Published on piątek, 25 grudnia 2009 18:36
Tana Toraja slynie przede wszystkim z dwoch rzeczy. Pierwsza z nich sa tradycyjne drewniane domy z dachami wygietymi w gore. Lokalna nazwa tych domow to tongkonan. Gdy patrzy sie na nie z boku, ich dachy przypominaja ksztaltem lodke. Niektorzy twierdza jednak, ze bardziej przypominaja rozlozone rogi byka. Tradycyjne domy w Tana Toraja naleza do jednej rodziny i sluza jako miejsce spotkan towarzyskich. Teoretycznie nie mozna takiego domu kupic ani sprzedac, kazda z rodzin buduje tongkonan wlasnorecznie. Domy z Tana Toraja maja jedyny i niepowtarzalny ksztalt i sa symbolem tego regionu.
Innym waznym elementem kultury w Tana Toraja sa ceremonie pogrzebowe. Nie sa to zwykle ceremonie, lecz wielkie, rozbudowane i trwajace czasem nawet kilka dni obrzedy. W takich kilkudniowych ceremoniach pogrzebowych bierze udzial czasem po kilkaset osob. Zjezdzaja sie oni z okolicznych wiosek, a czasem i z odleglych miejscowosci, by razem biesiadowac kilka dni. Ludzie w tym rejonie wierza, ze dusze zwierzat powinny podazac za swoim wlascicielem, dlatego tez podczas ceremonii pogrzebowych zazyna sie czesto cala mase bykow i swin. Byki zabija sie dlugim, szerokim, bardzo ostrym nozem poprzez podciecie gardla w rejonie tetnicy szyjnej. Swinie sa zabijane za pomoca waskiego, dlugiego noza przez pchniecie nim prosto w serce. Po takim ciosie zwierze bardzo szybko sie wykrwawia i zdycha.
Ja rozpoczalem zwiedzanie okolicy 21 grudnia wczesnie rano razem z Lutherem. Przemieszczalismy sie po gorskich drogach jego starym motorem. To byl dobry wybor, bo mozna bylo w ten sposob dojechac w wiele malo dostepnych miejsc i tempo przemieszczanie sie bylo o wiele wieksze niz samochodem.
W pierwszej kolejnosci udalismy sie do malej wioski, Balusu, nieco na polnocny-wschod od Rantepao. Luther wiedzial, ze tam odbywa sie kilkudniowa ceremonia pogrzebowa (to byl juz chyba 4 dzien obrzedow) i ze tego dnia prawdopodobnie beda zazynane jakies byki. Niestety, spoznilismy sie, gdyz dwa byki usmiercono jeszcze o swicie, czyli okolo 2 godziny przed naszym przybyciem. Ja tylko moglem zobaczyc skore sciagnieta z tego wielkiego zwierza, oskalpowana czaszke z rogami oparta o pien drzewa i gory miesa, ktore kilku mezczyzn dzielilo i rozbieralo wielkimi tasakami. Spedzilismy kilka chwil w Balusu, ale niewiele ciekawego sie tam dzialo. Luther przypadkiem dowiedzial sie, ze w okolicy, kilka kilometrow dalej, odbywa sie rownolegla ceremonia i ze tam jednak bedzie ciekawiej, wiec zdecydowalismy, ze podjedziemy tam i zobaczymy jak to wyglada. Ta druga ceremonia trwala tez od kilku dni, ale byla bardziej aktywna i duzo wiecej sie tam dzialo. Okazalo sie, ze uroczystosci te sa ku czci zmarlego pradziadka gospodarza. Cala ceremonia odbywala sie na wielkim obejsciu wokol tongkonanow z powyginanymi dachami, ustawionymi jeden obok drugiego w dwoch rzedach. Na obejsciu ustawionych bylo ponad dwadziescia wiat z podestami oraz miejscem do siedzenia i biesiadowania. Kazda wiata miala swoj numer i przeznaczona byla dla czlonkow jednej lub dwoch rodzin. Na srodku lezalo mieso zarznietego wczesnie rano byka. Kilku mezczyzn cwiartowalo je i wrzucalo do wielkiego kotla z gotujaca sie woda, smrod byl nieziemski! Kilku innych mezczyzn stalo z boku, trzymajac na powrozach kilka innych wielkich, dorodnych bykow. Moj przewodnik powiedzial, ze sa one przeznaczone takze do zarzniecia, ale dopiero jutro lub pojutrze.
Wedle zwyczaju zadnemu z gosci nie wypada przyjsc na ceremonie pogrzebowa z pustymi rekami. Dlatego tez ja kupilem 3 kilogramy cukru jako "wejsciowe". Jednak glownym podarkiem od wiekszosci biesiadnikow jest swinia. Zwykle kazda z rodzin przybywajaca na ceremonie, przywozi z soba jedna lub dwie swinie. Im dorodniejsza sztuka, tym wiekszy poklask ma dana rodzina wsrod biesiadnikow. Przywozone swinie przywiazuje sie wzdluz nog i grzbietu do pali bambusowych, zeby sie nie rzucaly i transportuje je zwykle na plecach 4 mezczyzn. Oczywiscie wszystkie ofiarowane swinie przeznaczone sa do pozniejszego zarzniecia i skonsumowania na miejscu. Uroczystosc tego dnia powoli sie zaczynala i wokol obejscia gromadzilo sie coraz wiecej osob. Cialo zmarlego seniora rodziny lezalo zawiniete w rytualne szaty na specjalnym, wysokim podescie wsrod bogatej dekoracji. Cialo to nie bylo jednak widoczne z zewnatrz. Po okolicy przechadzial sie mezczyzna pelniacy role mistrza ceremonii, mial on jakas kartke, dlugopis i megafon. Nagle kilkudziesieciu mezczyzn wnioslo na srodek ponad 20 dorodnych, powiazanych swin. Trzeba bylo je oznakowac, to znaczy oznaczyc ktora rodzina jest ofiarodawca konkretnej sztuki trzody. Zaczeto znakowac poszczegolnie swinie czerwonym sprayem. Te juz oznakowane niesiono pod podest, na ktorym siedziala konkretna rodzina. Tym czasem w wielkim kotle wciaz gotowalo sie mieso z zabitego wczesniej byka...
Po chwili rozpoczely sie cykliczne procesje zalobnikow. Przedstawiciele kazdej rodziny schodzili po kolei z kazdego z podestow i przechodzili wokol calego obejscia zataczajac kolo tuz przed podestem, na ktorym lezalo cialo zmarlego. Kazda z poszczegolnych procesji odbywala sie z zachowaniem pewnego porzadku: procesje prowadzil mistrz ceremonii dzierzac w rece jakis ozdobny, rytualny kostur, tuz za nim szla dwojka dzieci ubranych w tradycyjne stroje z Tana Toraja i zaraz za nimi szli wszyscy czlonkowie danej rodziny - najpierw wszystkie kobiety, a za nimi sami mezczyzni. Wszystkie z tych poszczegolnych przemarszow odbywaly sie w absolutnej ciszy.
Luther powiedzial mi, ze takie procesje zalobnikow beda odbywac sie przez reszte dnia, wiec nie bylo sensu zostawac tam dluzej. Poszlismy jedynie na skraj gospodarstwa, gdzie stalo kilka wielkich bykow i gdzie czesc swin gotowych do usmiercenia zostala juz przetransportowana. Proces pozbawienia zycia kazdej ze swin byl dosc szybki. Do zwiazanej swini podchodzil mezczyzna i dzgal zwierze dlugim. ostrym nozem pod lewa, przednia noge tak, aby zadac cios w samo serce. Z tej glebokiej rany momentalnie tryskala krew, jak z jakiegos obfitego zrodla. Swinia poczatkowo sie rzucala, ale w miare wykrwawiania sie, jej funcke zyciowe zamieraly i krotkiej chwili zwierze bylo juz martwe. Taka swinie transportowano wtedy na bok i rozcinano jej podbrzusze. Po otwarciu brzucha swini, zwykle jeden lub dwoch mezczyzn golymi rekami wyciagalo jej trzewia: przede wszystkim jelita, zoladek i inne wnetrznosci. Pozniej zaczeto odkrawac same tusze. Wprost z ciala swini niesiono te wielkie porcje miecha nad ognisko, aby je jak najszybciej upiec i zeby jak najszybciej byly gotowe do podania na stol dla biesiadnikow. Bylem swiadkiem usmiercenia kilku swin i po chwili wraz z Lutherem opuscilismy to miejsce krwawej jatki.
Udalismy sie motorem do Batutumonga, malowniczo polozonej (na wysokosci 1400m npm) gorskiej miejscowosci. Zanim tam dotarlismy, pokonalismy wiele gorskich serpentyn, wznoszacych sie stromo posrod pol i tarasow ryzowych. W samej miejscowosci nie ma w sumie nic ciekawego poza przepieknymi panoramami na okoliczne pasma gorskie i opary mgiel unoszace sie w dolinach srodgorskich. Po krotkiej chwili odpoczynku i mozliwosci podziwiania przecudnych widokow, zaczelismy zjezdzac w dol, gdyz tego dnia chcielismy odwiedzic jeszcze 3 inne miejsca.
Pierwszym z nich byla mala miejscowosc Bori. Znajduje sie tu spory kompleks tradycyjnych domow (tongkonan), ustawionych jeden obok drugiego w trzech rownoleglych rzedach. Poza charakterystycznie wygietymi dachami, domy te sa takze bogato rzezbione, szczegolnie ich kolorowe, trojkatne fasady. Glowne barwy zdobien to czarny, czerwony i pomaranczowy. Dodatkowo przy fasadzie wiekszosc z tongkonanow ustawiona jest wysoka pionowa belka, a na niej ustawione jeden na drugim poroza bawolow. Zwierze to jest uznawane w Tana Toraja za symbol dobrobytu. Im wiecej takich porozy na belce i fasadzie danego domu, tym wyzszy jego status i rodzina, do ktorej nalezy ten dom, cieszy sie zwykle duzym szacunkiem spoleczenstwa. Miejscem, z ktorego Bori jest najbardziej znane, sa wielkie kilkumetrowe, pionowe megality. Ustawione sa one tuz przy wejsciu na teren starego cmentarza. Sam cmentarz jest dosc oryginalny, gdyz wiekszosc grobow zostala wykuta wprost w skalach i ogromnych glazach. Ponoc kazdy megalit ustawiony przy wejsciu ofiarowany jest jednej, spoczywajacej tu osobie. Im wyzszy status miala dana osoba za zycia, tym wiekszy i wyzszy megalit zostal jej poswiecony.
Z Bori pojechalismy jeszcze do Sa'dan, starej tradycyjnej wioski, gdzie takze znajduje sie kompleks tradycyjnych domow z wygietymi dachami. Oprocz domow jest tu takze (nieco podupadle) centrum tkactwa. Kiedys to miejsce tetnilo zyciem, ale na przestrzeni ostatnich kilku lat, nieco utracilo na znaczeniu i w tej chwili mozna tu znalezc tylko 2 lub 3 krosna i tylko kilka kobiet trudniacych sie tkactwem - glowie na potrzeby turystow. Pomimo, ze miejsce to nie powalilo mnie na kolana, bylo tam dosc ciekawie.
Ostatnia miejscowoscia, odwiedzona tego dnia byla wioska Palawa. Tu na uwage zaslugiwal kompleks ponad dwudziestu tongkonanow, ustawionych w dwoch rownoleglych rzedach. Niby tego dnia juz widzialem ponad sto tego rodzaju domow, jednak te w Palawa zrobily najwieksze wrazenie, gdyz naleza do najstarszych w okolicy. Poza tym wiekszosc tradycyjnych domow kryta jest obecnie blacha, a te w Palawa mialy tradycyjne dachy kryte strzecha, co dodawalo sporego smaczku temu miejscu.
Poznym popoludniem, po dniu pelnym wrazen, wrocilem z powrotem do hotelu tuz przed nadciagajaca burza. Ulewny deszcz padal prawie cala noc i nastepnego dnia rano, gdy znow wyjezdzalem z Lutherem w okolice, bylo pelno blota na wiejskich, nieutwardzonych drogach.
Najpierw udalismy sie do Lemo, okolo 10 kilometrow na poludnie od Rantepao. Tu znajduja sie dwa kompleksy cmentarzy z grobami wykutymi w klifach skalnych. Wszystkie te skalne groby sa wykute wedlug pewnego porzadku i ma sie wrazenie ze klif skalny jest podzielony na kilka kondygnacji, to znaczy na jednym poziomie znajduje sie zwykle 5-7 grobow, a reszta miesci sie nizej lub wyzej kazdego z poziomow. Na kazdym "pietrze" znajduje sie takze cos w rodzaju skalnego balkonu, na ktorym ustawione sa tzw. tau tau. Sa to tradycyjne, drewniane kukly. Kazda z nich prezentuje osobe, ktora spoczywa na danej kondygnacji skalnego cmentarza. Chodzi o to, ze gdy rodziny czy znajomi tychze zmarlych chca odwiedzic to miejsce i "porozmawiac" ze zmarlymi, to nie musza mowic to litej skaly, lecz do danej kukly stojacej na balkonie. Ot taka namiastka zmarlej osoby na zewnatrz grobu. W bliskim sasiedztwie tego miejsca znajduje sie kilka pracowni artystycznych wykonujacych tau tau z pni roznych drzew. Oczywiscie mozna sobie takze kupic taka kukle na pamiatke, do czego tworcy tau tau goraco zachecaja kazdego turyste.
Podczas mojego pobytu w Tana Toraja, mialem szczescie do ceremonii i tego dnia odwiedzilem kolejna. Tym razem jednak nie byla to ceremonia pogrzebowa, lecz ceremonia zwiazana z poswieceniem i oddaniem do uzytku nowego, tradycyjnego domu. Niby nic wielkiego, ale ceremonia ta odbywala sie z o wiele wieksza pompa niz ceremonie pogrzebowe. Na wyplaszczeniu stoku stal nowiutki tongkonan, ozdobiony odswietnie. Reszta czynnosci ceremonalnych przypominala do zludzenia te, ktore widzialem dzien wczesniej na pogrzebie. Roznica polegala glownie na tym, ze tym razem atmosfera byla o wiele bardziej podniosla, bylo nieco mniej gosci, duzo wiecej blota na srodku obejscia i nie bylo zadnego byka w okolicy. W zastepstwie bykow, bylo ponad 30 swin gotowych do zarzniecia - wszystkie zgromadzone w wielkiej, blotnistej zagrodzie na srodku blotnistego podworka. Po kilku slowach wstepu wypowiedzianych z pomoca megafonu przez mistrza ceremonii, rozpoczela sie istna jatka. Swinie usmiercano w taki sam sposob jak dzien wczesniej. Swinski trup slal sie gesto, krew co chwile tryskala ciurkiem z coraz to innego zwierzecia. Po chwili brazowe bloto bylo porzadnie wymieszane z krwia i co chwile odciagano na bok nowo zabita swinie. Wszyscy zdawali sie bardzo dobrze bawic. Male dzieci bawily sie latawcami, puszczaly banki mydlane, graly w berka - wszystko to wsrod kwiczacych, zabijanych swin i coraz wiekszych, czerwonych kaluz krwi na ziemi...
Po pewnym czasie i byciu swiadkiem tej najbardziej krawej ceremonii, jaka w zyciu widzialem, pojechalem z Lutherem do kolejnej miejscowosci o nazwie Kambira. Tu mialem okazje zobaczyc bardzo nietypowy cmentarz. Na srodku niewielkiego obejscia stal smulky, zwezajacy sie ku gorze, prawie uschniety pien drzewa. W tym pniu znajdowaly sie niewielkie otwory. Kazdy z nich zasloniety byl watlymi drzwiczkami wykonanymi z kory drzewa. Okazalo sie, ze sa to groby malych dzieci, ktorych ciala zostaly zlozone wewnatrz pnia drzewa bez zadnych trumien, jedynie w pozycji embrionalnej. Moj przewodnik powiedzial mi, ze zadne z dzieci, ktore tu sa pochowane nie mialo wiecej niz kilka miesiecy. Mozna wiec smialo powiedziec, ze jest to pewnego rodzaju cmentarzysko noworodkow. Na prawde, az ciarki przechodza po plecach na sama myls o tym miejscu.
Ten dzien byl nieco mniej obfity w atrakcje niz poprzedni, poniewaz chcialem wczesniej wrocic do hotelu i odpoczac przed czekajaca mnie dluga podroza. 22 grudnia poznym wieczorem udalem sie nocnym autobusem w droge powrotna do Makassar i z dworca autobusowego pojechalem od razu do portu, by potwierdzic to czy moj prom faktycznie odplywa tego dnia w kierunku wyspy Flores. Na szczescie - od 3 dni, czyli od czasu gdy kupilem bilet na prom - nic nie uleglo zmianie i po kilku godzinach oczekiwania, udalo mi sie wejsc na prom. Tym razem statek, ktorym plynalem z Makassar do Labuanbajo byl duzo mniejszy niz te dwa kolosy, ktorymi podrozowalem na Papue i z powrotem. Byl zarowno mniejszy, jak i o wiele wolniejszy, dlatego tez podroz zajela mi 19 godzin. Tym razem mialem jednak wiecej szczescia: prom byl relatywnie czysty (choc bez biezacej wody), a na jednym z pokladow mial nawet dywan. Przede wszystkim bylem jedna z pierwszych osob, ktora weszla na poklad w Makassar i udalo mi sie szybko wywalczyc calkiem dobre miejsce. Mialem wiec wlasne lozko i materac, moglem wiec spedzic ta podroz w relatywnie cywilizowanych warunkach.
Doplynalem do Labuanbajo 24 grudnia rano i szybko znalazlem fajny hotel. Poza mna jest tu jeszcze wielu turystow, przede wszystkim z Europy i Australii, wiec nie czuje sie tak wyobcowany jak chocby na Papui. Wczorajszy wieczor spedzilem w turystycznej restauracji, gdzie wiekszosc turystow spedzala wlasnie ten wyjatkowy wieczor. A pozniej poszedlem wczesnie spac i tak oto mam dzis pierwszy dzien Swiat Bozego Narodzenia. Na wyspie Flores dominuje chrzescijanizm, wiec tu prawie kazdy mocno swietuje. Z tego powodu dzis nie mam szans nigdzie sie wydostac, poniewaz komunikacja autobusowa zamarla. Mam nadzieje, ze jutro juz zaczna kursowac jakies lokalne autobusy i uda mi sie pojechac nieco bardziej na wschod wyspy.
Przy okazji zycze wszystkim Wesolych Swiat spedzonych w rodzinnym gronie i wszystkiego najlepszego w tym wyjatkowym okresie w roku.
Pozdrawiam, Darek
Dodaj komentarz