Polish Czech English French German Russian Spanish
You are here: Home Relacja Absurdy Timoru Wschodniego

Absurdy Timoru Wschodniego

PDFDrukujEmail

Published on środa, 06 stycznia 2010 10:54

Po drodze wspomniany kierowca, zabral jeszcze troje innych osob. Pokonanie dystansu 100 kilometrow zajelo nam nieco ponad 2 godziny, gdyz droga byla bardzo kreta, waska i ruchliwa, co nie pozwalalo na rozwijanie duzych predkosci. Mialem szczescie, gdyz wysadzono mnie przy biurze firmy promowej Pelni, gdzie moglem kupic bilet na rejs z Maumere do Kupang. Tak tez zrobilem i pozostal mi prawie caly dzien w Maumere, ktory musialem jakos zagospodarowac.
Miasto to nie ma zadnych atrakcji. Jest to zwykle male, brudne indonezyjskie miasteczko z kilkoma ulicami przecinajacymi sie pod katem prostym. Wokol pelno smieci, kurzu, blota, a koryto malej rzeki sluzy za wysypisko smieci. Przechodzac mostem nad ta rzeka, trzeba to zrobic na bezdechu, bo panuje tam taki fetor, ze ma sie nudnosci... W samym miescie nie ma nawet gdzie usiasc, nie ma zadnego placu, ani skweru. Jest kilka hoteli niskiej kategorii i kilka lokali, ktore nazywaja sie restauracjami, serwujacymi niezbyt wyszukane jedzenie. Wiekszosc dnia spedzilem czytajac przewodnik i siedzac w klimatyzowanej kafejce internetowej, bo w tym miasteczku na prawde nie ma co robic.
Dzien, a wraz z nim 2009 rok zblizal sie ku koncowi, wiec po zmroku skierowalem swe kroki do portu. Wieczorem mial przyplynac prom, ktory zaczal swoj rejs kilka dni wczesniej na Borneo i po drodze mial jeszcze przystanek w Makassar. Nie chcialem nic mowic, ale spodziewalem sie najgorszego. Myslalem, ze znow przyjdzie mi spedzic rejs w okropnych warunkach. Jednak juz podczas oczekiwania w porcie bylem pozytywnie zaskoczony tym, co tam ujrzalem. Nie bylo tam w ogole dobrze mi juz znanej szajki tragarzy, ktorzy zawsze jako pierwsi wbiegali na poklad i zajmowali miejsca dla swych klientow. Poza brakiem tragarzy, samych podroznych bylo tez jakos dziwnie malo. Na nadbrzezu bylo pelno wolnego miejsca. Wreszcie przyplynal ogromny prom, byl wiekszy nawet niz ten, ktorym plynalem na Papue. Po niedlugiej chwili, wszyscy oczekujacy zostali wpuszczeni na poklad. Na pokladzie bylo pelno miejsca, cale mnostwo wolnych lozek i materacow. Nie mialem najmniejszych problemow w zdobyciu miejsca lezacego dla siebie. Ulozylem sie wygodnie i dosc szybko - zanim jeszcze prom wyplynal w dalszy rejs - zapadlem w gleboki sen.
Obudzilem sie juz w nowym roku, gdy moj prom doplywal do portu Lewoleba na wyspie Lempata. Tam postal okolo 2 godziny, wysadzil czesc pasazerow, zabral kolejnych i ruszyl w dalszy rejs do portu przeznaczenia, jakim byl Kupang na wyspie Timor. Myslalem, ze ta podroz bedzie trwala o wiele dluzej. Statek byl jednak dosyc opustoszaly i plynal calkiem szybko. Po poludniu, po okolo 16 godzinach rejsu, doplynalem wreszcie na Timor. Musialem jeszcze tylko przedostac sie minibusem z portu do centrum miasta (okolo 10 kilometrow) i znalezc jakis przyzwoity hotel. Gdy szukalem noclegu, miasto wydawalo sie jakby wymarle. Wszystkie lokale (sklepy, restauracje, biura) byly pozamykane, wiele hoteli takze mialo wywieszki, ze sa zamkniete na czas Swiat i nowego roku. Co prawda ulicami jezdzily pojedyncze samochody, jednak nie bylo zadnych pieszych wokol. Dalo sie wyczuc, ze Kupang i sam Timor, to bardzo peryferyjnie polozone miejsce i daleko stad do jakiejkolwiek cywilizacji.
Nastepnego dnia (2 stycznia) od samego rana staralem sie zdobyc jakiekolwiek informacje dotyczace jakiegokolwiek transportu do Dili - stolicy Timoru Wschodniego. Nie bylo to latwe zadanie, gdyz w Kupang prawie nikt nie zna ani jednego slowa po angielsku, poza "Hallo mister" oczywiscie. Nawet w trzech agencjach turystycznych nikt nie potrafil mi w zaden sposob pomoc. Wczesniej wiedzialem, ze z Kupang do Dili jezdza minibusy z dwoch jakichs biur podrozy, ale nikt nie potrafil mi wskazac prawidlowej lokalizacji tych dwoch biur. Poprosilem w koncu managera mojego hotelu, aby zadzwonil do jednego z tych dwoch biur i zapytal, czy moge jechac dnia nastepnego do Dili. Uczynil to, jednak nie mial dla mnie dobrych wiesci - brak wolnych miejsc w ktorymkolwiek z 8 minibusow jadacych nazajutrz do Dili. Rece mi opadly. Postanowilem wziac sprawy w swoje rece. Zdobylem w koncu adres agencji turystycznej majacej minibusy do Timoru Wschodniego i pojechalem do jej siedziby osobiscie. Okazalo sie, ze faktycznie maja komplet pasazerow. Probowalem ich podejsc na rozne sposoby, ale byli nieugieci. Zgodzili sie jedyne wpisac mnie na liste rezerwowa i powiedzieli, abym zadzwonil jeszcze tego dnia wieczorem - moze ktorys z pasazerow zrezygnuje z biletu i moze uda mi sie wskoczyc na czyjes miejsce. Byl to jakis plan, ale nie wierzylem w jego powodzenie. Ja chcialem za wszelka cene wyjechac z Kupang 3 stycznia. Zaczalem wiec zbierac informacje na temat publicznych srodkow transportu jadacych w strone granicy z Timorem Wschodnim i po kilku godzinach juz wiele wiedzialem na ten temat. Bylem juz praktycznie zdecydowany na jazde w nieznane autobusem publicznym. Nie moglem jednak byc pewien zarowno tego, o ktorej odjedzie ten autobus, jak i czasu przejazdu. Glownie dlatego, ze nikt nie umial mi odpowiedziec na te pytania. Jednak wieczorem postanowilem sprobowac raz jeszcze w agencji turystycznej i zadzwonilem tam. W ten sposob udalo mi sie zdobyc bilet do Dili rzutem na tasme, poniewaz wlasnie jedna osoba zrezygnowala z podrozy. Udalo mi sie. Ten fakt zdecydowanie poprawil mi humor.
Podroz z Kupang do Dili (okolo 400 km) zajela ponad 12 godzin. Nie bylbym w stanie pokonac tego dystansu publicznymi srodkami transportu w jeden dzien. Szczegolnie, ze przejscie graniczne miedzy Indonezja a Timorem Wschodnim jest zamykane po poludniu. Jednym slowem mialem sporego farta. Kontrola paszportowa na granicy po stronie indonezyjskiej przebiegla bardzo sprawnie. Po stronie timorskiej kazdy z pasazerow musial kupic wize timorska wazna na 30 dni i kosztujaca 30 dolarow, po czym ruszylismy w dalsza podroz w strone Dili. Droga wiodla wzdluz stromego, urwistego wybrzeza. Co chwile mijalismy jakas mala wioske z domami zbudowanymi z gliny, bambusa, trzciny i innych bardzo prostych materialow budowlanych. Zadna z tych wiosek nie miala pradu ani biezacej wody. Zwykle wokol kazdego z tych malych domow biegaly jakies dzieci. Szwedalo sie tez kilka koz lub kur, czasem mozna bylo zobaczyc jakas swinie. Obraz nedzy i rozpaczy. Timor Wschodni jest jednym z najmlodszych krajow na swiecie i jednoczesnie najbiedniejszym krajem Azji. Ekonomia tego kraju jest na tyle slaba, ze nie pozwala Timorowi Wschodniemu na posiadanie... swojej wlasnej waluty. Oficjalna waluta tego panstwa jest dolar amerykanski. Timor Wschodni w ostatnim dziesiecioleciu mial bardzo burzliwe losy. Jednak poczatkowo (kilkaset lat temu) byla to jedna z najdalszych portugalskich kolonii, niczym nie wyrozniajaca sie wsrod innych kolonii tego krolewstwa. Gdy Indonezja uzyskala niepodleglosc po 1945 roku, panstwo to zajelo takze Timor Wschodni. Jednak Timor Wschodni zawsze byl traktowany po macoszemu przez wladze w Jakarcie. Od samego poczatku w miejscowej ludnosci rosl bunt, jednak kazda proba wyrazenia swojej dezoprobaty, byla zwykle brutalnie i krwawo tepiona przez armie indonezyjska. W koncu nadszedl rok 1999, ktory okazal sie byc przelomowym dla losow wszystkich Timorczykow. W tym roku na cmentarzu Santa Cruz, glownej nekropolii w Dili, miala miejsce calkiem pokojowa demonstracja studentow. Jednak nie przypadla ona do gustu armii indonezyjskiej, ktora postanowila ja krwawo stlumic. Oficjalnie zginelo wtedy okolo 100 osob, ale nieoficjalne dane sa kilkakrotnie wyzsze. To wydarzenie pewnie przeszlo by bez echa i zostaloby zamiecione pod dywan jak wiele innych tego rodzaju zdarzen. Jednak w czasie tej masakry zginal pewien cywil z Nowej Zelandii i australijski dziennikarz - podobno jedyny zagraniczny zurnalista obecny wtedy w Timorze Wschodnim. Dzieki takiemu zbiegowi okolicznosci, sprawa nie mogla przejsc bez echa i wreszcie wiele organizacji miedzynarodowych postanowilo pomoc Timorczykom. Jeszcze w tym samym roku odbylo sie referendum, w ktorym ponad 80% ludnosci zadeklarowalo chec uzyskania niepodleglosci. Wladze Indonezji nie mialy wyjscia i w 2002 ostatni oddzial armii indonezyjskiej opuscil Timor Wschodni. 20 maja 2002 roku sekretarz generalny ONZ, Kofi Anan, przybyl do Dili, aby podpisac dekret potwierdzajacy narodziny nowego, suwerennego panstwa o nazwie Timor Wschodni. Ten dzien jest swietem narodowym panstwa. Minie jednak jeszcze wiele czasu, zanim ten kraj zacznie normalnie funkcjonowac. Obecnie ulice Dili i wiekszosc drog w kraju patrolowanych jest przez setki lub moze nawet tysiace (nie przesadzam) patroli ONZ, dolar amerykanski wciaz jest oficjalna waluta Timoru Wschodniego, a z Dili mozna poleciec samolotem jedynie do 3 miejsc na swiecie: Denpasar, Singapuru i Darwin. Wiekszosc ulic w miescie posiada asfalt, ale ich pobocza w czasie deszczu przypominaja blotniste bajora. Na trawnikach w centrum miasta pasa sie krowy, kozy, a liczne swinie wyjadaja resztki smieci z rynsztokow. Kilka razy dziennie wylacza sie prad, zagraniczne telefony komorkowe nie dzialaja, a predkosc z jaka dziala internet, przyprawia o zawrot glowy! Tutaj na nikim nie robi to zadnego wrazenia, wszyscy sa bardzo mili i uprzejmi (o wiele bardziej niz w innych czesciach wschodniej Indonezji) i wydaje sie, ze sa bardzo szczesliwi z tego powodu, ze maja swoje wlasne panstwo, wlasne wladze, flage itp.
Cel mojej wizyty w Timorze Wschodnim, to przede wszystkim chec wyrobienia nowej wizy indonezyjskiej, poniewaz stara wiza konczyla sie 10 stycznia. Dlatego tez wczesnym rankiem w poniedzialek (4 stycznia) poszedlem do ambasady Indonezji, aby zlozyc wniosek o wize. Nie sadzilem, ze caly proces aplikacji bedzie mial absurdalny charakter. Poczatkowo moj wniosek zostal odrzucony. Przyczyna bylo to, ze byl on wypelniony niebieskim dlugopisem, a powinien byc wypelniony czarnym. Oczywiscie nigdzie nie bylo zadnych informacji na ten temat. Nastepnie kazano mi napisac obszerne podanie do konsula, w ktorym musialem wyjasnic cel, dla ktorego ubiegam sie o wize oraz powod mojej wizyty w Indonezji. Po tym wszystkim niewiele brakowalo, a moj wniosek zostalby odrzucony po raz kolejny. Dlaczego? Otoz moje zdjecie bylo wykonane na bialym tle, a przepisy w tej ambasadzie mowia, ze zdjecie dolaczone do wniosku ma byc na.... czerwonym tle. Szkoda, ze nie na fioletowym, albo na zoltym w czerwona kratke... Absurd nad absurdy! Na nic zdaly sie moje wyjasnienia, ze przeciez juz 2 razy wyrabialem wize indonezyjska i zdjecie na bialym tle bylo zawsze honorowane. Zostalem dobitnie poinformowany, ze ambasada w Dili ma takie, a nie inne przepisy i jesli mi sie one nie podobaja, to przeciez nie musze aplikowac o wize. W drodze wyjatku zgodzono sie przyjac moje zdjecie na bialym tle, ale zaznaczono, ze w momencie odbioru wizy mam obowiazek dostarczyc zdjecie wykonane na czerwonym tle. Jeszcze tego samego dnia poszedlem do fotografa i zrobilem zdjecie na czerwonym tle. Dostarczylem je od razu do ambasady, zeby nie bylo potem zadnych nieporozumien. Skoro mialem juz termin odbioru wizy, to postanowielm zaczal zalatwiac moj powrot do Kupang. Poszedlem do znanej mi juz agencji turystycznej i tym razem nie mialem juz klopotow z kupnem biletu powrotnego, poszlo calkiem sprawnie. Tym razem nie mam juz zamiaru wracac do zachodniej czesci Indonezji statkiem, chce przeleciec samolotem. Rozpoczalem wiec zmudny proces poszukiwania jakiejkolwiek agencji turystycznej mogacej mi pomoc w kupnie biletu lotniczego z Kupang na Bali lub na Jawe. Znalezienie takiej agencji graniczylo - jak sie okazalo - z cudem! Chodzilem tak od jednego biura do drugiego i do kolejnego. Prawie wszedzie dostawalem odmowna odpowiedz. Argumentacje byly rozne - nie sprzedaja biletow lotniczych na wyloty z Kupang bo: sprzedaja tylko na wylot z Dili; maja zbyt slabe lacze internetowe; nie maja podpisanych umow z liniami indonezyjskimi; nie maja systemu rezerwacji; nie sprzedaja, bo nie; nie ma szefa, a tylko on potrafi sprzedac taki bilet i nie wiadomo kiedy wroci; "co? slucham? nie rozumiem o co panu chodzi" i tym podobne odpowiedzi. Po kilku godzinach poszukiwan bylem calkiem zrezygnowany, zly i czulem wszechobecna bezsilnosc. W koncu zaszedlem do biura, gdzie kupilem bilet na minibusa do Kupang i poprosilem o rade. Poradzili mi, aby pojsc do pewnej agencji turystycznej, w ktorej tego dnia jeszcze nie bylem. To miejsce wydawalo sie byc ostatnia deska ratunku. Wszedlem tam na miekkich nogach, ale szef biura powital mnie z szerokim usmiechem. Czyzby mialo sie powiesc, pomyslalem... Powiedzial, ze nie powinno byc najmniejszego problemu z kupnem takiego biletu dla mnie, ale... juz nie dzis! Nie, poniewaz to nie jego biuro bedzie fizycznie dokonywac zakupu biletu, lecz jego wspolnik, ktory ma biuro na.... Bali. Ze wzgledu na roznice czasu, biuro na Bali jest juz zamkniete. Poprosil mnie, abym zostawil moje dane, on w miedzyczasie napisze na Bali i postara sie zrobic dla mnie rezerwacje. Poprosil, abym przyszedl nazajutrz z samego rana i wtedy powinno sie juz udac. Jak radzil, tak tez uczynilem i 5 stycznia z samego rana zjawilem sie ponownie w tym uczynnym biurze. Ten mily czlowiek zrobil rezerwacje na moje nazwisko na loty trzema roznymi liniami - od najtanszej po najdrozsza opcje. Wybralem oczywiscie opcje najtansza. Wlasciciel biura stwierdzil, ze zaraz wyda mi bilet. Od tej chwili, do momentu, gdy juz mialem bilet w rece minely..... bagatela.... 2 godziny. Okazalo sie bowiem, ze na Bali wlasnie zaczela sie... przerwa na lunch i trzeba zaczekac prawie godzine. Nastepnie, ze wzgledu na niewiarygodnie slabe i wolne lacze internetowe, caly proces finalizowania transakcji na linii Dili - Bali zajal kolejna godzine. Ja w tym czasie mialem wrazenie, ze juz nigdy tego biletu nie otrzymam. Az w koncu sie udalo i mam bilet na lot z Kupang do Surabaya na 8 stycznia.
Dzis udalo mi sie w koncu odebrac wize z ambasady i mam nastepujacy plan: 7 stycznia rano jade do Kupang, tam spedzam ostatnia noc na wyspie Timor i nastepnego dnia wsiadam w samolot, ktory przetransportuje mnie do cywilizacji. Do tej cywilizacji, ktorej tak bardzo mi brakuje od ponad miesiaca. Co dalej? Jeszcze nie wiem, pomysle o tym jutro lub w trakcie lotu.
Pozdrawiam, Darek

Komentarze  

 
0 #1 Bogumila 2010-01-06 12:30
Powodzenia i szczescia na dalszej trasie podrozy
ke2cg
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

sonda

Czy powinna powstać via ferrata na Orlej Perci ?

transasia-baner

sklep

© 2008 Klub Podróżników "Śródziemie"