You are here: Home Relacja Niezapomniany rejs z Papui

Niezapomniany rejs z Papui

PDFDrukujEmail

Published on piątek, 25 grudnia 2009 18:35

Dodaj do:

Deli.cio.us    Digg    reddit    Facebook    Wykop    Gwar
Nie bylo gdzie usiasc. Tlum napieral na trap coraz bardziej, az w koncu wezwano posilki policji, ktora utworzyla kordon przed trapem. Gdy wreszcie nadszedl czas wejscia na poklad, dziki tlum ruszyl ze zdwojona sila. Znalazlem sie w samym srodku tego istnego kotla i nie pozostalo mi nic innego, jak tylko przepychac sie i walczyc o swoje tak jak inni. To tez uczynilem. Po wejsciu na poklad poczulem silny zapach stechlizny i fekaliow. To dopiero byl poczatek niemilych doznan. Zaczalem szybko chodzic wsrod sal zbiorowych klasy ekonimicznej i rozgladac sie w pospiechu za jakims wolnym lozkiem. Wszedzie bylo pelno tragarzy pilnujacych lozek dla swoich klientow, zwykle calych rodzin lub grup znajomych. Pelno bylo tez zolnierzy, gdyz plynelo ich sporo tym promem. Kazdy pilnowal swojego / swoich lozek jak jakiejs zdobyczy i nie mialem najmniejszych szans, na to, aby zdobyc miejsce na lozku. Gdy tak szukalem wolnej pryczy, rzucily mi sie w oczy przede wszystkim brudne, potargane, smierdzace, zakurzone materace lezace w wielkim nieladzie. Nie zdziwilbym sie gdyby zyly w nich jakies pchly lub inne male stworzenia, uprzykrzajace ludziom zycie.
Skoro nie bylo szans na zdobycie lozka, zaczalem szukac jakiegokolwiek innego miejsca. Musialem dzialac szybko, bo ludzi na statku przybywalo bardzo szybko. W koncu udalo mi sie znalezc wyjscie na gorny poklad i znalazlem sie na lewej burcie promu. Poszedlem najdalej jak sie dalo, tam gdzie byl slepy koniec burty. To miejsce wydawalo mi sie calkiem w porzadku, bo nikt tamtedy nie chodzil. Gdy juz usadowilem sie na twardej, drewnianej podlodze, musialem poszukac jakichs kartonow, na ktorych moglbym spedzic noc. Znalazlem szybko jakis duzy, wolny karton po ryzu i wodzie mineralnej. Przez kolejne 5 dni, te dwa kartony sluzyly mi za poslanie.
Na dlugo przed wyplynieciem statku z Jayapury, cala burta byla pelna ludzi. To samo bylo wewnatrz, doslownie wszedzie lezeli ludzie. Czlowiek obok czlowieka lezal na prawie kazdym metrze kwadratowym statku - na korytarzach, schodach, obu burtach, na gornym, otwartym pokladzie, w kantynie, a nawet na waskich korytarzach (ich szerokosc nie przekraczala 1 metra) prowadzacych do kajut wyzszych klas. Czegos takiego jeszcze nie widzialem i pewnie jeszcze dlugo nie zobacze.
W koncu okolo 8.00 rano, 15 grudnia, statek opuscil port w Jayapurze. Byl on nie tylko wiekszy niz poprzedni, ktorym plynalem, ale takze o wiele starszy, a co za tym idzie bardziej zniszczony, zaniedbany i bardzo brudny. W niektorych miejscach na korytarzach podloga byla tak wytarta, ze porobily sie szerokie dziury i zaglebienia. W nich zbierala sie wilgoc i woda... Zagrzybiale plyty pilsniowe odchodzily od scian i zwisaly gdzieniegdzie z sufitu. Na glownej klatce schodowej, laczacej wszystkie poklady nie bylo wykladziny (tak jak poprzednio), lecz stare popekane i porozrywane plytki PCV. W czasie calego rejsu mialem bardzo ograniczony dostep do pradu, gdyz okolo 10% gniazdek elektrycznych bylo sprawnych. Do kazdego z nich byla dluga kolejka osob, chcacych naladowac baterie telefonow. Musialem prawie walczyc o to, aby dostac sie do gniazdka. Poruszanie sie po statku (np w celu odebrania posilku z kantyny czy skorzystania z toalety) bylo relatywnie trudne, gdyz z prawie kazdym krokiem musialem przekraczac lezacych na podlodze ludzi lub przeciskac sie wsrod tlumu na schodach czy korytarzach. Prom ten byl ewidentnie przeladowany. Osobna kwestia pozostaje temat warunkow sanitarnych i stanu toalet. Poprzedni prom wydawal sie byc oaza luksusu w porownaniu z waunkami, jakie byly na promie wyplywajacym z Papui. Tym razem nie dzialal zaden (doslownie zaden) kran w toalecie, sluzacej jednoczesnie za umywalnie. W kazdym takim pomieszczeniu byly 3 umywalki, lecz calkiem bezuzyteczne. Na tym statku sluzyly one jako spluwaczki i pojemniki na przerozne smieci i odpady organiczne! Wszystko to gnilo w tych umywalkach i w kazdej toalecie panowal niesamowity fetor. To jednak nie koniec. Wiekszosc pisuarow byla zatkana, a srednio co druga kabina toaletowa byla zwyczajnie zamknieta na klodke. Nie wiem dlaczego. Aby skorzystac z dostepnych kabin, trzeba bylo odczekac sporo czasu w kolejce, a potem sie niezle nagimnastykowac, poniewaz w wiekszosci kabin byl dosc wysoki poziom... moczu i kalu na podlodze. Indonezyjczycy to jednak jest pomyslowy narod. Skoro kabiny toaletowe byly w tragicznym stanie, to wiele osob zaczelo zalatwiac swe potrzeby fizjologiczne w kabinach... prysznicowych! Nie musze chyba dodawac, ze po kilkudziesieciu godzinach rejsu kabiny prysznicowe rowniez nie nadawaly sie do uzytku. Wiele osob podrozujacych w salach zbiorowych klasy ekonomicznej nic sobie nie robilo z zakazu palenia papierosow na pokladzie i wszedzie unosily sie opary dymu. Dodatkowo w klasie ekonomicznej nie dzialala klimatyzacja. W czasie dnia na zewnatrz bylo okolo 30 stopni, a w srodku bylo o wiele cieplej i bardzo duszno. Tak duszno, ze ciezko bylo oddychac i mozna bylo sie poczuc jak w smierdzacej, zgnilej saunie. Takie warunki panowaly w salach klasy ekonomicznej przez cala dobe, bo nie bylo tam zadnej wentylacji.
Jak sie pozniej okazalo, moje miejsce na koncu lewej burty nie bylo wcale takie zle. Jednak pierwszej nocy, przed 5 rano, gdy jeszcze bylo ciemno, obudzil mnie bardzo silny wiatr. Byl tak silny, ze przewrocil moj duzy plecak, wazacy ponad 20 kilogramow. Po krotkiej chwili poczulem na twarzy pierwsze krople deszczu - to byl sygnal, ze trzeba sie szybko gdzies schowac. Nie za bardzo wiedzialem gdzie. Przebieglem szybko po burcie wsrod skulonych, spiacych ludzi... Okazalo sie, ze tuz obok jest jakas dziwna nisza o powierzchni okolo 1 metra kwadratowego, a w niej zamkniete, metalowe drzwi. Wygladaly jak wlaz do lodzi podwodnej. Mniejsza z tym - szybko porwalem moje rzeczy, oba kartony i schowalem sie w tym malym zaglebieniu. Po kilku sekundach rozpetalo sie pieklo. Rozszalala sie burza z piorunami, zaczelo tak mocno wiac, ze ulewny deszcz padal w poziomie. Po chwili po burcie plynela rzeka. Mysle, ze kazdy kto nie zdazyl uciec na czas, byl ciagu sekundy przemoczony do suchej nitki. Moja nisza byla na szczescie ustawiona prostopadle do kierunku porywistego wiatru i zacinajacego, ulewnego deszczu. Mialem szczescie. Cala ta zawierucha trwala okolo pol godziny i na szczescie nie zmoklem zbyt mocno.
Statek ten, zanim doplynal do Bitung u polnocno-wschodnich wybrzezy Sulawesi, zatrzymywal sie jeszcze w 5 portach po drodze: w Serui na wyspie Yapen, Kota Biak na wyspie Biak, Manokwari i Sorong w zachodniej Papui oraz w Kota Ternate na wyspach Maluku. W kazdym z tych portow o wiele wiecej ludzi wsiadalo na prom, niz z niego wysiadalo. Na nadbrzezu rozgrywaly sie czesto sceny grozy. Zwykle przed trapem klebil sie ogromny tlum - czegos takiego jeszcze nie widzialem nawet przed meczami pilkarskimi. Kazdy z tych ludzi chcial sie jak najszybciej dostac na poklad z nadzieja, ze znajdzie jakies dogodne miejsce. Widzac napierajacy tlum, oddzialy policji i wojska staraly sie pilnowac porzadku i zapanowac nad ta ludzka dzicza. Sluzby porzadkowe czesto tworzyly kordon, aby najpierw ulatwic zejscie z promu tym co wysiadaja. Potem w pierwszej kolejnosci na poklad wpuszczani byli tragarze. Ci zwykle mieli ochote sie pobic i pozabijac o to, kto pierwszy wbiegnie na poklad. Czesto dochodzilo do jakichs drobnych rekoczynow. Reszta zwyklych pasazerow czekala z tylu, az policja i wojsko zezwola na wejscie na prom. Wiele razy sie zdarzalo, ze ludziom puszczaly nerwy, albo byli juz zmeczeni dlugim czekaniem i chcieli sforsowac kordon. Wtedy policjanci nie patyczkowali sie z nikim: bili, kopali, spychali z trapu i wywracali tych wszystkich, ktorzy nie chcieli sie podporzadkowac.
Po postoju w kazdym nastepnym porcie, ludzi na promie wciaz przybywalo. Nie mam pojecia gdzie oni wszyscy sie miescili, ale kazdy obszar promu wygladal jakby zostal on przerobiony na oboz dla uchodzcow. Ja tym czasem plynalem sobie na burcie, majac wokol calkiem milych wspolpasazerow, dzienne swiatlo i przede wszystkim swieze powietrze. Jedyne co mi nieco przeszkadzalo, to bardzo twarda podloga. Moje dwa kartony nie amortyzowaly zbyt mocno, wiec w nocy co chwila musialem zmieniac pozycje, w ktorej lezalem. Kosci udowe, zebra i kregoslup chwilami dosc mocno mnie bolaly, ale jakos udalo mi sie to zniesc.
Po doplynieciu do Bitung okazalo sie, ze jest to port przeznaczenia dla okolo 60-75% pasazerow. Nagle (w ciagu 3 godzin postoju w porcie) statek prawie opustoszal. Nikt oprocz mnie nie pozostal wtedy na burcie, opustoszaly wszystkie korytarze i klatki schodowe. Po 3 dniach w koszmarnych warunkach, ten widok byl troche dziwny, ale napawal mnie optymizmem przed kolejnymi, prawie dwoma, dobami rejsu. Po tym jak zaloga zmyla (usilowala zmyc) podlogi wewnatrz statku, postanowilem sie przeniesc z burty do srodka, ale w takie miejsce, aby byc blisko drzwi i swiezego powietrza. Kolejne dwie noce pomiedzy Bitung, a Makassar spedzilem wiec w cieple, majac nieograniczony dostep do pradu. Moglem sie tez swobodnie przemieszczac po promie bez obaw, ze kogos zdeptam.
Wreszcie, po prawie 5 dobach rejsu, dotarlem do Makassar. Bylo to 20 grudnia okolo 4.00 rano czasu lokalnego. Jest to najwieksze miasto na wyspie Sulawesi (ponad 1 mln mieszkancow) i jeden z najwiekszych portow w kraju. Nie ma tu praktycznie nic ciekawego, co zachecaloby turyste do dluzszego pozostania w tym miescie. Dodatkowo Makassar przywitalo mnie ulewnym deszczem, ktory wydawal sie nie miec konca. Chcialem sie jak najszybciej przedostac do Tana Toraja. Jest to region polozony okolo 300 kilometrow na polnoc i slynie on z bogatych tradycji religijnych, etnicznych i kulturalnych. Okazalo sie jednak, ze dworzec, ktory opisany jest w przewodniku i z ktorego odjezdzaja autobusy do Tana Toraja... nie istnieje. I tu podziekowania dla obu Kasi, moich kolezanek, ktore kilka dni wczesnie zbadaly temat :) Musialem jechac na inny dworzec (kilkanascie kilometrow za miastem) i tam poczekac kilka godzin na polaczenie. W koncu moj lokalny autobus zabral mnie w dluga, meczaca podroz do Rantepao - miasteczka bedacego centrum turystycznym Tana Toraja. Autobus, ktorym mialem okazje jechac nie rozwijal zawrotnych predkosci. Po drodze byly takze 3 przerwy: 2 na posilki i toalete oraz 1 na zmiane kola. Ta ostatnia trwala ponad godzine. Ostatecznie po ponad 10 godzinach jazdy i pokonaniu 330 kilometrow, dotarlem do celu.
Przez najblizsze dwa dni, musze odpoczac zarowno fizycznie jak i psychicznie, gdyz warunki na promie wplynely dosc negatywnie na moje samopoczucie. Mysle, ze jest to dobre miejsce, aby naladowac akumulatory przed kolejnym etapem podrozy. Zamierzam tez odwiedzic kilka malych wiosek polozonych w okolicznych gorach, a to co zobacze i uslysze, opisze przy nastepnej okazji.

Pozdrawiam, Darek


alt












alt












alt












alt

Dodaj do:

Deli.cio.us Digg Wykop Gwar

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

transasia-baner

 



© 2008 Klub Podróżników "Śródziemie"