You are here: Home Relacja Chwila oddechu od upalu na trekkingu

Chwila oddechu od upalu na trekkingu

PDFDrukujEmail

Published on niedziela, 02 maja 2010 13:07

Dodaj do:

Deli.cio.us    Digg    reddit    Facebook    Wykop    Gwar
W porownaniu do zatloczonych, brudnych i glosnych miast indyjskich, Khajuraho (podobnie jak Orchha) wydaje sie byc oaza spokoju, gdzie czas plynie o wiele wolniej. Mozna sie tu na prawde zrelaksowac z dala od cywilizacji. To malenkie miasteczko zawdziecza swoja slawe rzezbom z motywami z Kamasutry, ktore pokrywaja licznie wiele swiatyn. Kunszt z jakim owe rzezby zostaly wykonane stawia je wsrod jednych z najpiekniejszych tego rodzaju obiektow na swiecie.
Wszystkie swiatynie w tym miejscu zostaly zbudowane przez dynastie Chandela mniej wiecej pomiedzy 950 a 1050r. Przetrwaly one okolo piec wiekow, zanim teren ten najechali Mogolowie. Po tej inwazji, do dnia dzisiejszego ostalo sie ok 20-30 swiatyn. Zastanawiajacym jest rowniez fakt, dlaczego i w jaki sposob te swiatynie powstaly wlasnie tutaj. Po pierwsze, Khajuraho nigdy nie bylo duza miejscowoscia i zawsze lezalo z dala od glownych szlakow komunikacyjnych i handlowych. A po drugie, wybudowanie takiej ilosci wielkich swiatyn w tak krotkim czasie wymagalo ogromnych nakladow sily roboczej. Wsrod tysiecy rzezb, ktore zdobia tutejsze swiatynie, powtarzaja sie najczesniej 2 elementy: kobieta i erotyka. Na scianach budowli podziwiac mozna liczne mithuny - polnagie postacie przedstawione w (czasem bardzo skomplikowanych) pozycjach z Kamasutry. Innymi, czesto przedstawianymi postaciami, sa apsary, czyli tanczace, niebianskie nimfy.
Generalnie wiekszosc z tych swiatyn, a w szczegolnosci ich rzezbione zdobienia, robia duze wrazenie na odbiorcy, przede wszystkim na kims, kto przybywa tu po raz pierwszy. Niestety, ze wzgledu na upal, ktory w okolicach poludnia zwalal z nog, nie udalo nam sie obejrzec wszystkich ciekawych obiektow w okolicy. Na szczescie widzielismy te najciekawsze.
Niecale dwa lata temu, doprowadzono do Khajuraho nowa linie kolejowa. Wykorzystalismy to udogodnienie i pojechalismy stamtad nocnym pociagiem na Varanasi, miasta polozonego nad swieta rzeka Ganges. Niewiele miast w Indiach jest tak kolorowych i ma tak niepowtarzalna atmosfere jak wlasnie Varanasi. Nazywane miastem boga Sziwy, jest to jedno z najswietszych miejsc w calym kraju, gdzie liczni pielgrzymi przybywaja by zmyc swe grzechy w swietych wodach Gangesu (stojac na slynnych schodach - ghatach) lub aby skremowac swoich bliskich na jednym z najpopularniejszych ghatow w Indiach, Manikarnika Ghat. Miasto to wciaz pozostaje jednym z ulubionych miejsc umierania, gdyz wiekszosc hindusow marzy o tym, aby byc skremowanym wlasnie w tym miejscu. Jest to takze popularne miejsce skrzyzowania drog pomiedzy swiatem fizycznym a duchowym, a Ganges traktowany jest jako rzeka zbawienia i wieczny symbol nadziei dla bylych, terazniejszych i przyszlych pokolen.
Ale ghaty w Varanasi to nie tylko miejsce rytualnych kapieli i  kremacji zwlok. Tu takze wiele ludzi pierze swoje ubrania, myje sie od stop do glow, uprawia joge; swieci mezowie sadhu oferuja blogoslawienstwo, mozna tu kupic popularny paan (mieszanke betelu i lisci do zucia) czy tez zostac podanym masazowi na specjalnych, twardych, drewnianych pryczach nad rzeka. Liczni sa takze sprzedawcy kwiatow, mlodzi ludzie grajacy w krykieta (na schodach!) lub ci przyprowadzajacy stada bykow, aby wykapaly sie w rzece. Ilosc wrazen i bodzcow dookola jest czasem trudna do ogarniecia.
Stara czesc miasta, zwana Godaulia, to labirynt ciasnych, waskich ulic. Zreszta nazwanie tych ciagow komunikacyjnych ulicami, to lekka przesada, gdyz ich szerokosc z reguly nie przekracza 2 metrow. Poruszac sie mozna po nich jedynie na piechote lub malym motocyklem. Wysoka zabudowa wzdluz tych uliczek sprawia, ze nawet w ciagu dnia panuje tam lekki polmrok, chlod, a do wiekszosci miejsc swiatlo sloneczne w ogole nie dociera.
W tym trudnym do rozszyfrowania labiryncie, znajduje sie (silnie strzezona przez uzbrojonych policjantow) Swiatynia Vishwanath, zwana rowniez Zlota Swiatynia. Jest to najpopularniejsza swiatynia w miescie i poswiecona jest bogowi Sziwie, jako stworcy swiata. Obecna bryla swiatyni pochodzi z drugiej polowy XVIII wieku, a jej dach pokryty jest warstwa zlota, ktora wazy, bagatela, okolo 800 kilogramow! Niestety, osoby nie bedace wiznawcami hinduizmu nie moga wejsc do srodka.
Po dwoch dniach spedzonych w Varanasi, pojechalismy (21 kwietnia) nocnym pociagiem do Gorakhpur, a stamtad udalismy sie na granice z Nepalem. Po dopelnieniu wszelkich formalnosci wizowo- paszportowych, okazalo sie, ze ostatni dzienny autobus do Pokhary odjechal godzine temu. Najblizszy nocny transport odjezdzal za prawie 3 godziny. Nie mielismy wyjscia. Poszlismy cos zjesc w oczekiwaniu na odjazd naszego autobusu. To byla jedna z najbardziej niewygodnych nocy podczas mojej calej (prawie rocznej) podrozy! Kupilismy jedne z ostatnich miejsc na ten kurs, wiec siedzielismy na samym koncu pojazdu. Okazalo sie, ze w tym miejscu fotele sa niesamowicie twarde. Tak bardzo, ze co kilkanascie minut trzeba bylo z bolu zmieniac ulozenie posladkow... Dodatkowo siedzielismy juz za tylne osia, wiec kazda najmniejsza nierownosc drogi powodowala ze skakalismy na tych fotelach jak jakies pileczki. A sama droga byla tak kreta, ze co chwile rzucalo nami z jednej strony na druga. Na tym gorskim odcinku drogi do Pokhary niewiele jest, chocby dwu, trzystumetrowych, prostych odcinkow szosy! Te wszystkie czynniki spowodowaly, ze spalismy niewiele i troche meczylismy sie na tej trasie.
Na miejsce dotarlismy dlugo przed wschodem slonca. Poszlismy prawie po omacku nad Zbiornik Phewa, przez wiekszosc ludzi nazywany jeziorem... To wlasnie tutaj zlokalizowana jest turystyczna dzielnica Pokhary, zwana Lakeside. Dotarlismy tam na tyle wczesnie, ze musielismy poczekac ponad godzine na otwarcie sie pierwszych hoteli. Gdy juz odpoczelismy sobie po dlugiej i meczacej podrozy, to poszlismy na posterunek policji turystycznej, aby wyrobic potrzebne nam przepustki, poniewaz mielismy zamiar pojsc na kilka dni w gory.
Gdy juz zalatwilismy wszelkie formalnosci, zdecydowalismy, ze zerkniemy na swiat z wysoka, bardzo wysoka. W okolicy poludnia oderwalismy swe stopy od ziemi i wzbilismy sie w przestworza unoszeni przez spadochron paralotni. Oczywiscie nie sami, lecz kazde z nas w tandemie w towarzystwie doswiadczonego pilota. Szybowalismy tak ponad pol godziny na tej samej wysokosci co liczne w tej okolic orly. Widok okolicznych stromych wzgorz i stokow pokrytych, gesto tarasowymi polami ryzu oraz Zbiornik Phewa kilkaset metrow pod naszymi stopami na dlugo pozostana w pamieci, bo wrazenia i widoki byly niesamowite. Kasia byla wniebowzieta i przeszczesliwa, a po wyladowaniu z jej twarzy dlugo nie mogl zejsc szeroki usmiech. Ja z kolei mialem, co musze przyznac, chwile mdlosci... W kazdym razie bylo to niesamowite, calkiem nowe doswiadczenie. Szkoda tylko, ze o tej porze roku, niebo nad Himalajami jest juz mocno zachmurzone. Wszystkie siedmio i osmiotysieczniki byly juz schowane za wysokim pioropuszem chmur.
Reszte dnia planowalismy spedzic na calkowitym relaksie, przynajmniej wydawalo nam sie, ze tak wlasnie bedzie. Dlatego, ze wymarsz w gory planowalismy dnia nastepnego. Wczesnym popoludniem, spacerujac wzdluz Lakeside, odwiedzilem zaprzyjazniona agencje turystyczna i tam (calkiem przypadkowo) dowiedzielismy sie, ze dnia nastepnego planowany jest strajk generalny kierowcow wszystkim mozliwych pojazdow, poczawszy od rikszarzy, skonczywszy na kierowcach autobusow. A wioska Nayapul, z ktorej mielismy wyjsc w gory lezy okolo 40 kilometrow od Pokhary. Okazalo sie wiec, ze dnia nastepnego nie bedzie mozliwosci, aby sie tam dostac...
Natychmiast dostalismy wielkiego przyspieszenia: pognalismy do hotelu, gdzie w trybie ekspresowym przepakowalismy nasze bagaze, poniewaz zdecydowalismy, ze trzeba zrobic wszystko, aby jeszcze tego dnia dostac sie do Nayapul. Chocby taksowka. Po dotarciu na dworzec, okazalo sie, ze zdazylismy na jeden z ostatnich autobusow do Nayapul, znow mielismy farta. Gdy dojechalismy na miejsce, jakis mezczyzna zapytal nas czy szukamy noclegu. No pewnie, ze szukamy, w koncu bylo juz ponad godzine po zmroku. Zaprowadzil on nas do kolejnej wioski na naszej trasie (Birethanti), gdzie jego znajomy prowadzil maly guest house. Tam tez spedzilismy noc.
Nastepnego dnia, bardzo wczesnie rano wyruszylismy na szlak. Poczatkowo wiodl on szeroka dolina rzeczna, a potem zaczal sie wspinac na jej lewy brzeg. Po kilku godzinach dotarlismy do wioski Tikhedunga (na wysokosci 1600m), gdzie zjedlismy sniadanie. Musielismy sie posilic, gdyz z tego miejsca czekalo nas strome, dlugie podejscie wzdluz niekonczacych sie stromych schodow do Ulleri, wsi lezacej na wysokosci okolo 2200m. Wiekszosc grup trekkingowych idacych z Nayapul lub Birethanti zatrzymuje sie na noc wlasnie w okolicy Ulleri. Ale my mielismy calkiem dore tempo, wiec postanowilismy pojsc dalej i tego samego dnia dotarlismy do Ghorepani, wsi lezacej na wysokosci okolo 2800m, gdzie wiekszosc grup dociera dopiero na drugi dzien.
Przyznac jednak trzeba, ze bylismy ogromnie zmeczeni i pod koniec dnia juz ledwo czlapalismy nogami. W tym miejscu spedzilismy noc w bardzo przytulnym guest housie. Powiem szczerze, ze goracy prysznic, jaki tam wzialem byl jednym z najwspanialszych od wielu, wielu miesiecy...
Nazajutrz wstalismy dlugo przed switem, gdyz wybralismy sie na popularny punkt widokowy w okolicy, Poon Hill 3210m. O wschodzie slonca, mozna stad podziwiac dwa osniezone osmiotysieczniki: Dhaulagiri 8167m i Annapurne I 8091m. Szczegolnie ten pierwszy wyglada majestatycznie i robi duze wrazenie, zwlaszcza jego urwista, wschodnia sciana. Wsrod najpopularniejszych siedmiotysiecznikow, jakie widac z tego miejsca, wymienic mozna Annapurne Poludniowa 7219m oraz Nilgiri 7060m. Na wierzcholku Poon Hill znajduje sie wysoka wieza widokowa, jednak o tej porze dnia wieje tam zimny, przenikliwy wiatr i wiekszosc osob opuszcza to miejsce nie pozniej niz pol godziny po wschodzie slonca. Zeszlismy wiec czym predzej na dol, by zjesc pyszne sniadanie i ruszyc w dalsza droge. Tego dnia wiekszosc naszej trasy wiodla wzdluz grzebietu, bylo tez wiele zejsc. Mijalismy kolejno wioski Deurali, Bathanti i Tadapani. Na koniec dnia dotarlismy do malej wsi Chuile (ok 2250m) z domami rozsianymi na stromym stoku. Tam tez spedzilismy noc.
Nastepnego dnia znow moglismy podziwiac 3 szczyty pokryte sniegiem i oswietlone na pomaranczowo przez promienie wschodzacego slonca. Z naszego guest housu widac bylo Annapurne Poludniowa, Hiunchuli oraz swieta gore Nepalczykow, Macchapucchare 6993m. Po wczesnym sniadaniu pomaszerowalismy dalej przez wioske Ghurjung i po okolo 4 godzinach dotarlismy do Chhomrong. W tym miejscu zebraly sie nad naszymi glowami ciemne chmury, z ktorych przez chwile padal deszcz. Na szczescie opad szybko minal i troche sie rozpogodzilo. Zeszlismy stromo w dol do doliny rzeki Moti, wyplywajacej z lodowca splywajacego spod poludniowych scian Annapurny I. Nad brzegiem tej rwacej rzeki lodowcowej znajduja sie dwa baseny z goracymi zrodlami. Oczywiscie skorzystalismy z tej odprezajacej kapieli. Byla to chwila ukojenia dla naszych zmeczonych i lekko rozdygotanych miesni. Po dlugiej chwili relaksu ruszylismy dalej i tego samego dnia, tuz przed zmrokiem, dotarlismy do wioski Landruk, polozonej ponad dolina rzeki Moti, na wysokosci okolo 1500m.
Kolejnego poranka znow zobaczylismy piekny wschod slonca i oswietlone sloncem osniezone szczyty z Annapurna Poludniowa i Hiunchuli w tle. To byl juz nasz ostatni dzien w gorach. W tym dniu podazylismy juz stromo w dol, mijajac po drodze wioski Tolka, Deurali i Dhampus. Po poludniu, wsrod pomrukow burzy dotarlismy do Phedi, skad wrocilismy autobusem do Pokhary.
Caly nastepny dzien (27 kwietnia) spedzilismy w Pokharze, glownie odpoczywajac, spacerujac po Lakeside i jedzac pyszne potrawy w przytulnych knajpach.
Kolejnego dnia pojechalismy mikrobusem do Kathmandu. Ta forma transportu, to byl dobry wybor, gdyz mikrobus pokonuje trase do stolicy w 2-3 godziny szybciej niz zwykly autobus. Przez druga czesc dnia glownie spacerowalismy ciasnymi uliczkami po turystycznej dzielnicy Thamel, pelnej restauracji, sklepow z pamiatkami, ubraniami, ksiazkami, sprzetem turystycznym i wieloma innymi artykulami.
Nastepnego dnia, po wyspaniu sie poszlismy zobaczyc, polozony niedaleko, Plac Krolewski czyli Durbar Square z wieloma ladnymi swiatyniami w ksztalcie pagod. W przeszlosci w dolinie Kathmandu znajdowaly sie 3 miasta krolewskie: Kathmandu, Patan i Bhaktapur. Obecnie Patan wchodzi w sklad aglomeracji Kathmandu, a Bhaktapur wciaz pozostaje odrebna miejscowoscia. W kazdym z tych trzech miejsc znaduja sie owe piekne place krolewskie. Tego samego dnia chcielismy takze zobaczyc Bodhnath, wielka stupe buddyjska, najwyzsza w Nepalu, otoczona przez domy zamieszkale przez mniejszosc tybetanska. Ludzie Ci przeprowadzili sie tu z Tybetu na przelomie lat '50 i '60 ubieglego wieku. Niestety nie udalo nam sie zobaczyc tego miejsca, poniewaz po drodze zlapala nas mocna burza i musielismy zawrocic.
W nastepnym dniu rozpoczela sie nasza 34-godzinna podroz powrotna do Delhi, w czasie ktorej pokonalismy ponad 1100 kilometrow. Najpierw 8 godzin spedzone w zatloczonym i bardzo niewygodnym mikrobusie do granicy z Indiami, potem 3 godziny w jeszcze bardziej zatloczonym autobusie z granicy do Gorakhpur. Ostatni etap (ponad 750 kilometrow) przejechalismy pociagiem i zajelo nam to ponad 16 godzin. Dotarlismy do Delhi w pierwszy dzien maja pod wieczor. Nie mielismy juz ochoty praktycznie na nic poza dobra kolacja i snem.
Dzis zerwalismy sie w srodku nocy i pojechalismy na lotnisko, gdyz wczesnie rano Kasia miala wylot do Polski. Ja wrocilem do hotelu i teraz czekaja mnie jeszcze dwa pelne dni w tym obrzydliwym miescie, jakim bez watpienia jest Delhi.
Jesli wszystko pojdzie zgodnie z planem, to 4 maja rano, tym razem ja, bede w drodze na lotnisko, aby wsiasc do samolotu i wreszcie wrocic do domu...

Pozdrawiam, Darek

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

transasia-baner

 



© 2008 Klub Podróżników "Śródziemie"