Published on środa, 31 marca 2010 11:08
Ja najpierw przeszedlem deptakiem wzdluz wybrzeza, gdzie wielu rybakow zwijalo swe sieci po porannych polowach. To wlasnie w tym miejscu znajduja sie ogromne chinskie sieci rybackie, zawieszone na dwoch dlugich, wygietych jak luki tykach bambusowych. Uzywa sie ich do polowu ryb tylko podczas wysokiego stanu wod. Konstrukcja z kijow bambusowych, na ktorych opieraja sie sieci jest tak wielka i ciezka, ze potrzeba co najmniej 4 osob, aby obsluzyc ta konstrukcje. W dzisiejszych czasach polowy ryb przy pomocy tych sieci staja sie jednak coraz mniej oplacalne. Nieopodal znajduje sie cmenatrz z pierwszej polowy XVIII wieku. Znajduja sie tam zabytkowe nagrobki wielu kupcow i zolnierzy holenderskich. Niestety bramy cmentarza byly zamkniete, moglem jedynie popatrzec zza murow. Kilkaset metrow dalej znajduje sie kosciol sw.Franciszka. Uwaza sie, ze jest to najstarszy w Indiach kosciol zbudowany przez europejczykow. Jego oryginalna, drewniana konstrukcja powstala na poczatku XVI wieku, jednak obecny, murowany gmach pochodzi z polowy XVI wieku. To wlasnie w tym kosciele spoczywalo cialo slynnego podroznika Vasco da Gama (zmarl on wlasnie w Kochi), przez pierwsze 14 lat po jego smierci, zanim zostalo ostatecznie przetransportowane do Lizbony. W dalszej kolejnosci odwiedzilem bazylike Santa Cruz - najwiekszy kosciol w Kochi, ktorego obecna budowla pochodzi z poczatku XX wieku. Faktycznie ma on potezne rozmiary. Tego dnia pospacerowalem sobie jeszcze wzdluz ulic historycznego centrum Kochi, po czym wrocilem z powrotem promem do Ernakulam.
Kolejny dzien uplynal mi glownie na przemieszczaniu sie. Grubo przed switem wyjechalem do Coimbatore, najwiekszego miasta w polnocno- zachodniej czesci stanu Tamil Nadu. Tam zmienilem tylko autobus i pojechalem w gory - Zachodnie Ghaty, ktore dominuja w krajobrazie tej czesci stanu. Do przejechania mialem relatywnie niewielka odleglosc, bo okolo 50km. Jednak jej pokonanie zajelo 3 godziny. Droga wiodla stromymi, przepascistymi stokami gorskimi, a krete i ostre serpentyny nie mialy konca. Wreszcie po poludniu dotarlem do Coonoor, jednej z kilku popularnych "stacji" gorskich w okolicy. Miasteczko to lezy na wysokosci ponad 1800m. npm, ale w jego centrum nie ma praktycznie nic ciekawego. Zdecydowalem, ze jeszcze tego samego dnia pojade lokalnym autobusem w kierunku popularnego punktu widokowego, 12 kilometrow za miasto. Waska, kreta droga wiodla wsrod bujnych plantacji herbaty i po krotkiej jezdzie dotarlem na miejsce. Punkt ten nosi nazwe Nos Delfina (nie wiem skad wlasnie taka nazwa) i faktycznie, rozposciera sie z niego znakomity widok na okolice: gorskie grzebiety porosniete niezbyt gestym lasem, glebokie gorskie doliny, okoliczne stoki porosniete krzewami herbaty i malowniczy Wodospad Katarzyny spadajacy z wysokiego urwiska po drugiej stronie doliny. Wiele wskazywalo na to, ze dwunastokilometrowa droge powrotna pokonam pieszo, gdyz nastepny autobus powrotny mial byc za ponad godzine. Mialem farta tym razem. Gdy juz szedlem z powrotem, zatrzymalo sie jakies auto jadace w tym samym kierunku i mily kierowca powiedzial, ze podwiezie mnie do Coonoor za darmo. Jest to o tyle zaskakujace, ze byla to taksowka turystyczna, a tego rodzaju pojazdy z reguly nie biora pasazerow za darmo, szczegolnie obcokrajowcow. Mnie sie udalo.
Nastepnego dnia nie przemieszczalem sie juz zbyt wiele, pojechalem jedynie 20 kilometrow dalej do najbardziej znanej miejscowosci gorskiej w tej czesci Indii. Pelna jej nazwa brzmi Udhagamandalam, jednak wszyscy uzywaja nazwy skroconej, czyli Ooty (czyt. uti). Jest to jedna z najwyzej polozonych miejscowosci w Indiach Poludniowych (2250m npm) i zostala ona zbudowana w XIX wieku jako letnia rezydencja dla pracownikow owczesnego rzadu w Madras (obecnie Chennai). Szczerze mowiac spodziewalem sie nieco ladniejszego miasteczka i ladnych widokow. Niestety poza brudnym jeziorem i kosciolem sw.Stefana zbudowanym w stylu kolonalnym - w samym miescie nie ma zbyt wielu atrakcji. Jest za to duzo smieci i kurzu. Aha, no i oczywiscie wieczory oraz poranki sa tu bardzo zimne. Wieczorem musialem zalozyc dlugie spodnie i bluze polarowa, a noc pedzilem pod dwoma welnianymi kocami, gdyz guest housy nie sa tam ogrzewane. Zanim to jednak nastapilo, postanowilem odwiedzic wysokie wzgorze o nazwie Doddabetta. Szczyt ten, gorujacy nad okolica, wznosi sie na wysokosc 2634m npm i jest to najwyzsze wzniesienie w calych Indiach Poludniowych. Niestety miejsce to jest bardzo zniszczone przez bezmyslnych indyjskich "turystow", ktorzy przybywaja tu setkami, halasuja, smieca i nie szanuja w ogole przyrody. Codziennie przyjezdza tu kilkaset (jesli nie wiecej) ludzi, ale najciekawsze jest to w jaki sposob oni tu docieraja. Praktycznie na sam szczyt prowadzi droga asfaltowa i codziennie wyjezdzaja nia na gore dziesiatki autobusow pelnych ludzi, setki samochodow osobowych i niezliczona ilosc motocykli. Doslownie 100-200 metrow od szczytu znajduje sie ogromny parking, a wokol tarasu widokowego, kramy z prazona kukurydza i coca cola, karuzele i pluszowe tygrysy, z ktorymi mozna zrobic sobie zdjecie za 10 rupii. Niestety, tak wlasnie wyglada turystyka w najpopularniejszych miejscach w Indiach: wszechobecna komercja i kicz. Na gorze Doddabetta nie mozna jednak wejsc na wlasciwy wierzcholek, na jej kulminacje, gdyz sam wierzcholek ogrodzony jest gestymi zasiekami z drutu kolczastego! Znajduje sie tam bowiem jakis duzy i wazny radar uzywany do kontroli lotow i naprowadzania podchodzacych do ladowania samolotow.
Kolejnego dnia udalem sie porannym autobusem do Mysore, duzego miasta w poludniowej czesci stanu Karnataka. Jest to historyczna siedziba maharadzow Wodeyar z ogromnym palacem, ktory jest glowna atrakcja miasta. Mysore znane jest takze jako wazny osrodek produkcji wysokiej jakosci jedwabiu, drewna sandalowego i kadzidel.
Nietety oryginalna zabudowana palacowa zostala strawiona przez wielki pozar, jaki mial tu miejsce pod koniec XIX wieku. Obecna budowla pochodzi z poczatkow XX wieku. Samo otoczenie palacu cechuje przepych zdobien. W srodku jest jeszcze wieksze bogactwo: bogato zdobione i rzezbione drewniane drzwi, malowidla nascienne, a przede wszystkim caly ten kalejdoskop luster i witrazy, dzieki ktoremu moze sie zakrecic w glowie.
Palace palacami - wszedzie przepych i bogactwo, jednak na mnie duze wrazenie zrobil lokalny bazar Devaraja. Wszedlem tam przez brame w wielkich murach i tak jakbym sie znalazl w innym swiecie: wszedzie scisk, ciasno, waskie alejki, gdzieniegdzie panujacy polmrok. Wokol pelno kramow i kupcow nawolujacych i zachwalajacych swe towary. W jednej czesci same owoce i warzywa: ogromne kiscie bananow sciete prosto z drzewa, lsniace, dorodne pomidory ulozone w idealne piramidy, gory cebuli, czy tez niezliczone ilosci imbiru. W innej alejce same kwiaty, pelno pieknie pachnacych kwiatow i sami mezczyzni je ukladajacy czy tez plecacy dlugie kwiatowe girlandy i inne kwieciste kompozycje. Dalej alejka z barwnikami, przyprawami i kadzidlami. Az trudno wyczuc co sie wacha, bo zmieszana won kadzidel i przypraw jest tak mocna, ze az dusi lub w najlepszym wypadku, drapie w gardle. W tej samej czesci bylo tez kilka stoisk, gdzie mozna bylo nabyc naturalne perfumy lub rozne olejki eteryczne. Ich zmiksowany zapach rowniez byl bardzo intensywny. Bazar ten bardzo mi sie spodobal i poczulem sie tam troche tak jak w krajach arabskich Bliskiego Wschodu.
Jeszcze tego samego dnia pojechalem miejskim, nowoczesnym i klimatyzowanym (!) autobusem na wzgorze Chamundi, 13 kilometrow za miastem. Znajduje sie tam ladna hinuistyczna swiatynia Sri Chamundeswari, a z samego wzgorze roztacza sie widok na Mysore. Niestety cale otoczenie wzgorza mialo podobna atmosfere jak na Doddabetta: pelno natretnych sprzedawcow kiczowatych pamiatek i kramow z fast foodem. Szybko wiec stamtad wrocilem.
Nazajutrz wyjechalem w dluga droge do stolicy stanu Karnataka, czyli Bangalore. Zanim jednak tam dotarlem, odwiedzilem po drodze mala, spokojna wioske o nazwie Sravanabelagola. Jej nazwa w doslownym tlumaczeniu oznacza "mnich bialego stawu". Glowna atrakcja w tym miejscu jest wysokie wzgorze Vindhyagiri zbudowane ze skal wulkanicznych. Na jego szczyt prowadzi ponad 600 schodow wykutych w litej skale. Na samej gorze stoi wielki, ponad 17-metrowy posag, nagiego Gomateshwary. Jest to jedno z najwazniejszych miejsc pielgrzymkowych wyznawcow dzinizmu.
Do Bangalore dotarlem poznym popoludniem po dlugiej podrozy w piekacym sloncu. Bylem zmeczony, wiec tego wieczoru postanowilem odpoczac.
Bangalore to jedno z najszybciej i najprezniej rozwijajacych sie duzych miast w Indiach w ostatnich latach. Swoj szybki rozwoj zawdziecza przemyslowi informatycznemu i elektrotechnicznemu. Samo miasto jest jednak bardzo zatloczone, zanieczyszczone spalinami, a halas ruchu drogowego przyprawia od rozstroj ukladu nerwowego. Mimo tego wybralem sie na spacer po okolicy. Odwiedzilem palac Sultana Tipu, ktory znany jest glownie z kolumn wykonanych z drzewa tekowego oraz ladnych freskow. Tuz obok znajduje sie swiatynia Venkataraman. Jednak poza kilkoma jasnymi, ladnie zdobionymi bramami (gopuram), nie przedstawia ona jakichs szczegolnych wartosci estetycznych. Swiatynia, jakich wiele. W tej samej okolicy znajduje sie rowniez ogromny Wielki Meczet. ale w tym czasie byl zamkniety dla niemuzulmanow. Pare skrzyzowan dalej lezy Park Cubbon. Wydawalo mi sie, ze przynajmniej tam znajde odrobine spokoju. Niestety nie, poniewaz w centrum parku (w hinduskim stylu) znajduje sie ruchliwe rondo z trabiacymi samochodami. Na polnocnym skraju parku znajduja sie dwa wazne, potezne gmachy. Pierwszy to Vidhana Soudha, siedziba rzadu stanowego, zbudowana w stylu neodrawidyjskim. Drugim budynkiem jest Attara Kacheri, otynkowana na czerwony kolor siedziba Sadu Najwyzszego. Oba te budynki sa zamkniete dla zwiedzajacych.
Po pelnym dniu spedzonym w halasie i smogu, wyjechalem nocnym autobusem do Hospet, by stamtad, nad ranem nastepnego dnia, pokonac ostatnie 18 kilometrow do Hampi. Miejsce to na przestrzeni XIV i XVI wieku bylo wielka, prezna i tetniaca zyciem stolica jednego z najwiekszych hinduskich imperiow w tamtych czasach. W okolicy znajdowalo sie wiele palacow, swiatyn i mieszkalo tu przeszlo 500 tysiecy ludzi. Dzis po dawnej swietnosci pozostaly ruiny, a Hampi jest waznym przystankiem dla wiekszosci turystow przemierzajacych Indie Poludniowe. Glownie ze wzgledu na niesamowity krajobraz, jaki wystepuje w okolicy oraz sielska i nieco magiczna atmosfere tego miejsca.
Krajobraz jaki tu mozna podziwiac jest faktycznie niesamowity. Ruiny dawnych swiatyn i palacow porozrzucane sa wsrod skalistych wzgorz. Wzgorza te pokryte sa glownie niezliczona iloscia glazow, roznej wielkosci i ksztaltu. O wschodzie i zachodzie skaly te mienia sie w pastelowych odcieniach orchy i czerwieni. Widoki zapieraja dech w piersiach, a cala okolica przypomina scenografie z jakiegos filmu science fiction. Ma sie wrazenie, ze jakis czas temu przyszedl tu jakis olbrzym i porozrzucal po okolicy te wszystkie glazy bez ladu i skladu. Dodatkowo miedzy tymi pastelowymi wzgorzami glazow, znajduja sie soczyscie zielone pola ryzowe, gaje palmowe i plantacje bananowcow. Te dwie barwy kontrastuja z soba, a jesli doda sie do tego lazur nieba i wijace sie jak wstegi okoliczne rzeki, krajobraz wydaje sie byc iscie fantastyczny. To miejsce spodobalo mi sie bardzo. Poczatkowo planowalem tam spedzic dwa dni, jednak po dotarciu na miejsce i ujrzeniu tych cudow natury, zostalem tam przez 4 dni, bo na prawde bylo warto.
Podczas mojego pobytu w Hampi zwiedzilem kilka swiatyn. Miedzy innym swiatynie Kriszny, stara ladnie zachowana swiatynie z ladnie rzezbionymi kolumnami, znajdujaca sie na przedmiesciach Hampi. Swiatynie Virupaksha, stojaca w centrum Hampi, do ktorej wchodzi sie przez wysoka na okolo 50m zdobiona brame (gopuram), zbudowana na przelomie XV i XVI wieku. Kolo bramy czesto stoi 'swiatynny' slon o imieniu Lakshmi, ktory za drobny datek blogoslawi turystow swoja traba. Dwa kilometry na wschod od centrum miasteczka znajduje sie najwazniejsza swiatynia w okolicy: Vittala. Pochodzi ona z XVI wieku i jest najlepiej zachowana swiatynia w Hampi. Wewnatrz swiatyni podziwiac mozna przepiekne prace rzezbiarskie, szczegolnie na bocznych scianach i licznych kolumnach. Niedaleko tej swiatyni znajduje sie Sule Bazaar, jedno z glownych, historycznych miejsc targowych w Hampi. Do dzis pozostala po nim jedynie szeroka aleja, ograniczona z dwoch stron wysokim szpalerem kolumn. Na jej poludniowym krancu znajduje sie, cicha, spokojna, odwiedzana przez niewielka ilosc turystow, swiatynia Achyutaraya. Lezy ona u stop pokrytego glazami wzgorza Matanga i posiada tajemnicza atmosfere. Wsrod wielu okolicznych swiatyn, odwiedzilem jeszcze biala swiatynie Hanumana, stojaca na szczycie wzgorza Anjanadri - jednego z najwyzszych w okolicy. Aby tam wejsc, trzeba pokonac prawie 600 schodow wykutych w skale, jednak widok ze szczytu rekompensuje calkowicie ten wysilek. Szczegolnie piekne widoki mozna stad podziwiac o zachodzie slonca, gdy okoliczne skaly i glazy przybieraja fantastyczne barwy, kontrastujace z zielenia pol ryzowych.
Podsumowujac, Hampi zrobilo na mnie duze wrazenie. O wiele wieksze niz sie spodziewalem. Mysle, ze z mila checia wroce tam jeszcze kiedys.
W koncu 27 marca wyjechalem z Hampi nocnym autobusem i udalem sie na Goa, by odpoczywac w dalszym ciagu. Po dotarciu do Margao, glownego centrum komunikacyjnego Goa, pojechalem lokalnym autobusem na samo poludnie, tego najmniejszego stanu w Indiach. Zalozylem baze w malej, cichej i sennej wiosce Agonda, polozonej nad Morzem Arabskim i leniuchuje sobie w tej pieknej okolicy juz od 4 dni. Biale, szerokie, piaszczyste plaze, szum morza, palmy kokosowe, dobre jedzenie... Czego chciec wiecej? Dodatkowo turystow jak na lekarstwo, poniewaz sezon turystyczny na Goa chyli sie juz ku koncowi. Ale to dobrze dla mnie, bo nie ma tloku, a ceny noclegow sa kilkukrotnie nizsze.
Posiedze tu do jutra, czyli do pierwszego dnia kwietnia. Tego dnia po poludniu mam zamiar wyjechac nieco bardziej na polnoc i udac sie pociagiem do Pune. Na szczescie udalo mi sie wczoraj kupic bilet z puli biletow rezerwowych, wiec bede mogl sie nieco przespac we w miare przyzwoitych warunkach.
Pozdrawiam, Darek

Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.