły odwzajemniać moje uśmiechy, rzucane ukradkiem znad stosu zeszytów, które dla nich sprawdzałam. Niebawem zamieniłam pracę asystenta nauczyciela na warsztaty z dziećmi. To niewiarygodne, że można sprawiedliwie podzielić dwa bloki z kolorowymi arkuszami między dwadzieścia pięć dzieci i sprawić, żeby każde z nich wykonało dwie kompozycje z figur geometrycznych na osobnych kartkach. To jedno z nielicznych zadań, gdzie dzieci, dzięki zmianie sposobu podejścia, mogły się wykazać kreatywnością. Z moich obserwacji wynika, że kenijski system nauczania opiera się głównie na repetycji i mechanicznym zapamiętywaniu. Ograniczony dostęp do podręczników i materiałów edukacyjnych sprawia, że dzieci koncentrują się na rozwiązywaniu testów, przepisywanych z tablicy do wymiętych zeszytów, czasem zupełnie bez zrozumienia. Nawet jeśli każdy uczeń dysponuje własnym ołówkiem, kifutio (gumka) jest do wspólnego użytku. Zdarza się, że wydatek w wysokości 10 szylingów kenijskich (100 szylingów to około 4 zł), za które można kupić najtańszy zeszyt, przerasta możliwości rodziców. Być może ze względu na koszty materiałów plastycznych i piśmienniczych, zajęcia artystyczne zostały wykreślone z programów nauczania na każdym szczeblu edukacji. Tymczasem pobudzenie wyobraźni wizualnej wzmacnia proces kojarzenia i może ułatwić dzieciom naukę angielskiego, języka, w którym wykładanych jest większość przedmiotów, począwszy od przedszkola (Baby Class, Nursery, Pre Units, gdzie uczą się dzieci od trzeciego roku życia), a na ósmoklasistach kończąc.

W trakcie geometryczno-plastycznych zajęć, które prowadziłam z dziećmi, w każdej z podgrup można było przyuważyć prowodyra, małego pomysłodawcę zestawień kształtów, stanowiących dopiero co odkryty kod wizualny, który kopiowały pozostałe dzieci. W obliczu wyzwań, niektórzy uczniowie potrafili także z własnej inicjatywy wykroczyć poza utarty schemat postępowania, jeśli tylko nadarzyła się ku temu sposobność. Wzajemna nauka poprzez zabawę okazała się równie przyjemna, co pożyteczna, a jednocześnie dramatycznie kontrastowała z ich międzylekcyjną aktywnością, ograniczającą się do zabawy kamieniami, piłką skleconą z woreczków foliowych i naprędce wymyślanych gier muzyczno-ruchowych. W tej sytuacji najdrobniejsza zmiana w ich żmudnej codzienności okazała się niemal egzotyczną przygodą, a każdy ścinek papieru czy zużyte opakowanie po kleju, skarbem, który chowa się do skarpety.

Jednocześnie, poza problemami materialnymi i odmiennym od europejskiego podejściem do organizacji pracy w szkole, dzieci w Dagoretti nie różnią się zbytnio od równie (rozbrykanych i ciekawych świata) rówieśników z Europy. But their English is really impresive. Już czwartoklasiści prowadzą płynną rozmowę w języku angielskim. Sprawdzając ich zeszyty, powtarzam podstawy gramatyki. Kiedy któreś z dzieci wymiata z klasy sypką ziemię wraz ze śmieciami, w powietrzu unoszą się tumany rudego pyłu, który pokrywa drewniane ławki, ściany z blachy falistej, otwarte plecaki z second handu i trzymane w nich miski na kizeri.

Po bezkresie sawanny i pięknie dzikich zwierząt, nadszedł czas na spotkanie z wszelkimi ograniczeniami i możliwościami, jakie niesie ze sobą dzika ekspansja Nairobi.

 



darmowy hosting obrazków
Plan naszej szkoły
darmowy hosting obrazków
A bird, if somone doesn't recognize
darmowy hosting obrazków
Rude nietoperze
darmowy hosting obrazków
Rajskie bugenwile
darmowy hosting obrazków
Rajskie bugenwile
darmowy hosting obrazków
Mtoto mzuri
darmowy hosting obrazków
Ela zna lepiej nazwę tych zwięrząt
darmowy hosting obrazków
Babies with baby bananas (so sweet)


15-17 lipca

Po sporej dawce stresu tuż przed wylotem z Polski (zbiegiem niekorzystnych okoliczności Ania ledwie zdążyła na czas; ja w czasie, kiedy ona przebijała się przez Warszawę, błagałam kobietę przy odprawie, żeby jednak czekała) udało nam się wsiąść w samolot do Istambułu, a potem (znów cudem, ponieważ między jednym lotem a drugim miałyśmy 15 min na przebiegnięcie całego, nieznanego nam, lotniska) w samolot do Nairobi. Z lotniska odebrał nas Sao Gamba Junior oraz Kennedy. Sao jest synem pani Joanny Gamba, która gości nas w swoim domu, oraz Sao Gamby, kenijskiego malarza, rzeźbiarza i filmowca.

Jest cudownie! Tutejsze owoce i warzywa smakują jak nigdy wcześniej, czuć specyficzny słodkawy zapach Afryki, ludzie są przyjaźni i mam nadzieję, że nie uda nam się poznać Nairobi od strony, o której sporo w przewodnikach: jako miejsca niebezpiecznego. Byłyśmy dzisiaj w Muzeum Narodowym obejrzeć prace Sao Seniora, które mają być tam wystawione, a które wcześniej Ania będzie odnawiać. Widziałyśmy przed Muzeum wzruszające grupy małych dzieci, ubranych w jednakowe mundurki i nie możemy już doczekać się pracy z nimi. Jutro rano spotykamy się z Davidem.

(EW)


 

18-22 lipca

Centrum Nairobi jest naprawdę trudne do zniesienia ? pełne samochodów, spalin i hałasu. Spędzamy tam maksymalnie mało czasu i wracamy do domu rozklekotanym matatu. Ledwie się poruszamy: trzy pasy jezdni są całkiem zakorkowane. Dzięki temu, że więcej stoimy niż jedziemy, możemy spokojnie przyjrzeć się sprzedawcom wędrującym między sznurem samochodów: oferują banany, jabłka, orzechy, skarpety. Ponad naszymi głowami na drzewach siedzą marabuty.

W sobotę po południu idziemy z Anią na spacer koło domu. Pod drzewem siedzi dwóch starszych muzułmanów. Uśmiechają się do nas, więc przystajemy i chwilę z nimi rozmawiamy. Są niezmiernie pogodni, żartują, wypytują, czym się zajmujemy i co robimy w Nairobi. Jeden z nich pochodzi z Somalii; jako że państwo to było niegdyś rządzone przez Włochów, mężczyzna płynnie posługuje się tym językiem. Śpiewa dla nas po włosku i po somalijsku. Odchodzimy dopiero, kiedy mężczyźni kierują się do meczetu. Kolejny raz doświadczam, jak przyjazny jest islam w Afryce.

Niedzielę spędzamy w HippoValley. Jedziemy tam z Sao Juniorem, po drodze obserwujemy zebry, antylopy gnu i gazele Thompsona. Jedziemy przez sawannę skąpo porośniętą roślinnością, ale docierammy do raju. W Hippo Valley nie ma hipopotamów, są za to piękne, kilkunastometrowe drzewa bugenwilli, krzewy korony cierniowej, małpy i nietoperze. Jest przepięknie! Spotykamy tam dwie kobiety z dziećmi, z nimi też spędzamy większość czasu. W drodze powrotnej do domu widzimy jeszcze żyrafy i stada krów pędzone przez Masajów na tereny parku National Park of Nairobi.

Od poniedziałku pracujemy w Dagoretti Primary School. Ja przed południem pomagam w klasie przedszkolaków, która składa się z trzech grup: 3-latki, 4-latki, 5-6-latki. Wszystkie mają zajęcia w jednej sali; po południu pomagam w matematyce i angielskim dwójce uczniów z klasy czwartej. Ania zajmuje się drugoklasistami. Zadziwiające, że już przedszkolaki mówią w dwóch językach: głównie w suahili, ale co nieco rozumieją już angielski. Liczą, śpiewają po angielsku, codziennie uczą się nowych słówek. Chłopcy z najstarszej grupy całkiem nieźle się porozumiewają, czasem są tłumaczami między mną a najmłodszymi.

Dzieci wołają do mnie ?teacher? albo ?muzungu?, co znaczy ?biała?. Są bardzo otwarte; tulą się, podają dłoń na powitanie, próbują ciągle być blisko, proszą, by wziąć je na ręce, często dotykają włosów. Prawie wszystkie dziewczynki mają takie same fryzury ? drobniutkie warkoczyki na całej głowie, chłopcy są krótko ścięci. Dziś grałam z nimi w piłkę nożną; radzę sobie z dziewczynkami, ale chłopcy biją mnie na głowę.

Wszystko wgląda podobnie jak u nas ? dzieci zachowują się tak samo, tak samo się rozwijają (czy polskie pięciolatki potrafią dodawać i odejmować w zakresie 1-10?), tak samo potrzebują ciepła. Tylko warunki materialne są inne: szkoła zbudowana jest z blachy falistej, która niestety nie jest już w najlepszym stanie. Klasę od klasy dzieli sklejka, ponadto sale nie są zupełnie od siebie oddzielone, słychać więc zajęcia z klas sąsiadujących. Podłogi są betonowe, w klasach panuje półmrok (wygląda na to, że w szkole brak elektryczności). Toalety stoją na zewnątrz ? za drewnianymi drzwiami są dziury w podłodze, z których wydobywa się nieprzyjemny zapach. Jeśli jest zimno (a jest zimno, zwłaszcza rano ? Nairobi leży na wysokości 1660 m n.p.m. i właśnie jest tu zima), to nic nie czuć, koło południa jednak klasa przedszkolaków pełna jest odoru.


 

Jedziemy na wolontariat do Nairobi (Kenia) - ruszamy 15 lipca i przez 6 tygodni będziemy pracować w ramach dwóch projektów Davida O. Monari:

Anna Poduszyńska
Absolwentka Wydziału Malarstwa i Podyplomowych Studiów Pedagogicznych na ASP w Krakowie; malarz, rysownik, fotograf i pedagog. Amatorka turystyki górskiej, paralotniarstwa i flamenco. W wolnych chwilach uprawia grafomanię.


Elżbieta Wiejaczka
Absolwentka biologii na AP, filozofii na UJ oraz Szkoły Dziennikarstwa Praktycznego Rafalski  Press. Rozmiłowana w pisaniu, fotografowaniu i poznawaniu nowego, zakochana w Afryce. Nie rozstaje się z książką.

Jedziemy na wolontariat do Nairobi (Kenia) - ruszamy 15 lipca i przez 6 tygodni będziemy pracować w ramach dwóch projektów Davida O. Monari:

Zebra Children's Village - sierociniec dla dzieci; potrzebna jest pomoc w opiece nad dziećmi, prowadzeniu zajęć szkolnych i kontynuowaniu budowy ośrodka

Dagoretti Primary School - szkoła podstawowa w slumsach Narobi; pomoc potrzebna w prowadzeniu zajęć szkolnych, wspieraniu emocjonalnym dzieci i zarządzaniu placówką

Więcej na temat projektów na stronie: www.kenyaprojects.com

Chcemy nie tylko pomagać na miejscu, ale i kontynuować "myślenie o Afryce" w Polsce. Od 5 do 29 października 2009 r. w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Krakowie (przy ul. Rajskiej 1) będzie miała miejsce wystawa zdjęć z naszego wyjazdu. Mamy w planach zorganizowanie spotkania, podczas którego opowiemy o pracy w Nairobi oraz urządzimy kiermasz prac wykonanych przez dzieci ze slumsów.

Planujemy jeszcze inne akcje. Niedługo więcej na ten temat!

Wolontariat to pojęcie skrywające wiele postaw: od altruizmu po snobizm. Amplitudę powodów, dla których ktokolwiek podejmuje się zostać wolontariuszem, ograniczają: z jednej strony czysta bezinteresowność, z drugiej szpanerstwo i megalomania. Tak, to tylko kwestia proporcji.

"Wolontariat w Afryce" - to brzmi dumnie! Pomysł, żeby wyprawić się na niebezpieczny kontynent z wątpliwym (w skali globalnej) wsparciem, brzmi jak utopia. I trochę nią jest. To marzenie o egzotycznej podróży na odsiecz biedzie. To chęć bliskiego przyjrzenia się innej kulturze - realnie, bez turystycznego filtra. To wreszcie luksus Europejczyka, który w konfrontacji
z codziennością mieszkańców Afryki, weryfikuje wcześniej ugruntowane pojęcia: szczęścia, bogactwa czy sprawiedliwości.

Ale dzieci o tym nie wiedzą...

Czy zastąpimy im rodziców? Nie.

Czy nasza obecność będzie w ich życiu czymś więcej niż tylko epizodem? Raczej nie.

Możemy jednak sprawić, by pomimo tego 6 tygodni ich życia trochę bardziej przypominało dzieciństwo: ten zachodni model, w którym dziecko, poza obowiązkami, ma także prawa (do rodziny, edukacji, wypoczynku, zabawy, korzystania z dóbr kultury...). Chcemy także stać się na chwilę częścią ich pięknego i okrutnego świata, tyleż z ciekawości, co z chęci przezwyciężenia egoizmu. Mając nadzieję, że nasza pomoc wywoła na ich twarzach uśmiech.

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

 



© 2008 Klub Podróżników "Śródziemie"